PIRACKIE OPOWIEŚCI

WŁADCA CHAOSU

Fire 2

Jest poza tą umowną strukturą, tym „bezpiecznym urojeniem” w jakim żyjemy – Otchłań – nieświadomość, niewiedza, totalny brak jakiegokolwiek bezpieczeństwa. Przestrzeń w której nie obowiązują prawa logiki, a nasze psychologiczne mechanizmy oswajania – zawodzą i ten wymiar coraz bardziej „wodzi nas na pokuszenie” używając terminologii judeochrześcijańskiej, czyli tej kalki operacyjnej dla systemu zero jedynkowego dobra i zła. Mrożony Absolut ściekający do dwóch kielichów na ołtarzu Absurdu.

Tak wielu rzeczy już nie ma. Nie ma wielkich przedsiębiorstw naftowych i gąszczu wież wiertniczych, które znikały wraz z wyczerpywaniem się złóż ropy. Nie ma Wiązu Miliona Dolarów. Nie ma tras kolejowych, w tym również tej, na której Al Spencer i jego gang dokonali ostatniego napadu na pociąg w Oklahomie w 1923 roku. Nie ma również wyjętych spod prawa ‒ wielu z nich zginęło równie spektakularnie, jak żyło. I nie ma prawie żadnych miasteczek, które powstały w czasach boomu. W zabitych deskami budynkach zadomowiły się nietoperze, gryzonie, gołębie i pająki, a z Whizbang zostały jedynie ruiny porośnięte trawą. Kilkadziesiąt lat temu wieloletni mieszkaniec jednego z takich miasteczek lamentował: „Nie ma sklepów, nie ma poczty, nie ma pociągów, nie ma szkoły, nie ma ropy, nie ma chłopaków ani dziewczyn; jedyne, co zostało, to cmentarz – tylko on się powiększa.

David Grann „Czas krwawego księżyca. Zabójstwa Indian Osagów i narodziny FBI.”

Dziki nieokiełznany bezwład, bezwstyd – pierwotne niezamaskowane instynkty, które przez setki lat tworzenia mozolnie – „człowieka i społeczności cywilizowanej”, „automatycznej religijności” i „mechanicznego obrządku” były wypierane i maskowane. Cywilizacyjna betoniarka przez ostatnie trzysta lat ubiła solidny „beton mas” – fundament pod szczytowanie Piramidy w postaci Globalizacji Ludzi i Kapitału albo co bardziej prawdopodobne Wielkiego Niespłacalnego Długu wobec Życia. Piętnowanie „dzikości” jako synonimu czegoś poniżej poziomu „wzrostu”, sterylnej drobnomieszczańskiej „ewolucji” – stworzenia świata – pudełka, gry planszowej turbo – kapitalizmu ze sztucznie stworzonymi drukowanymi pieniędzmi i kulturą planety – hotelu okablowanego światłowodami tonącego w powodzi informacyjnej, gdzie poziom zamulenia obradza milionami ludzkich odpadków na psychotropach wyrzuconych za burtę w otchłań szaleństwa, gdzie pożary, tornada i powodzie inicjują proces bolesnego Przebudzenia. Odgrodzone pozornym dystansem jednak coraz bliżej i bliżej tworzą Inicjację – Śmierci. Dwa zero. Dwa zero. Odbiór.

Jest taki film „Władcy Chaosu”, który oglądałem w sylwestrową noc 2019 roku i opowiada o istotach ludzkich, które za wszelką cenę chcą kimś być. Tworzą siebie ze śmierci i zniszczenia. Sprzedają upiorny wizerunek przekraczając kolejne granice. Płonie Kościół, Zwierze, Człowiek. Płonie Świat. Black metalowy koncert – świńskie łby wbite na pal. Podróż w Noc. W Otchłań. To film o świecie ludzi – algorytmów – o uprawie człowieka, który staje się świadomy, że jest jednym z miliardów, że jest produktem warunków, udomowionym zwierzątkiem ze spiłowanymi kłami i coś pod tym zaczyna pękać, gnić. Zaczyna śmierdzieć. Kiełkuje szaleństwo – wyparte zaczyna się uosabiać, krystalizować – ubierać formę – czcić samo siebie, wychodzić z ukrycia, zarażać. Nie oszukujmy się wszyscy to mamy – tam w tych ukrytych wilgotnych miejscach. Uciekanie w Mrok. Uciekanie w Światło. Co za różnica? Rozwój wsteczny – Aspołeczność, Izolacja. Karabiny – broszki – ciemne lustro ciemnego internetu. Kask na głowie. Odjazd ostatnim pociągiem póki nie wyłączą zasilania i nie zapłonie czerwona syrena na świątecznej choince oświetlając ponure twarze Trzech Króli: Ignorancji, Gniewu i Pożądania. Zdalne sterowanie szwankuje, przechodzimy na ręczne – lądowanie w stylu spektakularnego crash – testu ludzkiej „inteligencji”.

lords-of

Kadr z filmu „Władcy Chaosu”

Zapory systemowe: hospitalizacja, więziennictwo, religijne pranie mózgu, new age’ owe mamrotanie absurdalnych afirmacji, konsumpcjonizm i wielowymiarowa pornografia – jako wygodne skanalizowanie i sprzedawanie „brudu”. Medytacja, modlitwa, spakowane duchowe mambo dżambo w pakietach promocyjnych, psychodeliki – „dobro” na sprzedaż po przystępnej cenie. Redukcja Stresu na Tonącym Titanicu w osiem tygodni, którego hymnem jest „How dare you!” w wersji black metalowej z Gretą na wokalu – wejdziemy w nowy wymiar Obojętności. Będziemy jak Rośliny. Jak rajskie drzewa – żywopłot oddzielający butwiejące mięso od zrozpaczonego ducha. Wreszcie cybernetyczna Utopia przez duże „U” niczym u bot zanurzony w głębinach wygenerowanego sztucznie wszechświata – aplikacji i maszynowego człowieka – algorytmu, który swoim zachowaniem i przystosowaniem jest jak smartfon, który wydaje się widzieć wszystko prócz samego siebie. Staliśmy się hodowlą robotów – sztucznym nowotworem – pandemią szarańczy zrzuconą z kosmosu na ziemię by zeżreć Życie i wyczarować Symulację – Matrix dla zaburzonych potomków z zhakowanymi genetycznymi kodami – kwitnących niczym plantacja narcystycznych chwastów na Pustyni Wirtualnej Rzeczywistości.

Może jednak dla odmiany spojrzymy na to nieco inaczej – droga człowieka – może być drogą ku zrozumieniu, ku przemianie, ku mądrości. Wygodne kalki i uogólnienia są nośne medialnie wystarczająco proste i „soczyste” by wzbudzić emocje i wstrząsnąć otępiały od nadmiarów bodźców umysł ssako – robota 3.0. Pogląd, lub też postrzeganie – matryca jaką nakładamy na rzeczywistość ma w sobie potencjał samo – spełniającej się przepowiedni. Nasza drobnomieszczańska, wygodna zachodnia kultura jest przesiąknięta negatywizmem, który pełni rolę „pobudzającej rozrywki”. Jeżeli policzylibyśmy ilość trupów i skalę przemocy jakie wchłonęliśmy we własną świadomość niczym śmiercionośny program, w postaci tak zwanej kultury masowej myślę, że dosłownie utopiliśmy się w śmierci i zniszczeniu. Jednak mimo tego wciąż jest w nas ogrom pozytywnych właściwości, dobra, współczucia i życzliwości. Widzę to i podziwiam. Leczenie siebie z negatywizmu jest trudnym i wymagającym procesem, tym bardziej, że coraz ciężej udawać, że żyjemy w świecie o którym opowiadają nam komercyjne reklamy z ekranów telewizorów i komputerów, a zamiast tego odkrywamy, że świat został przez nas zdewastowany do tego stopnia, że zbliżamy się do najbardziej krytycznego i dramatycznego punktu w naszej historii. Jednak mam poczucie, że jest to zarazem Przełom Świadomości, rodzaj bardzo trudnego Przebudzenia ze snu Ignorancji przez duże „I”. Odkryciem, że za naszym „rozwojem” stoi sztuczna inteligencja w postaci tego, że brak nam doprawdy Mądrości a zamiast niej posługujemy się czymś co tylko pozornie wydaje się inteligentne a w istocie jest rodzajem porażającej tępoty, której skutkiem jest samozniszczenie. Doświadczamy skutków własnych działań w postaci zwielokrotnionej i zmutowanej, ponieważ stworzyliśmy okoliczności, które na to pozwalają innymi słowy dochodzimy do punktu w którym niemożliwym staje się wypieranie Choroby ponieważ mówiąc wprost Umieramy. Duszą nas konsekwencje. Spłata długu. Sprawiedliwość.

Jest jak jest – kropka.

Świat przybiera prawdziwą formę tracąc niepotrzebną scenografię – to surowy i bezlitosny proces. Nirwana Zakupów traci swoje uśmierzające właściwości, kiedy Hipermarket stoi w płomieniach. Duch wyrzuca Chorobę na zewnątrz w obszar zmysłów i manifestacji. Śmiertelne ciało świata nakazuje klęknąć, nakazuje bezruch, spoczynek – bardzo długą i nużącą minutę ciszy podczas której odwiedzimy Otchłań poznamy wypartą część Siebie. Przypomina mi się moja pierwsza wstrząsająca ceremonia w objęciach tak zwanego „pnącza umarłych”, kiedy runęły granice chroniące mój umysł przed Otchłanią Nieświadomości. To było przerażające doświadczenie, które przeprowadziło mnie przez proces umierania na tyle głęboko, bym uświadomił sobie jak krucha jest konstrukcja, którą za wszelką cenę próbujemy utrzymać – to „ja” – koncepcja – pozorny punkt w nieskończoności. Umysł nie ma granic. Życie nie ma granic. Energia nie ma granic. Wizja nie ma granic. Manifestacja nie ma granic. Śmierć nie istnieje. Nicość to jedynie nazwa dla Nieświadomego, intelektualne etykietka zdesperowanego umysłu, który odkrywa, że jest sam w sobie nieskończony jak głębia spirali, która nie ma końca. Możesz iść na zewnątrz – dalej i dalej, poszerzać pole Gry, możesz jednak wrócić do Środka do Siebie i zacząć dekodować Zasady Gry. Poznawać siebie. Tu jest decydujący Moment. Prawdziwa Decyzja.

Proces umierania to rozpad struktury. Rozpad umowy. Wygaśnięcie Warunków i podczas tej wspomnianej ceremonii cierpienie trwało tak długo póki istniał opór przez zmianą. Kiedy się poddajesz temu co jest i zaczynasz być uważny i świadomy – nie istnieje już strach, bowiem przestajesz być soczewką, która wszystko skupia i intensyfikuje, a zamiast tego przejawiasz funkcję zwierciadła, które pozwala rzeczom być – odzwierciedla. Odpuszczasz. Uwalniasz napięcie – ja, mnie, moje. Wychodzisz z Pola Walki. Kiedy tracisz zmysły i twój umysł ogarnia niewysłowione szaleństwo i paraliż niewyobrażalnego strachu otwiera się coś wewnątrz ciebie – co ma w sobie nieskończony spokój, nieskończoną dobroć. Odkrywasz, że „to” było, jest i będzie w tobie zawsze. Samouzdrawianie. Samowyzwolenie. To jest nasz prawdziwy potencjał. Pierwotna Przytomność – Władca Chaosu.

Kiedy przechodzisz przez to wszystko – doświadczając skutków każdej swojej myśli, każdego słowa i działania i skutków tych skutków, których suma tworzy wymiar w którym żyjesz – to przede wszystkim uświadamiasz sobie jedną najważniejszą rzecz – ty to tworzysz w każdej chwili poprzez to co robisz i to czego nie robisz, nikt nie rozpisał tego za twoimi plecami, wbrew tobie, nikt nie jest prócz nas odpowiedzialny za to co nas spotyka za te „straszne” rzeczy za oknem, pod skórą, wewnątrz narastającego strachu i pytania „co dalej?”, „co ze mną będzie?”. To my ludzie – stworzyliśmy ten nieludzki system wyzysku i obojętności, turbo kapitalistyczną pustyni, to my ludzie biorąc udział w tym wszystkim dajemy temu siłę i póki nie dojdzie w nas do przebudzenia z tej hipnozy materializmu po prostu bez końca będziemy doświadczać skutków tego co myślimy, co mówimy co robimy i czego nie robimy. To nasz wybór. Każdy z nas jest potencjalną wrodzoną Przytomnością i Troską w otchłani Chaosu, Zdrową Komórką w chorym organizmie. Decyzją. Ta ceremonia była dla mnie zarazem najgorszym koszmarem i najgłębszym uzdrowieniem, Otchłanią Śmierci i Nieskończonym Życiem. Początkiem i Końcem. Czasem o tym pamiętam, czasem nie – jednak nie da się tego cofnąć – kiedy już zaczynasz lepiej skończyć. Musimy przez to przejść. Nie ma innej drogi.

Zdjęcia: Kristi McCluer

Zwykły wpis
PIRACKIE OPOWIEŚCI

WZÓR

DSC_5240 copy

Słyszałem kiedyś bliskowschodnią opowieść o mężczyźnie, który został niesłusznie oskarżony o popełnienie przestępstwa i trafił do więzienia. Jeden z jego przyjaciół złożył mu wizytę i przyniósł mu dywanik modlitewny. Wściekły więzień wrócił do swojej celi. Liczył na to, że przyjaciel przyniesie mu piłę do metalu albo nóż, a dostał od niego tylko dywanik. Mężczyzna stwierdził jednak, że skoro już dostał taki a nie inny prezent, może z niego skorzystać. Zaczął więc robić pokłony na dywaniku i się modlić. Każdego dnia coraz lepiej poznawał wzór wypleciony na tkaninie i w pewnym momencie zobaczył w nim interesujący obraz. Był to schemat zamku w drzwiach, który pozwolił mu otworzyć celę i uciec.

 Jack Kornfield „Oświecenie serca.”

Nasz umysł w jednakowy sposób traktuje zjawiska wewnętrzne i stany wewnętrzne z tego powodu, pomimo, że żyjemy we względnym pokoju i dobrobycie na poziomie zewnętrznym, to z powodu stresu i przewlekłego lęku wciąż jesteśmy mentalnie w „dżungli” pełnej śmiertelnych niebezpieczeństw i zagrożeń. Poziom emocjonalnego przeładowania naszego cywilizacyjnego środowiska, swoistego terroru bodźców i ciągłej stymulacji naszych zmysłów i umysłu poprzez komercyjną i medialno – propagandową maszynerię, która „chodzi” non stop na pełnych obrotach i sprowadza nas do roli kompulsywno – impulsywnych konsumentów „treści i towarów” z jednej strony wytwarzając rodzaj paranoi opartej na lęku i niepokoju – ciągłego zagrożenia i niepewności, a z drugiej strony pocieszając nas i uspokajając ofertą głupkowatej i pozbawionej jakiejkolwiek wartości medialnej rozrywki, hiper narcystycznej narracji mediów społecznościowych, które są bezdotykową symulacją pozornej społeczności, która w rzeczywistości tak się zindywidualizowała, że staliśmy się samotnikami otoczonymi ludźmi i nieskończoną ofertą zakupową dla towarów, które przez tak zwanych specjalistów zostały tak naładowane symbolicznie, że stały się atrapami ludzkich wartości.

PERMANENTNE PODNIECENIE

Hiper seksualizm. Ludzki wymiar jest oparty właśnie na pożądaniu na wytwarzaniu i zaspokajaniu z natury krótkotrwałych potrzeb, których nie ma końca. Ciało stało się towarem, a jego zmysłowość stała się obiektem nieskończonych badań i doświadczeń, których celem jest sprowadzenie nas do roli bawiących się sobą wzajemnie zabawek. Uprzedmiotowienie istoty ludzkiej jako obiektu zaspokojenia, cały współczesny przemysł pornograficzny, który od lat pięćdziesiątych XX wieku przeszedł drogę od totalnego napiętnowanego społecznie tabu, poprzez lata 70 – te gdzie pierwsze wręcz kontrkulturowe filmy pornograficzne były symbolem walki o dość płytką i pozorną wolność i wyzwolenie „przebiły” się do masowej świadomości poprzez kina, by w rezultacie stać się w naszych czasach powszechnym zjawiskiem kształtującym nasze wyobrażenie o ludzkiej seksualności, a nawet widok nabuzowanej hormonami pary stał się symbolem miłości, która ze swej natury bardzo szybko przemija. To w istocie niszczy nasze ludzkie serce, coś tak delikatnego i pierwotnego. Głupkowata płytka radość osłabia serce – ducha. Mięsisty seksualizm czyni z nas niewolników najniższych instynktów sprowadzając wszystko do poziomu dusznego grzęzawiska – otchłani. To niszczy naszą Wrażliwość i Troskę, które stanowią swoisty Punkt Zwrotny są objawem prawdziwej Miłości, która jako jedyna ma zdolność wyzwalania z Mechanizmu Odruchów i Instynktów. Serce jako duch „Shen” – ogień ducha, światło życia to też nasza zdolność kreacji i pasji – nasza siła – zdeprawowanie tej energii to brak zdolności prawdziwie kreatywnej dlatego żyjemy w kulturze, która jest zapętlony loopem, remiksem, która zatraciła zdolność rozwoju z powodu braku wrażliwości i wyobraźni. Łagodniejszym objawem tego zaburzenia jest pewnego rodzaju podekscytowanie / ekscytacja jaka towarzyszy nam podczas śledzenia ciągłych krótkich eksplozji trendów, mód, nowinek, newsów, wydarzeń z życia pozujących bohaterów, którzy przewijają się jak mdłe wzory w kalejdoskopie na ścianie ukrytego płaczu facebooka czy insta konstant gramy, że ujmę rzecz po imieniu. Ciągłe stymulowanie utrzymuje nas w bezpiecznym dla tak zwanego „systemu” poziomie rozładowania czy też niedoboru, ponieważ bez ustanku rozpraszamy własną energię rozmieniając ją na dość banalne i trywialne rozrywki stając się „wiecznie zajętymi niczym”.

AUTOAGRESJA

Pomijając wszechobecne wybuchy gniewu i agresji w postaci wojen, rewolucji, aktów terrorystycznych, wandalizmu i spazmów religijnego czy politycznego szaleństwa – przemoc została w pewien sposób oswojona poprzez popkulturę i wtłoczona do naszej kolektywnej świadomości niczym śmiercionośny wirus za pomocą nośników treści z czego wyjątkowo skutecznym okazało się medium filmowe. W Tradycyjnej Medycynie Chińskiej mówi się o tak zwanych duchach czyli inteligentnych i sensytywnych aspektach naszego psychofizycznego przejawienia, które w jest uwarunkowane i warunkowane przez mechanizm przyczyny i skutku. Pod tym względem przypominamy ciało – komputer i umysł – program. Duchem związanym z naszą wątrobą, emocją gniewu i podświadomością jest duch „hun”. To jest ta część nas, którą da się po prostu programować, zapładniając naszą podświadomość dowolnie wygenerowaną „matrycą” – systemem przekonań, poglądem. Implementowanie skrajnie materialistycznego poglądu, zapłodnienie nas „deterministycznym programem przetrwania” opartym na gadzich i prymitywnych agresywno – lękowych schematach drapieżcy i ofiary. Powszechne kultywowanie ekonomicznych korporacyjnych predatorów, mit sukcesu, władzy i posiadania – gloryfikacja militarnej siły leżącej u podstaw najbardziej agresywnych państw i ich bezlitosnej machiny propagandowo – wojennej, która niesie rzekomą wolność i demokrację a w swej naturze jest opresyjnym i fundamentalistycznym systemem kulturowej i ekonomicznej dominacji. Jesteśmy zaprogramowani na rolę ofiary, a żywotna energia gniewu stała się toksyczną autoagresją. Podświadomie nienawidzimy siebie za swoją słabość, uległość, lenistwo, za brak siły i inicjatywy wobec tych spraw, które rzeczywiście mają znaczenie czyli wyzwolenie z uwarunkowania, z roli ofiary, wyzwolenie ze strachu. To właśnie ukrywa gniew jest on tuszowaniem strachu i lęku. Najbardziej agresywni są ci, którzy się najbardziej boją. Trenowanie sztuk walki pokazuje to bardzo wyraźnie. Agresja jest brakiem szacunku, odmawianiem przestrzeni drugiej istocie, a brak przestrzeni to jak mawiają Japończycy jest definicją piekła, podobnie w naukach buddyjskich wymiar piekła – psychologicznej paranoi jest konsekwencją nienawiści i gniewu, który pozornie znajduje ujście „na zewnątrz” jednak w swojej istocie jest zakorzeniony w nienawiści dla samego siebie. W autodestrukcji. Stajemy się swoim własnym oprawcą i mocą umysłu generujemy cały wymiar odpłaty i potępienia. Dlatego leczenie świata musimy zacząć od uzdrowienia swojego ciała i umysłu od akceptacji swojego cienia, obsesji, negatywizmu i gniewu by mogła nastąpić autentyczna integracja naszej psychiki a nie pozorna i złudna adoracja jej wybranych wyidealizowanych aspektów jakie zazwyczaj próbujemy „sprzedać” światu. Wprowadzić w mrok – światło.

NIE POKÓJ

To brak pokoju, brak spokoju. Wyparta świadomość śmiertelności i nietrwałości. Nasze ego wyczuwa, że jest tylko konstruktem, sztucznym tworem, który by przetrwać wciąż musi bez końca potwierdzać swoją wartość. Opieramy się na czymś co jest tylko spekulacją umysłu, konspiracją urojeń, zlepkiem koncepcji. To tworzy absolutny brak pewności siebie. Nasz oddech, który wchodzi i wychodzi z naszych płuc żyje bardzo krótko, w najlepszym wypadku kilka bardzo krótkich minut. Wiemy, że ta konstrukcja, to fizyczne ciało dosłownie wisi na włosku „oddechu” i w każdej chwili może się skończyć. To duch „Po”. Najbardziej fizyczny i śmiertelny. Niepokój jest zakodowany w każdej komórce fizycznego ciała, bo to ciało jest śmiertelne, pozbawione jakichkolwiek perspektyw poza czasem w którym może trwać. Nasz brak akceptacji natury życia, śmiertelności jako czegoś naturalnego, co po prostu jest było i będzie, nasz brak doświadczeń wykraczających poza ciało i obiekty zmysłów – generuje określony emocjonalny „szum” to migający bez końca niepokój, który zawsze koniec końców gdzieś „tam” jest i czasem w chwilach tak zwanej słabości, zwątpienia w siebie, swoistej ceremonii sabotowania swojej psychiki – ujawnia się w całej okazałości – staje przed nami w całej swojej przerażającej nagości starzejącego się i niedołężnego ciała, którego żaden zabieg nie potrafi przywrócić do wigoru, piękna i sprężystości. Nasza obsesja uciekania od tego przybrała formy operacji plastycznych, młodzieżowych starców, trans humanizmu, terroru i kultu młodości, ukrywania starości, choroby i śmierci niczym objawów pandemii masowej ignorancji XXI wieku.

DSC_5287

WIECZNIE ZAJĘCI

Zatem z całych sił próbujemy uciec przed tym niepokojem. Najlepiej się czymś zająć i zajmować się non stop. Odwrócić uwagę, przekierować ją na aktywność, na działanie. Zafiksować się robieniem. Robienie stało się naszą obsesją, kompulsywnym antidotum, lekiem na ukrytą depresję, którego skutkiem ubocznym jest stan maniakalny. Cała współczesna cywilizacja ludzka i jej najbardziej destruktywny korzeń wyrasta z tej obsesji działania. Swoista przemiana ziemi w pracującą non stop fabrykę, której głównym produktem jest cierpienie dla nas, dla zwierząt i całej natury. Nie możemy się zatrzymać, bo zaczniemy wszystko po kolei podważać, we wszystko wątpić – dopadnie nas depresja i zobaczymy kompletny bezsens naszych działań. Dlatego żyjemy w takim świecie. Jesteśmy wręcz odurzeni działaniem i podziwiamy głównie tych ludzi, którzy tak dużo robią, są cały czas na toksycznej fali cywilizacyjnego ścieku niesieni huraganem zbiorowego szaleństwa. Podziwiamy milionerów, gwiazdy filmowe i skutecznych menadżerów, kupujemy poradniki jak szybko czytać, myśleć, zarabiać. Problem polega jednak na tym, że wcześniej czy później będziemy musieli się zatrzymać. Upaść. Ponieważ nasz sposób życia jest wynaturzeniem, sztucznym rozbłyskiem, który spali się bardzo szybko. Palenie w kotłowni komercyjnego świata sztucznym długiem i stymulowanie popytu na iluzję szczęścia w posiadaniu i materializmie – będzie trwało bardzo krótko z samej swojej natury oszustwa. Wrażliwi mają szansę na przepracowanie upadku, wyobcowania, braku perspektyw, dojmującą i głęboką depresję Przebudzenia, bo wcześniej czy później jest to nieuniknione doświadczenie dla nas wszystkich – produktów przemiany materii. Wyjść poza to to być w tym – przetrawić do bólu trzewi, do wymiotów, do samego cna całą chorobę. Zmistrzować Syf. Jakże absurdalne jest przeniesienie tej choroby na tak zwaną „ścieżkę duchową” – gdzie zajeżdżamy się praktykami, dyscypliną, porównywaniem – z chorobliwą nadzieją, że to wysiłek stanowi warunek wyzwolenia. To absurd. Totalny absurd.

ŻEL ŻALU

Głowa łysieje. Zaprzepaszczone szanse są jak odbicia w lustrze, przy każdym myciu wypadających zębów, przy każdej marszczce jak korycie wysychającej rzeki. W kulturze dokonań i zapisach do rejestru tych co „coś” osiągnęli nie ma naszego nazwiska. Jesteśmy pustą kartką z fabrycznego notatnika. Kroplą oliwy na zamachowym kole nic nie znaczącej historii. Kropkami tworzącymi nagle przerwaną transmisję jakiegoś ważnego programu, gdzie goszczono wielkie i prominentne osobistości świata nauki, kultury i rozrywki. Głupkowata rozrywka rozerwała nas na strzępy przez mijające nieubłaganie lata stagnacji i jałowego żywota konsumenta i niewolnika cudzych przekonań i podziwiacza cudzych dokonań. Dogorywamy w poczuciu klęski. A mogliśmy być tym czy tamtym, coś dokonać, coś zmienić, zaistnieć – być wartym uwagi. Nakładamy żel żalu na głowę, czeszemy poczucie porażki zakrywając wyłysiałe poczucie sensu. Stajemy się apatyczni i pogodzeni. Zanurzeni w oceanie podobnych sobie neuronów zimnego mózgu podłączonego pod maszynę podtrzymującą życie.

PIERWOTNY LĘK

Przez tą pozorną obojętność coraz bardziej przebija się lęk. Strach. Przychodzą do nas skutki nie działania. Taki filozoficzny oksymoron. Na starość w ludziach rodzi się dość schematyczny fanatyzm religijny oparty na pierwotnym lęku – wyniku nie podjęcia działania względem samych siebie, swojego własnego ducha, odkrycia kim są kiedy jeszcze mogą to zrobić. Przebimbania życia, bowiem to życie to niezwykły dar – możliwość przebudzenia ze snu Ignorancji. I kiedy tego nie zrobisz, nie wyruszysz w Drogę ten moment przyjdzie do ciebie z całym ładunkiem nieprzepracowanych emocji. W jednej chwili dostaniesz wszystko. Prezent na ostatnie święta, kiedy nie świętują już narodzin zbawiciela, bo nigdy się nie urodził, bo dociera do ciebie, że ten Jezus – to nikt inny jak ty sam, w tej szpitalnej stajence otoczony aureolą sztucznych świateł i uderzony na przywitanie. Może przypomnisz sobie ten pierwszy płacz. Ten pierwszy szok, kiedy ujrzałeś naturę tego świata, kiedy niespodziewanie odsłoniła się podczas przerabiania lektury okresu drugiej wojny światowej, a był jednocześnie maj i świeciło słońce, ale zwyczajnie na ulicy wielkiego rozpędzonego szaleństwem miasta, kiedy ujrzałeś człowieka a w nim to „coś” co tobą wstrząsnęło, albo jak słyszałeś uderzenie ziemi o wieko trumny ukochanej babci, która miała na imię Aniela. Wiem jest w tym pewien twist. Coś czego się nie spodziewaliście. To mój dar.

DSC_2511

PRZERAŻENIE

Nie być w tym miejscu, to uczynić swoje życie wartościowym. Posłużę się metaforą.
Jesteś przymusowym pasażerem. Musisz jechać – nie masz wyjścia – nie ty wymyśliłeś zasady i nie ty możesz je zmienić w tym Punkcie. Zatem musisz wsiąść w ten pociąg. Może nawet masz bilet – niech będzie. Będzie łatwiej. Wsiadasz. Jedziesz. Tylko pozornie wiesz dokąd. Mówisz sobie wszystko co chcę to być szczęśliwym. Rozumiem to. Dość oczywiste. Wszyscy tak mają. Wszyscy w to wierzą, wszyscy chcą dojechać pod ten adres. Jedziesz, dorastasz, podziwiasz widoki. Jesteś coraz bardziej zamroczony, coraz mniej uważny. Skupiony na bez ustanku zmieniających się doświadczeniach. Zapominasz, że tak naprawdę jesteś za szybą. To tylko refleksy. Odbicia w lustrze. Zaczynasz roić, tracić przytomność. Zaczynasz spać. Zaczynasz śnić. Mówić przez sen do nieistniejących ludzi. Jesteś kompletnie upojony urojeniami. Nagle koniec. Budzą cię. Musisz wysiąść. To krańcówka. Otwierają się drzwi. Stajesz tam i jesteś przerażony. Nie wiesz kim jesteś, nie wiesz gdzie jesteś, nie wiesz co dalej. Nic z tego co widzisz nie jest ci znane. Gdzie jestem? Zaraz przy pętli na ławce siedzi człowiek, może pali papierosa – to takie nie duchowe – jest spokojny, może nawet się uśmiecha delikatnie. Pytasz o rozkład jazdy, następny pociąg. Żadnego słowa. Nic. Żadnej nauki, wskazówki, żadnego gestu. Po prostu siedzi tak zwyczajnie. Widzisz że tory są zapętlone jednak wciąż nie możesz zrozumieć co to tak naprawdę znaczy. Drapie cię dym z papierosa, denerwuje jego spokój. Dlaczego on jest taki spokojny? Mógłbyś z nim tu przez chwilę usiąść. Nic wielkiego. Na jedną krótką chwilę odpuścić, przestać czekać, szukać rozwiązań. To jest naprawdę proste. Nic wielkiego. Może poczęstuje cię papierosem. To nie jest zdrowe, ale nie szkodzi, bo przecież już nie żyjesz. I to jest sedno sprawy.

Zwykły wpis
PIRACKIE OPOWIEŚCI

CZAS

DSCN9674

Manipulacja stała się cechą charakterystyczną tego w czym żyjemy – zimnokrwistej inteligencji Mózgu – Ego, rozrośniętego nowotworu, choroby umysłu, którą wszyscy jesteśmy zakażani – non stop. Brak wrażliwości – to główny objaw. Samolubstwo. Samouwielbienie. Pandemia egotyzmu. Głęboko ukryte oszustwo, że jesteśmy osobni, oddzieleni, zindywidualizowani do granic smaku i absurdu.

Stymulacja – symulacja. Królestwo podprogowych nadajników, gęsto rozsianych wież kontrolnych – więzienie zmysłów otoczone niewidzialnym murem przywiązań i potrzeb. Wysoko pasmowy sygnał lęku i pragnienia. Samo drukujące siebie oszustwo – świat gniewu, pożądania i ignorancji przeplatających się w wiecznym tańcu rozproszenia. Tak. Nie. Nie wiem. Ten rozpadający się świat powstał na tym fundamencie, którego spoiwem stało się cierpienie, które jest wynikiem braku szacunku do samego siebie, a tym samym życia. Program został wgrany na bardzo prymitywnym gadzim poziomie naszego mózgu tam gdzie motoryczną siłą staje się przemoc, która jest jedynie maskowaniem lęku, obsesyjnym i kompulsywnym chronieniem najbardziej czułego miejsca – Wrażliwości – otwartego surowego Serca, które w swojej istocie jest nagie i ufne, prostolinijne i zupełnie pozbawione potrzeby manipulacji. Manipulacja stała się cechą charakterystyczną tego w czym żyjemy – zimnokrwistej inteligencji Mózgu – Ego, rozrośniętego nowotworu, choroby umysłu, którą wszyscy jesteśmy zakażani – non stop. Brak wrażliwości – to główny objaw. Samolubstwo. Samouwielbienie. Pandemia egotyzmu.

7897194.3
Pralnia (2019)
The Laundromat
Grupa dziennikarzy śledczych odkrywa sieć powiązań między najpotężniejszymi ludźmi świata, a milionowymi operacjami na tajnych kontach bankowych.
reżyseria: Steven Soderbergh
scenariusz: Scott Z. Burns

Głęboko ukryte oszustwo, że jesteśmy osobni, oddzieleni, zindywidualizowani do granic smaku i absurdu. Sięgamy dna tej opowieści, jej opłakanych miliardami łez skutków, które teraz stają się tak jasne i obezwładniające precyzją i konsekwencją. Nie możemy od tego uciec, przejść z tym do codziennego porządku, bowiem to właśnie chaos jest naszą codziennością i w tym żyjemy. Nie ten Chaos, który jest twórczym surowym potencjałem, a ten lepki, miałki chaos zagubienia i dezorientacji – to brak kierunku, brak drogi, brak sensu. To obezwładniające znużenie po długiej i wycieńczającej imprezie skrajnego materializmu i szukania spełnienia w posiadaniu. To już dobiega końca. Na naszych przekrwionych od używek oczach wstaje Słońce Wschodu – Świt Zmian. Gwałtowna retorsja – szokujące przebudzenie bez aspiryny i dnia wolnego, bowiem wyczerpaliśmy limit urlopu od odpowiedzialności za swój własny stan i stan świata w jakim żyjemy. To będzie sprzątanie na kacu.

Nieznośny Ból Mózgu. Agonia Ego. Obiekt kultu – ukrzyżowane ciało – kończy swój krwawy spektakl, dobiega końca rytualne i okrutne mambo dżambo. Szaty i ceremonie nie są już w stanie zatuszować skali tej zbrodni, kosmicznego nadużycia Wrażliwego Serca. Garnitury nie są w stanie ukrywać już dalej chciwości pod pozorem elegancji i wyrafinowania. Nie mamy 500 + lat na kolejną imprezę. Rzeczy stają się jasne. Fakty oczywiste. To nie jest wymyślona przez ludzi sprawiedliwość. To czysta i bezwzględna inteligencja Życia – prawo przyczyny i skutku. Prawo Skutku i Sprawiedliwość Doświadczenia. Nie musisz głosować. Ta kadencja w uwarunkowaniu nigdy się nie kończy. Nie przedawnia. Nie wchodzi w koalicje. Nikt nie jest ponad tym prawem kiedy jest wciąż kimś, jakimś zbiorem, punktem, określeniem. To właśnie jest esencja procesu umierania – rozpad uwarunkowania. Cierpienie jest próbą zatrzymania tego co musi odejść, przejść ponownie proces ewolucji poprzez doświadczanie skutków własnych myśli, słów i działań – to nazywane jest prawdziwą Nauką. Nie jest to teza, antyteza, hipoteza, nie jest to wydumana formuła oparta na wiecznych spekulacjach i umysłowej zabawie w abstrakcjonizm. To czyste doświadczenie rzeczywistości poza opisem. Pierwotne nauczanie.

Prawo Nieba.
Prawo Ziemi.

Nie bój się tego, kim jesteś – to najważniejsze przykazanie wojownika i pierwsza zasada wizji Szambali. Nie bać się siebie samego – to ostateczna definicja męstwa. W wizji Szambali zawiera się nauka, że w obliczu wielkich problemów świata możemy okazywać heroizm i życzliwość. Jest to przeciwieństwo samolubstwa, ponieważ strach przed samym sobą, strach przed zagrożeniami zewnątrz, prowadzi nas do skrajnego samolubstwa. Chcielibyśmy wtedy zbudować sobie nasze własne gniazdko, utkać kokon, w którym dałoby się prowadzić bezpieczne życie.

Możemy się jednak zdobyć na znacznie więcej odwagi. Nasze myślenie musi wykraczać poza nasze podwórko, poza ogień na kominku, musi obejmować coś więcej niż wysłanie dzieci do szkoły czy poranne dojeżdżanie do pracy. Musimy zadać sobie pytanie, jak można pomóc temu światu. Jeśli my tego nie zrobimy, to nikt tego nie zrobi.

Chogyam Trungpa

Prawo nieba to Przestrzeń. To brak ograniczeń. To wolność.

Coco (2017) Dwunastoletni meksykański chłopiec imieniem Miguel usiłuje zgłębić tajemnice rodzinnej legendy. reżyseria: Lee UnkrichAdrian Molina scenariusz: Adrian MolinaMatthew Aldrich
Bohaterem filmu jest Miguel. W jego rodzinie od pokoleń muzyka jest zakazana. Jednak Miguel marzy, by pójść w ślady swojego idola, wielkiego muzyka Ernesta de la Cruza. Zdesperowany chce udowodnić światu swój talent, a to – za sprawą serii przedziwnych wydarzeń – doprowadzi go do niezwykle kolorowej Krainy Umarłych. Po drodze spotyka uroczego oszusta Hectora. Wspólnie spróbują rozwikłać tajemnicę z przeszłości rodziny Miguela…

Prawo ziemi, to Precyzja. Inteligencja. Oparcie. Pewność. To cudowność różnorodności, to obfitość i troska, kiedy Budda obudził się ze snu cierpienia, ze snu oddzielności, ze snu dążenia i osiągania na dowód swojej realizacji dotknął ziemi. Była mu świadkiem tak samo jak jest świadkiem naszego zagubienia i szaleństwa. Jest tutaj pod naszymi stopami. Kiedy zniszczysz punkt oparcia, stracisz to kim jesteś, rozpadniesz się to może być Wyzwolenie jednak tylko wtedy kiedy nie jesteś już kimś, nie jesteś obiektem w przestrzeni, stajesz się nią samą. Jednak kiedy wciąż jesteś kimś, gdzieś, kiedyś – kiedy zniszczysz ziemię – stracisz wszystko, stracisz dom. Stracisz miejsce, które cię chroni i umożliwia naukę i rozwój.

Kiedy szczenię zagryza matkę zdycha z głodu.

Tutaj jesteśmy w tej właśnie części bajki na dobranoc. Teraz zasnąć znaczy nie obudzić się, stracić szansę na ewolucję świadomości, na Przebudzenie Serca. Zacząć od siebie. Od swoich myśli, słów, działań. Zacząć od bycia Przytomnym, bo to nie jest kurs mindfulness za kilka stów w klimatyzowanej sali na ciepłej poduszce, to jest nasze życie. Uważnść to klucz do Prawa przyczyny i skutku. To wgląd w to jak żyjemy i z jakim skutkiem – czy zostawimy po sobie pobojowisko pełne śmieci i odpadów czy jednak wytrzeźwiejemy i wprowadzimy w to kolektywne pole doświadczenia coś wartościowego. Wszyscy jesteśmy mistrzami dla samych siebie. To ciało jest naszą świątynią, słowa naszą modlitwą, myśli stanowią budulec rzeczywistości. Co oznacza Ludzkie Prawo?

Nie zabijaj. Nie bierz tego co nie jest ci dane. Nie trać świadomości. Nie krzywdź ciałem, nie krzywdź słowem nie krzywdź umysłem. Nie udawaj świętego, bo przecież wystarczy spojrzeć jak wygląda ten świat. Nie rzucaj kamieniem, bo zniszczysz wszystkie lustra i nie zobaczysz samego siebie.

Tak wszystko zależy od naszych wyborów. I to my jesteśmy jedynym kandydatem i kandydatką dla prowadzenia polityki własnego życia. Jest w nas To co wie o nas wszystko. Wszystko. To nie jest bóg w niebie i diabeł w piekle. To nasza własna świadomość. Źródło. Nie przychodzi i nie odchodzi by sądzić żywych i umarłych. Nie opuszcza nas nawet na chwilę. Wielki kwantowy komputer procesujący nasze doświadczenie, bowiem nie mamy zdolności doświadczenia tego jak jest – nasze ciało nie byłoby w stanie tego znieść, umysł zawiesiłby się i mulił bez końca. Jednak kiedy tracimy ciało – widzimy nagi rdzeń procesora, bezgraniczny kosmos wrodzonego potencjału. Dlatego moment śmieci to praca na kodzie źródłowym. Co znamy teraz? Kiedy wciąż jesteśmy żywi, chronieni ograniczeniami ciała i umysłu w stosunkowo stabilnej przestrzeni. Na tej poduszce w tej klimatyzowanej sali na kursie medytacji możemy póki co coś odkryć. Kim jesteśmy? W jaki sposób? Z jakim skutkiem? Nie wykorzystać tego to zaprzepaścić cenne ludzkie życie. Wielki Dar, z którego zdajesz sobie sprawę kiedy jest za późno. Żyjemy pochłonięci wrażeniami w dziecięcym parku rozrywki trwoniąc najbardziej cenną walutę.

Czas.

Jesteśmy na żydowskim cmentarzu (kirkucie) w Anielinie (Karczew – Mazowiecki Park Krajobrazowy). Jest to historia o tym, że każdy los mocą odkrycia pasji i zawierzenia jej można odmienić. Tak jak żydowski złodziej Urke Nachalnik, który podczas kolejnej odsiadki staje się pisarzem, a jego pierwszą książkę publikuje wydawnictwo „Rój” za sprawą Melchiora Wańkowicza, któremu styl i opowieść pisarza – przestępcy przypada do gustu. Nachalnik po swoim debiucie zaczyna pisać i nigdy nie wraca do więzienia. Tworzy barwne i soczyste opowieści o ówczesnej społeczności żydowskiej, zaprasza nas do podziemi świata przestępców, namiętnych romansów, używek, kolejnych napadów i odsiadek. To opowieści o ludzkich losach, które często kończą się tragicznie jak życie samego Nachalnika, który zostaje zamordowany jako jeden z pierwszych żydów otwockich i jego ciało prawdopodobnie spoczywa gdzieś w Anielinie, a duch wciąż snuje swe barwne opowieści.

MUZYKA: Traditional-Kaddish (Jewish Song) for cello and piano (Arr. S. Wieder-Atherton)

Zwykły wpis
PIRACKIE OPOWIEŚCI

TERROR ROZPROSZENIA

DSC_4808-001

Wybory. Lewa. Prawa. Środek. Od ściany do ściany. Od uderzenia w ścianę skandalu do uderzenia w mur kolejnego rozczarowania, od obietnicy do obietnicy. Wysłane w czasie zapewnienia, które prawie nigdy nie dochodzą do fazy realizacji, bowiem nasza rzeczywistość jest montowanym na żywo reality show. Spektaklem rozpisanym w taki sposób by wciąż i wciąż zapominać o co tutaj tak naprawdę chodzi, o co biega w tym szaleństwie.

To nieprzerwane zapętlenie w bodźcach, w biernym zaangażowaniu na poziomie świadomości. W wiecznym i chaotycznym myśleniu, które nigdy z powodu własnego ograniczenia nie sięgnie kresu i wyczerpania. To ciągłe bezsensowne spalanie żywej energii by tworzyć martwe przeczące sobie wzajemnie koncepcje, ideologie, filozofie – punkty odniesienia względem iluzji oddzielenia. System oparty na wierze w realność abstrakcji, nadawanie wartości, przypisywanie znaczeń – kolektywnej symulacji, która jak płodne łono co kilka sekund wypluwa na świat kolejną zdezorientowaną istotę czekającą na „szczęście”, które w swej istocie jest dojrzewającym cierpieniem.

Krótkotrwałość Gry. Krótkowzroczność Rozwiązań.

Wszystko staje się cyfrowe. Statystyczne. Pozbawione ugruntowania i korzenia. Stan nieważkości, dryfowanie po absurdalnej orbicie relatywizmu wszelkich wartości, fundamenty stają się grząskim błotem, ściekiem odchodów. Rozpadamy się tracąc kolejne punkty zaczepienia i oparcia. Religia, polityka, systemy filozoficzne i światopoglądowe – wszystko to wydaje się coraz mniej przekonujące i godne zaufania. Kompromitacje przeszły nasze wyobrażenie i stały się toksycznym pozbawionym wartości odżywczych chlebem powszednim. Każdego dnia próbujemy zaktualizować nasz niestabilny system wierzeń – urojeń. Jednak coraz częściej zawieszamy się pomiędzy rozpaczą i niedowierzaniem i spajającym to wszystko lękiem. Można powiedzieć, że mamy w sobie siedziby trzech głównych partii naszej wewnętrznej polityki względem wtórnej zewnętrznej rzeczywistości.

Partia głupoty. Partia gniewu i niechęci. Partia napastliwej pożądliwości. Czyli centrum, prawica i lewica. To jest nasza strategia polityczna nakierowana na przetrwanie w tej klatce uwarunkowań. Umysł obojętności to ten osadzony pomiędzy skrajnościami, jednak nie jest to idealnie harmonijny w myśl tak zwanej drogi środka – nie. To umysł która po prostu ma to wszystko gdzieś. Dryfuje. Udaje zainteresowanie dla świętego spokoju, ciągle zmienia „poglądy” i punkty widzenia. To strategia „jestem zmęczony”, „wszystko to samo”, „ta sama śpiewka”. To oportunista, miałki gość, który chce przejechać przez ten tunel bez zaangażowania, idzie na każdy układ z każdą ze stron, dla korzyści, mówi co w danej chwili najlepiej powiedzieć. Jednak w nic nigdy tak naprawdę nie jest zaangażowany. Totalna obojętność. Tak dobrze i tak dobrze. Idealny polityk. Bazuje to na ignorancji.

W naturalnym odruchu zanurzamy się w rozrywce. Cały przemysł zabawy i przeżywactwa służy wypełnieniu pustki, w którą się zapadamy pozostawieni sami wobec siebie – „nierozerwani” – bez zewnętrznych przymusów i sensów stanowiących pochodną dotychczasowych konieczności życiowych. Bo w tej ciszy i pustce tym wyraźniej słychać głos starego „ja” narracyjnego: tym byłem, tym jestem, tym będę, taka jest moja opowieść, do tego dążę, to mi się udało, a to nie, po to żyję. I ten głos staje się nie do zniesienia, kiedy nie ma już do wypowiedzenia takiej „opowieści na życie” danej przez zawód, religię, porządek społeczny.

Więc najpierw zagłuszasz to „ja”. Aż w końcu ono wysycha, klęśnie, zanika. I to wycofywanie się z klasycznej samo-świadomości w przeżywactwo i reaktywność obserwujemy na co dzień. Od kultu zajętości („nie mam czasu na nic”), do snobizmów na mindfullness i ucieczek w pustelnie: taki kontrtrend najwyraźniej wskazuje na przemożność trendu dominującego; są to oznaki desperacji.

Sam fenomen filozofowie i pisarze analizowali od wieków, pozostawał on jednak ograniczony do najwyższych warstw społecznych, głównie arystokracji: tych, którzy już wtedy nie musieli pracować. XX wiek przyniósł zaś przemysłową produkcję rozrywki dla mas, a komputeryzacja i big data podporządkowały ją metodzie naukowej. Aż do takiego rozrywki udoskonalenia i zindywidualizowania, że każdy może się dziś rozrywać od rana do wieczora, i to tak skutecznie, że jego własne „ja” narracyjne nie jest już zupełnie potrzebne; życie żyje się poza nami.

Jacek Dukaj: Na Zachodzie wzbiera fala rozpaczy

Partia gniewu i niechęci. To umysł skierowany do tyłu, w przeszłość. To ciągłe i absurdalne przywoływanie wzorców, postaw i ideałów, których nikt już dawno nie rozumie. To odwoływanie się do mocy i potęgi dawnych bogów, herosów, bohaterów. Rodzaj baśni – pięknej i szlachetnej wyssanej z grożącego palca opowieści przy jednoczesnym maskowaniu swojej słabości i szaleństwa, porażającego oderwania od rzeczywistości. To toporna moralność wyparcia i traumy, profil pokutnika gloryfikującego potępienie i zwiastującego wielką karę w postaci boskiego gniewu i apokaliptycznego scenariusza ludzkich dziejów. Wielkiego i zapierającego dech w bogobojnej piersi finału, to umysł spisku i pozornie sensownej narracji o totalnej kontroli tak zwanym światowym spisku trwającym przez tysiąclecia i zmierzającym do jakiegoś „punktu ostatecznego”, który raz jest wojną, raz kometą, raz inwazją obcych, albo przyjściem mesjasza z nieba. Paliwem jest wrodzony lęk. Objawem szaleństwo.

Trzecia propozycja psychologicznej polityki to partia pożądliwości i obietnicy, która lokuje w świetlanej przyszłości. To dominująca narracja naszej współczesnej codzienności, tak zwany kapitalistyczny nowoczesny liberalizm. To wiara w rozwój, wieczny progres i dobrobyt, to świat bez boga i diabła, religia humanizmu. Świecki model gloryfikujący wrodzony nam algorytm pożądania, progresywny i zarazem coraz bardziej zaślepiony skrajny materializm. Hedonistyczna pozbawiona skrupułów orgia krótkotrwałych uciech, która „zapomniała” o kacu w postaci starości i śmiertelności i próbuje w nieskończoność ciągnąć stan „upojenia możliwościami”. To sen o trans humanizmie, naukowej nirwanie, genetycznym zbawieniu śmiertelnego ciała, naukowym oświeceniu. Wyparcie spustoszenia i degeneracji jest tu cechą charakterystyczną, to skrajnie narcystyczny umysł przekonany że człowiek jest bogiem, jedynym powodem istnienia wszelkich procesów we wszechświecie, a wszystko jeszcze przed nami choć poziom gówna sięga krtani. Cechą charakterystyczną jest ciągłe stymulowanie pożądania. Żądza osiągania.

DSC_4699-001

Proces ewolucji stworzył w nas te algorytmy. Głęboko ukryte gadzie predyspozycje do ucieczki, walki i udawania martwych. Do bycia alfa i beta. Podświadomą potrzebę nagrody i instynkt zdobywcy. Reakcyjna maszyneria ukryta za maską „nowoczesnego człowieka”. Systemy wiecznego usprawiedliwiania, wyparcia, zrzucania odpowiedzialności, szukania pocieszenia w obietnicach religijnego szaleństwa czy technologicznej utopii. Terror rozproszenia byśmy bez ustanku reagowali na tą absurdalną rozgrywkę, wciąż byli na boisku czekając na aplauz samych siebie sklonowanych poprzez zwierciadła social mediów. Śpimy śniąc gęste ciężkie sny przenosząc chorobę z umysłu do umysłu, każdego dnia czynimy upgrade by być na tak zwanym „czasie”.

Zwykły wpis
PIRACKIE OPOWIEŚCI

NATURA KULTURA APARATURA

blog-1-full

Mamy oczywiście pewnych faworytów. Rozszerzona i wirtualna rzeczywistość, internet rzeczy, druk 3D, robotyka, bioinformatyka, bionika, a to wszystko prowadzi do rozszerzonej ludzkości. To ciekawy obszar rozwoju technologii. Urządzenia przenośne, jak laptop, stały się noszonymi, jak inteligentny zegarek czy opaska na nadgarstku. A to przystanek, bo w końcu urządzenia będą umieszczane w ciele. Równolegle internet rzeczy stanie się internetem rzeczy w ludziach.Słowem: postępująca konwergencja. Idziemy właśnie w stronę konwergencji. Styk technologii z człowiekiem wykroczy daleko poza zaawansowane technologicznie protezy czy inteligentne regulatory rytmu serca. Można powiedzieć, że z antropologicznego punktu widzenia ewoluujemy od homo sapiens do homo extenses. I musimy się na tę przyszłość przygotować.

Ade McCormack

Od zawsze zadziwia mnie kwestia złożoności i poziomów skomplikowania ludzkich interakcji od poziomu indywidualnego po grupowy, aż po globalne problemy cywilizacyjne – gdzie narracja ich dotycząca operuje pojęciami tożsamości narodowej i kulturowej dotyczącej mas ludzkich. Niczym równanie matematyczne przypisując i operując ogólnikami mamy zwyczaj tworzenia bardzo umownych map orientacyjnych, gdzie w kilku prostych sloganach i skrótach dla wygody własnej ignorancji tworzymy tak uwielbiane podziały, których zadaniem jest utrzymanie psychologicznej strefy komfortu.

Jednak prawdziwa inteligencja objawia się w zdolności dostosowania i improwizacji. Szczury są dla mnie meta metaforą właśnie z tych dwóch powodów. Ich rola w procesie ewolucji jest niezastąpiona, ich los można odnieść do ludzkiego ducha uwięzionego w klatce materializmu. To zwierzęta na wskroś heroiczne, pozbawione niepotrzebnych złudzeń i ozdobników. Połączenie woli przetrwania z emocjonalną inteligencją i niezwykłą zdolnością uczenia w warunkach opartych na przemocy.

Kto włada symbolami, włada ludźmi.

Robert Anton Wilson – Powstający Prometeusz

Nasz wymiar istnienia. Natura zmodyfikowana przez kulturę podpięta pod aparaturę warunkowania. Ocenianie zachowań ludzi czy grup społecznych bez świadomości uwarunkowań jakim zostały one mimowolnie poddane rodzi proste kalki myślowe i prowadzi do prostackich i idiotycznych uogólnień – konsekwencje są widoczne obecnie każdego dnia kreując w coraz większym stopniu okrutny świat samolubnych istot.

Po 600 dniu od zasiedlenia rozpad interakcji społecznych trwał nadal, a populacja zaczęła zmierzać do wymarcia. W tym okresie zanikło rodzenie młodych. Samce wycofały się zupełnie i już ani nie zalecały się do samic ani nie walczyły. Jadły, piły, spały i czyściły swe futerka – i wszystko to w samotności. Charakteryzowały się elegancką sierścią i brakiem zranień. Calhoun nazwał je „Pięknisiami.

Eksperyment Calhoun’a

Nazywam to kulturowo – naukowym barbarzyństwem – syndromem „zimnego kabla”. Oświeceniowy model zachodniej judeochrześcijańskiej cywilizacji w swym procesie „wzrostu i rozwoju” opisał cytowany John B. Calhoun w sławnym eksperymencie na myszach. John B. Calhoun studiował procesy i skutki zachowań badając myszy a odnosząc się rzecz jasna do ludzi. Głównym motywem były konsekwencje przerostu populacji w optymalnych warunkach rozwoju. Syndrom kompletnego załamania zachowań i wspomniane barbarzyństwo nazwał „behavioral sink” gdzie wrodzona natura dbająca zachowanie podstawowych parametrów życia i troski o nie zostaje kompletnie wyparta przez narzuconą operacyjną sztuczną kulturę. I niewidocznego dla szczura Boga – Aparaturę i jej Operatorów. Na swój własny sposób rozumiem mit o opuszczeniu Raju jak krok nieuchronny w procesie wzrastania i rozwoju, zmierzenia się z Egzystencją o własnych siłach i na własnych warunkach – kosztem śmiertelności i cierpienia. Zdobywanie własnej Mądrości w niezabezpieczonym Zderzeniu z Tym Co Jest. Poznanie przyczyn i konsekwencji. Nauka. Jednak mitologia Raju wciąż jest obecna, a domniemana wina jego opuszczenia wciąż pozostaje sprawą sądową w toku religijnego uwarunkowania.

W skali obecnych zjawisk i cywilizacyjnych zderzeń mentalno kulturowo religijnych w daremnych próbach utrzymania starych wzorców i „klatek” – cały ten zabieg „cofnięcia” do dobrze znanych swojskich terytoriów mono kulturowych i absurdalna próba utrzymania tego stanu rzeczy jest w moim odczuciu przedłużaniem i intensyfikowaniem cierpienia.

Ostatni okres dr Calhoun nazwał okresem wymierania, kończył się bowiem całkowitym zanikiem populacji. Pomimo, że obszar zaprojektowano tak by pomieścił 3000 myszy, spadek liczebności populacji rozpoczął się gdy liczyła ona 2200 osobników. Z przejściem od okresu równowagi do okresu wymiarania każde interakcje pomiędzy osobnikami stawały się coraz słabsze, pomimo tego, że wszystkie zwierzęta tłoczyły się bliżej do siebie. Dr Calhoun wyciągnął z tego wniosek, że myszy nie potrafią sobie skutecznie radzić z tak mnogą liczbą kontaktów. Przemoc wzrosła do takiego stopnia, że większość osobników miała pogryzione ogony. Ostatecznie wszystkie myszy wymarły.

Eksperyment Calhoun’a

Własny ogon w postaci tych niedorozwiniętych, gorszych, ułomnych jest tym samym ciałem. Tylko w ich „chorobie” możliwe staje się narcystyczne przekonanie o własnym „zdrowiu”. Mało kto dostrzega samą Aparaturę. Tych ludzi i te procesy, które ukształtowały bezlitosny charakter tego Eksperymentu. Ludzie odnoszą się do niezidentyfikowanej abstrakcji Boga wciąż przenosząc uwagę w sfery nierealne i wydumane podczas gdy wszystko to od początku jest dziełem ludzkiej próby i nauki. Wbrew pozorom nie oceniam tego negatywnie w sensie „zła”. Skłaniam się raczej do wniosku, że w trakcie warunkowania w amoku walki o przetrwanie tracimy ludzkie cechy stając się istotami mechanicznymi.

Mam zaufanie do nagiego procesu życia i do wciąż obecnej w nas wrodzonej inteligencji. W aksamit szczurzego futra i zdolność improwizacji. W zawodność Aparatury.

Nie dotyczy to wyłącznie ludzi. Postęp technologiczny – w szczególności jeśli dotyczył on sprzętu komputerowego, oprogramowania i Internetu – był tak szybki i zaskakujący, że nasza mentalność i nasze prawo nie nadążają za nim, w tyle pozostają też nasze organizacje i instytucje. Jeśli przyjmiemy tę perspektywę, nasilanie się zjawiska globalizacji przestaje być alternatywnym wyjaśnieniem, a zaczyna oznaczać raczej konsekwencję zwiększenia potęgi i wszędobylskości technologii.

Erik Brynjolfsson, Andrew McAfee. „WYŚCIG Z MASZYNAMI”.

robert-anton-wilson

Ogólnie rzecz biorąc, pierwotny wdruk zawsze posiada przewagę nad następującymi po nim uwarunkowaniami i procesami uczenia się. Wdruk to rodzaj software’u, który został wbudowany w hardware, czyli został odciśnięty na neuronach w chwili, gdy były one wyjątkowo wrażliwe. Wdruków nie sposób podważyć. Spośród całej masy programów, mogących pełnić funkcję software’u, to one narzucają ograniczenia, parametry i granice, w ramach których możliwe jest wszelkie zachodzące później warunkowanie, a także wszelkie pobierane nauki.

Przed otrzymaniem pierwotnego wdruku świadomość niemowlaka jest „pusta i bezkształtna”. Przypomina świat opisany na początku Księgi Rodzaju, czy też tzw. świadomość oświeconą, o której wspominają liczne tradycje mistyczne. Z tej twórczej próżni wraz z pierwszym wdrukiem wyłania się struktura. Dojrzewający umysł natychmiast wpada w kleszcze tej struktury i można powiedzieć, że się nią staje. Z każdym kolejnym wdrukiem komplikuje się nasz software, a wraz z nim nasze rozumienie rzeczywistości. W oparciu o tę pierwotnie wykształconą matrycę doświadczeń, pod wpływem dalszych uwarunkowań oraz nauk stopniowo wyłania się struktura obwodów mózgowych, tworząca mapę naszego świata. Mapa ta decy­duje o tym, o czym myśli Teoretyk. Z kolei Praktyk automatycznie dopasowuje do niej wszystkie nadchodzące sygnały.

Robert Anton Wilson

Zwykły wpis
PIRACKIE OPOWIEŚCI

CHAOS JEST STRUKTURĄ ŚWIATA

Nazywam to Kulturą Amoku – Punktem Przeciążenia. Jesteśmy w strefie Przejścia. Uwięzieni na styku materii i pustki. Zakleszczeni w słowie, etykiecie, sloganie, oszustwie. Zamknięci w cudzym teatrze. Jednak spektakl dobiega końca. Spektakl traci wiarygodność, kiedy każdy widz uświadamia sobie, że to właśnie On jest na scenie, stając się pośmiewiskiem, karłem, kuglarzem, clownem. Tańczy nie swój taniec, powtarza gówno warte prawdy, które już dawno utraciły pierwotne znaczenia. Dlatego to jest Piekło. Stworzone z kilku miliardów przyczyn na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Nadawca staje się odbiorcą. Wyobrażenie przybiera formę rzeczywistości. Nie można wyjść – wszystko stało się spektaklem.

Skąd jesteś w Polsce?

Z Łodzi. Dla mnie jest to specyficzne miasto. Ma klimat. Jest ciężkie do życia, tak naprawdę tam nie ma tradycji kulturalnej. To była „ziemia obiecana” dla fabrykantów, dla produkcji. Teraz niby to inaczej wygląda, przyjechał David Lynch, coś tam buduje, powstają jakieś galerie, miejsca kulturalne i tak dalej. Ale u samego źródła to miasto rozrosło się tylko po to, aby produkować. Podobnie jak Nowa Huta.

Miasto maszyna…

Jedno z najbardziej industrialnych miast w Polsce. Bardzo dużo fabryk, coraz częściej upadłych i nieużywanych, po których pozostały jakieś same szkielety. Miasto się oczywiście rozwija, coś tam się dzieje, coś budują, coś się zmienia.

Wcale mnie nie zachęciłeś, żeby odwiedzić Łódź…

To jest kwestia optyki. Indywidualna sprawa. To miasto to dla mnie energia, a nie wygląd. To miejsce mnie ukształtowało to – kim jestem też wynika z tego w jakimś sensie. Łódź uczy cię tego, że nie do końca jest tak jakbyś chciał, czy jak myślisz, że powinno być. Jest tak jak jest i pozostaje pytanie – co z tym zrobisz? Ja nie wyjechałem z Łodzi, żeby uciec od tego miejsca. Chciałem doświadczyć czegoś innego. To jest jakaś część mnie. W pewnym sensie to jest miasto dużej patologii i to emanuje trochę jak chodzisz jego ulicami – Kilińskiego, Nawrot, Narutowicza. Nie potrafię podzielić Łodzi na starą i nową. Dla mnie jest jedna Łódź – moja Łódź.

DSC_2224-001

Czym się różni Łódź od Londynu?

Różni się ogromem rzeczy, tu nie ma, co porównać za bardzo. Oczywiście możemy powiedzieć, że pewne elementy są podobne, bo każde miasto funkcjonuje podobnie. Dla mnie to są dwa różne miejsca na kuli ziemskiej.

Kiedy przyjechałeś do Londynu i jak pamiętasz swoje początki?

Przyjechałem tutaj półtora roku temu. Początki tutaj to był dla mnie ciężki okres. Wydaje mi się, że najpierw musisz spotkać się ze swoimi „demonami” w postaci tego, co cię spotyka i tak dalej. Tak to trochę w moim przypadku wyglądało.

Kiedy zacząłeś pisać i co pisałeś?

Można powiedzieć, że pierwszy mój tekst, który powstał z potrzeby wewnętrznej napisałem jak miałem czternaście czy piętnaście lat podczas jazdy pociągiem. To się wzięło znikąd, zacząłem zapisywać jakiś niby wiersz na kartce. Jednak w zasadzie jak bym miał powiedzieć, kiedy to poczułem po raz pierwszy – to było chyba w szóstej klasie podstawówki, kiedy pisaliśmy jakieś wypracowanie na lekcji polskiego. Pierwszy raz podczas pisania – mnie nie było, robiłem to i tylko to. Dla mnie to nie była lekcja polskiego, a historia, jaka chciałem opowiedzieć. Za to wypracowanie dostałem dwóję, zrobiłem chyba ze sto błędów, nie wyrobiłem się w czasie, był koniec lekcji i nauczycielka podeszła do mnie i powiedziała, że już trzeba kończyć. Ja się pytam: Jaki koniec i czego koniec? Ja jeszcze nie skończyłem. Nie interesowało mnie, że to jest koniec jakiejś lekcji, są jakieś stopnie, chciałem po prostu skończyć opowiadać tą historię, którą zacząłem.

Pamiętasz, o czym była?

To było coś o bezludnej wyspie. Nie pamiętam dokładnie, ale pamiętam ten stan, w którym byłem i w pewnym sensie, dlatego to wciąż robię. Dla mnie to jest forma medytacji. Pisząc spotykam się sam ze sobą, zadaję sam sobie pytania i sam próbuję na nie odpowiedzieć. Sam proces pisania to jest męka. Nie lubię tego. Samo zapisywanie, ta czynność, to siedzenie i kurwa rzeźbienie. Pisanie to jest rzeczywistość, to jest życie, a przepisywanie tego to jest etap końcowy. Ja mam system pracy momentu i w sumie mało poprawiam. Wiem, że jak jestem w jakimś „kanale przepływu” po prostu muszę to napisać. Nauczyłem się szanować swoją metodę i zaufać temu procesowi. I tyle.

Jak wyglądało szkolnictwo, czy twoja szkoła była przeciętną szkołą?

Ja miałem wieczne kłopoty ze szkołą tak naprawdę jako instytucją. W ogóle pochodzę z przeciętnej rodziny, chodziłem do przeciętnej szkoły. Jestem produktem przeciętnych warunków. Nie jestem syntezą niespotykanych zbiegów okoliczności. To była przeciętna szkoła w mieście Łodzi. Co tu można więcej powiedzieć?

Tamta sytuacja mnie zraziła. Jacy ludzie decydują o naszym rozwoju, kim są ci nauczyciele i czego oni uczą? To był zawsze dla mnie problem. Dla mnie formuła takiej zwykłej szkoły jakoś się nie sprawdza. Miałem duże problemy. Moim zdaniem podobnie jest pewnie wszędzie na świecie. Spotkać dobrego nauczyciela… nie chodzi o przedmiotowe nauczanie czegokolwiek – geografii, matematyki. Jak nie ma w tym pasji, a większość nauczycieli robi to tylko po to by zarobić na chleb i to czuć. Dość wcześnie zorientowałem się, o co chodzi w instytucji szkoły. Ta cała papierkowość w Polsce, jeżeli chodzi o edukację. Ta maniera, to myślenie „pokaż mi, co skończyłeś, pokaż mi swój dokument, pokaż mi swój papier”. Przecież to o niczym nie zaświadcza. Polskie szkoły to była męka dla mnie. Chodziłem do pięciu szkół średnich, z których notorycznie mnie wyrzucali. Już pomijam to, że się nudziłem. Sam sposób przekazywania wiedzy przez tych ludzi – po prostu podręcznikowy. Ja lubię ludzi, którzy starają się dociec do czegokolwiek. Te wszystkie rzeczy pomocnicze typu lektury, które wtłaczamy w siebie przez całe życie, masy książek, idziesz do kolesia a on ma dwie ściany całe w książkach…Co to znaczy? To w zasadzie nic nie znaczy. Jesteś w stanie się popisać towarzysko, ale tak naprawdę rzeczy, które przeżyłem to jest korzeń, to jest we mnie. Wracając do tej szkoły – to jest nuda, dużo nudy. W szkołach wyższych teraz produkują absolwentów. Wiedza stała się produktem. Ludzie tam chodzą, zadają egzaminy, ja nie potrafiłem się ekscytować takimi rzeczami typu jakieś formalności, wiesz nie zdałem sesji w terminie…no i co kurwa z tego? Dla mnie pytanie jest, co ja z tych studiów wyniosłem tak naprawdę…I co mogę powiedzieć – za dużo nie wyniosłem. Z tym jest trochę jak z obiektywami do aparatu fotograficznego, niektórzy się tym ekscytują, dla mnie jest ważne, co przez nie widzisz.

Czy w Łodzi była jakaś scena literacka, czy byłeś w nią zaangażowany?

Byłem raz na jakimś spotkaniu młodych literatów w jakimś domu kultury. Nie nadaję się do takich rzeczy. To nie jest moja bajka. I to nie o to chodzi, że chciałem wykreować z siebie jakiś rodzaj oryginalności, wiadomo są ludzie, którzy się spotykają, dzielą się i ich to inspiruje. Może ja źle trafiłem, ale będąc tam widziałem towarzystwo samo adoracji, ludzi, którzy się onanizują swoimi wierszami. To jest jakiś ich styl życia. A to, że piszę to nie jest mój styl życia, nie kreuję takiego imidżu, żeby się lepiej czuć na świecie, to poczucie, że do czegoś przynależę, że to jest moja rola i tak dalej. Ja nie znam polskiej sceny literackiej w ogóle. Mnie to nigdy nie podniecało, nie garnąłem się by być tego częścią. Pisanie to jest bardzo samotne zajęcie i mówiąc wyłącznie za siebie ja poprzez to przerabiam swoje życie – to, co mnie otacza, co przemyślałem.

Czy napisałbyś o sobie, że jesteś polskim pisarzem czy pisarzem z Polski?

Ja kocham język polski po prostu, jeżeli chodzi o tworzywo pisania. W języku angielskim masz dla przykładu jedno słowo na określenie wielu rzeczy, a w polskim masz wiele słów na określenie jednej rzeczy. Polski to bogaty język, plastyczny.

Czy czujesz, że jesteś poza językiem, którym operujesz?

Nie wiem. To są upośledzenia środków, których używasz. „Bycie pisarzem” – to nie tylko „wyrabianie czy szukanie słów” to raczej typ umysłowości. Używasz takiego środka wyrazu podobnie jak ktoś inny używa dźwięku czy obrazu – metoda ekspresji nie ma znaczenia. Pytanie fundamentalne, – po co to robisz? Dla mnie muzyka jest bardziej emocjonalna, która sama w sobie operuje językiem emocji, wzbudza je. Ciężko jest znaleźć książkę, którą czytając będziesz miał dreszcze, jakie czujesz, kiedy słuchasz dobrej muzyki. Jeżeli chodzi o literaturę to operujesz czymś, co jest przede wszystkim abstrakcyjne, ale również jest w jakimś sensie powiązane z powstawaniem obrazu. Dobrze, kiedy to nie jest jakiś tępy realizm. I tutaj masz pewną wolność, jak w malarstwie abstrakcyjnym i ja szukam tej symbiozy realizmu z abstrakcją.

Czy będąc w Londynie piszesz o tym mieście czy piszesz o czymś gdzieś indziej?

Dla mnie miejsca to są trochę dekoracje. Wiadomo, że każde miejsce, w którym żyjemy wpływa na nas. Dla mnie pisanie to rodzaj odruchu, to coś, co pełni w moim życiu bardzo ważną rolę. Pomaga mi żyć i nad konsekwencjami pisania nie do końca się zastanawiałem. Do czego mnie to prowadzi, czy jaką rolę to ma spełniać – to było mi potrzebne, nie myślałem o tym w kategorii wewnętrznej czynności, która ma coś udostępnić. To jest biologia w moim wypadku. To, co teraz piszę nie do końca jest o Londynie, to może być o każdym miejscu na ziemi. Dla mnie tak naprawdę ludzie są podobni do siebie na każdej szerokości geograficznej, oczywiście są uwarunkowani kulturowo i tak dalej. Londyn umożliwia dużo, jeżeli chodzi o spojrzenie na rzeczywistość.

Dlaczego Londyn jest Londynem?

Ja trochę za mało poznałem to miejsce, żeby odpowiedzieć na to pytanie.

DSC_0523

Dobrze, dlaczego to miejsce jest tym miejscem? Jesteśmy na wybrzeżu przy Vauxhall Bridge, światło miasta ma dziś taki dramatyczny pułap, dlaczego akurat wybrałeś to miejsce na naszą rozmowę?

To jest dla mnie szczególne miejsce. Zaczynając od samej jego estetyki, symbolizuje ona pewną zmianę, która się dokonuje globalnie na świecie. To futurystyczne miejsce. Mam wrażenie siedząc tutaj w otoczeniu tych szklanych „kosmicznych” budynków i starego wiktoriańskiego mostu, że świat będzie coraz mniej przewidywalny. Ja lubię chaos. Uważam, że chaos jest strukturą świata. Człowiek próbuje to wszystko uporządkować, bo takie jest jego myślenie, ale do końca świat nie jest przewidywalny podobnie jak to, co się wydarzy. My staramy się w tym odnaleźć a jednocześnie narzucamy rzeczywistości kaganiec. To miejsce to jest jakaś forma przypadkowości, warunków, które nagle tworzą jakiś pejzaż. Mi się to podoba. Poza tym jest woda, z którą mam silne połączenie. Ten strumień, prąd to płynięcie – tym dla mnie jest rzeczywistość. Nie jesteśmy w stanie zatrzymać czegokolwiek tak naprawdę. Pisanie to próba uwieczniania chwili, podobnie jak fotografia. Przywykamy do wszystkiego, grzęźniemy w schematach. Kiedyś na ulicy w Łodzi doznałem czegoś, co nazwałem „wielkie zdziwienie” – krótki moment, może pięć sekund…nagle widzisz wszystko wokół i żadna nazwa, żadne określenie nie zdążyło się pojawić wszystko było totalnie świeże i pierwsze. Życzyłbym sobie tego jak najczęściej.

Czemu Polacy mają taką renomę religijnych?

To jest sztuczne dla mnie. Żyjąc w Polsce widzisz, jakiego rodzaju jest to religijność. Nie chcę tutaj fetować wyroków czy ogólników. Z moich obserwacji wynika jednak, że głównie jest to bardzo powierzchowne i dogmatyczne oraz pozbawione refleksji. To mnie bolało w Polsce. Często ten spotykany rodzaj zaślepienia i ortodoksji, który mam wrażenie zaczyna się wtedy, kiedy ludzie naprawdę uświadamiają sobie, że umrą, że są skończeni w czasie i nie ma taryfy ulgowej. Ta świadomość często przychodzi za późno i w tych ludziach jest jakiś fałsz. Powtarzają nie swoje rzeczy, slogany. Czym jest doświadczenie religijne? To jest uważam coś bardzo intymnego. Religia zawsze ludziom pomagała i szkodziła jednocześnie. Pomagała na poziomie indywidualnym, ale na skalę masową była okropna. Znamy to z historii, konsekwencje myślenia stadno – religijnego i nie możemy temu zaprzeczyć. Kiedy możesz sobie wszystko wytłumaczyć i się pocieszyć – to jest też rodzaj pułapki. W każdej zamkniętej strukturze religijnej już to jest. Masz już drogę i w nią święcie wierzysz, jesteś muzułmaninem, buddystą, katolikiem i nagle cały świat już masz wyjaśniony. To pułapka uważam.

Czy to w jakiś sposób tłumaczy, dlaczego Polacy tutaj w Londynie w takim dużym stopniu są rasistami, traktują dogmaty jako rodzaj łatwego wyjścia z tej sytuacji „nie wiem”?

To wynika też z Kościoła Katolickiego po prostu. To jest dość ciasna instytucja. Ja nie wiem czy to jest dobre, że jakiś system zachował swoje zasady przez tysiąc lat, wszystko się wokół zmienia a to się nie zmienia. Problem polega jednak na tym, że to za dużo cierpienia wywołało. Mówimy o Hitlerze o charyzmatycznych ludziach, którzy mieli wpływ na miliony i coś złego zrobili. Za tym zawsze idzie odpowiedzialność, Kościół to instytucja, która głosi pewne rzeczy, w które ludzie wierzą. Kiedyś jako dziecko zadałem na religii jakieś pytanie, które nagle mi się pojawiło i dostałem „kopa w twarz” od siostry zakonnej czy katechetki, której reakcją było oburzenie w stylu „jak śmiesz gówniarzu”. Kościół spowodował w człowieku ogromne poczucie winy. To nie jest religia poznania. To jest religia pomazania po prostu, umęczenia. Jak to społeczeństwo ma funkcjonować? Stało się czymś zamkniętym, bo to wynika z uwarunkowania, w jakim zostało wykreowane. Polacy, których najczęściej tu spotkałem na ulicy i których jest tu najwięcej to właśnie takiego rodzaju ludzie. Nie ma kontaktu. Nie ma otwartości.

Jak oceniasz reakcje Anglików na Polaków?

las, karton 079

To jest osobny temat, pewnie są przeróżne. Ja bym się skłaniał ku opinii, że Anglicy są nami zmęczeni, tym sposobem, w jaki my zazwyczaj funkcjonujemy, tym głośnym stylem bycia, który przykuwa uwagę. Łatwo to zaobserwować w środkach transportu publicznego, kiedy słyszysz Polaków, którzy zachowują się bardzo głośno. To rodzaj narzucania swojej obecności, Polacy chcą od razu wyznaczyć granicę, swój teren, podkreślić, kim są. Często tak to widzę. Mamy w sobie dużo agresji. Nie atakuj tego, w co Polak wierzy, bo od razu będzie cięcie, riposta. To jest zderzenie dwóch zupełnie różnych stanów mentalnych. Nie jesteśmy stadnym narodem, raczej indywidualistami, którzy mają problemy z kolektywnym myśleniem, a Anglicy myślą w kategoriach społecznych. To historyczne uwarunkowanie sejmików, samorządów wiecznych kłótni. Opór wobec centralnej władzy jakakolwiek by nie była. Większość ludzi przyjeżdża tutaj jednak po pieniądze w celu załatwienia swoich spraw w Polsce, a Londyn to jest dla nich środek do tego celu. To mnie boli osobiście, kiedy ludzie traktują coś instrumentalnie, ignorują zwyczaje i ludzi. To jest negatywne. Kiedy na początku w Londynie doświadczyłem tego dramatu braku punktów zaczepienia i byłem w sytuacji, że nie wiesz co się zdarzy za chwilę czy jutro, musisz się otworzyć na to co jest teraz, na rzeczywistość. Kiedy nie wiesz gdzie idziesz i po co, bo wszystko nagle runęło. Ta sytuacja uświadomiła mi, ze otacza nas bogactwo potencjalnych doświadczeń. I ten plan, który sobie wymyśliliśmy ciągle się modyfikuje i zmienia. To jest świat przyszłości, przekroczyliśmy pewien pułap cywilizacyjny. To jest świat zmiany. Jednocześnie niepokoi mnie ten system konglomeracji i unifikacji. To jest wyznaczanie nam ról w tym świecie. Mechanizacja ludzi. To jest niebywały paradoks, kiedy mówisz komuś, że nie może być tym, kim był od setek lat i musi się dostosować do nowych standardów. I kiedy się nie dopasuje zostanie gospodarczo i mentalnie wyeliminowany. Tylko, kto tu ma prawo do wyznaczania standardu współistnienia? To jest w jakiś sposób okrutne.

Czy widzisz Europę jako unifikację czy raczej fragmentację?

To jest jak Yin i Yang – dwie przeciwstawne siły w jednym czasie. Pierwotnie to jest Tao – to jest jedność, ale to co ludzki umysł wygenerował to myślenie czyli główny element, który chce to wszystko dzielić, albo łączyć sztucznie. W człowieku jest demon. Jak bieguny magnesu – z jednej strony ludzie chcą zachować swoją odrębność i tożsamość – podobnie jak na poziomie jednostki to jest piękne, że jesteśmy różni – to nas wzbogaca. Podobnie jak nasze utożsamienie z grupą, narodem i jednoczesna chęć przekraczania granic. Dla mnie ta kwestia nie stanowi problemu dopóki to, co się dzieje nie zaczyna ciebie dominować i ograniczać oraz narzucać fałszywej tożsamości.

Powyższy tekst to fragmenty rozmowy, która pierwotnie miała służyć jako materiał do anglojęzycznej publikacji traktującej o losach i postawach polskich emigrantów w Londynie. Marek Kazmierski pisarz, filmowiec i redaktor od blisko ćwierćwiecza mieszka w Londynie, jest twórcą wydawnictwa OFF_PRESS (www.off-press.org), które specjalizuje się w popularyzacji polskiej literatury w języku angielskim.

Zwykły wpis
PIRACKIE OPOWIEŚCI

HOTEL SAMSARA

CZYLI GOSPODAROWANIE ODPADAMI

wegestacjaESENCJA

Gwarancją zysków dla sprzedawców antidotów jest produkowanie choroby. Zaburzenie staje się symbolem kluczem – ukrytym mechanizmem zarządzania każdym z poziomów planszy na której toczy się ta gra zimnej inteligencji. Biznes Choroby – ciągłego leczenia skutków i ignorowania przyczyn jest jak ciągła spłata niemożliwej do spłacenia pożyczki rozłożonej na całe pokolenia w ten sposób, że bycie niewolnikiem staje się naszą tożsamością, rdzeniem istnienia czymś tak fundamentalnie zakodowanym, że głęboko nieświadomym a nasze tak zwane „osobowości” są chorobą urojeniową i pokrywają nas jak warstwy izolacji przed szokującą prawdą, że jesteśmy Produktem, który traci swój termin przydatności do pożytkowania stając się Odpadem.

Ja, szczur bezbarwny, szczur neutralny, ani biały ani czarny, także niesmaczny jestem dla większości ludzi.

Witold Gombrowicz

Na odpady buduje się wielkie kontenery Megapolis – metalowe trumny z systemami tworzenia i zaspokajania potrzeb. Szkoda nam kurczaków brojlerów jednak życie w betonowych jednakowych klatkach umeblowanych w Ikei karmienie jałową karmą z wielu pozornie różnych kolorowych opakowań, które opowiadają historię jaka nigdy się nie wydarzyła i system nauczania aportu za kością tego świata czyli materializmu, również jest Hodowlą. Uczymy się głównie jak tworzyć, rozmnażać i utrwalać Chorobę Posiadania. Koniec końców na tej planszy jest to naszą główną obsesją podpartą iluzją Trwałości. Zaczynasz pożyczką oddechu i kończysz spłatą oddechu. Umierasz, a twoje kieszenie i dłonie są puste. To jest prawdziwy Mistrz. Najgłębsza Nauka. Uniwersalna prawda i jedyna droga. Oświecenie, którego nikt tutaj nie chce. Śmierć. Jesteśmy zajęci obsesyjną ucieczką przed tą świadomością, tym najgłębszym poziomem zrozumienia istoty życia ukrytej w swoim przeciwieństwie tak zwanym cieniu. Dopiero z tego punktu odkrywamy prawdziwe wartości, coś z czym ciężko dyskutować, bronić miałkich teorii, dywagować – to jak krótki i bardzo brutalny w rozświetlaniu błysk światła – jak nagły precyzyjny cios ostrym mieczem. Ta jasność to absolutny brak niedomówień. Totalne doinformowanie o esencji. Przekroczenie opisu. Punkt Zero. Restart Systemu. Wyrwanie ze snu.

12366000_10205476437892335_6412995857935891039_o

Jak to zwał tak to zwał a tu zwał. Śnienie. Sztuka komfortowego Śnienia. Śnienie na jawie. Snucie planów, marzenia senne, urojenia. Zachować ciągłość Hipnozy, pogłębiając jej zasięg i terytorium. Wyhodować i wyszkolić całe armie Hipnotyzerów dać im dobrze zjeść, dobrze mieszkać, dobry seks, samochód, wycieczki, apartamenty, salonowe poklatkowe filmowe życie – serial o najlepszym możliwym życiu – wymiar śmiertelnych bogów. Szczyt spełnienia materialistycznej obietnicy. Każdy wydaje się tego chcieć. Stara się wdrożyć to w życie, wierzy w tego boga w trzech ozdobach. Jego świątynia jest wszędzie i zawsze w każdym sztucznym i wymyślonym wytworze, modlitwa trwa nieprzerwanie jak hasła reklamowe i przemówienia polityków, hostia to papier i cyfra – pieniądz w nieskończonym obiegu – przypływ – odpływ – ocean snu. Cudowny basen obok drogiego hotelu o pachnącej wodzie która wypiera całą świadomość tymczasowości – umowy wzajemnego warunkowania przyczyn i skutków, którą podpisaliśmy w zamian za chwilę wygody i zapomnienia.

1167552_10201114130677381_245898237_o

Jeden ze specjalistów od marketingu w firmie Harley-Davidson ukuł slogan: „Płacąc za harleya, kupujesz styl życia. Motocykl dodajemy za darmo”. Jako kupujący produkty lifestyle’owe dawno już staliście się częścią interfejsu strategii przedsiębiorstw, które wymyśliły was jako swój główny produkt, czyli jako permanentnego „posiadacza coraz nowszych potrzeb”, któremu w coraz krótszych odstępach czasu wciska się coraz to nowsze produkty. Apple na przykład kompletnie nie interesuje się tym, na jakie choroby zapadną ich pracownicy, którzy w Foxconn impregnują wyświetlacze, po których późnej z taką łatwością przesuwają się wasze palce; jak najbardziej natomiast interesuje firmę, abyście umieszczali w swoim wewnętrznym świecie coraz więcej urządzeń służących do coraz bardziej absurdalnych celów. A w świecie tym priorytety, uwaga i postrzeganie zmieniły się już tak bardzo, że już dawno zmieniliście się w cyfrowych junkie, którzy przeżywają objawy odstawienne, kiedy tylko tracą kontakt ze swoim iPhonem. Nawet na festiwalach muzycznych najdłuższe kolejki tworzą się przed stacjami doładowania telefonów komórkowych – nie do pomyślenia byłaby sytuacja, w której nagle ludzie nie mają dostępu do sieci.

Welzer, Harald. „Samodzielne myślenie.”

12374824_10205476438852359_4963037616883658791_o

PRAWDZIWA CENA KOMFORTU

Nagle pojawiasz się – wypluty z próżni kosmicznego jaja przez drogi rodne, pierwszy oddech zachłyśnięcie, klaps – w hotelowej przychodni witany przez ludzi w białych szatach. Biologiczny twór oblekający śmiertelne ciało uwarunkowań, które jak się później okaże jest jak główna wygrana na loterii, bowiem przestajesz być czującym chaosem, przyjmując formę – stajesz się postacią w grze. Możliwością. Czymś doprawdy pięknym i doniosłym. Potencjalnym Wojownikiem.
Jednak trafiasz tam gdzie wszystko już zastygło, rozładowało się, pogrążyło w apatii i egoizmie, stało się karykaturą, wypaczeniem, produktem do sprzedaży. Trafiasz do świata, który umiera zakażony wirusem ignorancji i inercji, który sztucznie podtrzymuje swoją jałową agonię – świat, który ma tak ogromny dług energetyczny, że wciąż bez ustanku musi zasilać się nowym życiem musi się przeludniać i zezwierzęcać jednocześnie rodzić i mordować. Świat, który by trwać musi niszczyć dochodząc do punktu, gdzie życie nie jest możliwe bez śmierci. Dziwny jest ten świat. Doprawdy. Na początku jesteś bezradny, kompletnie zdezorientowany, jednak coś przynosisz w sobie. Świeżość. Życie. Radość. Energię. Ciekawość. Widzisz jasno jesteś pobudzony i bezkompromisowy, otwarty i nieskończenie twórczy. Masz prawdziwą iskrę boską, która jest zdolnością tworzenia, czymś pięknym i wzniosłym, pierwotnym nieskończonym potencjałem. Wierzysz we wszystko i jesteś ze wszystkim. Jak Miłość.

Jednak długo nie może tak być. Trzeba cię rozcieńczyć, rozwodnić – zaniżyć do poziomu zaszczutego stada przystosować do mentalności niewolników, trzeba cię uwarunkować wpiąć w system pożerania i drenowania energii, upozycjonować nadać numer identyfikacji i jako produkt wdrożyć do obiegu. Byś w końcu wyżarty z energii pomnożył zasoby Odpadów na Cywilizacji – Wysypisku. Był martwy. Zimna inteligencja cyfrowego Demiurga – Cyber Mózgu – tworzy dla ciebie meta nałóg w tej chwili już od kolebki – od pierwszego dotknięcia ekranu telefonu czy tableta walisz to w kanał ładujesz technologiczną heroinę, podpinasz się pod system zarządzania zasobami ludzkimi – Ministerstwo Urojonej Prawdy. Szybko przemijające w rozproszeniu życie jak wideoklip wystarczająco durny by przeleciał przed oczyma nie pozostawiając za sobą żadnego śladu. Jak ślepy pocisk – jedynie huk i pusta łuska ciała leżąca w kostnicy. Mówienie o rzeczach naprawdę istotnych w tej komercyjnej komorze deprywacyjnej zagłady trochę wyrzuca cię poza główny plan, poza zainteresowanie zrobotyzowanych konsumentów, chodzących ciał wypełnionych ściekiem cywilizacyjnym 3D po same gardło i mimowolnie stajesz się czasem palcem bożym wbitym do ryja by wywołać wymioty. Retorsję. Bo dopiero widząc te wychodzące z nas odpadki, te fragmenty życia pozbawione witamin, zabójcze składniki sztucznych trendów i popędów, udawane zainteresowanie tym wszystkim co tworzy z nas zombi i wystarczająco sugestywny obraz śmiertelnej choroby, którą właśnie wyrzygaliśmy zamiast leczyć i trzymać w środku.

Wyrzygać truciznę.
Krok pierwszy.
Zobaczyć.
Powąchać.
Poczuć.

Do samych trzewi przeżyć to, naprawdę poczuć ten smród, to cierpienie ludzkiej egzystencji na tej planecie w tym rozdaniu znaczonych kart podczas ustawionej rozgrywki na pustyni cywilizacyjnego Las Vegas. Kiedy zaczynasz odstawiać używki tego świata jedną po drugiej z bezlitosną konsekwencją przechodzić przez to delirium i ból odstawienia zdajesz sobie sprawę, że byłeś Ćpunem pozbawionym własnej energii i zasobów Martwym Ciałem przybitym do krzyża Matrycy Uzależnienia. To właśnie tak nas wyhodowano – uzależniając i tresując do tego stopnia byśmy sami tworzyli własne klatki – ograniczeń i byli posuszni systemowi globalnego zniszczenia do samego smutnego końca stając się cynicznymi egoistami drwiącymi ze swojej własnej przerażającej agonii.

WIRUS KTÓRY UZDRAWIA

Pobudka z tego to straszne doświadczenie. Rak mózgu. Odrobaczenie. Osuszanie bagna, opróżnianie szamba. Wizja zniewolonych ciał, które pożerają siebie bez końca skazane na głód. To przeciwieństwo słodkiej duchowej lemoniady new age – leków nasenno – uspakajających skraplanych do żyły i wizji awatarów ze złota uśmiechających się jak pustostan z grymasem wybitym pociskami podczas kolejnej aktualizacji systemu na Bliskim Wschodzie. Windows 5G. Ułuda afirmacyjnego udawania, że wszystko jest ok – taka karma jest najbardziej dobitnym przejawem Ignorancji, która od Niewiedzy różni się tym, że wiesz, a mimo to masz wyjabane. Pewne rzeczy naprawdę trudno usprawiedliwić, udawać, że jest inaczej niż jest i staniemy się tego naprawdę świadomi.

Naprawdę świadomi.

Wirus Prawdy, której nie można już zaprzeczyć, nie można ignorować – ponieważ wszystko staje się jasne jak słońce. Jest tutaj przed nami – jak na górze tak na dole – Ekonomia, Polityka, Religia, Kultura, Rozrywka. Mnożenie zer w zderzeniu ze znikaniem planszy. Tego się nie da rzucić na giełdę. Tego się nie da przerobić na kolejny produkt sprzedażowy – to przysłowiowe jebnięcie transcendentu, jasny grzmot z nieba. Prawdziwy Behemoth o przerażającej sile rażenia żywiołów prawdziwe gitarowe brzmienie i refren kończący wszystkie spektakle, pochodnia prawdziwej wolności nie jakaś betonowa atrapa, której sztuczny płomień zgasi fala uderzeniowa w wyniku gwałtownego podniesienia poziomów. To ważny czas. Dla nas wszystkich – dla naszego serca i umysłu. Czy będziemy potrafili przejawiać troskę i wspólczucie wobec bliskich i dalekich istot – ludzi, zwierząt, natury. Czy nie wystarczy już niszczenia? Umierania? Choroby? Zagłady? Staniemy się wcześniej czy później totalną biologią – wypadającym głazem z rąk Syzyfa. Przebudzeniem przywracającym równowagę i przytomnością, która pozbawiona złudzeń godzi się zapłacić te zaciągnięte krwią długi. Oczyścić karmę morderców. Skutki naszych działań będą uderzać w nas lawinowo – wielopłaszczyznowo – bez ostrzeżenia, bowiem następuje przeciążenie programu, przeładowanie śluzy, zatrucie pokarmowe cywilizacji z powodu przejedzenia. Człowiek myśliwy obudzi się w nowej roli uciekającej przed cierpieniem zwierzyny – zaszczutej nadciągającymi skutkami własnych motywowanych pychą i ignorancja działań.

66303334_846152952427056_7269733800660172800_n 2

Jeżeli jak czytamy w Księdze Rodzaju, człowiek zgrzeszył po raz pierwszy gdy Adam zjadł Jabłko, którym Ewa skusiła go w ogrodzie Edenu, to drugim jego wielkim grzechem było z pewnością poddanie się pokusie zabicia i spożycia pokrewnych sobie stworzeń. (…) W każdym bądź razie z tego brzemiennego w skutki wydarzenia można wywieść przemoc, gwałt, rozlew krwi, zabijanie ludzi, a w końcu i wojnę.

Philip Kapleau „Ochraniać wszelkie życie”

Zawsze miałem opór przed uczestniczeniem w wymyślonych przez kogoś innego grach, w tańcach towarzyskich i imprezach integrujących bydło w ubojni. W politykowaniu w kibicowaniu i naśladownictwie. Życie dla mnie to coś więcej. Rozwój, nauka, tworzenie własnych parametrów istnienia w oparciu na indywidualnym doświadczeniu. Życie od kuchni. Tworzenie własnych dań bez patrzenia na cudze receptury. Przygoda poznawania siebie i odkrywania nieskończonego potencjału jaki przynosimy na ten świat. Wreszcie zdolność do Odpowiedzi i umiejętność trawienia własnych pytań. Gotowanie, pisanie, praca duchowa – fundamenty. Jak wiesz kiedy posypać, kiedy wysypać jak użyć cukru pudru, jak się tym bawić – to nic nie może zaszkodzić. Jak osłodzić mózg, by podczas tej wieczerzy smakował jeszcze lepiej.

Niewiele to jednak obchodzi obywatela-konsumenta zachodniego typu: może on przeczytać na przykład informacje w „Süddeutsche Zeitung” na temat represji wobec bahrańskich szyitów lub o usunięciu siłą obozu Occupy w Nowym Jorku wraz z obszernymi komentarzami wyjaśniającymi kryjące się za tym mechanizmy i interes, by zaraz potem z zainteresowaniem przejrzeć „Red Bulletin”, sprzedawany jako dodatek do tejże gazety, i być pod wrażeniem osiągnięć Sebastiana Vettela oraz wzruszyć się z powodu jego babci, a jednocześnie uważać napój Red Bull za obrzydlistwo. Może on jeździć SUV-em, głosować na partię zielonych, być „lewicowym”, żywić swoje dzieci produktami „bio” i jednocześnie zachwycać się z powodu posiadania przywileju życia na takim poziomie. Krótko mówiąc, może on jednocześnie mieć wszystko i być wszystkim. Obywatel taki, dzięki cudownemu środkowi w postaci wszechogarniającej konsumpcji, stał się żywym ucieleśnieniem marksistowskiej utopii: „rano polować, po południu łowić ryby, wieczorem paść bydło, po jedzeniu krytykować”. Pojawienie się takiego podmiotu jest, czego Marks z pewnością nie nigdy by się nie domyślił, wyłączną zasługą gospodarki kapitalistycznej oraz cywilizacji konsumpcyjnej. Nowy człowiek zmienia się nieustannie poprzez nowe potrzeby, które się w nim budzi, i nieustannie zajmuje się ich zaspokajaniem.

Welzer, Harald. „Samodzielne myślenie.”

 

Zwykły wpis
PIRACKIE OPOWIEŚCI

OKSYMORON

Zrzut ekranu 2019-06-09 o 17.14.32.png

Guru Padmasambhava, nauczyciel, który wprowadził tantryczne nauki wadżrajany do Tybetu, powiedział, że natura przekształcenia jest jak natura złota. Powiedzmy, że bryłę złota i tworzymy z niej posąg Buddy. Przechodzący ludzie mówią: „Och, tam jest złoty Budda!”, modlą się do niego, palą kadzidła i składają kwiaty. Ale pewnego dnia ktoś zabiera pomnik i przetapia go w wielki śmietnik. Teraz już nikt nie chce składać przy nim kwiatów ani modlić się do niego. Służy jako pojemnik na śmieci. A przecież zmienił się tylko jego aspekt. Jego rzeczywista natura jest nadal złota.

Czogjal Namkai Norbu „Ewolucja zaczyna się teraz”

Niepojęty jest ludzki syndrom wyparcia rzeczywistości w dobie tego co o sytuacji świata w jakim żyjemy z całą pewnością już wiemy. Czego dowiedzieliśmy się o nas samych, naszych aspiracjach, ambicjach i „dokonaniach” – dodawaniu sum ujemnych w postaci abstrakcyjnego w swoim absurdzie zadłużenia globalnej gospodarki jak i skali dewastacji zamieszkiwanej przez nas planety, w postaci korporacyjnych systemów nadzoru i eksploatacji pod szumną nazwą wszelkiej maści wolności i demokracji, które stanowią jedynie cienką warstwę lukru pod którym jest niepohamowana żądza zysku i kontroli zakodowana niczym klątwa w niemalże każdy aspekt naszego życia. Zostaliśmy wytresowani jak psy by bez końca biec i pożądać kości materializmu – wyhodowani w ciągłej obietnicy szczęścia, które ten materializm ma nam zapewnić. Spełnienie ludzkiego życia w posiadaniu – program który steruje tym polem wzajemnego pożerania – doprowadził nas na skraj urwiska z którego wyrwani ze snu – symulacji widzimy jałową pustynię – świat, któremu wypruto wnętrzności i obrzygano plastikowym gównem, które słabo się rozkłada.

Dlatego teraz jesteśmy w fazie gabinetu kosmetycznego, a obiektem naszych upiększających zabiegów jest Trup. Musimy zatuszować bestialstwo tej zbrodni i motyw jakim było chorobliwe pożądanie – choroba umysłu – monstrum, który ze swej natury nie może zostać zaspokojony, bo to znaczyłoby jego koniec – a monstrum jedyne czego chce to być, trwać, połykać, trawić i wydalać w trudnej do opisania nieprzytomności. To rodzaj pierwotnej hipnozy. Permanentnego zatrucia pokarmowego wynikającego z nadmiarów spożywanej śmierci – „pokarmu”, który jest tak toksyczny, że powoduje coraz bardziej zaawansowane halucynacje byśmy w końcu mogli zjadać swoje własne ciało, które stało się tak bezkresne i naćpane śmiercią, że utraciło czucie samego siebie traktując to jak oddzielny osobny byt.

Nic jednak nie ma na zewnątrz.
Tak zjadamy sami siebie.

Zrzut ekranu 2019-06-09 o 18.17.52.png

Połykamy swoje wciąż bijące serca otępieni tabletką gwałtu kopulując ze snem, który wyświetlają nam Nadzorcy Hodowli zapisując w notatnikach wszelkie parametry naszej „choroby wściekłych ludzi”. Filmy o zombi to idealna metafora – obraz – unaocznienie – figura retoryczna – serial – szóste wymieranie. Zombi to chodzący Mózg. Mózg – którego życie sprowadza się do zaspokajania, do karmienia, do konsumpcji Życia by uczynić z niego Śmierć – Martwą Tkankę. Nowotwór. Skażenie. To jest nasz punkt. Tutaj jesteśmy. Wystarczy uważnie się rozejrzeć odcinając na chwilę Sygnał Hipnozy i zobaczyć w jaki sposób my właściwie żyjemy jak przewrotnie użyliśmy swych darów kreacji by stworzyć coś tak przerażającego w swym samolubnym okrucieństwie i bezdennego w inteligentnej głupocie.

Koncentracja złotego cielca kapitalizmu – globalizacji idei, towarów, usług, światopoglądów jak nabrzmiałego wrzodu, który wcześniej czy później musi pęknąć i rozlać się na całą tą lateksową maskę abstrakcjonizmu jaką zakrywamy owrzodzone ciało świata – wciąż ulepszając jego ruchomy wirtualny hologram jaki nas wszystkich oczarował i uwiódł. Globalizacja umysłu wpiętego w Procesor Indoktrynacji o kapitalistycznym śnie, który nigdy się nie skończy, a już na pewno kiedy wciąż notujemy „wzrosty” jakich przecież nigdy wcześniej nie było. Nigdy nie było tak dobrze. Tak wygodnie. Tak kolorowo. Tak naukowo. Takich możliwości podróży i doboru nienaturalnego. Nigdy przecież nie mogliśmy powiedzieć o sobie tak wiele w tak krótkim czasie, lecieć tak wysoko by widzieć tak dużo, jechać tak daleko by oczarować znajomych naszym fantastycznym życiem o intensywności zapachu drogich perfum i czystych syntetycznych narkotyków. Nasi personalni trenerzy rozwoju, ich przerażająco uszczęśliwione twarze z uśmiechami wyciętymi jak w tekturze ich kciuki w komputerze podnoszące nas na duchu kiedy za oknem znów popierdoliła się pogoda i jest maj w lutym a saharyjska pustynia na blokowiskach w Pabianicach przypomina nam drugą część „Mad Maxa”. Mało jest wody i dużo swobody. Drożeją warzywa jednak tanieją aplikacje na smartfony i wejściówki na festiwale „dla ziemi”.

Pobojowisko, jeszcze przed oświeceniem.
Wyglądało, jakby ktoś odwrócił to miasto do góry nogami i potrząsnął.

Peter Watts „Odtrutka na optymizm”
The Island and Other Stories

Hej napisz coś nowego, coś ciekawego, optymistycznego, coś co nas zainspiruje, nie smuć, nie strasz, bo się zesrasz. Żyjemy długo i jesteśmy zdrowi, mamy osobiste komputery i netflix, możemy studiować sztukę i antropologiczne dzieje ludzkości, wreszcie możemy pierwszy raz w historii być i mieć – zaznaczyć siebie w kronikach Akaszy w serwerowni wszechświata i pokazać innym cywilizacjom jak kurwa żyć z podniesioną głową. Oglądać to wszystko przez dziurę po kuli na masowych grobach naszych braci i sióstr, podpatrzeć jak wcielamy w życie nasze świętości precyzyjnym okiem drona nad kilometrami ubojni żywca wieprzowego zanurzyć się w różowych lagunach zwierzęcych odchodów i opalać w najwyższych notowanych temperaturach od początku czasu pomiarów. Wydrukować tyle pieniędzy na kampanie wyborcze by starczyło nawet wtedy gdy stuknie 10 miliardów z czego połowa za życie zmieni się w pełzające robactwo i zredukujemy to wszystko do białka i aminokwasów bo tak będzie mniej bolało.

Zrzut ekranu 2019-06-09 o 17.03.30.png

Przybliżenia pojawiały się automatycznie. Nie ma czegoś takiego jak „prawda”. Jak „fakt”. Są tylko granice przedziału ufności.

Peter Watts „Odtrutka na optymizm”
The Island and Other Stories

Zatem Kasyno wciąż jest. Są zakłady. Jednak tym razem gramy o wszystko. Wielka drukarka „dobrobytu” wypluwa nowe strzeżone osiedla i fabryki iPhone’ów – betonowe mrowiska i królowe lateksowego show biznesu, które cuchną padliną przereklamowanych zgubnych trendów. Postawiliśmy cały majątek zabezpieczony w produktach ludzkich obciążonych niemożliwymi do spłacenia długami – rzuciliśmy to jak worek mięsa na stół z łańcuchami na nadgarstkach i kostkach nóg z kneblem niezapłaconych rachunków w ryju. Koło fortuny gwałtownie zwalnia. Krupierzy w mundurach chińsko amerykańskich sił czekają na rozkaz do wzajemnego rozszarpana na strzępy. To prawda bliżej mi do poezji niż prozy do symboli niż faktów. Mózg trzeba umieć łamać. Przegłodzić brakiem punktów zaczepienia. Dlatego artyści zawsze sięgają najdalej i okazują się widzieć i wiedzieć rzeczy dużo wcześniej bardziej wyraźnie – potrafią narysować wzór, odkryć niedostrzegalne warstwy – zedrzeć skórę. Zdrapać ranę. Odstawić znieczulenie.

I uderzyć z miłością. Delikatność ludzkiej wrażliwości – połączenie z tchnieniem, z kruchym odruchem. Biologia i Muzyka. Matematyka i Sztuka Piękna. Miłość, która otula i karmi bez względu na grubość ramy i ohydę obrazu. Tym jest życie dla mnie. Potwornością, która otwiera się jak kwiat by w jednej wydawałoby się strasznej chwili otworzyć przejścia do innych planszy do głębszych wymiarów, uleczyć i wstrząsnąć do samych trzewi do kości do szpiku do najbardziej bezbronnego i czułego punktu. Do serca. Dobre – Niedobre. Jakie w końcu, jakie na początku. Poboli i przestanie – jak długa i wycieńczająca choroba – kiedy trup wróci do ziemi – znów zacznie się proces fermentacji – proces tworzenia kolejnej warstwy na niemożliwym przecież oksymoronie, który obraca w palcach niebiański artysta. Lubię przysadziste punkty odniesienia dla przykładu Kosmos – bezkresną przestrzeń, miliardy galaktyk – otchłań nie pojmowalności – lub bliżej pusty błękit nieba bez ograniczeń, rozlewający się po skórze blask wschodzącego słońca, liść tańczący na wietrze, lustro kałuży odbijające odwrócone obietnice z plakatów wyborczych. Marzy mi się świat szacunku i przestrzeni – świat ludzi artystów pełen bogactw odnawialnych i kopalni wiedzy za każdym rogiem, świat gdzie pomagasz wzrastać zwierzętom zamiast je mordować i zjadać – bo jak patrzysz w oczy świni – to masz uczucia, że są one ludzkie, może nawet kogoś kogo niegdyś znałeś. Świat gdzie każdy ma miejsce i skarb do odkrycia. Gdzie płonie ogień paleniska i opowieść prowadzi nas daleko w tajemnicę – do miejsc świętych, do rzek krętych, wód głębokich i grubych drzew do ludzi mędrców do ludzi gór siedzących i cicho nucących pieśni.

Jadę pojazdem mechanicznym po betonowych drogach, widzę królestwa upadłych ludzi i obdartych z szacunku starych drzew, których ciała poćwiartowane wyglądają jak metalowe monety albo kapsle po piwie. Jadę pod światło, widząc coraz mniej, mrużąc oczy i raz pa raz czując ukłucie strachu wyrastające nagle jak ogromny cień. Kurczę się i nerwowo oddycham. Chciałbym się położyć na zielonej pachnącej trawie i oddychać głęboko, chciałbym żyć dobrze i odejść z poczuciem spełnienia – dać temu światu odrobinę spokoju coś co sprawi, że poczujesz się lepiej w tej ciasnej klatce, może zmrużysz oczy i zobaczysz jak piękno przedziera się przez grube mury i pancerze. Może przez ułamki sekund odkryjesz, że jest wolność, radość i szczęście, które nigdy nie zależało od twoich ruchów i strategii. Po prostu jest tak zwyczajne, że trudno w to uwierzyć.

Zdjęcia z filmu: „Blade Runner 2049”

Zwykły wpis
PIRACKIE OPOWIEŚCI

CRASH TEST

IMG_7624 2

Mózg kocha Struktury. Nasz logiczny zachodni umysł systematycznie i konsekwentnie pozbawia nas tajemnic, w coraz większym stopniu kolejne „wyjaśnienia” swoisty triumf „cywilizacyjnej zimnej wojny psychologicznej” coraz bardziej przeistacza nas w pozbawione życia zombi snujące się w bezsensownym jałowym świecie w którym zaspokajanie zmysłów i ucieczka przed prawdą egzystencji stała się normą. Cały mechaniczny przemysł informacyjno – rozrywkowy bazujący na naszych uwarunkowaniach i religijno – polityczny konglomerat zasilany strachem i długiem ulokował nas w niewolniczo – podległym stanie Automatyzmu.

Przewidywalność naszych reakcji, podświadomych mechanizmów, emocjonalnych klisz i zaprogramowanych dążeń i ambicji upodabnia nas do zrobotyzowanych stworzeń pozbawionych dostępu do jakiejkolwiek prawdziwej alternatywy wobec tego czym się stajemy jako ludzie XXI wieku. Przesądzony los współudziału w „Eksperymencie Sztucznej Egzystencji” – matrycy coraz bardziej odizolowanej od Struktury Życia jako Pola Współistnienia wszystkiego ze wszystkim coraz bardziej pogrąża nas w neurotycznych stanach i wszelakich zaburzeniach. Świat w jakim żyjemy w sposób bardzo precyzyjny odzwierciedla naszą postępującą chorobę. Zaburzenia emocjonalne, choroby psychiczne, autodestrukcyjne zachowania i tysiące chorób ciała – wszystko to jak lustro ukazuje stan naszego Ducha – jego pogłębiające się zagubienie w sztucznej rzeczywistości jaką, o czym warto pamiętać, sami stworzyliśmy.

Kompresujący się w zastraszającym tempie czas i szaleńczy tryb życia w dzikiej dżungli pozornych udogodnień w coraz większym stopniu prowadzi nas wprost do Ubojni Życia – zmechanizowanego modelu wzajemnego używania i eksploatacji. Stajemy się coraz bardziej pozbawieni realności – skompresowani do wielkomiejskich ról, przybici do dybów przy rozpędzonej taśmie produkcyjnej – i to my jesteśmy produktem. Produktem eksperymentów i modyfikacji – grą na chybił trafił. Dlatego wszelkie teorie próbujące nadać naszej egzystencji znamiona „spisku” skrupulatnie i metodycznie tkanego przez milenia pod dyktando „wiedzących i bogatych elit” by w rezultacie po zużyciu nas wyeliminować, bo taka przecież narracja wieńczy tą „najprawdziwszą prawdę” jest dla mnie mało wiarygodna zdradzając wszelkie znamiona czegoś w co chcemy wierzyć, kolejny wymyślony koncept w milionie podobnych sobie, których cel pozostaje zawsze ten sam – wygodę ignorancji opartej na braku odpowiedzialności za przygniatający fakt, że nasza egzystencja na chybił – trafił jest pozbawionym kierunku dryfowaniem w pułapce prądów, które tworzymy w sposób zupełnie przypadkowy i chaotyczny, bowiem staliśmy się kolektywną gromadą zaprogramowanych trupów. Nasza ekologiczna świadomość wykluła się kosztem bezprecedensowej wojny o wygodę, dobrobyt i dominację – stoimy na stosach trupów istot żywych i coraz bardziej jałowej ziemi, którą owe trupy użyźniają wołając do tych, którzy idą w nasze ślady, że to ślepa droga – droga unicestwienia. Nasza naukowo – technologiczna szpica – współczesna magia rytualna jest naszą ostatnią nadzieją gdzie odprawiając czary i rzucając obliczeniowe klątwy próbujemy odwrócić proces, którzy sami uruchomiliśmy. Jednak nie wiemy jaki będzie wynik tego, bo nie wiemy co tak naprawdę zrobiliśmy i dalej robimy.

Na początku lat dziewięćdziesiątych szefowie Goldmana Sachsa zastanawiali się, na czym by mogli robić nowe interesy. Ich podstawowa filozofia, podstawowa filozofia kupców, głosi, że „handlować można wszystkim”. I uświadomili sobie bardzo sprytnie, że akcje i obligacje – wszystko to nie będzie może miało wielkiej wartości po dłuższym czasie; że zawsze będzie miało wartość to, co nieodzowne: ziemia, woda, żywność. Popyt na te rzeczy nie odznacza się jednak elastycznością i jest to pewien problem dla kupców. Przez całe dzieje rynków żywnościowych, dzieje cywilizacji, próbowano nadać pewną stabilność wartości produktów o cenach bardzo niestabilnych. Żywność jest w swojej istocie produktem niestabilnym, ponieważ trzeba zbierać plony dwa razy w roku, a zbiory uzależnione są od wielu czynników, na które nie mamy wpływu, przede wszystkim od warunków pogodowych. Niemniej historia cywilizacji zbudowana jest na tej niestabilności.

Martín Caparrós „Głód”

Multikulturowy tygiel, fortece miast – molochów, okablowana rzeczywistość – nowy czas śnienia – przechodzi fazę instalacji – jak klatkowa hodowla ludzkiego – drobiu gotowa dziobać ziarna cywilizacyjnych obietnic, nowinek, fake newsów, rzeczy bez najmniejszego znaczenia dla naszego życia i naszej kondycji. Zabieranie czasu i przestrzeni naszego życia i mielenie tego w maszynce do mięsa egzystencji, wypluwanie bezwonnej i bezsmakowej karmy w formie produktu ludzko – podobnego – hybrydy konsumencko – pracowniczej – zasilacza dla Maszyny Śmierci. Liczby przekraczają nasze pojęcie. Masy Produktów generujących Masy Kosztów. No i co z tego?

IMG_7633 2

Warto w tym miejscu zapytać.

Przecież w takim właśnie świecie żyjemy i to jest nasze życie. Dostaliśmy tak wiele możliwości i mimo tego nie jesteśmy szczęśliwi. Dlaczego? Mamy tak wiele i wciąż to nie to – ciągle szukamy, chcemy zmieniać, krytykujemy świat, innych ludzi, samych siebie. Czym jest lęk? Czym jest strach? Czym jest ta ukryta desperacja? Czym jest to poszukiwanie treści, wypełnianie nią kolejnej z bilionów internetowych stron, kolejny głos w kakofonii domniemanych prawd. Czym jest ta chwila? To ciało siedzące, myślące, piszące. Ten umysł, który tak usilnie próbuje wiedzieć, rozumieć tak jak by to miało załatwić sprawę. Jednak nie załatwia. Nie upraszcza. To tylko chwilowe odczucie ulgi, które mija tak szybko. Widzę swoje ograniczenia – próby tworzenia intelektualnych map orientacyjnych na podstawie, która w rzeczywistości nie ma podstawy. Cała struktura na której buduję ciągle ulega defragmentacji, przemieszczeniu – napięcie musi się rozładować i tak powstają kolejne opowieści – chwilowe refleksy, odbicia, złudzenia. Z chwili na chwilę sytuacja wymaga innego – ja, które nie potrafi być płynne, zdolne do elastyczności. Jednak z całych sił chcę utrzymać ten skostniały i neurotyczny stan pozornego skupienia – potwierdzać istnienie, utwardzać podłoże doświadczenia. Niezmiernie trwać w braku aktualizacji. Rzeczywistość poddaje to „ja” ciągłemu crash testowi. Co chwila zderzenie. Z brakiem adekwatności. To tworzy napięcie. Ciągłą czujność – obserwatora, który pilnuje bramy więzienia. Nie sposób odpuścić, pozwolić by rzeczywistość przejawiła swoją transcendencję, swoje mistrzostwo i nauki, które nie należą do żadnej tradycji, rzeczywistość, która nie kultywuje drogi do samej siebie, bowiem jest sama w sobie zawsze i wszędzie. Nie tworzy metod i nauk, bo nie sposób niczego oddzielić, wyodrębnić, usytuować na zewnątrz.

Jednak jest Przeczucie. Coś. Nie da się tego zlokalizować, jednak z pewnością jest, istnieje, czuje, myśli i ma w sobie nieskończone dobro, nieskończoną ufność i nieskończone poczucie humoru. Patrzy na zdeformowane „ja” po kolejnym crash teście i uśmiecha się życzliwie. Nie ma w sobie za grosz zarozumialstwa – tego poczucia, że coś wie, że to co wie jest o tym jak jest. Jest jak nie jest, nie jest jak jest. To jak zabawa, taniec – nieodgadniona lekkość.

Zwykły wpis
PIRACKIE OPOWIEŚCI

NON STOP

IMG_7541b 2

Pusta kartka. Pusty talerz. Pusta przestrzeń pomiędzy słowami. Spokój. Przestrzeń. Cisza. Nie na długo jednak. Nie na długo. Maszyna rusza – tryby koła zamachowe, pierwszy rozruch – Forma ni stąd ni zowąd pojawia się. Bum!

Ciąg liczb i zjawisk bez końca i bez początku. Mówi się, że silnikiem Automatu jest Niewiedza, brak wglądu w pustą naturę zjawisk, brak kontaktu z podłożem z jądrem z esencją. Cztery pierwotne żywioły: ogień, woda, ziemia i powietrze i skutek pochodny zdolności pięciu zmysłów postrzeganie, smakowanie, słyszenie, czucie i myślenie. Ten pierwotny głód wrażeń rodzi jak to mówią dziesięć tysięcy rzeczy. Nieskończony bezmiar wrażeń. Maszyna nie do zatrzymania. Automat egzystencji.

Problem jednak polega na tym, że nie sposób Tego zaspokoić. Nasycić. Nakarmić, ponieważ ten Głód staje się bytem samym w sobie, który by trwać musi bez końca być Głodem. Pragnąć. Chcieć. Pożądać. Konsumowanie wrażeń rodzi uczucia. Trzy podstawowe pierwotne impulsy:

Tak.
Nie.
Bez znaczenia.

0,1, 01

Wśród wielu ogromnych zalet skutecznych maszyn automatycznych jest ta, że są one w pełni zabezpieczone przed błędem. Za każdy zysk trzeba jednak zapłacić. Automatyczna maszyna jest całkowicie zabezpieczona przed błędem, ale jest również całkowicie zabezpieczona przed łaską. Człowiek nadzorujący taką maszynę jest niewrażliwy na wszelkiego rodzaju inspirację estetyczną – niezależnie od tego czy jest ona pochodzenia ludzkiego czy prawdziwie duchowego. „Przemysł bez sztuki jest zezwierzęceniem.” W rzeczywistości jednak Ruskin rzuca potwarz na dzikie zwierzęta. Pracowity ptak czy owad natchniony jest w czasie pracy niezawodną animalną łaską instynktu, a to dzięki Tao, które przejawia się na poziomie się bezpośrednio nad poziomem fizjologicznym. Pracownik przemysłowy przy zabezpieczonej przed błędem i przed łaską maszynie wykonuje swoją pracę w stworzonym przez człowieka wszechświecie dokładnych automatów – wszechświecie leżącym całkowicie poza granicami Tao, zarówno na poziomie zwierzęcym, ludzkim, jak i duchowym.

Aldous Huxley „Filozofia wieczysta”

Zrzut ekranu 2019-02-25 o 22.31.02

Dwunastu Apostołów przy wieczerzy rozróżniania. Prawda. Nie prawda. Głodny Mesjasz wodzi na pokuszenie. Obraca między palcami nasiono drzewa Dobra i Zła. Święty Graal początku niedoli. Pracujesz w pocie czoła na tej kuchni wygnany daleko w cierpienie śmiertelnego życia. Śmierć karmi życie, które zadaje śmierć. Kuchnia jest dobrze zorganizowana, wydajna pracuje szybko i bez zarzutu. Karma podawana jest sprawnie, nie trzeba długo czekać, można wybrzydzać, rzucać kąśliwe uwagi, pogardliwie stukać opuszkami palców przy czekaniu na rachunek. Jednak kelner wciąż liczy. Dwa tysiące lat. Posiadania, używania, łączenia pokarmów w jedną wielką piramidę wzajemnego wykorzystywania. Rachunek przekracza pojemność serwera. System wiesza się z chwili na chwilę. Mayday! Mayday ! Telefon ekipy naprawczej – przestał działać. Firma zbankrutowała z powodu nadmiaru zleceń i nie wypłacalności klientów. Cierpienia coraz więcej. Coraz więcej skutków tych przyczyn. Coraz więcej rachunków krzywd do spłacenia. Nie dodrukują tyle mamony, zabraknie drzew i prądu w elektrowniach. My jednak czekamy na deser – na kruchy jabłecznik prosto z raju podany w skorupie węża. Szefowi kuchni zabrakło towaru – zostały zgniłe jabłka i wąż w kieszeni właściciela. Deseru nie będzie.

Jednak my tego nie wiemy, chcemy deser, bo kelner ociąga się z rachunkiem, żądamy satysfakcji, zadośćuczynienia. Za nasz cenny stracony czas, za nerwy, za to, że w ogóle życzyliśmy uświetnić swoim pobytem tą planetę, dodać jej blasku, nadać znaczenia w pozbawionym sensu zimnym kosmosie, który ma deficyt form żywych i rozumnych. Jedynie my – My tu jesteśmy – najwyższej klasy inteligencja, najwyżej rozwinięty produkt ciągów ewolucyjnych, siedzi za stołem z heblowanych desek pokrytych bezbarwnym lakierem zajęty wiecznym rozróżnianiem – to takie, to srakie, to i tamto, tu i tam, teraz, potem, wtedy – bezdenna otchłań abstrakcji, aberracji, alienacji – ostentacyjne walenie ślepego konia. Pan w garniturze niemalże idealny, wycięty z rysowanki dla dizajnerów, podpicowany tuszem modnych modernistycznych systemów nauczania, oczytany w czasopismach, amerykańskich tygodnikach opinii, wykwalifikowany do granic o nienagannych manierach, które podkreślają bardzo zadbane dłonie i spinka przy krawacie. Wkurwiony, że on – On musi czekać. Jednak bez obaw Sąd Ostateczny już jedzie przez zadymione miasto długim Lincolnem, usadowiony w skórach, palący długie brązowe cygaro i popijający burbona. Zaraz się zacznie psychologia Procesu. Tłum ogarnia szaleństwo, nagły i całkowicie ślepy szał, płoną świątynie i śmietniki, zaczęło się! Zaczęło! Jak w filmach o apokalipsie! W końcu! W końcu!

Nie to tylko ćwiczenia na wypadek końca cywilizacji, przypadkowej detonacji puszki pandory. To jedynie plan filmu instruktażowego dla służb mundurowych. Może Pan w Garniturze zarzynać Matkę Ziemie na spokojnie dalej, mnożyć cyfry w wyświetlaczu, kupić nowy jacht i wyspę na Pacyfiku, śmiać się zahukanym imigrantom klimatycznym w twarz. Uda utrzymać się ten kurs walut i notowania pakietów dużego ryzyka. W końcu, bo jak by inaczej biedotę trzeba będzie zagazować, bo maszyny zwyciężą na rozmowach kwalifikacyjnych i podbiją stawki do zera za godzinę. Nie da się tego przebić.

Mentalne formacje sztucznej inteligencji oszołomią nas klarownością wywodu, brawurowym wyciąganiem asów z procesora raz za razem dokładnie tak jak trzeba, kiedy trzeba, co potrzeba i w jakim zakresie. Aż w końcu, bo tak przecież być musi zaczną się mnożyć rozwiązania ekstremalne w lawinowym tępie, bo skutki działań zdetonują optymistyczne prognozy futurystów w sposób nie podlegający żadnej dyskusji. Póki co wciąż odbijasz kartę w fabryce złudzeń. Poranny brief przy kubku smolistej kawy, pastylka guarany pod język i jazda do taśmy mentalnych formacji – masowej produkcji impulsów rozpraszania. Byle się nie zatrzymać, nie przyjrzeć – nie spostrzec obezwładniającego absurdu, jazdy na jałowym wstecznym biegu „postępu” wprost w przepaść. Na pewnym poziomie świadomości kosztów tej imprezy nie sposób już ekscytować się potrawami na stole, fikuśnymi drinkami, tańcem striptizerek na rurach gazociągów o dużej przepustowości. Te opowieści marketingowe, ten przygniatający reklamowy bełkot, ciągły i nieprzerwany pochód upudrowanych modelek na wybiegu klatki, błyski fleszy i sztuczna ekscytacja wciągająca jak łono bagna wprost w otchłań. Drenowanie życiodajnej energii, rywalizacja w pogoni za przemijającym chwilowym szczęściem umownej roli i ruchomego jak notowania giełdy statusu społecznego.

IMG_7616b 2

My chcemy być szczęśliwi, żyć, spełniać marzenia, wyznaczać i realizować cele, chcemy czuć radość i spełnienie – żądamy tego od rządów, liderów religijnych i naukowców – dawać! Dawać! Dawać! Szybkie dania i dyplomy, modne apartamenty i beztroskie urlopy o profilu duchowego uzdrawiania gdzieś w dżungli z dzikimi – niech nam zaaplikują oświecenie i jedność ze stworzeniem. Później to sprzedamy z zyskiem jak pracę ich rąk, ich tradycje i mądrość – wszystko przerobimy na swoje. Zrobimy weekendowe kursy medytacji bez kontekstów, usuniemy cały ten religijny niepotrzebny bełkot, wyciągniemy efektowne techniki i aktywne składniki ich roślin – zsyntetyzujemy esencję tubylczej mądrości do rozmiarów małej szklistej pigułki. Na raceptę po eugenicznym teście kalifikacji genetycznych za gruby wirtualny szmal stworzymy nową odnogę w ewolucyjnym drzewie, kastę cybernetycznych kapłanów.

Wyhodujemy genetyczny owoc poznania. Nowy Eden. Połyskująca spirala węża DNA wstrzykiwana u podstawy kręgosłupa. Technologiczne kundalini oplecie Ziemię. Będziemy mówić językami ognia 5G, słyszeć głos Boga w postaci zderzenia boskich cząsteczek w szwajcarskiej piwnicy postępu. Na chwilę odsłonimy kurtynę tajemnicy stworzenia. Życie stanie się śmiercią, a śmierć życiem.

Będziemy nadawać Agonię na Żywo z przerwą na reklamy.

Tak. Jako ostatnia pojawia się Świadomość.

Nasz świat jest tak chaotyczny w dużej mierze z tego powodu, że ludzie nie doceniają i nie szanują samych siebie. Osoby nie czujące do siebie żadnej sympatii, nie traktujące siebie łagodnie, nie są w stanie doświadczyć spokoju i harmonii, w skutek czego projektują na innych swój wewnętrzny zamęt i brak zrównoważenia. Zamiast naprawdę docenić dar życia, bardzo często uważamy, że nam się ono należy albo że jest przygnębiające i uciążliwe. Niektórzy ludzie uważają siebie za pokrzywdzonych przez los, ponieważ „nie dostali tego, co im się od życia należy”, więc jeśli „nic się nie zmieni” szantażują innych samobójstwem. Oczywiście życie trzeba traktować poważnie, nie ma to jednak nic wspólnego z doprowadzeniem się na skraj przepaści tylko dlatego, że mamy pretensje do świata i nieustannie uskarżamy się na problemy. Sami musimy wziąć odpowiedzialność za jakość naszego życia.

Chogyam Trungpa „Szambala – święta ścieżka wojownika”

Zazwyczaj kończyłem w tym punkcie – cierpienia i szukania przyczyn tego cierpienia. Babrania się w tym – ego to lubi pozwala to na depresyjne lenistwo, przyobleczenie cuchnącego kokonu – dogorywanie, gloryfikacja rozpadu, rozkosz kompletnego odpuszczenia. Bezwolne opadanie w Otchłań z ukrytą nadzieją, że ktoś nas w końcu złapie. Tak nie będzie. Upadek jest konieczny dopóki liczę na to, że ktoś coś zrobi za mnie, inkarnacja za inkarnacją unikanie odpowiedzialności za skutki swoich działań. To jest nasz Punkt Zero. Nasza zbiorowa karma. Morał bajki o pachnącym ogrodzie. Tak to bolesna lekcja rosnącej świadomości – nie można już tego zatrzymać – bo wszystko wychodzi z ukrycia coraz bardziej wchodzimy w fazę, gdzie przyczyna i skutek stają się bardzo jasne. Przytłaczająco oczywiste. Musimy to spłacić, bo koło nie przestanie się kręcić, a automat pracować. Komputery kwantowe nie odrobią za nas lekcji, a technologia nas nie zbawi. Będzie tylko tym czym my jesteśmy. Świat Lustro – precyzyjne Odzwierciedlenie z momentu na moment. Bez przerwy. Non stop.

Non stop.
Wybudzanie.
Tutaj nie można niczego Osiągnąć.

Ten Błąd to Łaska.
Wielkie nauczanie.
Mistrza, który jest Rzeczywistością.

Zwykły wpis