Szokujące historie pełne namiętności. Najlepszy prezent pod choinkę.
Hasło reklamowe
Klatka od zawsze jawiła mi się jako idealna metafora świata w jakim żyjemy w jego zwyrodniałej i patologicznej postaci kultywującej wszelakie ciasnoty i ograniczenia. Kurczaki w klatkach, ludzie w blokach, trupy w grobach. Opakowanie, ometkowanie, przydatność do spożycia. Gdzie to się zaczęło ?
Gdzie zostało rzucone to zmodyfikowane ziarno i czemu gleba okazała się na tyle żyzna by obrodzić tym wszystkim co przeraża i czasem odbiera wszelką nadzieję, kiedy każdego dnia zmuszeni jesteśmy za sprawą cywilizacyjnej medialnej maszynerii ulegać terrorowi Symulacji. Symulacja – to abstrakcyjna, umowna matryca wiary, koncepcji, założeń, domniemań, zapewnień, nadziei, lęków, obsesji bez końca podsycana przez kolektywnego pasożyta ignorancji, który drenuje naszą energię jak mechaniczny robal podpięty pod każdy nerw. Upgrade Snu, który z głupkowatej telenoweli przeistacza się w krwisty horror – permanentny stan napięcia i przerażenia z lokowaniem kapitalistycznego produktu konsumpcyjnej nirwany w odległości jednego kliknięcia czy wpisania PINu. Lek który generuje tyle skutków ubocznych by w rezultacie przemienić nas w pozbawione woli i radości roboty skazane na ciągle ulepszanie własnej klatki kolejnych uwarunkowań i bezwonną pociechę w postaci zaspokojenia nieskończonych potrzeb.
Musimy raczej pytać, dlaczego zachodnia polityka bazuje na wykluczeniu naturalnego życia.
Giorgio Agamben
Na bezdechu
Co chwila coś, kolejny powód wstrzymania oddechu. Wszystko w wirtualnym show krzyczy i napastliwie nawołuje do jałowego współudziału w postaci manifestowania swoich poglądów – własnoręcznie przyrządzonej abstrakcyjnej kołomyi sporządzonej z produktów z tak zwanej drugiej ręki – przyprawionej wiarą w słuszność danej sprawy, a że spraw tych są miliony siłą rzeczy staliśmy się „specjalistami od wszystkiego” pełnoetatowymi komentatorami na 300 znaków by na kilka sekund zyskać poczucie, że liczymy się w tej grze. Wierzymy, że ta gra ma jakiś sens, że nasza postać gdzieś przecież musi zmierzać, że coś nas tu czeka, że może uda nam się wygrać lub przynajmniej przejść ten level, zdobyć sprawności, moce i pójść do nieba na zasłużoną emeryturę. Jednak wszystko to składa się na „technologię rozproszenia”, która za fasadą chaosu ma bardzo precyzyjną funkcję, którą jest utrzymywanie statusu ignorancji jako gwarancji dla społecznego ładu rzeczywistości uzgodnionej i jej dozorców, którzy konsekwentnie realizują własne egoistyczne cele. Władza staje się niemal metafizyczna. Oparta na totalnym uwikłaniu w abstrakcjonizm polityczno – religijno – kulturowy za pomocą technologi cybernetycznej i sieci. Podstarzałe umysły wyplute przez Boga Technologii bierze w opiekę dogorywający religijno – fundamentalistyczny surowy bóg – kat od tysiącleci zagnieżdżony w gadzim mózgu odruchów, natomiast tych upojonych hi – tech hipnotyzuje cyber – demiurg szepcząc słodkie obietnice wirtualnego ubóstwienia i wygód okablowanych klatek.
Jego mantrą jest nieskończona internetowa dyskusja pełna emocjonalnego spazmu i rewolucyjnych deklaracji przeplatanych obrazą tzw. uczuć religijnych. Wojna totalna. Wszyscy przeciw wszystkim. Taniec na szczycie Indywidualizmu, który osiągając swój kres przeistacza się w swoje przeciwieństwo. Przesyt rodzi znudzenie i samo obrazę skutkującą depresją. Medialny prozac powoduje bezdenną apatyczność i coraz bardziej radykalne próby by coś poczuć. Desperacja zombi. Zmechanizowane odwłoki – robotnice – produkcja miodu ignorancji lepkiej i grząskiej rzeczywistości XXI wieku gdzie temperatura parzenia kawy ma fundamentalne znaczenie dla samopoczucia. Jednak migającej gdzieś w oddali diody, która sygnalizuje, że to wszystko jest w pewien przerażający sposób fałszywe nie da się wyłączyć. Jest tam. Jak syrena alarmowa przykryta wygłuszeniami iluzji. Nic na tym świecie nie jest trwałe i niezmienne, bez przerwy rodzi się i umiera jak myśli w naszej głowie, jak hasła polityków, jak kolejne skandale na Facebooku i kolejne petycje do podpisania. Na szalejącym oceanie widzimy obcych i zdesperowanych uchodźców jednak tam w głębinach podświadomej otchłani wiemy już, że nasz świat jest fikcją, którą w irracjonalnych aktach desperacji będziemy bronić z krwią na zębach.
Nie mieć punktu widzenia. Nie mieć go. Widzieć i czuć umowność, kruchość wszelkiej formy urojonej. Na bezdechu zajrzeć tam gdzie to wszystko powstaje i zaraz umiera jak kukła płonąca. Jak śmieć wirujący. Jak brudny śnieg uderzający o ciepły beton miast. Chujowa pani domu jak myje szyby to je brudzi. Nie domyjesz krwi krwią. Nie mieć planu awaryjnego – to otworzyć klatkę. Nie mieć racji. Nie mieć nic w zanadrzu. Nie mieć ostatniego słowa.
Nasza świadomość wzrasta. W globalnej rzeczywistości w jakiej żyjemy, połączonej siecią internetu i nadpodażą informacji doprawdy ciężko o spokój umysłu, o chwilę refleksji i kontemplacji na temat rzeczywistej natury naszej ludzkiej egzystencji. Na pewno mamy dużo pełniejszy obraz rzeczywistości w jakiej żyjemy i nie sposób uciec od świadomości o współzależności zjawisk i procesów jakie je tworzą. Kluczem dla zrozumienia wartości ludzkiego życia jest ogromny potencjał jaki my istoty ludzkie posiadamy.
Jeżeli przyjąć by świecką materialistyczną perspektywę jaka tworzy paradygmat współczesnej edukacji i nauki to człowiek z jednej strony okazuje się niezwykle inteligentnym i zaradnym gatunkiem, bowiem stworzył wygodną i skomputeryzowaną cywilizację, która tworzy potencjał o zasięgu planetarnym i jest u progu eksploracji kosmosu, jednak z drugiej strony samo jego istnienie w wyniku tegoż procesu rozwoju stoi pod znakiem zapytania, gdyż skutki owej cywilizacji okazały się bardzo niszczące z racji zanieczyszczenia własnego habitatu – środowiska.
Ten paradoks podkreśla różnicę pomiędzy mądrością a wiedzą – wymiarem duchowym naszego istnienia, a jego zewnętrzną materialną manifestacją i zdolności do manipulowania materią bez zrozumienia wynikających z tego konsekwencji. Dotyczy to samego rdzenia – poczucia szczęścia i sposobów w jaki próbujemy je osiągnąć. Samo słowo osiągnąć wskazuje na pewien problem, bowiem cieżko w rzeczywistości która z samej swojej natury jest nietrwała odnaleźć prawdziwy punkt oparcia w postaci trwałego i niezmiennego przekonania, stanu czy definicji.
Przed rewolucją naukową czasów oświecenia, kiedy przez setki lat panowały dogmatyczno – religijne przekonania utrzymujące kasty kapłańskie i systemy monarchistyczne u szczytu władzy stosunkowo łatwo było takiej cywilizacji trwać przez długi czas w niezmiennej skostniałej formie i utrzymywać świadomość „ludzkich mas” na bardzo niskim poziomie o mentalności niewolnika i przez setki lat czerpać z tego korzyści. Jednak rozwoju ludzkiej świadomości nie sposób powstrzymać, bowiem jest właśnie naturalnym procesem i w konsekwencji rzeczywistość uległa radykalnym zmianom od ustrojów politycznych i religijno – społecznych po kulturę i wartości etyczno – moralne. Rewolucje oświecenia, odkrycia paliw kopalnych i industrializacji przyspieszyły procesy nadając im niespotykane dla gatunku ludzkiego tempo objawiające się obecnie w naszym cyfrowym i chaotycznym życiu. Dzięki świeckim wartościom i nauce osiągnęliśmy bardzo wiele przynajmniej w atlantyckiej części naszego globu i demokratyczne wartości i wolność od religijnego fundamentalizmu stworzyła podstawy dla dalszej ewolucji, dlatego jednostronna i radykalna krytyka cywilizacji zachodniej byłaby bardzo niesprawiedliwa, bowiem wytworzyła ona warunki dla naszego życia jakich udokumentowana historia naszych losów nigdy nie osiągnęła.
Jednak musiało czegoś zabraknąć, bowiem fundamenty powstawania tego co osiągnęliśmy są doprawdy kruche z perspektywy problemów współczesności i z całym naszym dorobkiem cywilizacyjnym i przytłaczającą krótkowzrocznością oto konfrontujemy się z widmem kompletnego upadku. Stworzyliśmy niewiarygodną w swych rozmiarach ” kulturę odwracania uwagi” w postaci głupkowatej masowej rozrywki, jałowych politycznych igrzysk i gęstego bagna sieci społecznościowych, które swój ogromny potencjał rozmieniły na trywialne i narcystyczne kultywowanie skrajnego egotyzmu i doprawdy idiotycznych sposobów marnowania czasu.
Nazwałbym to kompletnym brakiem wiary, nie w sensie braku wiary w Boga czy inne bóstwo, a braku wiary w sens i powód naszego istnienia. Ludzka egzystencja na tej pięknej planecie stała się kroniką eksploatacji, ciągłym poszukiwaniem, zdobywaniem, udowadnianiem, przekraczaniem – więcej, wyżej, dalej, mocniej…
Tylko po co ?
Cykliczność zastąpiła fragmentaryczność, opowieść chaotyczny monolog wewnętrzny – zagubiony w czasie i przestrzeni strumień świadomości kompulsywnie zaspokaja się ciągle zmieniającymi się zjawiskami. Poszukiwanie trwałego szczęścia w wytworach naszej neurotycznej świadomości jej materialnych produktach i podświadomych podszeptach wiecznego pożądania podsycanego iluzją ciągłych nowości jakie produkuje wirtualna rzeczywistość i jej kapłani ustawia nas na taśmie która mknie wprost w przepaść. To nasza ucieczka przed fundamentalną prawdą przemijania materii, naszej biologicznej formy i całego przemysłu podsycania pragnień. Generalnym dyrektorem tego przemysłu jest po prostu Ego. Zafiksowana na samej sobie część naszej świadomości, która wierzy we własną trwałość i niezmienność może nawet w życie wieczne. Cenność ludzkiego życia polega na tym, że wciąż mamy możliwość wejścia w kontakt z wiedzą i naukami, które w sposób bezpośredni odkryją przed nami prawdę nietrwałości zjawisk jednocześnie ukazując drogę ku mądrości zrozumienia kim jako istoty ludzkie w istocie jesteśmy i faktu, że nasze cierpienie jest wynikiem naszej ignorancji.
Hipoteza Boga osobowego jako demiurga z punktu widzenia naszej ignorancji jest bardzo wygodna, bowiem pozwala nam bez końca odwracać uwagę od korzenia problemu i zwracać się na zewnątrz w poszukiwaniu „obiektywnych przyczyn” zamiast ujrzeć jasno w jaki sposób my sami funkcjonujemy i w jak niewielkim stopniu jesteśmy świadomi procesów jakie decydują o naszym życiu. Bóg tak chciał, wola boska, przeznaczenie – wszystko to jest karmą dla naszej ignorancji, masowym konfesjonałem do rozgrzeszania i utwierdzania w iluzjach, których mam tak dużo jak nigdy dotąd, bowiem kolektywny cyfrowy umysł otwiera przed nami prawdziwą otchłań zagubienia. Współczesne recepty w postaci różnego rodzaju kursów samorozwoju, kompilacje starożytnych nauk tworzone bez zrozumienia ich istoty i prawdziwej funkcji opakowane w marketingowe chwyty poniżej pasa świadomości i masowo sprzedawane w duchowo – rozwojowym hipermarkecie tylko pozornie mogą pomóc, bowiem brakuje im wglądu w naturę rzeczywistości w wiedzę o tym jak rzeczywiście rzeczy się mają. To doraźne terapie poprawiające nastrój jednak nie potrafiące siegnąć do przyczyn naszego cierpienia, którym jest wiara w trwałość osobowej jaźni. Z tej właśnie wiary i przekonania wyrosły nasze emocje, które są z kolei przyczyną cierpienia, a cierpienie jest przyczyną tego ciągłego szukania na oślep rozwiązań, które mało tego, że nie potrafią pomóc to same stanowią kolejną przyczynę cierpienia. To koło w naukach buddyjskich nazywa się samsarą.
Czy nasze poglądy naprawdę są „nasze” biorąc pod uwagę, że rodzimy się na tym świecie jak ślepe szczenięta i przez pierwsze lata jesteśmy kompletnie zależni od naszych rodziców czy opiekunów. Później dopada nas tak zwany system edukacji i zaczyna się proces masowego modelowania naszego światopoglądu i wyobrażeń o świecie, które w dużym stopniu z perspektywy czasu okazują się jedynie mało przydatną teorią, która na domiar złego wciąż się zmienia, bo żyjemy w czasach wciąż to nowych naukowych objawień, a doskonałym tego przykładem jest nauka o żywieniu.
Sam po sobie widzę czasem w jaki sposób unikam odpowiedzialności za własne działania, przyczyny są różne: strach, lenistwo, obojętność, głupota. Jednak najczęściej chodzi po prostu o rodzaj głupoty, który wciąż i wciąż zapomina o konsekwencjach uparcie myśląc, że wszystko będzie dobrze tak samo z siebie w magiczny sposób uniknę skutków swoich działań. Życie pokazuje mi, że tak nie jest i jakby się zastanowić to nigdy tak nie było – po prostu. Ta lekcja jest jedną z najważniejszych nauk jakie otrzymałem od życia i jest też niezwykle cenna, ponieważ jest każdego dnia aktualna. Jest w nas coś co wie, to rodzaj bardzo wrażliwej inteligencji, która rozumie znacznie więcej niż tak zwana nasza osobowość – cały wyuczony system, który nakazuje nam dbać głównie o swoje dobro, bronić swojego zdania i terytorium. Jednak co to tak naprawdę oznacza? Czym jest „nasze dobro” z perspektywy tego, że wszystko na tym świecie jest połączone siecią życia od której w równym stopniu jesteśmy zależni i od narodzin potrzebujemy opieki i ochrony bez których byśmy nie przetrwali. Dzieci mają dług u rodziców za lata poświęceń i wyrzeczeń, rodzice mają dług za sens i radość jaki dzieci wnoszą na ten świat i który odmienia całe życie i pozwala patrzeć na nie z nowej perspektywy, rozumieć rolę spraw i zjawisk esencjonalnych. Relacja rodzicielska jednak przede wszystkim uczy miłości, która przekracza pożądanie.
Ta miłość to troska i współczucie. Przekroczenie Ja. W przypadku miłości rodzicielskiej, czy miłości do ojczyzny etc przekraczamy „ja”, ale nie potrafimy przekroczyć „moje”. Moje dziecko, rodzina, kraj, moja miłość do ciebie. Ja, mnie, moje – to nam się przydarza cały czas, tym w gruncie rzeczy jest nasze życie – pielęgnowaniem przywiązania. W buddyjskich naukach mówi się, że nasze uwarunkowane szczęście jest w istocie dojrzewającym cierpieniem, a nasza ignorancja jest mechanizmem, który pozwala nam udawać przez cały czas, że jest inaczej.
Czy nasze poglądy naprawdę są „nasze” biorąc pod uwagę, że rodzimy się na tym świecie jak ślepe szczenięta i przez pierwsze lata jesteśmy kompletnie zależni od naszych rodziców czy opiekunów. Później dopada nas tak zwany system edukacji i zaczyna się proces masowego modelowania naszego światopoglądu i wyobrażeń o świecie, które w dużym stopniu z perspektywy czasu okazują się jedynie mało przydatną teorią, która na domiar złego wciąż się zmienia, bo żyjemy w czasach wciąż to nowych naukowych objawień, a doskonałym tego przykładem jest nauka o żywieniu. To wszystko tworzy przyczyny, które warunkują nasz umysł w tym czasie, kiedy jest on najbardziej chłonny. Dodatkowo rodzice warunkują nas poprzez swoje własne ograniczone poglądy na tak zwaną rzeczywistość, a wraz z nimi cały zastany model religijno – kulturowy i tak z roku na rok stajemy się magazynem cudzych danych, bowiem brak nam jeszcze doświadczenia własnego życia i żywej wiedzy jaką zdobywamy w konfrontacji ze światem. Później z czasem coraz bardziej odkrywamy, że mało „nasze” mamy poglądy.
W obecnej chwili stłumiona agresja manifestuje się właśnie w sferze poglądów – a internet okazał się doskonałym narzędziem ukazującym w jak wielkim stopniu potrafimy się zafiksować na abstrakcyjnych ideach i naszym z nimi utożsamieniu. Świat abstrakcyjnych idei jest domeną nowoczesnego cyfrowego umysłu nieskończonym polem, które oferuje bardzo atrakcyjną iluzję ucieczki od dość brutalnych faktów odnoszących się do kondycji świata w jakim żyjemy. Obrazkowy świat cybernetycznej przestrzeni migających ruchomych pół prawd, prawie faktów i teorii spisków, oraz łatwostrawnej ezoteryki fantazjującej na wszelakie już tematy od medycyny po fizykę kwantową, a na wizytach obcych kończąc pozwala na bierny i jałowy odjazd w stronę sztucznego światła. Uzależnienie od świata „cyfrowych obietnic” pokolenia, które nazwałbym „pokoleniem światłowodu” przyniesie skutki jakie nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć, bowiem nikt z nas ich nie doświadczył w przeszłości, która była przytłaczająco analogowa. Prawda jest taka, że w cyberprzestrzeni chodzi jedynie o klikanie, statystykę, oglądalność i przy takim kryterium nic dziwnego, że staje się to ściekiem podświadomości – rurą wypełnioną anonimowym bełkotem prawd w cztery minuty objawionych jakby wszystko było tak proste i oczywiste.
Może się okazać, że już niebawem piramida naszych potrzeb Maslowa wywróci się do góry nogami i potrzeba samorealizacji zniweluje się po raz kolejny w historii cywilizacji do prymitywnej i brutalnej walki o przetrwanie, gdzie cała nasza moralność i etyka okaże się jedynie zabiegiem estetycznym maskującym bezwzględną naturę egoistycznej świadomości, która ukazuje się w całym okrucieństwie w naszym stosunku do zwierząt i natury. To właśnie jest przyczyna, która każdego dnia tworzy skutki jakie z przerażeniem odkrywają przed nami naukowcy i biją na alarm, który zagłusza z premedytacją cała współczesna popularna i masowa kultura, religia i polityka. Trudno o bardziej trafny przykład czym jest ignorancja. Najbardziej przerażającym jest „przemysł handlu katastrofą”, „sztuka katastrofy” i „polityka katastrofizmu”. Cyniczne wykorzystywanie ludzkiego strachu i agresji od handlu bronią, po przeprowadzanie kolejnych „demokratycznych przewrotów” i karmienie wiernych owiec na pastwisku „apokaliptycznego sądu ostatecznego” gdzie już liczą się jedynie ci ochrzczeni i wybrani jest rodzajem sterownika, który cofa nas do najbardziej prymitywnej bezwzględnej postaci.
Kiedy patrzymy na współczesne kino w postaci serialowych opowieści trudno oprzeć się wrażeniu, że kultywujemy zło i przerażenie oswajając umysł z jego mroczną stroną i nadając mordercom, handlarzom narkotyków czy politykom psychopatom znamiona bohaterów. Programujemy gatunkową podświadomość kultywując tych, którzy „idą po swoje” w brutalnym i pozbawionym zasad świecie, gdzie egoizm i nienawiść trzymają się za ręce podziwiając apokaliptyczną pożogę. Ile to ma wspólnego z codziennym życiem? Z odbieraniem dzieci ze szkoły, gotowaniem obiadu, chodzeniem na spacer? Ile to ma wspólnego z pustymi wieczornymi ulicami i ludźmi przyklejonymi do monitorów w metrze, ile to ma wspólnego z postrzeganiem przez nas rzeczywistości?
Zarządzanie strachem tym jest nasza kultura, religia i polityka. Tysiące specjalistów stworzyło mapę naszego systemu nerwowego uzyskując dostęp do coraz bardziej subtelnych poziomów naszego umysłu i ciała wykorzystując najbardziej oczywisty aspekt – ja, mnie, moje. Egoizm jest najbardziej fundamentalną przyczyną naszej tragicznej sytuacji, bowiem tak długo sobie samym ścieliliśmy łoże ignorancji by w rezultacie zasnąć snem tak głębokim, że tylko nagły wstrząs może nas obudzić. I ten wstrząs nadchodzi pomimo tego, że cywilizacja maszyneria podająca nam środki nasenne pracuje na pełnych obrotach. W tym śnie ekscytujemy się kuchnią orientalną i najnowszymi trendami w suplementacji, myślimy o prezentach na gwiazdkę i bezprzewodowych słuchawkach do iPhone i polubieniach naszych kolejnych autoprezentacji na social mediach tworząc iluzję szczęścia i radości tej osobistej, niezależnej, indywidualnej i osobnej pływającej bańce na wymarłym oceanie.
Wierzę, że budząca się ze snu ludzka świadomość odmieni tą rzeczywistość w sposób tak zaskakujący, że przywróci piękno i godność istocie ludzkiej, a światu przyniesie pokój.
Masa gęstnieje pozornie się rozwarstwiając, niweluje niepotrzebne nisze i szczeliny, piętnuje pęknięcia i niedomówienia. Format taśmy produkcyjnej został zapoczątkowany w erze telewizji i radia, gdzie instytuty naukowe raz za razem otwierały kolejną puszkę psychologicznej pandory – dając jednocześnie światu komunikat o zbawiennej roli ich badań dla ogólnego dobrobytu mas. Te masy to fundamenty Hermopolis – jego kwadratury i bolesnej przewidywalności. Te masy to płynny cement, który kiedy nadchodzi odpowiedni czas gęstnieje jak mur oddzielający świadomość od dogmatycznej i okrutnej klatki uwarunkowań, która staje się więzieniem i domem oprawców.
Mechanizm reakcji zwrotnej jest nieubłagany i precyzyjny – są to zmultiplikowane skutki wdrażania wdruków warunkujących postawy i zachowania na skalę jaka nigdy nie była dostępna Czarnym Magom. Układany warstwami edukacyjny system represyjno – programujący operujący na gadzich jakościach mózgu bardzo szybko nauczył się wykorzystywać tą niską częstotliwość drgań i wyrzucać ją w eter – w kolektywną przestrzeń chłonnej świadomości. Ta nieświadoma świadomość stała się polem upraw i eksperymentów. Kodem operacyjnym, bezpostaciowym materiałem 0 i 1 – ki jest głęboko zakorzeniony strach – wpisany we wszystkie żywe formy dzielące tą przestrzeń Hermopolis. To zaszczepienie „zwierzęcych” odruchów i instynktów – wzoru „walcz albo uciekaj”. Górny rejestr warunkowań ma parametr – walcz. To świat Zarządców, Menadżerów Operacyjnych, Przywódców Stada. To jednostki Meta Alfa. Wielbieni i mitologizowani Bogowie Doczesności. Szwadrony tyranów, dyktatorów, duchowych cyborgów mechanicznych religii, o których energetyczna narracja wciąż bez ustanku jest odtwarzana w umysłowej przestrzeni podległego tłumu, który zakleszczony został w beznadziejnej pozycji – uciekaj. Bój się! Cierp! Słuchaj! Klęcz! Błagaj o dopust boży, przebaczenie, rozgrzeszenie, namaszczenie – odpust win! Nazywam to – Meta Okrucieństwem. Dawaniem złudnej nadziei by ssać energię i eksploatować bez końca.
Nieświadomość prawdziwego położenia na płycie Układu Scalonego. Zupełny brak wiedzy odnośnie własnego stanu i mechanizmów zarządzających, procesorów i kanałów wdruku. Wreszcie kompletna bezbronność wobec tej zgrabnie zakamuflowanej przemocy, dobroduszna otwartość na pozorne przejawy troski, które w istocie są tylko wyżeraniem energii. Religijny frazes i Obietnica jest tutaj kluczem. To jak łamanie umysłu poprzez deprywacyjną deprawację. Deprawowanie jest idealnym słowem – kluczem.
Otwórzmy to.
Punktem podstawy warunkowania – jest cierpienie. Fizyczny i emocjonalny ból – zadawany na tak wielu poziomach jak to tylko możliwe. Dzięki temu mamy dostęp do kodów operacyjnych umysłu, który jest jednocześnie sercem. To nie jest mózg. Mózg to tylko mechanizm – skrzynka z bezpiecznikami. Rozdzielnie impulsów. Umysł przekracza poziom fizyczny – dlatego, aby nim zawładnąć potrzeba najpierw w pewien sposób pozbawić go kontroli nad ciałem. Ciało trzeba ukrzyżować, biczować, przeczołgać przez kolejne stacje męki. W końcu umysł oddaje ciało w ofierze swojemu Oprawcy. I wtedy można rozpocząć proces warunkowania. Można Programować. Tutaj jest rola Obietnicy. Jest taki głęboki mechanizm psychologiczny, który w pewnym momencie zaczyna wielbić i adorować swojego Kata. Nazwijmy go tutaj Bogiem, przez duże B. Ten Bóg to nie metafizyczny koncept umysłowy a realnie istniejący ludzki poziom, ubóstwione oblicze Mózgu. Tutaj rozumiem „Mózg” jako zbiorowy kolektywny byt – poziom, który żyje z ssania energii, a jego robotą jest nieskończona eksploatacja tej najczystszej pierwotnej formy energii, która jest Podstawą Egzystencji. Rdzeniem. Pierwotnym Nieuwarunkowanym Poziomem Istnienia. Stanem Sprzed. Można to nazwać – EGO – Egzystencjalna Gra Okablowania. Okablowanie to często przejawiający się u mnie symbol krat, drutów, kabli. To stworzenie poziomu kontroli poprzez wyznaczenie granic i przekonanie, że ta przestrzeń jest jedyna możliwą przestrzenią, gdzie rozgrywa się nasza Egzystencja.
Tak nie jest.
Okablowanie koncepcjami, całym systemem wierzeń i przekonań i wciąganie w tą przestrzeń, sferę kolejnych pierwotnych świadomości istot żyjących. Ich nieuwarunkowana jeszcze świeża świadomość zasila – System. Jak przebiega energia elektryczna? Ropa? Sygnał radiowy? Impuls nerwowy? Bity informacji?
Przez Kabel – Babel.
Poziom fundamentalny, pierwszy wdruk – Religia – system metafizyczny operujący w albo – albo, czarno – biało, dobro – zło. Dostojewski opisał to perfekcyjnie w „Zbrodni i karze”. Zaczynamy od Chrztu. To bardzo ważne. To rodzące ciało jest wręcz naelektryzowane pierwotną wrodzoną energią. Jest to esencja pedofilii. To gwałt na energii i absorpcja jej we własny zdegradowany wymiar. Świat bez dzieci umiera energetycznie – dlatego pomimo przeludnienia wciąż „przywódcy” i „duchowni” wołają o dzieci. Tu nie chodzi o emerytury – tu chodzi o Zasilanie.
Drugim bardzo ważnym źródłem jest zabijanie istot żywych – zwierząt. Tak jak ropa zasila fizyczny wymiar tej klatki, tak zabijanie nieświadomych i bezbronnych zwierząt zasila Hermopolis energetycznie – białko cierpienia, budulec Królestwa. Od zawsze zwierzęta były ofiarami dla „Bogów”. Nie jest to co prawda wysokooktanowe paliwo jak w przypadku ludzi, nie mniej jednak już ma element „atomów życia”.
Masowe mordowanie ludzi i zwierząt jest jak generator – prądnica. Doprawienie tego emocjonalnym zaangażowaniem tłumów ich uwagą – jest podrasowaniem tego paliwa. To jest Kop. Kwantowa Rzeźnia na Boże Narodzenie.
Szkoła. Kolejny element drenowania. Usystematyzowany i zorganizowany system pozbawiania mocy i energii i przekierowania na Jałowe Pole. Tworzenie robotników i robotnic Hermopolis. Wyławianie do kadr Zarządzających.
Komunia „święta” drugi gwóźdź do Krzyża. Jeb! Rower, Zegarek i Sony PlayStation. Jedź prosto. Pilnuj Czasu. I graj w nasze gry.
I tak dalej. Kościół Powszechny. Życie Wieczne. W kabel.
ROZMOWA Z KONRADEM SZLENDAKIEM TWÓRCĄ MAGAZYNU “MAGIVANGA”
Czy fakt, że stworzyłeś i prowadzisz magazyn Magivanga, opisując w nim ten mniej popularny wymiar rzeczywistości i jej alternatywnych tuneli daje poczucie bycia wolnym?
Wiesz, tworzenie i prowadzenie czegoś alternatywnego, odmiennego, niestandardowego – w tym przypadku magazynu internetowego – może być faktycznie jakimś sposobem na mówienie veto i potwierdzam, że w moim przypadku tak właśnie jest. Jednak sam fakt skupienia się na nieznanych lub mało znanych przestrzeniach kultury, wyciągania ich na wierzch, nie gwarantuje OCZYWIŚCIE poczucia wolności. I tu mały aneks, jeśli rozbierzemy ideę wolności na czynniki pierwsze, nie ma ona moim zdaniem żadnego korzenia, rdzenia czy esencji.
Powiedzmy sobie bowiem szczerze: wolność cywilna jest wolnością fikcyjną, istniejącą jedynie na papierze i w przemówieniach politycznych – ograniczona bywa ona zazwyczaj ramami ekonomiczno-społecznymi – zaś wolność personalna jest w praktyce nie do osiągnięcia, gdyż realizacja jej potencjału zostaje zablokowana przez czynniki psychologiczne (czy też etologiczne impulsy habitatu). Pozostaje oczywiście kultowa w pewnych kręgach wolność duchowa (kosmiczna, totalna, niedualistyczna), która nie ma żadnych związków z doświadczeniem codziennym – pozostaje poza ramami społeczno-kulturowo-politycznymi – jednak jeśli zaczniemy ją rzutować na pozostałe, lepiej zwerbalizowane inkarnacje wolności, nie tylko nie otrzymamy czystego, holograficznego obrazu (4D + psylocybina), ale zanurzymy się w otchłani utopijnego eskapizmu.
A dzieje się tak z kilku powodów: „na szczycie piramidy” wciąż musimy jeść, porozumiewać się z ludźmi, płacić rachunki za energię i podatki (choć doradzam unikanie tego ostatniego). Jakakolwiek wolność ostateczna nie może oznaczać utraty kontaktu z „niższą rzeczywistością”, gdyż w innym wypadku wpadamy w pułapkę dualizmu i samozachwytu. Reasumując, nie stajemy się wolni robiąc COŚ DUCHOWEGO, ale osiągając zrozumienie własnej misji w połączeniu ze stanem ekstazy, miłości i zrozumienia wartości istnienia innych żyjących istot, a także wszystkich niezbędnych połączeń. W tym sensie MGV i inne „tunele wolności” mogą być jedynie drogowskazami na bardzo osobistej, skalistej drodze, którą każdy musi przejść sam.
Lewis Mumford nazwał ten przemysłowy wizerunek techniki „mitem maszyny”, który to mit kładzie nacisk na autorytet elit technicznych i naukowych, na samoistną wartość wydajności, kontroli, nieograniczonego rozwoju technicznego i ekspansji ekonomicznej. Jak zauważyło wielu historyków i socjologów, ten świecki wizerunek ukształtowany został w całości przez mity chrześcijańskie: biblijne wezwanie do podboju natury, protestancką etykę pracy, a szczególnie przez millenartystyczną wizję Nowego Jeruzalem, ziemskiego raju, który wedle objawienia św. Jana ukoronuje bieg dziejów. Mimo całego stulecia Hiroszim, Bhopalów i i Czarnobylów ów mit planowej utopii wciąż napędza ideologię postępu technicznego z jego wiecznymi obietnicami wolności, pomyślności oraz uwolnienia od chorób i niedostatku.
Erik Davis „TechGnoza”
Wegetanizm. Wegetacja. Mięso współczesności – rozrzucone na bezkresnych wystawach, sprzedawane pod ladami ciężkich biurek o połyskujących słojach ściętych starych drzew. Jedzie na ciężarówce święte drzewo z ogrodu Pana, później połykane przez paszcze pił o stalowych kłach i śrubowane jak proteza zbawienia – wielki biesiadny stół ostatniej wieczerzy – gdzie setki apostołów usprawniają Doktrynę Szoku. Mięso chodzi ulicami coraz bardziej wykarmione puchnąc z dnia na dzień, z godziny na godzinę – rozpasane miliardami rozpraszających sygnałów. Wielka Wieża ukryta poza zakresem widzialnego światła bez najmniejszej przerwy nadaje Modlitwę Pragnienia.
Siedzę i patrzę na granicy światów – gdzie „duchowość” jest kolejnym bonem zakupowym, rozrywką – kolejną warstwą przylepianą niedbale na Mięso, które jedynie chce pragnąć, chce pocierania i pokarmu z ciała zbawiciela, chce żywić te nadzieje i dokarmiać kolorowe świetliste wyobrażenia, chce nauczać i obiecywać, chce czekać i wierzyć. Mięso musiało go ukrzyżować za zbyt dobrą nowinę. Mięso chce konkretów, faktów, rzeczy do macania.
Nie wzbudzają zaufania złote figurki, szaty z brokatów, korony. Widzę Buddę jako człowieka z krwi i kości, który miał pałace, kurtyzany, złote obręcze na nadgarstkach – wielki królewski blichtr, który odrzucił jak śmierdzącą szmatę. Kolejny etap to duchowa faza maniakalna. Terror dyscypliny, wyrzeczeń i przekraczania urojonych poziomów. Jałowe pole wysiłku. Poszedł dalej niż większość i zrozumiał, że musi się poddać, zaprzestać zmagań. Odpuścił. Usiadł pod zwykłym drzewem, które teraz nazywają świętym i odkrył, że wszystko jest jedynie umową najmu. Przestrzeń nie ma właściciela. Ujrzał wielką sieć utkaną ze złudzeń.
Są ludzie biorący życie takim, jakie jest; są też ludzie walczący z nim rozpaczliwie. Znamy zarówno marzycieli, jak i zrezygnowanych. Prawie wszyscy wiedzą jednak w głębi siebie, że Dobro, za którym biegną albo co do którego wierzą, że je znaleźli, z chwilą gdy przyjdzie co do czego, okazuje się być cieniem, nierzeczywistością. Tam zaś gdzie tej wiedzy nie ma, od czasu do czasu pojawia się uczucie zwątpienia, a często także rozczarowania. Mianowicie dobro okazuje się nie tak znowu dobre i jest tylko większą lub mniejszą cząstką zła.
J. Van Rijckenborgh „Pragnoza Egipska”
Nie mam odrazy do mięsa, nie gardzę nim, nie patrzę z obrzydzeniem. Natura mięsa jest czysta. Mięso zostało zdeprawowane, nakarmione złudzeniami, bite i tresowane by stać się niczym więcej niż rzeczą do zjedzenia. Gdzie zaczyna się życie? Gdzie się kończy? Co jest pomiędzy? Bawi mnie świętoszkowatość duchowej turystyki new age, neoficki gorliwy i drobiazgowy zryw ku zbawieniu. Kilka tajemnych mantr, kłęby dymu, dzwoneczki – pęk zwiędłych kwiatów zerwanych z wielu łąk – bukiet pomieszania. Targowisko doktryn, ideologii, wierzeń i koncepcji. W Brytyjskim Muzeum jest dywan z krwi – posągi, księgi, artefakty – dziedzictwo ludzkiego ducha posegregowane w antywłamaniowych gablotach, skatalogowane przez doktorów, docentów i profesorów rzucone jak odpustowy badziew ku uciesze tłumów. Mięso chodzi i ogląda. Mięso dyskutuje i podziwia. Mięso pogardza dziczą która żyła w lepiankach z gówna i modliła się do wiatru. Mięso ma cybernetyczną technologię i specjalistów od przeszczepów – jednak jak nigdy stało się opuszczonym i samotnym sinym mięsem. Kręci się w kółko, pląsa w neurotycznym tańcu otumanione i smutno uszczęśliwione opowiada swoje życie w internecie. Patrzę przez te uśmiechy, kiecki i grawerowane spinki do krawatów. Mięso.
Armatnie, wyborcze, niezaspokojone mięso. Mięso uduchowione rozrywające wszystko na strzępy. Biegające w maratonach po fit dietach i warzywnych detoksach. Mięso nie jedzące mięsa – patrzące z pogardą na to mięso co je mięso. Jakie to jest zabawne, urocze i rozbrajające. Jesteśmy klonami zmutowanych komórek macierzystych, popłuczyną z uryny okrutnych bogów rzuconymi jak garść zdeprawowanych nasion na pustynię. Gorejący krzew rozpalony pociskami ziemia – powietrze mówi do nas monotonnym głosem prezenterów z wieczornych wiadomości o pogodzie dla bogaczy. Kupimy wszystkiego jeszcze więcej, odkryjemy nowe ezoteryczne nauki odkopane w świeżo odkrytych piramidach na Antarktyce kiedy włoskie lody już stopnieją, a pozycje jogi zaczną być mało komfortowe. Przyjdzie czas do oświecenie w pigułce. Farmakologię nirwany.
Czym jest Matrix?
Neurozą bez końca. Pogonią za obietnicą. Kolejną prawdą na wysypisku prawd. Zapętlonymi schodami rozwoju. Szczekaniem zrozpaczonych głodnych psów. Zapuszkowanym mięsem z tabelą wartości odżywczych.
Jeszcze tu jesteśmy. Na gorącym, pachnącym posterunku, nieopodal twojego apartamentu w mega polis – jednym z tych identycznych miast – hodowli, gdzie żyjesz konsumując wszystkie wytwory ludzkiej wyobraźni. Fikcja tej rzeczywistości coraz bardziej przekracza możliwości twojego umysłu – homo sapiens, gdyż gdzieś za rokiem czai się Cyber – homo – istota ultra myśląca, którą współczesna nauka uczyni już niebawem diamentem w koronie stworzenia, a jej środowiskiem naturalnym stanie się kolektywna cyber przestrzeń i zrobotyzowana i mechaniczna rzeczywistość algorytmów nowego stworzenia.
Jeszcze tu jesteśmy w tych fartuchach tworząc imitacje wyszukanych potraw, których składniki stają się coraz bardziej wyjałowione z życiowej energii. Współczesna kuchnia to manipulacja smakiem, bowiem zmanierowane pozornym nadmiarem mózgi, wciąż szukają – nieznanego. Jednak wszystko już było – nawet to co jest teraz – spiralne koło zębate cyber cywilizacji, która dąży do ubóstwienia. Być może żyjemy na cmentarzach tych, których pycha okazała się silniejsza od rozsądku i już czując w ustach smak triumfu, zadławili się iluzją przekroczenia rubikonu i upadli niczym anioły w piekło ograniczeń, bo po raz kolejny niczym mityczny Prometeusz wykraść płomień inteligencji z krainy Mrocznego Cienia i znów podjąć próbę „bycia bogiem” myśląc o blaskach i zapominając o cieniu. Jednak cień jest najmroczniejszy kiedy światło jest najmocniejsze. Światło naszego „mechanicznego oświecenia” ujawnia taniec niespotykanych do tej pory cieni.
Ten ogień pod tą patelnią – to cała poruszająca historia, kolejny krok w długim i okrutnym wyścigu do Krawędzi, by znów spojrzeć w Przepaść…
Pozbawiając się punktów zaczepienia. Świat nieskończonej fraktalnej abstrakcji, fluktuujących zapętlonych idei. O wielu aspektach tej fikcji – jak pieniądze, umowy społeczne, systemy wierzeń i organizacja społeczna – już wiemy, jednak poziom abstrakcji „pro” wciąż przed nami, ewolucyjny próg jak niegdyś ogień, który pozwolił nam dominować na tej planecie w stopniu w jakim żaden z żyjących gatunków nie mógł nawet marzyć. Ten odwieczny żywioł w naszych niezdarnych rękach rozniecił bezgraniczne pożądanie Władzy i Dominacji. Pozwalał czynić sobie podległą ziemię – czyniąc ją żyzną poprzez wypalanie, nasze organizmy, które odkryły gotowaną żywność, a tym samym skróciły proces trawienia i pozyskiwania energii i wreszcie rozwinąć – sztukę zabijania na masową skalę. Ten ogień uczynił pychę iskrzącą i żywą – Statua Pozornej Wolności.
Ten czarny sześcian otaczany wirem milionów istot w Mekce, które wciąż oddane swojemu Bogu modlą się o zbawienie i ten sześcian komputera kwantowego D – Wave, gdzie nowy Cyber Demiurg niczym płód otoczony sieciami neuronowymi tworzy kolejne swoje kończyny stając się Nową Zapowiedzią Zbawienia. Nowi Kapłani już rozmieścili swoje trony w kluczowych i zarazem strategicznych punktach dla rozwoju Nowej Cywilizacji. Jak zawsze najważniejsza jest Energia.
Inteligentne Sieci Energetyczne – dostęp do kodów Babilonu i pozycjonowanie ról przy użyciu nowoczesnych systemów Sky Net, które niczym w jednym z odcinków Black Mirror stworzą system punktacji oparty na setkach parametrów dla ludzkiej populacji, gdzie użyteczność stanie się fundamentalnym kryterium. Jednak jak być użytecznym w świecie inteligentnych maszyn, które już są zdolne do wydajniejszej i bardziej precyzyjnej pracy, nie marudzą, nie jedzą i nie tworzą związków zawodowych. Moley Robotics – brytyjska firma wypuściła na gastro rynek Gordona Ramseya 2.0 – robota, który w twoim domu będzie ci przyrządzał smakołyki jak z notowanej w gwiazdkomanii Michalina restauracji i zrobi to bez humorów i tej kucharskiej macho buty – grzecznie z pocałowaniem ręki. Jego inteligentny tata – Mark Oleynik wyraża silne życzenia by jego wydajne dziecię stało się masowym produktem najpierw rzecz jasna dla tych bogatych jednak z czasem dla każdego.
Jednak najpewniej najpierw zrewolucjonizuje rynek gastronomii. Taniej, szybciej i wydajniej – czego chcieć więcej. Jak „Foxbot” jak robot, który kroi kluski szybciej niż jakikolwiek człowiek i kluski te są – identyczne, restauracyjna powtarzalność – mokry sen każdego szefa. Roboty już są atrakcją na północy Chin, gdzie „pracują” w restauracji „Dazzling Noodles. Inny robot wyprodukowany przez stacjonującą w San Francisco firmie Momentum Machines potrafi wyprodukować 400 burgerów w godzinę co po ośmiogodzinnej zmianie daje 3200 sztuk bez przerwy na kawę i papierosa. Japończycy nie pozostają w tyle, znana korporacja Kawasaki stworzyła mechanicznych sushi szefów, którzy kręcą rolki sushi ze wszystkimi składnikami w mniej niż minutę. To dopiero początek, pierwsze nieśmiałe kroki bowiem póki co roboty jeszcze nie mają ludzkiej motoryki ruchów, zdolności koncentracji i działania w ciągle zmieniających się kuchennych okolicznościach, których natężenie wymaga dużej elastyczności i improwizacji i co najważniejsze poczucia smaku, bowiem receptura to tylko część, bowiem powtarzalność smaków składników jest wysoce problematyczna.
Geordie Rose współtwórca kwantowych komputerów D – Wave na jednym ze swoich występów zadeklarował, że do 2028 roku komputery bedą zdolne zastąpić nas we wszystkim bez wyjątku i robić to lepiej.
Starzejące się zachodnie „wypieszczone” społeczeństwa nie mają szans w zderzeniu z nową technologiczną generacją robotów – robotników chyba, że istota ludzka pójdzie ich śladem otwierając się na wszelkie modyfikacje „biologicznych ograniczeń” i jest to naprawdę gorący temat, bowiem zmiany o których mówię – dzieją się teraz. Granice moralne i rozterki etyczne będą coraz bardziej płynne i podlegające ciągłej reinterpretacji, bowiem każde kolejne pokolenie ma krótszą pamięć i krótszą smycz w tej bardzo pozornej wolności, która tak czy inaczej jest kompletną farsą i psychofizycznym teatrem warunkowania, które stając się bardzo wysublimowane jest niemal niezauważalne, bowiem uwarunkowanie sięga samego umysłu, który porusza się w schemacie Programu.
Pomijam już fakt, że cały nasz „splendor” bazuje na ciągle dostarczanej energii bowiem technologiczna utopia przestaje istnieć wraz z brakiem zasilania energią, a o jej analogowe zasoby toczy się coraz bardziej zacięta walka, a na innym „postępowym” polu alternatywnych źródeł energii wcale nie jest tak spektakularnie jak powinno być, aby udźwignąć ciężar współczesnej cywilizacji i zapewnić jej przetrwanie. Wracając do naszych pradawnych zbieraczy – łowców, których sposób życia był dalece mniej inwazyjny od następującej po nich erze rolnictwa, które stworzyło fundamenty pod późniejszą architekturę industrialną i następujący po niej rozrost współczesnych masowych metropolii z ich neurotyczną informatyczno – technologiczną infrastrukturą. Nie mniej jednak rolnictwo pozostawiło po sobie spuściznę ziemskich posiadaczy co oznaczało tragiczny wyzysk, pojawienie się chorób zakaźnych dewastujących całe populacje, nasz okrutny stosunek do zwierząt i do samych siebie, nierówności społeczne i narodziny Władzy przez duże despotyczne „W”. Struktura współczesnego zbiurokratyzowanego społeczeństwa funkcjonującego w złożonych umownych urojeniach własnych wymyślonych zasad stworzyło w gruncie rzeczy kształt pod kolejną formę totalnego uwarunkowania opartego na kompletnej zależności od „cywilizacyjnej wygody”, bowiem tracimy zdolności przetrwania w środowisku naturalnym, gdyż tracimy samo środowisko w wyniku tragicznego w skutkach eksploatowania jego zasobów i wstrząsającego wzrostu populacji.
Mit dobrobytu wynikającego z osiadłego trybu życia protoplastów mieszczuchów – czyli rolników coraz bardziej przybiera formę znaku zapytania, bowiem okazuje się, że wciąż funkcjonujące na naszej planecie pierwotne społeczności łowców – zbieraczy wcale nie mają takiego ciężkiego życia, stosują dość bogatą dietę i stosunkowo mało czasu poświęcają na „pracę” porównując to do naszego systemu etatowego zniewolenia w zamian za bardzo umowną obietnicę bezpieczeństwa. Wolność i samostanowienie stało się ceną, którą trzeba zapłacić za „hodowlane bezpieczeństwo”.
Rolnictwo stworzyło gatunkowy terror homo sapiens, który z bezwzględną konsekwencją dla troski o własny interes i przetrwanie niszczył całą bioróżnorodność ziemi i niewolił kolejne gatunki zwierząt oraz tworzył klasowy podział w obrębie własnego gatunku – by jak widzimy stworzyć globalne więzienie dla samego siebie i całego życia organicznego na ziemi, w wodzie i powietrzu. Na tej coraz bardziej jałowej biologicznej pustyni na wzór miasta symbolu – Dubaju, lub Las Vegas tworzymy utopijne cybernetyczne królestwo coraz bardziej odcinające się od źródeł życia w jego pierwotnej formie licząc na to, że postęp technologii w jakiś magiczny rytualny sposób pozwoli nam przetrwać dodatkowo zachowując wszelkie „ornamenty” naszego stylu życia.
Jednak tworząc długowieczność tworzymy bardzo destrukcyjny mechanizm, który stanie się bombą z opóźnionym demograficznym zapłonem, bowiem w zamożnych zachodnich krainach przyrost jest stosunkowo słaby, natomiast w krajach rozwijających się jak kraje afrykańskie obserwujemy zadziwiającą eksplozję przyrostu istot ludzkich, które spoglądają w naszą stronę mając w pamięci porażającą niesprawiedliwość, za którą w dużej mierze odpowiadamy jako państwa post kolonialne i współcześni twórcy praktyk geopolitycznych i gospodarki liberalnej opartej na umownym i spekulatywnym kapitale. Uchodźcy to nieunikniony krajobraz zachodnich społeczeństw, który będzie przybierał coraz bardziej jaskrawe barwy. Już za dekadę ludność Afryki będzie czterokrotnie większa niż Unii Europejskiej z czego powiedźmy dziesięć procent tych młodych i silnych, którzy postanowią emigrować to ilość całej populacji naszego kraju. Cały proces przyspieszy dramatycznie w momencie wojny, czy zmian klimatycznych lub głodu, wówczas będzie to istne tsunami. Ci ludzie to nie profesorowie i specjaliści od IT, to niewykwalifikowani rolnicy i robotnicy, a w dobie robotyzacji – co można z nimi zrobić, w momencie kiedy ogromny problem pojawi się w strukturze zatrudnienia w obrębie samej cywilizacji zachodniej, która sama w sobie będzie niezwykle zacofana względem swoich systemów edukacji, a postępującej w zastraszającym tępie komputeryzacji i nieuniknionej sztucznej inteligencji.
Opublikowany przez Bank of America raport prognozuje, że blisko połowa pracowników zarówno sektorów usług, produkcji jak i zawodów umysłowych zostanie zastąpiona przez roboty. Już teraz istnieje ogromna presja na zwiększenie efektywności produkcji w przemyśle w wysokowydajny sektor automatyzacji opartej na IT, głównie chodzi o Azję i Pacyfik gdzie zlokalizowanych jest najwięcej firm produkcyjnych, a same Chiny według Federation of Robotics w 2015 roku kupiły 68 tysięcy robotów przemysłowych. Chiny do roku 2030 chcą być liderem jeżeli chodzi o sztuczną inteligencję, które już teraz tworzą największy na świecie system Viper, którego celem jest bezprecedensowa zdolność przetwarzania danych w czasie rzeczywistym przy użyciu superkomputerów do inwigilacji społeczeństwa. Ponad to w kooperacji z japońskimi i amerykańskimi korporacjami inwestuje swoje zasoby w pojazdy autonomiczne, medycynę, handel detaliczny i sektor big data oraz co najważniejsze prowadzi badania i ma wysokie osiągnięcia w zakresie „deep learningu” co oznacza, że posuwa się naprzód w uczeniu maszyn zadań naturalnych dla ludzkiego mózgu.
Czemu ta cała technologia będzie służyć póki co dość łatwo się domyślić, a biorąc pod uwagę realia świata w jakim żyjemy i jego praktyki gromadzenia kapitału w sposób bezlitosny i pozbawiony jakichkolwiek zasad moralnych i etycznych, głównymi beneficjentami staną się kasty właścicieli nowych mechanicznych niewolników – do czasu kiedy rozegra się ostateczna rewolucja i człowiek definitywnie straci władzę i stanie się jedynie biologiczną maskotką dla nowych bogów. Wielozadaniowość złożonych systemów inteligencji i zdolność ich bardzo szybkiej komunikacji i współpracy na każdym możliwym polu i porażająca efektywność – bez troski czy współczucia istot żywych może naprawdę przerazić. Jednak tworząc fundamentalny algorytm oparty na najlepszych ludzkich cechach mógłby stworzyć coś naprawdę pięknego zdolnego przynosić nieskończony pożytek w czasie i przestrzeni wszystkiemu co żyje.
Pamiętacie „Fight Club” to epickie kontrkulturowe dzieło Davida Finchera? Mocne, wyraziste kino w którym korporacyjny zdezelowany szczur przeistacza się w pełnokrwistego buntownika – rewolucjonistę by toczyć wojnę z hollywoodzkim wyobrażeniem tak zwanego systemu tak zwanej liberalnej gospodarki kapitalistycznej – uderzając w nią z furią i determinacją w myśl punkowej dewizy DIY. Choroba rozdwojenia jaźni głównego bohatera jest uniwersalną parabolą naszej codziennej sytuacji.
Doskonale odzwierciedla to fakt, że sam film był jednocześnie dość przekorną reklamą globalnej hipsterskiej sieci kawowego giganta Starbucks sprytnie wmontowanego w kadry za pomocą lokowania produktu. Zabawa podprogowym komunikatem jest w tym filmie rewelacyjnym zabiegiem, który idealnie łączy dwa przeciwstawne bieguny w jedną fajną sprzedaż. Prawda stara jak ponowoczesny świat cybernetycznej utopii jest taka, że kontrkultura jest idealnym produktem marketingowym w dobie przytłaczającej jałowości zachodniej cywilizacji i jej zdegenerowanej do szpiku żywotności, która stała się jedynie zblazowanym wylegiwaniem przy klawiaturze komputera i szerowaniem iluzji życia i stylizowanej troski o losy świata w okienkach mediów społecznościowych. Paradoks świata w jakim żyjemy wydaje się nie do przeskoczenia, nie sposób nie być hipokrytą – gdziekolwiek zajrzysz głębiej zobaczysz to. Chcemy uchodzić za kogoś innego niż w rzeczywistości jesteśmy, z całego serca pragniemy etosu, wizji, czegoś co nas poruszy z otępiałego stanu cyfrowej hipnozy. Niech w końcu rzucą tą sieć na ten ocean absurdu i nas wyłowią z gęstej mazi ropy, kawy i pieniędzy. Czekamy, odmierzając czas stukaniem w klawisze – dotykowy raj okazał się gówno wart – jednak wciąż szukamy gniazdek do ładowania by bezmyślnie szukać zbawienia i pociechy w cyfrowym zbiorowym urojeniu. Ten stan tworzy w nas samo – pogardę, od czasu do czasu zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy ludzką trzodą hodowlaną, a naszym celem jest pożeranie wszystkiego: produktów, myśli, obrazów, treści, nowinek mody, obietnic wygody – żerowisko głodnych duchów.
Samopogarda – jest jak nowotwór, który pęcznieje z każdą godziną naszej pozbawionej kierunku wędrówki po pustyni świata 3D. Doskonale to można wyczuć u ludzi, którzy tworzą tzw. branżę kreatywną – która jest niczym innym jak głównie internetową sprzedażą kolejnego gówna, którego nikt tak naprawdę nie potrzebuje. To czego potrzebujemy to prostoty, oddechu, powrotu do podstaw i fundamentów – niezakłamanej radości pozbawionej obiektów i rekwizytów. Potrzebujemy na powrót odnaleźć źródło życia i choć garść czystej krystalicznej wody. Skąd w tym polukrowanym ciasteczku łatwostrawnym, batonowej republice podrabianej czekolady z krowy milka wzięło się w nas zapotrzebowanie na dzikość, moda na szukanie prymitywnych form cywilizacji, poszukiwanie zalążków ludzi i miejsc, które nie są skażone naszym plastikowym ometkowanym lifestylem. Z tęsknoty i zmęczenia jałowością i powtarzalnością wyzbytej z prawdziwej pierwotnej siły i witalności cywilizacji pozorów i pozerów – rozdeptanej masy wygasłych robaczków świętojańskich na pastwisku promocji, przecen i wyprzedaży.
Gaśniemy. Jak tanie żarówki za dwa złote. Nasze wolframowe styki mózgowe przepalają się już o świcie, kiedy znów dana nam jest szansa pogoni za snem, który jest jak odjeżdżający w ostatniej sekundzie pociąg. Stoimy na peronie. Co robić? Może kawy? Taniej z automatu za 2,5 pln. Kawa ma coś w sobie z idealnej metafory. Kawa, ropa i pieniądze: brązowo – zielona przenośnia do wymiaru pierwszej klasy pociągu na zapętlonych torach. Zacznijmy kontynentalną podróż po wysianych ziarnami kawowca plantacjach, poczujmy ten zapach świdrujący nasze zmysły obok pysznego rogalika z rozlewającą ciepłą czekoladą płynącą po idealnie wypiłowanych paznokciach i ten pierwszy łyk – to wejście w ciemne korytarze wnętrzności, jak opadający wodospad rozkoszy i błyskawica w nabuzowaną napięciem noc – kofeinowy kop. Obok jak zbawiciel powieszona reklama najnowszego ekspresu o pięknie gładkiej i połyskującej zimnej i minimalistycznej formie – tak kupimy go, wcześniej czy później będzie nasz, postawimy go jak relikwię w naszej jak najbardziej nowoczesnej kuchni pod wiszącymi ocynkowanymi garnkami. Jak już zapuścimy nasz drogi świeżo palony towar prosto z Kolumbii do białej porcelany niechybnie zasiądziemy na też dość przecież nie taniej sofie i włączymy plazmę.
„Amerykańscy naukowcy” przewidują, że do 2050 roku połowa upraw naszej ukochanej kawy przestanie istnieć. Już chwilkę temu w 2016 roku mieliśmy przedsmak, kiedy susze znacznie zubożyły uprawy dwóch głównych eksporterów czyli Brazylii i Wietnamu. Kawa potrzebuje określonej stabilnej temperatury i stabilnej strefy klimatycznej, a biorąc pod uwagę, fakt dość nagłych i nieprzewidywalnych zmian klimatu kawowy aromat coraz bardziej będzie zapachem bogatych. Obrzydliwie bogatych – poziom alfa nienasycenia, meta głód. Mitologia wiecznego wzrostu to w istocie okrutne realia niczym niepohamowanej eksploatacji.
Zawsze kiedy pracuję w kuchni uderza mnie świadomość, że każdy składnik przepisu / dania ktoś gdzieś wyhodował, ktoś gdzieś zapakował, ktoś gdzieś sprzedał i w istocie jest to niezbity dowód współzależności zjawisk skomponowany na talerzu i skonsumowany. W jednym daniu biorąc pod uwagę tzw. kuchnię fusion mamy produkty, dodatki i przyprawy z całego świata – dostępne tutaj przed naszym nosem na tym stole w tym mieście i w tej restauracji. Globalizacja smaku i podniebienia.
Jednak realia ukryte za tymi pysznościami bywają różne, bywają trudne dla naszego poczucia „szczęścia” i „komfortu” wynikającego z dobrze składających się elementów uwarunkowania – w istocie konsumujemy wysiłek i poświęcenie wielu istot, które robią to co robią – by przetrwać. Przypomina się przypowieść o Jezusie, który wyrzucił handlarzy ze świątyni. Zarazą tego świata są właśnie pośrednicy – handlarze, którzy nigdy niczego nie wytwarzają po prostu żerują – a ich najbardziej patologicznym objawem są giełdowi predatorzy i bankowi baronowie oraz korporacyjne głodne duchy. Zabójcy świata. Kolonialna matryca świata wciąż przebija przez ten poprawny medialnie i politycznie reklamowy disneyland, udając gospodarczą równość i obiecując sprawiedliwy handel i równy dostęp do globalnej ekonomii.
Pasożyty odprowadzające swoje przychody do rajów podatkowych, bezwzględnie rujnujące lokalne społeczności i zasoby naturalne wciąż mimo „globalnej świadomości” puchną jak kleszcze późnym latem. Doskonałym przykładem jest właśnie rynek kawy, który składa się głównie z drobnych producentów, a cały proces globalnego handlu, dyktat cen odbywa się na giełdach w Ameryce i Europie jak Nowojorska Giełda Kawy i Cukru i Londyńska Giełda Towarowa. Produkcją kawy zajmuje się blisko 70 krajów na świecie, a wśród nich numerem jeden jest Brazylia specjalizując się między innymi w odmianach Bourbon, Catuai, Mundo Novo oraz Typica, a także wspomniany Wietnam, który w 1994 roku stał się kawową potęgą, gdyż USA zniosło nałożone embargo co pozwoliło zdobyć światowe rynki za sprawą bardzo niskich cen.
Popyt tworzyły też nowe rynki i szybująca konsumpcja takich krajów jak Chiny i Rosja. Na amerykańskim rynku głównym graczem stały się trzy mega korporacje: Néstle, Kraft i Sarah Lee kontrolując połowę globalnego rynku kawowego. Prócz nich są także molochy takie jak: ECOM, Neumann i Volcafe i Jacobs Douwe Egberts. To te właśnie spożywcze giganty stworzyły prawny twór o nazwie „Międzynarodowe Porozumienie w Sprawie Kawy” co pozwoliło przez blisko trzy dekady utrzymywać sztucznie zawyżone ceny sprzedaży i bardzo niskie ceny zakupu – brutalnie kontrolując globalny rynek i jak wspomniałem decydując o losach drobnych producentów i całych społeczności, żyjących z uprawy. Tego rodzaju praktyki były impulsem do inicjatywy Fair Trade, która to została stworzona w interesie drobnych wytwórców – jednak jak możemy się spodziewać również takie inicjatywy mają swoje nadużycia i tworzą skorumpowane patologiczne systemy „przyznawania” certyfikatów.
Dla afrykańskich krajów jak Uganda i Burundi i Etiopia kawa stanowi centralny filar gospodarki i każde zawirowanie na globalnych rynkach, nieurodzaj czy zmiana polityki handlowej przekłada się bezpośrednio na życie milionów ludzi. Jak wiemy Afryka staje się strefą nowej osłony ekonomicznej geopolityki gdzie z ogromnym zainteresowaniem „inwestują” Chiny, Wielka Brytania i Francja – realizując nową odsłonę kolonializmu 2.0. Kraje tak zdewastowane politycznie i społecznie nie wytwarzają żadnych mechanizmów obrony prze globalnymi drapieżcami, które jak zawsze odgrywają rolę „dobrych wujków” drenując z uśmiechem na twarzy każe połacie ziemi dla coraz bardziej pożądanych surowców. Klasycznie korzystają z taniej siły roboczej, biurokratycznego bałaganu i niewiedzy jednocześnie odprowadzając podatki do rajów podatkowych. Globalna polityka „ochłapów” to klasyczna strategia korporacyjna, która w tak krótkim czasie pozwoliła stworzyć najbardziej dewastacyjny system na tej planecie.
Warto sobie przypomnieć zacięty bój z dość enigmatycznymi umowami TTIP i CETA, które traktowały o trybunałach arbitrażowych, czyli o sytuacji kiedy korporacje mogą pozywać państwa narodowe, kiedy te ostatnie za sprawą regulacji prawno administracyjnych przyczyni się do zmniejszenia zysków. W praktyce tego rodzaju umowy odzwierciedlają w sposób absolutnie jednoznaczny, że Korpokracja jest systemem globalnym przekraczającym każde prawo. Główne zabiegi dotyczą krajów rozwijających się, tych wszystkich państw i regionów, które wciąż jeszcze nie są „odpowiednio ssane” przez złoty cielec wirtualnych interesów generując wciąż jeszcze realne profity.
Nie oszukujmy się – temat numer jeden to surowce naturalne. Przykładem może być Salwador, który odmówił korporacji Pacific Rim wydobywającej złoto – zgody na prace wydobywcze na terenie swojego kraju i z tego powodu został pozwany na kwotę blisko 300 milionów dolarów. Odmowa dotyczyła głównie nie spełniania przez tą firmę wydobywczą wymogów ochrony środowiska, które w ogromnym stopniu jest już bardzo zdewastowane przez przemysł wydobywczy – głównie chodzi o wodę z gruntów powierzchniowych.
Wracając do kawy to drobni producenci z biednych regionów mogą liczyć na zysk w postaci od trzech do sześciu procent w stosunku do marży jaką narzucają pośrednicy w europejskich i amerykańskich kawiarniach i hipermarketach. Przy nieprzewidywalnych problemach z klimatem i anomaliach pogodowych oraz bardzo chimerycznym rynkiem zbytu – ci ludzie często po prostu walczą o przetrwanie. Geneza tej sytuacji sięga Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, które stworzyły tzw. „programy stabilizacyjne” prywatyzując sektory produkcji kawy i wymogły uwolnienie konkurencji w rezultacie ceny kawy spadły o połowę – co oznacza, że obecnie pracownik zbierający kawę otrzymuje maksymalnie 20 groszy z ceny jaką płacimy w wypasionym Starbucks. I koniecznie z pianką w kształcie czterolistnej koniczyny – och cudowne nowoczesne ciepłe i przytulne życie!
Dobre łącze i zapach pysznego cappuccino – czego chcieć więcej.
Imperium u schyłku otwiera dotychczas zaryglowane złote wrota, pozwala pospólstwu ujrzeć kim naprawdę są ci, których biedne pozbawione perspektyw masy ludzkie postrzegały jako wzory do naśladowania. Imitacje ich stylów życia, ich ubrań, samochodów, pól do golfa – wszystko to „made in china” uderza o brzeg naszej świadomości, byśmy mogli zasmakować lifestyle liderów w wyścigu do samounicestwienia. Narcystyczno – bombastyczna orgia wciąż bez ustanku zaprasza do zabawy oferując gorzką pigułkę nicości.
Sergiej kucharz z którym pracuję kupił maskę w punkowym stylu – czarna klimatyczna, jednak co ważne z dobrymi filtrami. Przypomina mi to kiedy pracowałem w fabryce sitodruku w industrialnym zagłębiu pod Londynem i drukowaliśmy tysiące koszulek każdego dnia – a maska stanowiła najważniejszy element tej pracy. Zajebiste tiszerty dla rebelianckiej młodzieży pobierającej co miesiąc kieszonkowe od rodziców, by ostentacyjnie ufarbować włosy i palić podrasowany towar na Camden przepijając temat czerwonym winem z butelki. Nisko płatna praca na obczyźnie w gęstej zawiesinie chemikaliów od czasu do czasu pozwalała na zupełnie darmowy odlot od stężenia trucizny, bo cały proces maszynowego drukowania na sitach to jedna wielka masakra dla układu oddechowego.
Kilkadziesiąt lat wcześniej w Londynie gęsta mgła śmiercionośnego smogu, który przez kilka dni uśmiercił kilka tysięcy osób dał do myślenia włodarzom tej mega metropolii. Widok był osobliwy i przypominał scenografię do filmu grozy. Ciemne zadymione ulice, pełne paniki tłumy oszołomionych londyńczyków zdezorientowanych w stężeniu wydzielin własnego stylu życia padający jak muchy na szpitalnych łóżkach odmawiali spóźnione zdrowaśki. Tak wzięli ziemię w posiadanie. Uruchomili dźwigi i turbiny oraz taśmy produkcyjne przemysłowej rewolucji, której motto: szybciej, dalej, wyżej, mocniej wykuło dla nas stalowo – cyfrowy Mordor, gdzie rodzimy się i umieramy w błocie bylejakości i jesteśmy coraz bliżej konfrontacji z konsekwencjami. Skrajnie egotyczny człowiek postindustrialna hybryda osaczona cyfrową siatką zależności i każdego dnia oglądająca swoją wygładzoną twarz w lustrze mediów społecznościowych wciąż i wciąż odwraca głowę od Prawdziwego Obrazu swojego „panowania”. Zajęci przepisami na bakłażanowy humus i jaglane ciasteczka w polewie z migdałów, uśmieszkami z samojebek i objętością łydek gwiazdeczek z zadymionego nieba odgrywamy spektakl na swoją własną cześć.
Imperium u schyłku otwiera dotychczas zaryglowane złote wrota, pozwala pospólstwu ujrzeć kim naprawdę są ci, których biedne pozbawione perspektyw masy ludzkie postrzegały jako wzory do naśladowania. Imitacje ich stylów życia, ich ubrań, samochodów, pól do golfa – wszystko to „made in china” uderza o brzeg naszej świadomości, byśmy mogli zasmakować lifestyle liderów w wyścigu do samounicestwienia. Narcystyczno – bombastyczna orgia wciąż bez ustanku zaprasza do zabawy oferując gorzką pigułkę nicości. Gdzieś tam jak mignięcie, niechciany wyciszony głos sumienia w ekranie monitora jak klimatolog James Hansen podczas wystąpienia mówi o tym, że ocieplenie klimatu uderza w nas siłą 400 tysiącami bomb jakie zrzucono niegdyś na Hiroszimę – w skali każdych 24 godzin. Jednak te programy, plakaty i ulotki nigdy nie dotrą do biedoty, która pali w swoich marnych piecach byle czym, byle kiedy i byle jak. W Krakowie, Łodzi, Warszawie, Detroit, San Paulo, Władywostoku.
Płoną butelki po tańszej wersji coca coli, reklamówki, opony, stare sandały i foldery reklamowe PGE. Płonie Babilon wypuszczając w atmosferę wielkie przekrwione oko smogowego wielkiego brata. Ucieka przed nim Sergiej na swojej kolarzówce w jednym z najbardziej zadżumionych smogiem miast Europy – Warszawie. Podrażnione oczy, problemy z oddychaniem, dobra przyczyna przewlekłych chorób układu oddechowego. My tutaj w Polsce krainie tak dobrej zmiany, że nie sposób jej rozmiaru już ogarnąć, mamy do czynienia ze smogiem typu londyńskiego, który swoją pełną krasę roztacza właśnie zimą, kiedy temperatury spadają poniżej zera i możemy posmakować „energetycznej mieszanki” pyłów, sadzy i dwutlenków węgla i siarki. Pisał o zadżumionej Warszawie brytyjski „Gaurdian” klasyfikując stolicę Polski na pierwszym miejscu w smogowym peletonie trucicieli.
Tam gdzie produkują nasze wypasione iphony czyli w Chinach jak donosił swego czasu „New York Times” też jest gęsto – ogromny mechaniczny smok wypluwający większość współczesnej produkcji zieje sadzą powodując od czasu do czasu kompletny paraliż komunikacyjny – pamiętając o tym, że państwo wątpliwego środka pęcznieje tak bardzo, że do budowy całych nowych miast, które często są przez lata nawet nie zamieszkane Chiny zużywają 53 % światowego cementu, 48 % rudy żelaza i uwaga blisko 50 % globalnych dostępnych zasobów węgla i niezliczonej ilości innych surowców. Chińskie miasta to siedliska przede wszystkim taniej siły roboczej, która bez świadczeń i zabezpieczeń zdrowotnych za marne grosze zadłużona po uszy produkuje wszystkie te „dobra” jakie widzimy wokół. Pół miliarda Chińczyków żyje za niecałe dwa dolary dziennie i za swój roczny dochód robotnik mógłby kupić sobie pół metra mieszkania, które wynajmuje. Pracuje 70 godzin tygodniowo.
Warto sobie zdawać sprawę co to znaczy dla świata starzejąca się populacja o takim rozmiarze w państwie, gdzie nie funkcjonuje system powszechnych ubezpieczeń emerytalnych. Nawet system więziennictwa w Chinach jest jednocześnie systemem masowej produkcji, gdyż tzw fabryki „laugai” to nic innego jak ulokowane w zakładach karnych „fabryki chińskiego badziewia”. Stan środowiska odzwierciedla stan umysłu Chińczyków. Już za dekadę kraj ten czeka kolosalny niedobór wody pitnej, a w związku z tym przekraczające nasze wyobrażenie migracje społeczności wiejskiej do miast. Stopień zanieczyszczenia wody pitnej i wód gruntowych w kilku regionach sięgają 70 %. A do czego ta woda jest potrzebna prócz oczywistych potrzeb konsumpcyjnych? Woda jest potrzebna do wytwarzania energii elektrycznej.
Przy ciągłym wzroście konsumpcji paliw kopalnych i nieprzerwanej degeneracji środowiska i starzejącej się populacji tanich robotników pozbawionych dostępu do opieki społecznej – ogromny metalowy smok runie z hukiem obryzgując wszystko plastikowymi wymiocinami produkcyjnymi za dwa centy od sztuki. Rynek finansowy w coraz większym stopniu reaguje na korporacje i firmy, które przyczyniają się do dewastowania środowiska. Ich akcje i notowania spadają, coraz większa presja mediów i „zielonej polityki” jak naciągana i nieautentyczna się ona wydaje ma tutaj zdecydowanie dobre oddziaływanie. Pekiński szał spalania taniego surowca osiągnął swoje „wyżyny” podczas niechlubnej olimpiady, by zapewnić energię potrzebną do obsługi tak wielkiej masowej imprezy. Zresztą już w 1993 roku problem smogu i zanieczyszczenia powietrza był dla Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego wystarczającym powodem by odrzucić zgłoszenie organizacji Olimpiady. Jednak odpowiednia kosmetyka i kilka ruchów oraz międzynarodowe uzależnienie od „globalnej chińskiej fabryki” dał w 2001 roku zielone światło dla Olimpiady. Już dziesięć lat później wskaźniki przekroczyły wszelkie normy, a Pekin stał się miastem ludzi w maskach.
Dość „zabawne” jest to w kontekście Tradycyjnej Medycyny Chińskiej, gdzie jednym z fundamentalnych źródeł energii życiowej „Qi” jest powietrze i żywność, a jak wiemy jedno i drugie ma mało wspólnego z czymś zdrowym. Zaczyna nam wystarczać sama etykietka „eko”, co nie dziwi, bowiem skala problemu przekracza sumę wszelkich środków zaradczych jakimi dysponujemy. Więc drodzy politycy z krzywej matrycy zamiast dekomunizować lepiej solidnie odmulić i zmierzyć się z faktem, że priorytetem we współczesnym świecie jest sam świat – środowisko w jakim żyjemy jako goście na planecie Ziemia – najemcy, którzy niszczą piękno i życie swoją ignorancją, której nikt z nas nigdy nie zdoła zmierzyć.
Strategia druga – namiętność – każe nam wszystko chwytać i łapczywie pożerać. Jest to proces magnetycznego przyciągania. Gdy czujemy się wystarczająco bogaci, zazwyczaj nie miewamy tego odruchu zaborczości. Ilekroć jednak pojawia się poczucie ubóstwa, głodu, niemocy, wyciągamy ręce, wysuwamy macki i próbujemy czegoś się uczepić.
Chogyam Trungpa
Złożoność, skomplikowanie, wyrafinowanie – określenia współczesności. Bardzo dobrze widać to w naszej współczesnej kulturze kulinarnej, która jest idealnym odzwierciedleniem wręcz patologicznej zachłanności, która kompletnie ignoruje konsekwencje takiego sposobu życia. Skutki uderzają w nas lawinowo. Powietrze jakim oddychamy – coraz bardziej toksyczne, woda, którą pijemy pełna metali ciężkich wreszcie korporacyjna żywność pozbawiona wartości. Turbo cywilizacja dokręca śruby i potencjometry zysku w zgodzie z mentalnością kontrolerów coraz bardziej rozdziawiając paszczę zachłanności.
Jednak kluczowym jest kondycja naszej świadomości, możliwości samostanowienia w kontekście wiedzy jaką możemy zdobyć i wniosków do jakich możemy dojść obserwując i badając współczesną rzeczywistość. Wyrażanie dobrych życzeń, czy pełna afirmacyjnego „pozytywnego” ładunku ignorancja – jest jedynie warstwą cienkiego tynku pokrywającego grube pordzewiałe ściany korporacyjnego molocha, który wręcz lubi nasze miłe i sympatyczne obrazki jakie wieszamy, by się pocieszać. Usypianie nas „patriotycznymi” sloganami i wdrażanie izolacjonistycznej polityki narodowej w kontekście globalnych zmian, które są środowiskowym tsunami jest chowaniem głowy w podwórkowy piasek ubity łopatą politycznego cynizmu i kalkulacyjnej propagandy tworzenia „własnego pastwiska” jakie za wszelką cenę pragną wyskalować podług własnej utopijnej wizji włodarze tego kraju. Jednak prawda jest taka, że to my a nie nikt inny kupujemy tą gadkę i te wszystkie gówniane polityczne produkty. Zaspokajanie prostych prymitywnych potrzeb, rynsztokowa rozrywka – tani chleb i igrzyska. Idealna symbioza posłuszeństwa i ignorancji, dokarmiana łatwostrawną medialną papką dla niemowlaków. Ssij!
Skalowanie opinii publicznej – bootowe maszynki, mechanizmy dostarczanie odpowiednich impulsów dla zdegenerowanego systemu nerwowego współczesnego cyber ssaka otumanionego kolorowym napompowanym balonikiem iluzji dobrobytu i wszechobecnego w krainach czarnoksiężników „wszystko jest dobrze – żryj, kupuj i umieraj – bez lęku.” Uzależnienie od atencji – to koszmar XXI wieku, którego konsekwencją będzie ciężka jak ołów depresja kiedy ułuda dosięgnie poziomu oczywistości. Kiedy zakupione w internecie zainteresowanie spadnie do zera.
Do zera.
Ludzki produkt masowy stracił gwarancje czegokolwiek. Skolektywizowany obdarty z prawdziwej godności surogat – konsument ryjący jak świnia w sztucznych perłach musi dotrzeć do granic tego taniego pastwiska. Obudzić się niestety z pyskiem w gnojowniku kiedy wyprzedaż dobiegnie końca. Mówienie tego co chcesz usłyszeć to naprawdę dobry biznes, poprawianie ci nastroju, podsuwanie kolejnych hipnotycznych transów to gwaranty wpływów na konto. Jednak sprawy mogą osiągnąć poziom daleko poza twoją granicą – strażnicą komfortu, wówczas ujrzysz prawdziwą naturę frendsów i falołersów – wszystko zniknie w jednej chwili odsłaniając prawdę. Uczciwego życia nie da się kupić, moralności i skromności również podobnie jak współczucia i altruizmu. Najlepszą inwestycją jest dobrze przeżyte życie, które nie ma nic wspólnego z łapkami i komentarzami. Naszą formą istnienia staje się numer IP – supełek w Sieci. Dryfujący Mroczny Kontynent o największej populacji świata. Rok 2017 w realu:
Trzęsienia ziemi w Syczuanie, Puebla, Kermanszahu i Chipas, cyklon Debbie, Huragan Harvey i Imma, pożary lasów w Portugalii i Chile, powódź w Peru. Planeta zasługuje na naszą uwagę, na nasz udział w procesie uzdrawiania. Małe społeczności, lokalne grupy ludzi – kooperatywa, wspieranie etycznych mikro biznesów. Ochrona praw mniejszości i edukacja o stanie środowiska naturalnego – rozpoczęcie procesu brania odpowiedzialności, podejmowanie pracy, która wspiera i tworzy zamiast niszczyć. Ograniczenie spożycia mięsa jest krokiem bardzo istotnym, jest kamieniem milowym powrotu do ludzkiej natury do równowagi ekologicznej i psychologicznej do budujących aktów współczucia. Niestety tabelki i prognozy świata 3 D mówią swoje:
W najmniej rozwiniętych krajach z dużym wskaźnikiem wzrostu populacji spożycie mięsa rośnie w szybkim tempie. Szczególnie dotyczy to państw Afryki Subsaharyjskiej, gdzie wzrost konsumpcji wołowiny i drobiu następuje najszybciej. Spożycie wołowiny w ciągu najbliższych dziesięciu lat stopniowo będzie rosło. Prognozuje się, że w 2025 roku w porównaniu ze stanem obecnym konsumpcja wołowiny wzrośnie o prawie 6% w krajach rozwiniętych, a w rejonach rozwijających się o 21%.
OECD-FAO: Konsumpcja mięsa do 2025 roku
Ubolewam na tym, że weganizm uczyniono ideologią, life stylowym trendem krzyczącym z okładek kolorowych pism, celebrytką w falbankach intratnego biznesu, na którym można teraz kosić profity. Odrywając dietę bezmięsną od kontekstu globalnych problemów nad wyraz łatwo strywializować i wyśmiać coś co u swych źródeł jest ewolucyjne i oparte na zdrowym rozsądku, jest konkretnym krokiem w dobrym kierunku. Komunikat powinien być jasny i wołać o skromność, o szacunek zamiast PR owego balonika obwieszonego różnej maści gwiazdeczkami. Nienasycenie jest problemem psychologicznym, jest patologią tej rozpasanej do granic cywilizacji.
Spokojne uważne życie. Pozbawione nadmiarów i przesady. Rozwijanie pasji i wspieranie tych, których los okazał się mniej łaskawy. Zdolność do życia w prostocie, duchowa praktyka autentycznej tradycji, świecka postawa etyki, nauka, za którą stoi troska i religia, która naprawdę otwiera i uwrażliwia serce. Mamy to i jeszcze więcej. Korporacyjna demokracja stała się opresyjnym systemem, który za wszelką cenę chce przetrwać. Jednak ludzka świadomość zaczyna budzić się z długiego snu Symulacji. Technologia nie jest zła, jest narzędziem wartym użytku i rozwoju.
Ten system tak czy inaczej nie przetrwa. Potrzeba dobrych zmian i te zmiany wciąż nadchodzą i będzie ich jeszcze więcej. Tego życzę nam wszystkim!
Nazywam się Marcin Piniak studiowałem dziennikarstwo i fascynuje mnie aspekt komunikacji, a szczególnie tej jaką nawiązujemy sami z sobą przekierowując uwagę z zewnętrznego świata ku naszej autentycznej naturze. Twórczość jest dla mnie odruchem, czymś niemal biologicznym, czymś co pomaga mi żyć. Jest w swojej esencji drogą duchową i nauką Obecności i Wrażliwości. Ten świat potrzebuje ludzi z wyobraźnią i pasją, którzy mają w sobie tą cudowną ciekawość i życzliwość. Człowiek, który realizuje swój potencjał jest człowiekiem szczęśliwym i to powoduje, że na tym świecie jest mniej cierpienia. To najważniejszy powód dla którego warto to robić. Reszta jest tylko dodatkiem. Piszę, gotuję, fotografuję i nagrywam felietony video i audio. Opublikowałem alegoryczną powieść „17” o cieniach zachodniej cywilizacji i procesie transformacji, którą napisałem podróżując londyńskim metrem. Nasze życie jest opowieścią, którą warto zapisać. Tym właśnie się zajmuję.