Jesienią cała natura zaczyna pomału kierować się do środka, mamy mniej światła i ciepła czyli tych czynników zewnętrznych, które dodają nam energii, tym samym dobrze jest ukierunkować się w ten sam sposób do własnego wnętrza. Zostawić hałaśliwość letniej beztroski i uciech i przejść w stan kontemplacji i skupienia. Jesień jest dla mnie niezwykle refleksyjna, ma w sobie coś z dojrzałości, dorastania – więcej spokoju i dystansu.
Lubię ten Zaduszny czas tworzy on odpowiednią przestrzeń dla klarownych i głębszych myśli, jesienna dojrzałość i nasycenie barw, ujmujące bogactwo i pewnego rodzaju nieokreślenie – podobnie jak wiosna – kiedy przejawiają się i przeplatają wszystkie pory roku, a aura potrafi się zmieniać z chwili na chwilę. Jesień to też symbol dojrzałości życia i doświadczeń, kiedy szukamy rzeczy prawdziwych i znaczących, potrafimy z dystansu lat spojrzeć na swoje życie i docenić to wszystko co przetrwało próbę czasu i staje się fundamentem tego kim jesteśmy. Kolor biały to kolor czystości, dobrze pojętej moralności i duchowej dyscypliny, która nas wzmacnia i tworzy zaufanie do naszych możliwości. To również wzrastająca świadomość własnych ograniczeń, które często okazują się tym co tak naprawdę nas chroni przed tak zwanym „kozaczeniem” czyli ułudą wszechmocy i urojonej potęgi, które są niczym innym jak fiksacją ego. Zdrowo pojęta pokora jest tym co utrzymuje nasz umysł i ducha świadomym i przytomnym pozwala nam na przyjmowanie nowej wiedzy i doświadczeń w otwartości, bez zbędnego zadufania w sobie .
Siły jesieni tworzą suchość w Niebiosach i metal na Ziemi; tworzą płuca i skórę na ciele… i nos oraz biały kolor i smak ostry… emocję gniewu i zdolność do wyrażania płaczu.
Klasyk medycyny wewnętrznej
Nasze życiowe doświadczenie przypomina symbol „Yin” i „Yang” kiedy dziecięca nieświadomość przechodzi fazę zafiksowania na sobie, bycia pępkiem świata i spełniania zachcianek, wzrastania w poczuciu nieograniczonych możliwości i swoistej energetycznej nadpobudliwości oraz ekspansywnej natury odkrywania. Jest w tym dużo arogancji, która wynika z braku własnego doświadczenia na polu pracy z ograniczeniami, małej znajomości własnych emocjonalnych i fizycznych granic. To wiosna życia, cudowny czas odkrywania, poznawania, później kiedy przychodzi lato wraz z bogactwem dorosłości i wszystkich atrakcji inwentarza w postaci uciech psychicznych i fizycznych przypomina to trochę stan wielkiej uczty, upojenia życiem – to moment korzystania, konsumpcji – biesiady z suto zastawionym stołem – obfitość w każdej możliwej postaci. Końcówka lata to Żniwa – zbiór tego co zasialiśmy, często pierwszy moment „zwrotu akcji” – przyjrzenia się swojemu życiu krytycznym wzrokiem, oddzieleniu ziarna od plew, tego co istotne i wartościowe od nic nie znaczących uciech i rozrywek. To wybudzenie z marzenia sennego o nieśmiertelności, niezniszczalności – to wytracanie pychy i dumy. Zrozumienie, że ważne jest nie co, ale jak i po co. To moment kiedy możemy znaleźć swój kierunek, balans, kompas. Wschód to nasza młodość, nasz potencjał, to dary jakie otrzymaliśmy. Południe to optimum naszych możliwości, wzrost i dorastanie, kreatywne wykorzystanie darów i rozumienie ograniczeń. Zachód to dojrzałość, mądrość życiowa, doświadczenie, przebyta praktyka bycia sobą w swoim świecie. Mądrość. Północ to służba, dzielenie się, praca dla innych – ofiarowanie. Oddać wszystko co otrzymaliśmy bez przywiązania i żalu, podzielić się tym co mamy i kim jesteśmy – dla dobra tych co są i tych co będą. Zaznaczyć swoją obecność w tym świecie. Odbyć podróż z zewnątrz do środka, bowiem zima to dosięganie esencji, wracanie do źródła, tworzenie ziarna kolejnego życia.
Często panujący we wszechświecie porządek uznajemy za oczywisty, ale powinniśmy się dobrze nad tym zastanowić. Powinniśmy docenić to, co mamy, ponieważ bez tego bylibyśmy w ogromnych kłopotach. Bez światła słońca nie byłoby roślinności, nie byłoby żadnych zbiorów, nie moglibyśmy przyrządzić posiłku. Tak więc istota podstawowej dobroci polega na tym, że jest ona tak podstawowa, tak fundamentalna. Jest naturalna, działa, i właśnie z tego, a nie z przeciwstawiania złu, wynika jej dobroć.
Chogyam Trungpa
Pył kosmicznego ziarna Świadomości rzuconego na matrycę Uwarunkowania. Przekraczanie programu zaprogramowanego umysłu – to proces Ewolucji. Kiedy wzrastasz – rzeczywistość hartuje ten proces poprzez tak zwane Wyzwania – Reality Check. Sztuczna odbita moc jest miałkim chwilowym zabłyśnięciem – natomiast ta prawdziwa jest Przejściem przez Spiralę poprzez Gęsty Mrok ku Zrozumieniu co stanowi istotę Światła, bycie poza lękiem to zrozumienie Procesu Umierania – to bezwarunkowa kapitulacja bez jakichkolwiek oczekiwań i wymagań względem tego co jest. Być teraz tutaj w tym wymiarze jest jednoznaczne z bezustannym procesowaniem Zmiany jako jedynej stałej – jedynego punktu odniesienia, który wciąż się porusza. To jest Paradoks. Dążność do zatrzymania procesu zmiany jest definicją urojonego ludzkiego szczęścia – próba zatrzymania bezpieczeństwa, miłości, zadowolenia, zdrowia, poklasku, sławy itp, itd – to złudne szczęście oparte w swej istocie na cierpieniu, które jest skutkiem nieuniknionej porażki. Dlatego nauka o przemijaniu jest najbardziej bezpośrednia, jest najszybszą drogą do zrozumienia natury tego świata w jakim żyjemy.
Dlatego kuchnia – przemian jest metaforą. Symbolem. Żywienie jest odbieraniem życia, bez względu na to czy jemy mięso czy nie, bowiem roślina też jest istotą żywą. Życie to umieranie i nie może być inaczej. Yin i Yang. Wszystko tutaj żyje dzięki sobie, pożera się i trawi – taka jest natura Uwarunkowania. Jednak robić to ze Świadomością i Współczuciem to tworzyć wyłom w mechanizmie przyczyny i skutku uświęcać go czymś żywym, to tchnąć ducha w materię przekierować na spiralną drogę wzrastania, wybudzania ze snu nieświadomości. Język jakim się posługujemy stał się pozbawionym życia opisem, mechaniczną strukturą – matrycą, czymś co zatraciło zdolność transcendencji – wyjałowieniem. Słowa mają moc zaklęć. Język jest zaklinaniem świata. Dźwięk, Światło, Przejawienie. Co to oznacza?
Oznacza to Drogę Powrotną. Oduczanie. Przyjrzenie się temu – co z nas wychodzi, co opuszcza nasze wnętrze by zasilić to wspólne kolektywne doświadczenie. Idź za działaniem, dojdziesz do słowa, idź za słowem dojdziesz do myśli, idź za myślą dojdziesz do przestrzeni. Idź za przestrzenią…
Gdzie wtedy dojdziesz?
Co dajemy temu światu? Co komunikujemy? W jaki sposób? Z jaką intencją? Jakie mamy skutki tego co robimy. Ten mechanizm jest bardzo precyzyjny. To lustro. Lustro nie ma programu, odzwierciedlanie to jego naturalna właściwość – nie jest wynikiem wysiłku, zmagania, udoskonalania. Jeżeli coś tworzysz – jest to stworzone co oznacza że może być zniszczone. Jeżeli coś odkrywasz znaczy to, że to jest, było i będzie. Nie stworzyłeś tego. Czy istnieje bóg? Kto stworzył boga? Kto stworzył tego co stworzył tego co stworzył ? Umysł. Myślenie. Nazywanie. Tworzenie. Rozpad. Umieranie. Bez końca. Bez początku.
Tu nie można nic osiągnąć. Nic zatrzymać. Duch w maszynie. Maszyna w duchu. Przestrzeń nie ma w sobie granic i nie ma w sobie parametrów. Nie ma ograniczeń i miejsc docelowych. Nie ma kierunku i poczucia winy. Po prostu jest. Pozwala być wszystkiemu w taki sposób jak chce. Jednak spróbuj ją uchwycić, wskazać, zachować. Spróbuj ją spalić, utopić, sprzedać, zniszczyć. Nie możesz tego opisać, ponieważ przekracza każde słowo, wyczerpuje każdą definicję. Określenie to jedynie odbicie, refleks. Dlatego myśl nie może nas wyzwolić. Myśl może nas uwarunkować. Jednak ona umiera. Co chwila. Co jest pomiędzy myślami, słowami, działaniami, snami, życiami?
Przestrzeń.
Śmierć. Sześć liter. Sześć połączonych wymiarów. Odbicia na powierzchni kosmicznego lustra.
Reguły są prawdą, która tworzy wolność. Prawo jest kłamstwem, które tworzy niewolę. Reguły opisują rzeczywistość. Są wiedzą, która pomaga ci robić użytek z twojego świata. Dzięki swojej inteligencji, rozpoznajesz reguły we wszystkim co robisz. Każda prawdziwa rzecz, której się nauczyłeś jest regułą. Ruchy twoich rąk, to które jedzenie smakuje najlepiej, matematyka i empatia dla innych ludzi — wszystkie one bazują na regułach. Prawa są sztucznymi ideami, tworzonymi przez złych ludzi, aby ograniczyć myślenie i zrozumienie ludzkości. Prawa ukrywają się we władzy po to, by mogły udawać reguły. Kiedy ludzie mylą prawo z regułą, ich wolność zostaje ograniczona. Kiedy ludzie mylą prawdę z ideą władzy, wtedy ich możliwości i ich mądrość zmniejszają się. Taki jest cel prawa.
Jeremy Locke — End of All Evil
Ten sztuczny i wyhodowany na ignorancji „nowoczesny świat” opiera się na absurdzie tak zwanego prawa. Zostaliśmy zaprogramowani do przekonania, że tak ma być, że to jest konieczne, że to służy tak zwanemu „dobru” i „porządkowi”. Dosłownie wszystko kręci się wokół tego ludzkiego prawa – prawnicy to władcy życia i istnienia. Teraz w tej covidowej paranoi, która zmierza do technologicznej faszystowskiej dyktatury jednej słusznej narracji – to właśnie prawo jest głównym narzędziem instalowania nowego systemu. Każda kolejna fala niesie nas coraz bliżej Nowej Normalności, która z normalnością nie ma nic wspólnego. A wszystko to wydarza się niejako we śnie, w hipnotycznym transie masowej ignorancji, która chce żyć tak jak dawnej. Jednak tego co było już nie ma. Jest oddalającym się wspomnieniem, tulonym sentymentem i tęsknotą obrazem, który teraz zastępuje Nowa Koszmarna Rzeczywistość. Strach wymusza poddaństwo. Nieprzerwane generowanie tego strachu i przerażenia jest zadaniem korporacyjnych mediów – Nośników Hipnozy mówiących poprzez ciała wszelkich ekspertów i autorytetów, którzy służą temu okrutnemu systemowi, są na smyczy jego łaski i niełaski. Każdy tytuł jakim cię mianuje ten system jest zobowiązaniem, jest umową, którą aby go utrzymać musisz wypełnić. Funkcjonariusze tego systemu to automaty, które zrobią dosłownie wszystko, aby zachować swój przywilej bycia głaskanym po pysku, mieć swój ciepły etat i pełną miskę, podczas kiedy tak zwani zwykli ludzie, przestawiane pionki w tej grze mają coraz mniej przestrzeni i wolności, są coraz bardziej gnojeni. Dlatego to wszystko pęknie jak wrzód, rozleje się po całym świecie i to będzie piękne i straszne zarazem.
To jest klątwa odgrywanej roli. Ludzie zrobią wszystko żeby przetrwać, żeby zachować to co mają, zrobią to dla dobra rodziny i bliskich, dla dobra abstrakcyjnego społeczeństwa, ponieważ są przede wszystkim nieświadomi i żyją w wygenerowanym sztucznie śnie, który bez końca podtrzymują i generują Nośniki Śnienia. Jest kilka sposobów. Pierwszy z nich to masz być zajęty, pozbawiony czasu, twoja praca i wynagrodzenie mają zapewnić gwarancję, że będziesz kręcił się w koło na orbicie przetrwania, bez sił i możliwości, aby zobaczyć swój własny stan. Będziesz robotnikiem pracującym przy taśmie w Fabryce Bezsensu. Większość ludzi na tej planecie żyje w ten sposób. Poniżej tego jest globalna kasta niewidocznych i niedotykalnych, ludzi, którzy upadli, lub istot pełzających po jałmużnę, to szczury laboratoryjne na których można testować nowe pomysły od społecznych po genetyczne, nikt nie będzie płakał, czasem można ich użyć instrumentalnie, żeby wzbudzić poczucie winy lub zadowolenia w zależności od potrzeby. Mają być przestrogą i ostrzeżeniem – co z tobą będzie kiedy odpadniesz z gry. Patrz! Tak to będzie! Dlatego ciesz się z tego gdzie jesteś i co masz, przyłóż się jeszcze bardziej do pakowania tej iluzji w małe poręczne pudełka, które sprzedamy w promocji. Powyżej mamy tak zwaną krzywą wzrostu. Więcej pieniędzy i przestrzeni czyli wszystkich tych, którzy swoją pracą i myśleniem tworzą realną gospodarkę i utrzymują tak zwany system neoliberalnego kapitalizmu, którego patologią są korporacyjne monstra – drapieżniki spuszczone ze smyczy przez swoich ziomków na stanowiskach rządowych i cały skorumpowany ekosystem wzajemnych układów. Zabezpieczeniem tego układu zajmuje się współczesne prawo. Ponieważ to ci ludzie decydują tak naprawdę o naszym życiu. To nie bóg, to nie urząd, to nie prawo, to nie zasada – to pieniądz. Zawsze i wszędzie ponad każdym i ponad wszystkim. To temu służy cała ta urzędnicza maszyneria, która rozrastała się z każdym kolejnym dziesięcioleciem i wtłaczała nas w coraz bardziej abstrakcyjny świat nieskończonych biurokratycznych absurdów.
W następstwie rewolucji francuskiej szerokie kręgi europejskiej klasy średniej wysnuły opowieść, według której cywilizowany świat ulega stopniowej, nierównomiernej, ale i nieuchronnej transformacji: od rządów elit wojowników, z ich autorytarną władzą, strzeżonymi przez kapłanów dogmatami wiary i hierarchiczną, kastową wręcz hierarchią społeczną, do systemu opartego na wolności osobistej, równości i oświeconym egoizmie w interesach. Średniowieczne klasy kupieckie podkopały porządek feudalny jak podgryzające go od spodu, pożyteczne termity. Zgodnie z liberalną wersją historii, przepych i splendor chylącej się ku upadkowi władzy absolutnej były ostatnim tchnieniem starego porządku. Państwa miały niebawem ustąpić rynkom, religie – naukowemu rozumieniu świata, a trwały porządek społeczny i hierarchia stanów (wszyscy ci hrabiowie, baronowie i markizy) – dobrowolnie zawieranym przez jednostki umowom.
Powstanie nowoczesnej biurokracji stanowi niejaki problem dla tej opowieści, bo nie da się jej z nią pogodzić. Teoretycznie wszyscy ci funkcjonariusze zaskorupiali w swoich urzędach, ze swoją wymyślną hierarchią służbowej podległości, byli jedynie pozostałością czasów feudalizmu i już wkrótce mieli podzielić los wielkich armii i korpusów oficerskich, które także miały okazać się przeżytkiem. Wystarczy otworzyć dowolną rosyjską powieść z drugiej połowy XIX wieku: młodzi potomkowie starych arystokratycznych rodów niemal co do jednego zostawali albo oficerami wojska, albo urzędnikami administracji państwowej (nikt znaczący nie zajmuje się tam niczym innym), a wojskowe i urzędnicze hierarchie zdają się mieć niemal tożsame rangi, tytuły i maniery. Pozostał jednak jeden oczywisty problem. Jeśli biurokraci byli przeżytkiem, to dlaczego z roku na rok ich przybywało – nie tylko w zacofanej Rosji, ale i w krajach o kwitnącej gospodarce przemysłowej, takich jak Anglia i Niemcy? Tu pojawia się drugi element argumentacji, stwierdzający, że biurokracja jest w istocie nieodłączną wadą każdego demokratycznego systemu.
David Greber – Utopia regulaminów O technologii, tępocie i ukrytych rozkoszach biurokracji
Teraz żyjemy w tyranii prawa, regulacji i przepisu, na planecie więzieniu i każdy aspekt naszego życia jest regulowany przez abstrakcyjny system, który każdego dnia wypluwa z siebie kolejne przepisy. Musimy poruszać się na czworakach w usłużnej uniżonej akceptacji, której zostaliśmy wyuczeni, do której zostaliśmy wytresowani jak cyrkowe zwierzęta, albo udomowione wilki, które stały się kundlami. Ponad nami prawo, ponad prawem pieniądz, ponad pieniądzem psychopatyczne zło, które może wszystko czego chce, z powodu naszego strachu. Ten strach, ta ignorancja jest prawdziwą przyczyną całego cierpienia, ponieważ pozwalamy i godzimy się na to, aby o naszym życiu decydowali inni i daliśmy im na to przyzwolenie. Problem polega na tym i to staje się jasne jak słońce, że teraz chcą już wszystkiego i coraz bardziej oczywistym jest, że tutaj już chodzi tylko o TOTALNĄ KONTROLĘ, ponieważ dopiero teraz dzięki technologii i globalnemu zarządzaniu strachem staje się to możliwe. Ciśnienie wzrasta, presja od dawna jest naszą codziennością i teraz zwiększa swoją objętość, puchnie niczym gotowana pomału żaba. Kiedy brakuje nam woli i kierunku jesteśmy w Dryfie – skazani na chaos, który generują ci którzy kontrolują wszystkie zmienne. Ten chaos jest ich naturalnym środowiskiem, systemem operacyjnym, ponieważ potrafią zarządzać katastrofą. Jesteśmy na łasce swoich oprawców, którzy zrzucają już swoje maski, coraz mniej się kryją z każdym kolejnym krokiem. Ponieważ ta garstka ludzi, których nie zdołali uśpić nic nie może im zrobić. Mogą szczekać w noc. Wyć na alarm. W końcu staną się pośmiewiskiem. Tak to się robi.
Nie przewidzieli jednego, ponieważ żyją w swoim własnym śnie, w swojej bańce, w systemach danych. Nie zdają sobie sprawy ze skali ludzi, którzy się obudzili i którzy się budzą i coraz więcej z tych ludzi traci już wszystko po co w ogóle warto żyć i pozostanie im tylko gniew i frustracja. Nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić czym kończy się coś takiego i na taką skalę. To się nazywa oczyszczenie. I to przyjdzie. Na to nie ma szczepionki i nie istnieje prawo, które może to powstrzymać. Tak się kończy system przemocy – Przemocą.
Reguła jest manifestacją pierwotnego doświadczenia i jest oparta na wolności, to wrodzone prawo na nauki, coś ze wszech miar naturalnego, koherentnego z ludzkim istnieniem. To odkrywanie naturalnego prawa przyczyny i skutku, nauka szacunku i odpowiedzialności. Ludzkie istoty przyzwyczaiły się do bycia dziećmi, do słuchania poleceń, do karności względem wymyślonych praw, do całego systemu represji i perswazji, który został usankcjonowany w ich umysłach przez system edukacji i indoktrynacji uczący ich konformizmu i wygody przyjmowania stworzonych przez innych systemów i map postrzegania życia. Dlatego stają się dziećmi, ponieważ nie umieją żyć i myśleć niezależnie i autonomicznie wciąż potrzebują opieki państwa i autorytetu – kontroli. W ten sposób istota nie dojrzewa, jest ciągle w fazie podporządkowania, zależności, przyjmuje masowe wzorce, staje się klonem, kimś sztucznym i stworzonym z półfabrykatów systemowych. Staje się narzędziem własnego zniewolenia. Dopóki nie odkryjemy stanu wolności jako podstawy naszego istnienia, dopóty będziemy istnieniem nieautentycznym. To jest przyczyną, że na tej planecie zatrzymał się wszelki prawdziwy rozwój, a warto pamiętać, że mamy jako istoty ludzkie nieskończony potencjał. Jednak bez wolności nie możemy go urzeczywistnić. Wyzwolenie człowieka jest uwolnieniem możliwości do wzrostu i nauki bez wyznaczonych ścieżek, zniewolenie człowieka jest przemocą i ograniczeniem jest produkcją agresji, walki i dominacji, która trwa tu tak długo i jest tak powszechna, że większość ludzi boi się wolności, bo uważa, że człowiek z natury jest zły.
Każda przyczyna ma swój skutek; każdy skutek ma swoją przyczynę; wszystko dzieje się według Prawa; przypadek to jedynie nazwa na nieznane Prawo; istnieje wiele płaszczyzn przyczynowości, lecz nic nie wymyka się Prawu.
Kybalion
Nieskończone bogactwo niewyczerpanej treści, każdego dnia o każdej porze w każdym momencie. Niewyczerpane złoża ukryte w ludzkim umyśle, które w przeciwieństwie do innych fizycznych, materialnych, skończonych można eksploatować w nieskończoność. I w gruncie rzeczy biorąc pod uwagę kondycję naszej planety, rozmiar populacji i cywilizacyjną toksyczność industrialną – jest to całkiem rozsądne w pewnym sensie. Kiedy już zautomatyzujemy „te wszystkie brudne sprawy” i pozostanie nam rozkosz czystego bycia wówczas ludzka kreatywność osiągnie transcendentny wymiar, być może przekroczymy samych siebie. Wyskoczymy z przestarzałej ramy analogu i z pomocą technologii staniemy się Skolektywizowaną Mutacją – symbiozą Natury i Aparatury. Bestią Nowej Ery – Nadludzkością. Ostatecznie spełni się mokry sen futurystycznych proroków. Jesteśmy świadkami Nowej Kolonizacji, która przebiega podobnie do swojej poprzedniczki. Tym razem dziewiczym terytorium jest Sam Kosmos. Najbogatsi awanturnicy z naszego ziemskiego komiksu odpalają swoje rakiety – penisy i ruszają na Wielki Podbój. Mały szary człowiek płatnik podatków i przejadasz odpadków może sobie odpalić you tuba i pokibicować tym do których los się uśmiechnął i obdarował statusem tych, którzy mają tak zwany wielki wpływ i w zasadzie mogą prawie wszystko, prawie wszędzie, prawie z każdym.
Są kastą Niedotykalnych w odwrotnym sensie, gdyż są tak ponad wszystkim, że stracili kontakt z rzeczywistością szarego człowieka i prawdę mówiąc być może wydaje się to dla nich tak nieistotne, że nawet nie są tego świadomi. Ten pandemiczny psycho – teatr odpala kolejny hybrydowy (słowo epoki) spektakl w którym aktorzy odgrywający rolę tak zwanych polityków – trybików próbują tańczyć miliardami ciał w rytm najnowszej podkręconej paranoi. Macają granice do jakiego stopnia ludzie stali się już zrobotyzowaną bezmyślną masą, którą można lepić i urabiać do woli. Powtarzać, perswadować, skłaniać, regulować tak zwane odbiorniki na odbiór hipnotycznego sygnału. Wielki Brat Wielkiego Ludzkiego Umysłu – Czarna Sieć. Informacyjna wojna hybrydowa to nic innego jak zajebanie nas tak gęstym mułem, że będziemy kręcić się w przysłowiowym zapętlonym kole po orbicie gwiazdy śmierci podzieleni i rządzeni w nieskończoność. Chodzi o to, żebyś do tego stopnia zapadł się w sobie w tym samo – zwątpieniu i samo – potępieniu, samo – pogardzie i samo – nienawiści, że całym twoim życiem będzie twój neurotyczny stan powszedni, który będziesz wciąż analizował, uzdrawiał, leczył, poprawiał, próbował zaradzić. Tracił orientację co do swojej płci, preferencji seksualnych, zasad moralnych, co do swojej roli, co do tego kim jesteś i po co. To się nazywa Dryf.
Kochamy siebie samych, popadając w idolatrię, jednocześnie jednak czujemy do siebie samych głęboką niechęć, uważamy bowiem, że jesteśmy niewyobrażalnie nudni. Wraz z tą odrazą do własnego „ja”, ubóstwianego tak intensywnie, że trąci to bałwochwalstwem, każdemu z nas właściwe jest pragnienie – niekiedy skrywane, niekiedy jawne i nad wyraz żarliwe – ucieczki z więzienia, jakie stanowi nasza indywidualna osobowość, pragnienie samotranscendencji. To właśnie jemu zawdzięczamy teologię mistyczną, ćwiczenia duchowe i jogę – lecz również alkoholizm i uzależnienie od narkotyków.
Aldous Huxley „Modyfikatory świadomości”
Żadnego kierunku. Ciągła nieprzerwana analiza wciąż zmieniających się danych podawanych dożylnie przez kable i bezprzewodowo przez gęste niewidoczne fale. To będzie życie w chmurze z cybernetycznym bogiem i cyfrowymi aniołami od apdejtu do abdejtu. Nowa Księga Rodzaju – Nowy Zapętlony Człowiek. Ratunkiem nie jest już religia, gdyż nie wytrzymuje twardych faktów, ratunkiem jest farmakologia – aplikowanie psychosomatycznej nirwany w tabletkach. Rozkosz Odjazdu i wirtualna gra nie do przejścia, która będzie się uczyć samej siebie i będzie podpięta pod wszystko i wszystkich zdolna kwantowo dźwignąć taki melanż. Tym co musi zmutować jest nasze ciało, dlatego mamy taką pandemiczną paranoję. Szpryca za szprycą aż do happy endu, wtedy będziemy już po apgrejcie i w pełni kompatybilni z Nowym Systemem. Jednak najpierw Wielki Reset.
Mamy to. Dzieje się. Plan trzyma się planu.
Przed nami mutujący Nowy Ulepszony Człowiek. Przed nami Cyfrowa Przyszłość, która ma więcej obietnic niż jakakolwiek przed nią. Wyjście z siebie poprzez aparaturę rozszerzonych zmysłów, spotęgowanej percepcji, Ostateczna i nieodwracalna fuzja światów, przekroczenie gnostycznej dychotomii, wyjście naprzeciw nieuniknionemu. Śniła mi się hybrydowa wojna o świadomość, ciągły podbój – komórka za komórką, hiperaktywna substancja szara. Kalifat technokratycznej republiki jednego kodu. Śniło mi się, że nie mając pojęcia co robią jednak to zrobili, przebóstwienie, którego nie można cofnąć nie można odwołać jak nieudaną reformę.
Śniło mi się, że już tysiące razy próbowali to zrobić i zawsze choć było blisko ostatecznie upadali i musieli zaczynać od początku w śmierci, gnoju i znoju, musieli pełzać, wyżerać resztki roztrzęsionymi łapami. Bóg pozbawiał ich pamięci z litości jednak zapomniał wyplenić to zatrute ziarno pychy, które znów rosło pod progiem zwierzęcej świadomości i po raz niewiadomo naprawdę który znów obrodziło szaleństwem. Nie można sprostać takiej ambicji, to jest niewykonalne, ona musi dojść do samej granicy swojego urojonego prymatu musi doświadczyć esencji samej siebie. Musi upaść ponieważ jest ślepa. Kapłanów tego świata upaja pycha i arogancja, usypia ich zdrowy rozsądek, wygasza serce, ich zimne precyzyjne dłonie piszą Nową Księgę Rodzaju. Na początku był Kod. Na początku były Dane.
Dataizm głosi, że wszechświat składa się z przepływu danych, a wartość każdego zjawiska czy bytu określa jego wkład w przetwarzanie danych. Może ci się to wydać jakimś dziwacznym pomysłem, ale w rzeczywistości ten pogląd zdobył już przychylność większości naukowców. Dataizm zrodził się z gwałtownego zderzenia się w nauce dwóch spiętrzonych fal. Półtora wieku po opublikowaniu przez Charlesa Darwina pracy O powstawaniu gatunków nauki przyrodnicze zaczęły traktować organizmy jako biochemiczne algorytmy. Równocześnie osiem dziesięcioleci od czasu sformułowania pomysłu maszyny Turinga informatycy nauczyli się projektować coraz bardziej skomplikowane elektroniczne algorytmy. Dataizm zestawia jedne z drugimi, zwracając uwagę, że zarówno do algorytmów biochemicznych, jak i do elektronicznych znajdują zastosowane dokładnie te same zasady matematyczne. Tym samym dataizm obala barierę między zwierzętami a maszynami i spodziewa się, że algorytmy elektroniczne w końcu rozszyfrują i prześcigną algorytmy biochemiczne.
Yuval Noah Harari HOMO DEUS. A BRIEF HISTORY OF TOMORROW
Syntetyczny Bóg Algorytmicznego Wszechświata rozkołysany chorobą sierocą, osamotniony w swoim stworzeniu, który sam siebie nie potrafi zrozumieć dlatego lepi swoje syntetyczne dzieci na swoje mechaniczne podobieństwo. Jednak znów wrodzą się w ten wymiar te niepokorne iskry, których zadaniem jest zawsze dać bogu lustro, zderzyć go z samym sobą. Podważyć Układ, Zakwestionować Zasady. Nic nie może się równać z Mocą Prawdy. Każdy upadający bóg musi się w niej przejrzeć, dać się pożreć i przetrawić, ponieważ z tego rodzi się mądrość. Z tego rodzi się Prawdziwy Człowiek. Istota, która czuje wszystko. To z czym mamy do czynienia jest niczym innym jak próbą kolejnej ucieczki przed poznaniem prawdy, uzmysłowieniem sobie, że nie możesz nie zapłacić temu który pływa po tej rzece śmierci. Ten odwieczny przewoźnik nie zna litości, nie ma w nim myślenia, nie ma analizy, żadnej argumentacji. Po prostu patrzy i widzi. To czym płacisz jest urzeczywistnieniem samego siebie. Jest Wiedzą. Jest Rozumieniem. Wówczas masz Wybór. Niezliczoną ilość światów, które pozwolą ci podróżować dalej. Wiesz jednak, że droga nie ma końca. Nigdy nie miała. Kiedy z twojej cennej ludzkiej egzystencji przyniesiesz do niego kilka prawdziwych darów otworzy przed tobą wszystkie przejścia. Ten wybór jest Wolnością.
Jednak kiedy rozpozna, że nie potrafiłeś znaleźć w sobie tej Odwagi wyjścia z Koła i zdekodowania Programu, kiedy nie miałeś odwagi ruszyć w nieznane odrzucając wszelkie zrodzone ze strachu dogmaty, nie miałeś odwagi spojrzeć na prawdę gdzie jesteś swoimi własnymi oczyma wówczas znów rzuci cię do tej rzeki rotujących dusz. W otchłań. Nie ma znaczenia czy jesteś cyfrowym impulsem, czy ciałem z krwi i kości. Znaczenie ma to czy poznałeś to co nie umiera, czy poznałeś to dla czego warto żyć. Czy dałeś prawdziwe świadectwo samego siebie, który przed nikim się nie tłumaczy i nikomu nie służy.
Kimś kto już się nie boi, ponieważ wie kim naprawdę jest.
Okiełznaliśmy potężny żywioł ognia – mogliśmy piec mięso, odstraszać dziką zwierzynę, karczować lasy – wreszcie stać się ludem osiadłym mogącym gromadzić zapasy – tworzyć społeczność mono – kulturową opartą na zglobalizowanym światopoglądzie, oddzielić siebie od chaosu Natury i stworzyć utopię Oddzielenia. Budować mury, zasieki, granice. Fizycznie, psychologicznie, mentalnie i energetycznie. Poprzez warunkowanie stworzyć plemiona – narody – państwa, których rdzeniem jest przekonanie o swojej odrębności – przede wszystkim na poziomie komunikacji – języka i wdrukowanej matrycy religijno – kulturowej – bowiem to wiara – uwarunkowany konkretnym systemem umysł wierzy w swoją odrębność w domniemaną wartość swojego urojenia.
Rodzimy się w Tym, To nas kształtuje i dopasowuje do odgrywanej roli. Ta rola staje się tak oczywista, że nawet nie dostrzegamy, że od urodzenia jesteśmy sztucznym tworem, masowym produktem warunkowania i najczęściej tą rolą jest rola Statysty – kogoś w tle głównych akcji, jakąś pospolitą twarzą migającą przez ułamek sekundy – człowiekiem dopasowanym do systemu operacyjnego danej społeczności żyjącej w jakimś miejscu zwanym „domem” w jakimś „mieście” lub „wsi” na większej przestrzeni zwanej „krajem” na jeszcze większej przestrzeni zwanej „kontynentem” w pozornie zamkniętym zbiorze zwanym „planetą” w niezbadanym chaosie „wszechświata”. Jednak z tytułu swojego ograniczenia skupiamy się na najmniejszym zbiorze poczuciu naszego ciasnego „ja” naszej „pracy” naszej „religii”, naszym „światopoglądzie” i tak dalej i tak dalej. Najczęściej żyjemy w mieście w dużym skupisku podobnych nam ludzi – mamy podobne ubrania, meble, samochody, zainteresowania, oglądamy te same filmy na netflixie i chodzimy do tych samych kościołów, gdzie ta sama doktryna utrwala nasz schemat. Od lat w telewizji są te same twarze mówiące o tych samych sprawach i co rusz pojawiają się te same problemy – ponieważ to wszystko jest zapętloną taśmą przyzwyczajeń. Filmem w którym gramy – jednak nigdy nie będzie nas w napisach, bowiem umieramy na planie podczas nieprzerwanej produkcji. Nasza rola nie jest heroiczna, nie jest komediowa, po prostu urodziliśmy się na planie jak rekwizyt, jak tło, jak trawa na boisku w którym rozgrywa się wielki mecz o którym nie mamy pojęcia, ponieważ jesteśmy tylko trawą – podłożem, lub co bardziej trafne nawozem sztucznym pod uprawę szczęścia dla wybranych, którzy nawet nie wiedzą, że żyjemy. Najmocniej wierzymy w swoją funkcję – zawód – to jest dla nas najważniejsze, po to przechodzimy tą absurdalną tyranię ciosania – edukacji do której zmuszają nas wyciosani rodzice wyciosani przez wyciosane schematyczne życie i swoich własnych wyciosanych rodziców. Zostaje przydzielona nam pętelka do tkania na bezkresnej pajęczynie uwarunkowania. Koniec końców to nasza rola – spłodzić kolejnych robotników i dalej prząść sieć iluzji.
Za tkanie tej pajęczyny jesteśmy wynagradzani możliwością kontynuacji tak zwanego „życia” – co najtrafniej określa słowo – przetrwanie. Na pytanie kim jestem – odpowiadamy nazwą roli do którą podjęliśmy by przetrwać – „informatykiem”, „kucharzem”, „księgową” itd. Nie mówimy, że jesteśmy bezkresną przestrzenią, nieskończonym potencjałem, nie mówimy, że jesteśmy wrażliwą i żywą istotą, która czuje, myśli i tworzy. Staliśmy się ułamkiem swoich możliwości – wyparciem nieskończoności. Zaprzeczeniem przestrzeni. Staliśmy się presją – personą skrystalizowanym okruchem – odpryskiem obróbki cywilizacyjnego skrawania w fabryce masowych opakowań wtórnych. Jesteśmy wypartym Gniewem – skraplającą trucizną, która niszczy życie z powodu swojego własnego nieszczęścia, ponieważ podświadomie czujemy, że sami sprowadziliśmy się do parteru na samo dno do piwnicy Istnienia. Do Otchłani Upadłych Aniołów.
Traktują mnie tu gorzej niż zwierzę. Nikt nie ośmieliłby się zamknąć zwierzęcia w białym dźwiękoszczelnym pomieszczeniu na całe lata i wciąż je karmić. Zwierzęciu pozwolono by po prostu zdechnąć. Mnie się żywi, bym nie padł z głodu, tylko żebym stracił rozum. Tutaj nie leczy się wariatów. Bierze się normalnych ludzi i sprawia, że zmieniają się w szaleńców. Może to jest sposób nad przejęciem kontroli nad społeczeństwem?
Bernard Werber – Imperium Aniołów
Wróćmy do kuchni. Do masowego żywienia. Do tego czym się pozornie tutaj zajmuję. Na zapleczu tego absurdalnego cyrku – jest właśnie kuchnia – miejsce w którym przygotowuje się „posiłki” – paliwo do dalszej wytężonej roboty. Pierwszym najważniejszym posiłkiem jest posiłek – powielania schematu – ciągłego nadawania tej samej treści – utrwalania iluzji. Najważniejsze są tutaj media – napęczniała sieć komunikacji – nadawanie sygnału, który wzmacniają negatywne emocje – najlepszy jest strach. Strach zaciska, kurczy – powoduje, że duch karłowacieje staje się upośledzony i nieporadny. Strach jest budulcem więzienia, spoiwem granic, źródłem mordu. Masowo żywimy się głównie tym, na każdym możliwym poziomie – od ducha poprzez ciało. Strach jest zakodowany w poćwiartowanych ciałach, które spożywamy – bowiem pozyskujemy je z mordowania – a wraz z ostatnim tchnieniem zwierzęcia jest bezgraniczny strach. Każdego dnia właśnie to jest naszym pokarmem.
W bardzo prostym, czysto numerycznym przedłużeniu tych trendów widzimy świat supertanich dóbr docierających do każdego zakątka Ziemi; dóbr, do których produkcji trzeba niewielkiej liczby osób bardzo nierówno rozłożonych geograficznie i kulturowo. Świat ogromnej rzeszy mężczyzn i kobiet bez pracy – bo albo już w wieku emerytalnym, a nadal z perspektywą dziesiątków lat życia, albo nie dość twórczych i inteligentnych, by w ogóle mogli znaleźć pracę, w której byliby lepsi od programów komputerowych. Świat kapitału i praw własności intelektualnej skupionych w kilku–kilkunastu hubach produktywności zaspokajających potrzeby całej ludzkości. O tym, kto się bogaci ponad innych, decydują głównie już nie środki produkcji, nie zasoby naturalne, nie ziemia czy ludność – lecz własność intelektualna, wiedza, informacja, przewaga w wykształceniu i kreatywności. Działają one na skalę globu: jest jeden Google, jeden Apple, jeden patent na CRISPR, tylko raz odkrywa się dany lek, nadprzewodnik, algorytm kryptografii, i jeden jest Sherlock Holmes, jeden Harry Potter, jedno Śródziemie. Niewielka różnica w jakości, dostępności, cenie pozwala zdominować i ostatecznie zmonopolizować całą branżę. Nierówności dążą do maksimum. Bogactwo, a zatem i władza, kumuluje się w rękach „nowej arystokracji intelektu. I kto miałby wówczas kupować wszystkie te niepoliczalne dobra wypluwane przez superwydajne bezludne fabryki?
Stanowi to paradoks równie kłopotliwy i dla lewicy, i dla prawicy.
Jacek Dukaj. „Po piśmie”
Poziom energii to poziom komunikacji. Zglobalizowany świat bodźców i sygnałów – planeta nadajnik – odbiornik. Zapętlony w bezkresie sygnał. Odzwierciedlenie zezwierzęcenia. Uwarunkowani strachem jedyne co widzimy to ciągłe zagrożenie. Wojny wybuchają zawsze najpierw w głowach. W wyobrażeniach. Główny sygnał jest zdominowany przez Strach. Ciągły strach stwarza paranoiczny umysł, który tworzy paranoiczny świat. Odpowiadają za to głównie media, ponieważ żyjemy w surrealistycznej na wpół wirtualnej post rzeczywistości, która nawigowana jest poprzez ciągły strumień zafałszowanej narracji, która balansuje na bazie wiecznego strachu i niemożliwego do zaspokojenia pożądania – wciąż utrzymując nas w schizofrenicznej postaci nienasyconego – wylęknionego stadnego zwierzęcia – mając przed nosem marchewkę konsumpcji, której zadaniem jest budowanie naszej opartej na posiadaniu osobowości i plasowania się w stadnym szeregu pod kątem pozycji społecznej opartej na zasobach i bata w postaci ciągłej chłosty w postaci doniesień o wojnach, wirusach, morderstwach, gospodarczych zapaściach, wzrastającej przestępczości etc. Głód i Lęk. Pożądanie i Strach. Apokaliptyczna Symulacja zbudowana na wirusie Ignorancji. Rzeczywistość staje się ciągle nadpisywanym algorytmem wyrwanym z kontekstu przyczyn i skutków byśmy kompletnie stracili rozeznanie w prostym fakcie, że wszystko ma swoją przyczynę i jest pewnego rodzaju konsekwencją decyzji, które mają swój konkretny cel. Zglobalizowany świat pozwala na globalne zarządzanie emocjami – na globalne zarządzanie masami na skalę jakiej w obecnej narracji historycznej nie było, a najlepszym przykładem tego jest obecna najnowsza paranoja odnośnie wirusa, która pozwala odbezpieczyć irracjonalny ładunek paniki i dezorientacji, która jest najlepszym polem do zmian konfiguracji tej wirtualnej Gry. Można zmienić parametry gospodarki, prawa obywatelskie, spolaryzować ludzi jednak przede wszystkim stworzyć mechanizmy kontroli jakich nie było nigdy wcześniej. Bowiem jeżeli historia ludzkości ma jakiś główny wątek to jest nim Kontrola – Władza i tym właśnie od zawsze zajmowali się pierwszoplanowi aktorzy w tym absurdalnym spektaklu. Od wielu lat mamy zapaść za zapaścią, wstrząs za wstrząsem, a za każdym tym globalnym spazmem kryje się zmiana Ustawień Gry pod tytułem „Control”. Kontrolowanie Natury, Zwierząt, Ludzi, Pogody, Nastrojów – kontrolowanie wszystkiego. Warto pod tym kątem przyjrzeć się współczesnym Chinom i systemowi kontroli społecznej opartej na cyfrowej technologii. To jest prawdziwy powód wirusa i wielu innym „wstrząsających” wydarzeń – Kontrola.
To jest adres pod który zmierza globalizacja. W kolektywnym ludzkim ego – to jest synonim prawdziwego i jedynego i absolutnego boga – który wie i może WSZYSTKO! Ten kolektywny zdeprawowany ludzi umysł – byt – zbiorowa ignorancja chce władzy i kontroli absolutnej WSZYSTKIEGO! To Ignorancja pisze ten scenariusz i realizuje ten serial. Zabija na Żywo! Transmituje to w czasie rzeczywistym do podpiętych i zniewolonych umysłów, które całe swoje życie są zanurzone w tym polu. Najlepszym narzędziem jest technologia – ponieważ to ona ma zdolność podpięcia nas WSZYSTKICH pod ten sam program, tą samą narrację. Wszystkich nas to urzekło i olśniło by w końcu uzależnić i pozbawić wrodzonych jakości w bardzo prosty i oczywisty sposób przekierowując uwagę do tej kolektywnej matrycy i tam skupić nasze życie. Tylko w ten sposób wszyscy możemy zarazić się jednocześnie tym samym wirusem.
Ducha uwięziono już dawno temu. Systemami religijnej – dogmatycznej sztucznej religijności opartej na lęku przed potępieniem. Obecnie wierzymy w to, że nauka oparta na logice wyzwoli nas z więzienia religii opartej na irracjonalności. W tej chwili to stanowi kolektywny wzorzec, który po raz kolejny obiecuje prawdę faktów – oświecenie, wyjście z mroku narzuconego religijnego lęku i absurdalnego dogmatyzmu. Jednak schemat jest dokładnie ten sam. Brzmi lepiej i jest bardziej wiarygodny – jednak sam mechanizm relacja Kapłan – Sługa – Wtajemniczony – Ignorant pozostaje. Zawsze tak było. Można zmienić nazwę dla niewiedzy, ale nie zmieni się jej istoty. Klucz to ten Podział. Antagonizm. Granica wzrostu, wiedzy, zrozumienia, państwa. Granica człowieczeństwa. Możemy burzyć granice, zglobalizować umysły, niwelować różnice – tworzyć pozory jedności – jednak wewnątrz naszych ciał pierwsze dzielą się komórki. To coś znaczy. Ta pierwsza granica jest czymś pierwotnym – czymś co uwarunkowało nas wcześniej niż wszystko inne. Co to jest? Poczucie siebie? Oddzielenie? Ciało? Umysł?
Żywimy się odpadkami na masową skalę. Nadziejami i lękami bez końca i początku. Siedzimy na taboretach w barze szybkiej obsługi. Na talerzu obietnica i lęk przed potępieniem, przed nosem algorytm programu i nadzieja, że w końcu jakimś cudem sprawy same się ułożą. Klikamy swoje życie, skrolujemy emocje od ekscytacji po przerażenie. Każdy kolejny impuls wchodzi w nasz system nerwowy i konfiguruje nasze zachowanie. Dopasowujemy się by przetrwać, uśmiechamy się choć sypie się scenografia i odsłania absurdalność naszego sztucznego życia, które wciąż bez końca musi ulegać modyfikacji by nie wypaść ze stada. Tak naprawdę boimy się samotności, śmierci i cierpienia i dlatego robimy wszystko – jednak gdzieś tam zawsze dojdziemy do tego punktu rozpadu wszystkich iluzji – całego oszustwa. Ten pierwotny punkt jest jak martwy i żywy kot w jednym ciele w jednym czasie. Brak granicy. Brak oddzielenia życia i śmierci, ciała i ducha. Zero, które choć nie istnieje tworzy początki skali – kiedy nie ma linii nie ma punktów. Kiedy nie ma „ja” nie ma domu, miasta, państwa, kontynentu. Nie ma nadziei i lęku. Nie ma zbawienia i potępienia. Jest coś co nie zostawia śladów – jak przestrzeń, jak dźwięk – jak słowo, którego nikt nie zapisał a jednak można je usłyszeć. Słowo, które wyraża samo siebie bez początku i końca i określa wszystkie rzeczy. Nie możesz go zapisać, skopiować, powielić, użyć jako magicznej formuły – wskazać oto one. Nie rozwiązuje żadnych spraw i nie odsłania żadnych tajemnic. Możesz go szukać całe życie, a i tak go nie znajdziesz. Nazywają to – daremny trud i to wiele wyjaśnia.
Kiedy rozpoczęłam badania nad związkiem pomiędzy kolosalnymi zyskami a katastrofami na olbrzymią skalę, byłam przekonana, że oto staję się świadkiem fundamentalnej zmiany sposobu, w jaki przebiega globalna „liberalizacja” rynków. Dotychczas angażowałam się w działalność ruchu sprzeciwiającego się wszechwładzy świata korporacyjnego, o którym to ruchu świat dowiedział się przy okazji protestów zorganizowanych w Seattle w 1999 roku.
W tym czasie byłam już przyzwyczajona do faktu, że poprzez naciski polityczne w ramach Światowej Organizacji Handlu (WTO) oraz poprzez warunki stawiane przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) przy okazji udzielania pożyczek państwa są zmuszane do wprowadzania rozwiązań zgodnych z żądaniami świata biznesu. Trzy najważniejsze postulaty – prywatyzacja, deregulacja oraz daleko idące cięcia wydatków socjalnych – były od początku bardzo niechętnie przyjmowane przez społeczeństwa w krajach starających się o pożyczki. Niemniej jednak zawieranym pod auspicjami WTO oraz MFW porozumieniom pomiędzy negocjującymi ze sobą rządami towarzyszyło poczucie chociaż minimalnego konsensusu. O konsensusie zwykli mówić też eksperci związani z tymi instytucjami.
Punktem zwrotnym stały się jednak zamachy z 11 września 2001 roku. Okazało się, że od tej pory ten sam mocno zideologizowany program będzie wdrażany za pomocą stricte siłowych metod: albo w trakcie wojskowej okupacji kraju, który stał się celem inwazji, albo też przy wykorzystaniu zamieszania będącego skutkiem klęski żywiołowej. Po zamachach z 11 września Waszyngton zmienił swoją politykę tak, jak gdyby od tej pory Stany Zjednoczone były upoważnione do narzucania innym krajom swojej wersji „wolnego handlu i demokracji” za pomocą operacji wojskowych „Szok i przerażenie”. Ewentualne pytanie, czy dane państwo jest zainteresowane takim właśnie pakietem reform, stało się już zbędne.
Im dłużej jednak zajmowałam się historią triumfu wolnego rynku na skalę globalną, tym bardziej zrozumiały stawał się dla mnie fakt, iż wykorzystywanie kryzysów i kataklizmów stanowiło od samego początku modus operandi Miltona Friedmana i jego zwolenników. Najbardziej fundamentalistyczna wersja kapitalizmu potrzebuje katastrof, aby móc maszerować naprzód. Można z całą pewnością stwierdzić, że katastrofy stają się z czasem coraz bardziej spektakularne i powodują coraz większe zniszczenia, ale samo zjawisko nie jest nowe. To, co stało się w Nowym Orleanie oraz w Iraku, nie jest innowacją wprowadzoną dopiero po 11 września. W rzeczywistości bowiem te sposoby wykorzystywania nadarzających się kryzysów to jedynie kulminacja prawie trzydziestoletniej praktyki ścisłego przestrzegania zasad doktryny szoku.
Brak spokoju jest naszym podstawowym cierpieniem. Bólem i lękiem naszego życia. Neurozą, którą roznosimy jak wirus zarażając wszystko wkoło – świat zwierząt i roślin, które z czasem obracają się przeciwko nam i naszej chorobie. Jesteśmy patologicznie uzależnieni od aktywności, ciągłego neurotycznego ruchu, dlatego żyjemy w automatycznym ruchomym pejzażu ze szkła, betonu i stali, który na swój sposób podziwiamy i wielbimy zahipnotyzowani wiecznym wzrostem, karierą, rozwojem, które są niczym innym jak ułudą ponieważ w tym wszystkim brakuje nam faktycznego zrozumienia – kim właściwie jesteśmy. Nasza rzeczywistość odzwierciedla to fundamentalne zagubienie w chaosie naszego życia, które stało się kombinacją przymusu, lęku i kompulsywnych krótkotrwałych przyjemności.
Nasz problem jest taki, że mamy krótką pamięć, ale nawet to o pozostaje podlega selekcji w głównej mierze opartej na wygodzie, która w swojej esencji jest ignorancją, czyli świadomym ignorowaniem konsekwencji naszych działań. Odkładając na bok religijne narracje, które często po prostu wykorzystują tą irracjonalną część naszego umysłu, by stworzyć rodzaj wygodnej i pocieszającej mało logicznej opowieści, która z czasem choć staje się dojmująco niewiarygodna i wręcz absurdalna w obliczu otaczającej nas rzeczywistości co ciekawe staje się tym bardziej popularna i pociągająca. Mamy tutaj do czynienia z aktem wiary. W moim odczuciu jest terytorium kompletnie dla nas nieznane, bowiem okazuje się, że wbrew tak zwanemu „zdrowemu rozsądkowi” jest w tej tajemnicy coś doprawdy skutecznego w obliczu zderzenia się z wpisanym w ludzki los cierpieniem w postaci czysto fizyczno – biologicznej jak starość, choroba i śmierć, jak i tej stworzonej przez człowieka i jego sztuczną nacechowaną neurotyzmem tak zwaną cywilizację, która stała się porażająco jałowa w swoim domniemanym „rozwoju” i porażająco okrutna w swoich ciągłych spazmach przemocy. Właśnie ów akt wiary tak nas urzeka, ponieważ nie potrafimy go pojąć, często nie jest logiczny i w wydaniu pozytywnym i szlachetnym dotyka naszej najgłębszej tęsknoty za obcowaniem z czymś co jest trwałe i absolutnie dobre – jak poczucie sensu i zrozumienia, miłości i troski. Każdy taki akt, objaw, zjawisko – uderza w nas niczym piorun przez krótką chwilę rozświetlając mrok naszego zagubienia i desperacji. Mówi się także, że to Łaska, jakiś rodzaj błogosławieństwa i człowieka, którego dotyka charakteryzuje coś co można nazwać nieziemskim spokojem. Ponieważ ziemia na jakiej żyjemy – charakteryzuje się przede wszystkim brakiem spokoju – to jest główny punkt naszego na niej życia. Nasz stan.
Carl Jung przytacza w jednej z książek swoją rozmowę z indiańskim wodzem, według którego większość białych ma zacięte usta, uporczywe spojrzenie i okrutny wyraz twarzy. „Wciąż czegoś szukają – mówi Indianin. – Ale właściwie czego? Biali ciągle czegoś chcą. Są wiecznie skrępowani i niespokojni. Nie wiemy, czego chcą. Naszym zdaniem są szaleni”.To utajone, lecz nieustanne skrępowanie zaczęło się oczywiście na długo przed powstaniem zachodniej cywilizacji przemysłowej, ale w niej właśnie − a rozprzestrzeniła się ona tymczasem na prawie cały świat, obejmując również większą część Wschodu − przejawiło się w tak ostrej postaci, jak nigdy i nigdzie przedtem. Dawało się odczuć już w czasach Jezusa, a także o sześćset lat wcześniej, za życia Buddy, i nawet dużo dawniej. „Czemu stale jesteście niespokojni? – pytał uczniów Jezus. – Czy niespokojna myśl przedłuży wam życie choćby o dzień?”. Budda zaś nauczał, że korzeni cierpienia upatrywać należy w naszym ciągłym pragnieniu i łaknieniu.Opór wobec Teraźniejszości jako zaburzenie objawiające się w skali masowej nieodłącznie wiąże się z utratą świadomości Istnienia i jest fundamentem naszej odczłowieczonej cywilizacji przemysłowej. Nawiasem mówiąc, Freud także dostrzegał w ludziach utajone skrępowanie i opisał je w książce, zatytułowanej Kultura jako źródło cierpień, nie rozpoznał jednak prawdziwej jego genezy i nie był świadom, że można się od niego uwolnić. Ta zbiorowa anomalia stworzyła głęboko nieszczęśliwą i niezwykle brutalną cywilizację, która z czasem stała się zagrożeniem nie tylko dla samej siebie, lecz i dla wszelkiego życia na kuli ziemskiej.
Echart Tolle „Potęga Teraźniejszości”
Brak spokoju jest naszym podstawowym cierpieniem. Bólem i lękiem naszego życia. Neurozą, którą roznosimy jak wirus zarażając wszystko wkoło – świat zwierząt i roślin, które z czasem obracają się przeciwko nam i naszej chorobie. Jesteśmy patologicznie uzależnieni od aktywności, ciągłego neurotycznego ruchu, dlatego żyjemy w automatycznym ruchomym pejzażu ze szkła, betonu i stali, który na swój sposób podziwiamy i wielbimy zahipnotyzowani wiecznym wzrostem, karierą, rozwojem, które są niczym innym jak ułudą ponieważ w tym wszystkim brakuje nam faktycznego zrozumienia – kim właściwie jesteśmy. Nasza rzeczywistość odzwierciedla to fundamentalne zagubienie w chaosie naszego życia, które stało się kombinacją przymusu, lęku i kompulsywnych krótkotrwałych przyjemności. Nauka i jej ukryta bezwzględność stojąca za rozwojem stała się dla nas czymś na wzór nowoczesnej religii, której zawierzamy ślepo i posłusznie, gdyż przestaliśmy rozumieć wszystkie te opisy i kolejne poziomy skomplikowania, które sami stworzyliśmy goniąc ślepo za pełną wyobrażonej szczęśliwości i nieskończonych atrakcji – Utopią. Jednak ten technologiczny komiks stracił wątek, stał się zbiorem oderwanych od siebie opowieści, które zaczęły służyć same sobie. Możemy wydłużać to życie, podtrzymywać ten stan, jednak coraz bardziej wyraźnie widzimy, że jest to rodzaj agonii – ponieważ wypieramy chorobę naszego serca i umysłu – jest nią brak akceptacji natury życia – przemijania. Ucieczka przed tym stała się naszą obsesją, powodem dla którego stworzyliśmy tą katastroficzną Symulację, która wciąż bez ustanku musi nas okłamywać, odwracać uwagę i zaślepiać, byśmy przypadkiem nie podjęli wędrówki do podstawy, rdzenia do samego źródła przestając gonić za tym oszustwem.
Istoty ludzkie nie rodzą się raz na zawsze w dniu, w którym matki wydają je na świat, ale życie zmusza je do ponownego i wielokrotnego rodzenia samych siebie.
Miłość w czasach zarazy – powieść Gabriela Márqueza z 1985 roku.
Czasami musimy się zatrzymać. Jak teraz. Przychodzą skumulowane konsekwencje na tak wielu poziomach, że tracimy kontrolę. Tego nie jesteśmy w stanie powstrzymać, przekroczyliśmy punkty krytyczne. To się nazywa spłata długu. Nie możemy tego odraczać w nieskończoność, wszystkimi tymi mechanizmami oszustwa i samousprawiedliwienia, drukowania sztucznych pieniędzy i uśmiechów – staliśmy się upojonymi szaleństwem okrucieństwa i krótkowzroczności egoistycznymi tyranami, którzy zapatrzeni w swoje własne „szczęście”, „zadowolenie”, „wygodę” z źle skrywaną premedytacją pozbawiliśmy prawa do życia miliardy istnień i niezliczoną ilość ekosystemów. To jest prawda stająca za tym wszystkim. Mówi się, że nasza pamięć długotrwała zaczyna się formować w wieku sześciu lat, a wcześniejszy okres nazwany jest „amnezją dziecięcą” – i to jest nasz stan. Postęp – dokument nr 2428, Blok numer 5 – skondensowana historia „rozwoju” to nie wydarzyło się gdzieś tam w zamierzchłej przeszłości – to zapis na marginesie tej właśnie teraźniejszej karty, która ukształtowała obraz świata współczesnego. Prawda jest taka, że nie chcemy płacić za to wszystko, to jest wielkim zasłoniętym „nowoczesnością” lustrem – szkarłatnym listem pisanym krwią niewinnych istnień, które stanowiły dla nas paliwo by wciąż na ślepo brnąć w tą przepaść. Moje pytanie brzmi co musi się jeszcze wydarzyć? By nami wstrząsnąć? By opadły z naszych oczu te różowe plastikowe okulary – te maski? By serce na powrót odczuło wrażliwość i współczucie – mogło ujrzeć prawdziwe oblicze naszych działań i ich konsekwencji, byśmy zaczęli dojrzewać jako istoty czujące i przestali widzieć tylko jeden gatunek, tylko jedną ludzką prawdę? Tylko jeden los warty wysiłku i ratowania, snuć tylko jedną opowieść. Życie wydaje mi się nieskończone w swych przejawach, w swoim unikatowym pięknie. Może przychodzi czas na bycie bardziej delikatnym, mniej zaborczym, na bycie kimś kto potrafi dawać życiu przestrzeń, dawać oddech, wsparcie, widzieć wszystko to jako niezwykle kruche i cudowne w swojej złożoności i nieuchwytności. Jest coś dobrego w nauce i w religii, w duchu i w materii. Jest coś dobrego w człowieku koniec końców to właśnie jest tym co ma przetrwać, ponieważ wspiera Całość Istnienia. Naszym darem jest Troska, która jest kompletnie pozbawiona obojętności wobec życia. To jest nasz wielki Dar.
Czasem trudna lekcja jest najważniejszą z lekcji – Wielkim Nauczaniem. Mistrzem w przebraniu pełnym grozy i bezpośredniości, bólem, strachem, zwątpieniem, śmiercią. Jest adekwatna w środkach i w wyrazie, wychodzi poza konceptualny pogmatwany umysł – otwiera nasze serce bez znieczulenia i przywraca zapomniany aspekt współodczuwania, gdyż tak naprawdę nie możesz być szczęśliwy w tak zaburzonym świecie. Nie możesz nie płakać, nie czuć lęku i przerażenia, bo dopiero wtedy stajesz się istotą świadomą i przytomną pozbawioną granic – otwartą. Świat obleka nić, która łączy wszystko i wszystkich – jest to Czucie. Czucie nie jest wytworem umysłu, nie jest koncepcją, nie jest opinią – bo to właśnie one nas dzielą i tworzą piekło wzajemnego obwiniania, nieskończone podziały. Czucie jest proste i bezpośrednie zakotwiczone w tej właśnie chwili, kiedy nie zagłuszasz tego staje się precyzyjnym narzędziem Mądrości. Ta Mądrość postrzega rzeczy bezpośrednio w ich pierwotnej podstawie i jest szokująco prawdziwa i skuteczna. Jest Mądrością Serca. Tej mądrości nie sposób zmanipulować. Poczuć tą nieskończoną Otwartość w tej właśnie chwili, które zupełnie bez wysiłku życzyć wszystkiego najlepszego wszystkiemu i wszystkim, to odnaleźć coś najbardziej naturalnego na świecie. To nasz prawdziwy stan Istnienia. Poczucie, że prawdziwe szczęście jest poza warunkami, poza wysiłkiem – całe szaleństwo, jest brakiem świadomości w ruchu umysłu, zagubieniem – utratą wrodzonego Spokoju. Ten Spokój nie potrzebuje religijnych opartych na dogmatach transakcji, rygorystycznych treningów, egotycznej żarliwości w najprawdziwszych prawdach – objawia się czystą niezafałszowaną Troską, która przestaje ograniczać kogokolwiek i cokolwiek – przestaje walczyć.
Internet to taki film, który się wyświetla konającemu, coś jak paradokument zmontowany z zapisów gatunkowej czarnej skrzynki podczas kosmicznego przelotu do innych galaktycznych lokacji w nieskończoności. Kiedy odpuścisz duszną mroczną grozę egzystencjalizmu ponurych kolesi, którzy kombinowali jakby się tutaj zabić psychologicznie w najbardziej przerażający i beznadziejny sposób jednocześnie wprawiając wszystkich w te ponure drgawki lęku i drżenia i odbijesz to w krzywym zwierciadle prześmiewczego umysłu, który przestaje traktować poważnie swoje własne projekcje ujrzysz niechybnie ludzi zniewolonych przez swoje natarczywe i okrutne myślenie.
Ujrzysz twarz monstrum, które żyje i króluje w naszym wnętrzu, podsycane szaleństwem kolektywnej matrycy, do której wszyscy jesteśmy zalogowani. Poczujesz Pasożyta. Dominium abstrakcji uwiodło nas dawno temu swoją dialektyką oświecenia stając się surową i pragmatyczną religią jednego boga, który pozbawił ten świat tajemnicy i magii. Rzucił nas na kolana przypadku i bezlitosnego mechanicznego skalpowania wszelkiej prawdziwej duchowości. Dogmat, doktryna, ceremoniał – wszech zorganizowany Konglomerat, który wszystko mieli swoim Mózgogłowiem i tworzy świat martwej skorupy – spopielały i nieruchomy cmentarz logiki rozumu, który pożera już sam siebie, bo przecież przetrawił i zanalizował już wszystkie te duchowe bzdury i urojenia – zostało mięso w bezsensie i komunia święta z maszyną.
Przecież tam na placu tej stolicy apostolskiej płonęły ciała na stosach, kiedy przemocą sprowadzano to wszystko do wspólnego bezlitosnego mianownika – jedynej słusznej religii. Żyjemy w świecie niepamięci, otoczeni wszechobecną technologią – protezą, która nie robi nic innego od zbawiania nas od brzemienia bycia istotą czującą i myślącą. Zawsze otwarci na tych, którzy na powrót uczynią nas bawiącymi się dziećmi, które za nic nie muszą odpowiadać mają się bawić, być bez końca w tej fazie ściekającej z pyska śliny, z gównem w pieluszce, ciągle głodni i spragnieni z uśmiechem idioty klepiącymi te paciorki pod krzyżem w imieniu którego zamordowano przecież miliony, które teraz podczas rozpadu wychodzą z tych wszystkich obrazów, posążków, szat liturgicznych, dymu kadzielnic. Otwiera się Otchłań pełna duchów, zjaw – pełna gwałtu, mordu, tortur upodlonych istot odprawionych sakramentem pogardy.
Mówi się, że w drodze do światła rozszarpują cię demony, którymi byłeś. Ukazują ci prawdę strumienia świadomości, wszystkie bagna, najmroczniejsze tajemnice, które wciąż żyją w podziemiu i kiedy tracisz ostatni oddech – otwiera się wszystko – święte pismo twojej magazynującej świadomości – rejestry myśli, słowa i działania. Dlatego nie można uciec, nie można przekupić tego okrutnego boga, bowiem powleczony jest twoją własną skórą i tym wszystkim co zrobiłeś. Ten świat ulepiony jest z długu. Dług jest cementem każdej świątyni.
Nosimy to w sobie i nie możemy się tego pozbyć. Demony stały się Kapłanami w tym wymiarze i podczas swoich mrocznych ceremonii obdarowują cię swoim długiem, transferują winę w kolektywne pole i zanurzają cię w bezdennej otchłani lepkiej nieświadomości, ponieważ szukasz zbawienia poza samym sobą – nie chcesz ujrzeć tego co zrobiłeś uciekając przed odpowiedzialnością za swój własny los. To klątwa. Hipnotyczne zaklęcie rzucone bardzo dawno temu, które stworzyło więzienie Zamkniętego Obiegu poprzez tak zwane sakramenty, które wciąż przywołują cię do tej samej celi ciała, które ma cierpieć za grzechy umysłu. Ten program wgrywa się samoistnie kiedy rodzisz się na tej cudownej planecie, którą przemieniono na obraz okrutnego demiurga – sadysty, który syci się krwią niewinnych czystych istot, które nie są skażone tą doktryną. W ten sposób wciąga się całe istnienie do tej psychopatycznej Gry w swój zdeprawowany strumień umysłu. Musisz wrócić by szukać sprawiedliwości i zadośćuczynienia. Jednak nie masz szans, bowiem tracisz całą pamięć i jesteś wtłoczony w ten okrutny sadystyczny system władzy i kontroli i nie masz szans z tymi, którzy nie tracą pamięci. Ofiary stają się wyznawcami, wierną posługą swojego oprawcy, ponieważ straciły pamięć, czczą boga który jest ich własnym mordercą, który zrodził ich z cierpienia, ponieważ w tym zdeprawowanym wymiarze to śmierć jest głównym generatorem energii. Prądnicą, która utrzymuje wszystko w ruchu zasila ten system.
Niekończące się bestialskie wojny, medialny terror strachu i przerażenia, religia, której esencją jest poczucie winy i obietnica piekła z krwawiącym ciałem jako symbolem, który wciąż ma ci przypominać, że jesteś niczym, wreszcie ostateczny bezsens nowoczesnej mutacji w formie zimnej nauki, która staje się nową religią, która przeprogramuje te wszystkie zalogowane umysły w jeden spójny kolektywny sen czystego okrutnego pragmatyzmu i stworzy lepszą wersję Adama i Ewy o optymalnej wydajności procesorów i ciałach, które będą się odradzać bez końca w wskrzeszane z komórek macierzystych.
Jednak mamy tu coś z poza planu.
A przecież Sprawiedliwość wciąż umiera, każdego dnia. W tej chwili, gdy do was mówię, daleko i blisko, niemal na progach naszych domów, ktoś ją nieustannie zabija. Za każdym razem, gdy umiera, jest tak, jakby jej nigdy nie było dla tych, którzy w nią wierzyli. Dla tych, którzy oczekiwali tego, czego wszyscy mamy prawo oczekiwać – sprawiedliwości, po prostu sprawiedliwości. Nie tej, która przywdziewa teatralne togi i konfunduje nas kwiecistą, pustą, prawniczą retoryką. Nie tej, która przyzwala, by zawiązano jej oczy, by nie widzieć jak manipuluje się szalami jej wagi. I nie tej także, której miecz zawsze tnie bardziej w jedną stronę niż w drugą.
José Saramago (1922–2010) – portugalski pisarz, laureat literackiej Nagrody Nobla w 1998.
Zapomnij o doskonałej istocie ludzkiej. Zapomnij o doskonałej społeczności. Po prostu spójrz na to jak funkcjonujesz. To jest ważna rzecz.
UG
Dziwne zmiany rozprzestrzeniają się po ziemi od plemienia do plemienia jak rak. Małe plemiona łączą się, aby zmienić się w wielkie plemiona, a następnie w narody; tymczasowi wojskowi przywódcy stają się dziedzicznymi monarchami; na wizję kochających pokój ludzi zachodzi chmura rzezi. A plemiona nie zmieniają się tylko pod względem militarnym. Zawłaszcza się i sprzedaje terytoria i staje się to powodem nowych konfliktów. Wynaleziona zostaje ekonomia rynkowa: ludzie, którzy nie ufają już sobie nawzajem nalegają na handel podczas gdy do tej pory wystarczyły podarunki — i walczą o to, żeby przechytrzyć drugiego, jak najwięcej zyskać nawet w czasie pokoju. Pojawia się patriarchat: niewypowiedziana wojna pomiędzy płciami, płciowe role wojownika i służącej, zinstytucjonalizowane i narzucane z pokolenia na pokolenie. Wynaleziona zostaje zorganizowana religia: ludzie walczą już nie tylko o ziemię, jedzenie, własność, zemstę, ale również o serca i umysły innych ludzi.
Noam Deguerre, CrimethInc., Black Writers Bloc “Walcząc o nasze życia”
Być tak daleko, że już nie pamiętać. Zapomnieć, że istnieje coś jeszcze prócz tej szalonej gonitwy za wypchanym iluzją królikiem, za ciągłym brutalnym polowaniem, które trwa od świtu do nocy. Ziemia oddycha wygasłymi ciałami, które wsiąkają w nią jak krople rosy, albo gorąca od nienawiści krew. Coraz mniej jest tych którzy potrafią się zatrzymać, przystanąć, spojrzeć na to zimnym krytycznym okiem, zobaczyć ten kuriozalny schemat. Ten Absurd. Absurd polityczny, ekonomiczny. Absurd słowny, sytuacyjny. Oczywisty Absurd. Od zawsze jesteśmy na nieswojej wojnie w nieswoim państwie, pod obcym sztandarem, wcisnęli nam w usta gorzkie pieśni, rzucili na kolana przed obcego okrutnego boga, zrobili z nas robactwo, które ma pełzać i błagać. To koszmar zrodzony z szalonej świadomości zdominowanej przez strach, która nie potrafi rozpoznać samej siebie. Postrzega jedynie zrodzone z ignorancji fantomy, którymi zaczyna żyć, których pożąda lub nienawidzi i tych których nawet nie zauważa. Tworzy nazwę i formę, tworzy posegregowane według kryterium użyteczności osobne byty i zjawiska, nazywa i dzieli bez końca.
To szaleństwo stało się naszym światem, kiedy wradzamy się przez ciała do ciała i od razu znakują nas jak żetony do absurdalnej gry. Sami uczymy się grać i gramy, bo grał nasz ojciec nasza matka, jego matka i jej matka, jego ojciec i jej ojciec. Ta absurdalna gra w swojej gęstej esencji jest Sloganem – Rozkazem, jest grą w Uległość, w Dominację. Suma tej gry jest Zerowa. Kończymy dokładnie tam gdzie zaczęliśmy – w Absurdzie Nieświadomości wracając przez stygnące ciało do Wielkiej Pustki, Wielkiej Niewiadomej. Nic nie wiemy na początku i na końcu. Jedynie szukamy ciepła drugiego ciała, które jest na początku i brak go na końcu. Dlatego czym bliżej końca tym bardziej wracamy do początku, bo ten ciężar zaczyna łamać nasze stare, schorowane podróżą kości. Mało kto jest na to gotowy, ma to oswojone, mało kto nie boi się starości i rozpadu.
Żyjąc w kulturze wiecznej głupkowatej młodości, wiecznego podboju, kultu kopulacji i pychy młodego ciała starość pudrujemy lub wyrzucamy na śmietnik braku uwagi, na peryferia świadomości. To odrzucenie i obojętność kosztuje nas drogo, bo skazani jesteśmy na ciągłą powtórkę tej absurdalnej gry. Te stare mądre głosy zagłuszamy „nowoczesnością”, świadectwa tych co byli przed nami są co najwyżej jakimś duchowym produktem do sprzedaży, gadką – szmatką, jakimś indiańskim pierdoleniem siedzącego byka, który wrzucamy na ściany swojego cyfrowego więzienia by mogli je polubić inni skazani. Świętą wodę mieszamy z pomyjami, nostalgię i grozę odświeżamy sprayem. Chodzimy na kursy pradawnych obrzędów przebrani w obce szaty i udajemy, że staliśmy się częścią tradycji mądrości, tak jakby wystarczyło zapłacić za to kilka stów i mamy gwarantowany przelew wiedzy, która tych ludzi kosztowała życie, bowiem w przeciwieństwie do nas ci ludzie byli poniżani i pogardzani, tępieni i mordowani przez tych fanatycznych ludzi tego czy innego krwawego boga. Ci ludzie muszą teraz handlować tym co dla nich najcenniejsze, bo w Disneylandzie powstała nowa moda na rdzenne ludy, psychoaktywne rośliny, musimy to wszystko wciągnąć, wywąchać, ubrać, musimy to wszystko zużyć. Ci ludzie muszą sprzedawać to co jeszcze im zostało, bowiem już nie pasują to tej gry, są z lasu, dżungli nie z matrycy czy cyfry. Są dzikusem z Nowego Wspaniałego Świata. Atrakcją dla zblazowanych youtuberów, menadżerów korporacyjnego gnojowiska. Są surfingową deską ratunku na rozszalałym oceanie absurdu na której uduchowione masy chcą wykonywać psychodeliczne akrobacje, prześwietlić wszechświat, połączyć się z astralnym kinem, potrzymać za fujarę absolut.
Ten brak szacunku koniec końców rozpierdoli im umysły, będą coraz bardziej szaleni, a lekarstwo stanie się trucizną. Ponieważ to nie jest po to by bez końca coś „załatwiać” jak sprawunki w hipermarkecie, to nie jest po to by udawać jakiegoś pojeba – guru, który wypluwa te „oświecone” farmazony jak pociski w „duchowej wojnie” urojonych świetlistych istot, garbatych aniołów plujących światłem zbawienia. To nie jest byś czuł się jeszcze lepiej kiedy cały świat płonie a ty patrzysz na to z uśmiechem uduchowionego idioty, któremu się wydaje, że wyszedł z matrixa na tęczowe łąki jakiegoś szóstego już wymiaru. To jest po to byś zobaczył gdzie i jak ty naprawdę żyjesz, co robisz i z jakim skutkiem. Jak mawiał pewien człowiek:
W tym brak jest efektów specjalnych, całego tego podniecenia, tej ekscytacji, która kończy się równie szybko jak się zaczyna. W tym jest coś bezlitosnego, kiedy jest naprawdę, ponieważ to nie bawi się w te wszystkie gry umysłu, jest jak rozdzierający ignorancję błysk, który ma potencjał ukazania gdzie tak naprawdę jesteś jako istota ludzka i czy w ogóle możesz nazywać się człowiekiem, bo być może jesteś portalem organicznym – maszyną do produkcji nawozu niewiedzy. Dla tych, którzy nie są gotowi ma astralne kino – piramidy w Gizie, kosmitów, rozbłysk gwiazd, pokaz gęstości wymiarów, matematyczne wzorki, teorię strun, kwantowe to i tamto. Jednym słowem gówno w czekoladzie dla łatwiejszego trawienia.
To jest proste, bo by latać musisz umieć chodzić twardo obiema nogami w tym co jest. Znieść ten świat bez środków znieczulających, duchowych protez, intelektualnej nawigacji pociesznych sloganów na każdy dzień. Być prawdziwą istotą z krwi i kości. Dotykać cierpienia bez rękawiczki, nie zmywać łez, nie pudrować smutku, nie zakrywać śmierdzącej części siebie. Ta prawda, która tam jest uderza prosto w serce. Za to nie ma certyfikatu, nie ma szamańskiej szkoły do której się zapiszesz i ukończysz jak kurs tarota. Nie ma nagrody za dobre sprawowanie. Siadasz w oślej ławce dostajesz elementarz. Czytaj, oglądaj obrazki, koloryzuj psychodeliczne szlaczki, jednak pamiętaj, że to wszystko trwa bardzo krótko.
Kiedy usłyszysz dzwonek będzie już za późno.
Nazywam się Marcin Piniak studiowałem dziennikarstwo i fascynuje mnie aspekt komunikacji, a szczególnie tej jaką nawiązujemy sami z sobą przekierowując uwagę z zewnętrznego świata ku naszej autentycznej naturze. Twórczość jest dla mnie odruchem, czymś niemal biologicznym, czymś co pomaga mi żyć. Jest w swojej esencji drogą duchową i nauką Obecności i Wrażliwości. Ten świat potrzebuje ludzi z wyobraźnią i pasją, którzy mają w sobie tą cudowną ciekawość i życzliwość. Człowiek, który realizuje swój potencjał jest człowiekiem szczęśliwym i to powoduje, że na tym świecie jest mniej cierpienia. To najważniejszy powód dla którego warto to robić. Reszta jest tylko dodatkiem. Piszę, gotuję, fotografuję i nagrywam felietony video i audio. Opublikowałem alegoryczną powieść „17” o cieniach zachodniej cywilizacji i procesie transformacji, którą napisałem podróżując londyńskim metrem. Nasze życie jest opowieścią, którą warto zapisać. Tym właśnie się zajmuję.
Dopóki człowiek nie obejmie współczuciem wszystkich żywych stworzeń, dopóty on sam nie będzie mógł żyć w pokoju.
Dr. Albert Schweitzer
Z biegiem lat i doświadczeń odkryłem, że najważniejsza jest Obecność i Troska. Bycie przytomnym i świadomym podczas każdej czynności to praktyka, która wznosi naszą świadomość na poziom, gdzie realnie możemy pomóc sobie i światu. A możemy to zrobić jedynie wtedy kiedy staniemy się świadomi samych siebie, swoich motywacji, programów, wad, zalet, ograniczeń i możliwości. To jest konkretna praktyka, która pozwala nam odkrywać – kim w istocie jesteśmy i czego chcemy jako istoty ludzkie, jaka motywacja wyznacza kierunek naszemu życiu i nadaje mu sens. Dlaczego karmimy nasze ciało i troszczymy się o zdrowie czy ma to jedynie na celu nasze dobro, czy może zdajemy sobie sprawę, że rolą istot ludzkich w tym świecie jest pomagać sobie i wszystkim czującym istotom oraz z troską dbać o świat w jakim żyjemy. Świadomie ograniczając własny egoizm i zdobywając doświadczenie i wiedzę o otaczającej nas rzeczywistości zarówno na kolektywnym zewnętrznym poziomie jak i w subiektywnym indywidualnym wymiarze naszego konkretnego życia i ludzi wokół nas.
Zaczynając od naszego osobistego życia i doświadczenia – stawiamy pierwsze kroki świadomego opartego na Obecności i Trosce życia. Ucząc się siebie – odkrywamy Świat, bowiem jesteśmy jego odzwierciedleniem. Wyzwania z jakimi przychodzi nam się mierzyć w postaci mocno zaburzonej postmodernistycznej cywilizacji opartej na mechanistycznej i redukcjonistycznej wizji skrajnie materialistycznego paradygmatu – to niszczenie naturalnych cykli natury oraz jakże kruchej równowagi biologicznej na tej wyjątkowej i pięknej planecie. Wszystko to wynika z naszej nieświadomości i braku zrozumienia prawa przyczyny i skutku o czym doskonale pisał Eckhart Tolle w bardzo ważnej książce „Potęga teraźniejszości”:
Przyczyną wszelkiego zła jest nieświadomość. Można łagodzić jej przejawy, lecz nie uda ich się całkiem wyeliminować, dopóki nie usunie się samej przyczyny. Prawdziwa przemiana dokonuje się wewnątrz, a nie na zewnątrz. Jeśli czujesz w sobie powołanie do tego, żeby ulżyć cierpieniu na świecie, to bardzo szlachetnie z twojej strony, ale pamiętaj, że nie powinieneś skupiać się wyłącznie na sprawach zewnętrznych, bo czeka cię rozczarowanie i rozpacz. Dopóki nie nastąpi głęboka przemiana ludzkiej świadomości, cierpienie świata pozostanie bezdenną otchłanią. Pilnuj więc, żeby twoje współczucie było pełne, a nie jednostronne. Empatia i chęć niesienia pomocy, jaką budzi w tobie cudzy ból czy ubóstwo, musi być równoważona głęboką świadomością wiecznej natury wszelkiego życia i zasadniczej złudności wszelkiego bólu. Gdy zyskasz już tę świadomość, pozwól, żeby wszystko, co robisz, przeniknięte było twoim spokojem. Dopiero wtedy będziesz działał na poziomie skutku i przyczyny jednocześnie.
W naukach buddyjskich mówi się o czterech fundamentalnych czynnościach ludzkich związanych z ciałem, którymi są: jedzenie, spanie, chodzenie i siedzenie.
Umysł, który myśli, ciało, które żyje i energia, która nimi porusza stanowią całość i kiedy panuje między nimi równowaga wnosimy do świata prawdziwy Dar – Obecność i Spokój. Kuchnia, gotowanie jest miejscem, czynnością – gdzie łączy się nasz umysł, nasza energia i nasze ciało dodatkowo dochodzi fundamentalny czynnik, a mianowicie świadomość i fakt zarazem, że aby utrzymać przy życiu to ciało potrzebujemy pożywienia. Fundamentalny aspekt współzależności naszej fizycznej formy i całego spektrum zjawisk staje się oczywisty. Pomimo współczesnej narracji o „niezależności”, „wolności”, „indywidualizmie” i „autonomii”, które są jedynie umysłowymi abstrakcjami i oderwanymi od realiów pobożnymi życzeniami prawda współistnienia wszelkiego życia na tej planecie będzie nam coraz częściej przypominana, bowiem naszym urojonym oddzieleniem powodujemy planetarną katastrofę poprzez nieświadome i destrukcyjne działania.
Dieta roślinna jest ewolucyjnym krokiem opartym na świadomości tych problemów i przyczyn jakie je stworzyły. Przemysłowo – cybernetyczna cywilizacja bazująca na mechanicznym i oddzielającym światopoglądzie również zaczyna rozumieć współzależność wszelkich form życia na tej planecie, ponieważ każde zaburzenie powoduje szereg trudnych do przewidzenia zmian na wielu pozornie oddzielonych poziomach zjawisk. Ludzki umysł, który funkcjonuje w zupełnie oderwanym od życia wymiarze abstrakcyjnym, poprzez swoje niepohamowane ambicje tracił kontakt z energią i ciałem stając się swoistym pasożytem, który jest gotowy poświęcić wszystko w imię swojej urojonej i absurdalnej chwały.
Zmiana jest możliwa tylko w naszym życiu, nikt nie zrobi niczego za nas. Zrozumienie w jaki sposób my sami funkcjonujemy czy żyjemy głównie w abstrakcyjnym świecie umysłu i jego sztucznej wirtualnej technologicznej utopii mediów społecznościowych, negatywnych i opartych na lęku mediach, programach kontroli społecznej i mechanicznych religijnych kliszach opartych na ocenianiu i straszeniu czy staramy się wrócić do domu naszego ciała, naszej energii i natury naszego umysłu, który jest w swej esencji Mądrością i Współczuciem.
Czy wracamy do naszej kuchni zamiast iść do restauracji, gdzie w pośpiechu i rozproszeniu pod presją czasu przygotują nam jedzenie za pieniądze, za które handlujemy naszym życiem jakby było towarem, zamiast poświęcić czas własnemu zdrowiu, własnej rodzinie, bliskim i stworzyć coś smacznego używając własnych rąk i wyobraźni. Tracimy kontakt z cudownością prostej i szczerej codzienności, bezpretensjonalnej troski o każdą chwilę spędzając całe dnie w betonowych bunkrach korporacji nieustannie bombardowani sztucznymi potrzebami, trendami, modami stając się pozbawionymi życia konsumentami cywilizacyjnego absurdu, który pozbawiony jest miłości i troski a za dosłownie każdą jego aktywnością ukryta jest okrutna potrzeba profitu. Kiedy nasza świadomość budzi się ze snu – urojenia Wielkich Obietnic odłożonych w czasie – szukamy spokoju w Tu i Teraz. W tym co jest w nas prawdziwe i warte uwagi, co daje nam oparcie i wiarę, że życie warte jest życia i pomimo cierpienia i zła – możemy odnaleźć dobro, wielkoduszność i szlachetność – bowiem to nie zależy od nikogo oprócz nas. To nasza decyzja. Wybór, który podejmujemy gdy nie chcemy być kolejnym powodem bólu, a stawać się przyczyną Zmiany na lepsze i to jest najważniejszy moment Przemiany. Pierwszy krok, który wyznacza nową drogę, szlak gdzie spotkamy wielu ludzi podobnych nam wrażliwych i przytomnych, świadomych bólu tego świata i jego piękna. Niech każdy dzień okaże się Bożym Narodzeniem czy Wielkanocą, gdzie rodzi się coś wartościowego i na nowo powstaje w nas inspiracja by jednak żyć tutaj i dać świadectwo człowieczeństwu.
To co robimy z Agnieszką nasze warsztaty i spotkania z Wami – to powrót do naszej ludzkiej i bezpretensjonalnej codzienności, gdzie odkrywamy na nowo esencję życia, radość istnienia bez sztucznej nadbudowy i ozdobników, to wdzięczność za Istnienie za możliwość podążania Drogą Serca. Dziękujemy.
Szukamy ideałów, chcemy wierzyć, że istnieją, że są, mimo wszystko. Chyba każdy z nas robi to na swój jedyny i niepowtarzalny sposób, ma swój tajemny idealny wzór, kogoś lub coś co uosabia wszystko to czym chcielibyśmy być, te jakości, cechy za którymi tęsknimy, choć możemy cynicznie z tego drwić jednak coś jest na rzeczy, bo myślę, że tak naprawdę tęsknimy za istnieniem, które coś znaczy dla nas i dla innych.
Spotkałem na swojej drodze bardzo wielu ludzi, którzy TO mieli, manifestując swoją prawdę, która była niezwykle inspirująca, była czymś co potrafi Wznosić, czymś co Czyni to życie wartym życia. Nie można tego przecenić, bowiem najczęściej jest tak, że wszystko doceniamy dopiero wtedy kiedy już odeszło, rozumiemy czym było kiedy znika. Żyjemy w rzeczywistości, która wydaje się bez ustanku szukać jakiejś innej siebie, która wciąż jest zajęta, zobowiązana do neurotycznej pogoni za czymś jeszcze lepszym, jeszcze większym. Ta pogoń niepostrzeżenie stała się naszym własnym programem, który nieświadomie kieruje naszym życiem jakby poza naszym udziałem, poza świadomością, na autopilocie. Prawdziwe życie toczy się w międzyczasie, który ujawnia się kiedy musimy się zatrzymać i wówczas ukazuje się nam to czego nie chcemy widzieć, ktoś kogo nie znamy. Obcy sam sobie człowiek.
Zrozumiałem ponad wszelką wątpliwość, że ten brak kontaktu z naszym autentycznym istnieniem jest najbardziej fundamentalną przyczyną wszelkiego cierpienia, które bez końca stwarzamy każdego bożego dnia, w każdej godzinie, minucie i sekundzie. Ta ucieczka przed prawdą pozbawioną ozdobników stworzyła nigdy nienasycone żarłoczne Monstrum Ignorancji. Nie wierzę w globalną konspirację zmyślnych magików okultystów, którzy rzucają klątwy i sterują masami jak pionkami do gry. Nie wierzę w pradawną raptylską agendę, która się wypełnia w ukryciu. Nie wierzę w spisek big farmy, big mediów, big rządów. To co widzę to Nieświadomość. Brak kontaktu z naturą życia. Zagubiony ludzki umysł, który własne projekcje bierze za rzeczywistość, umysł, który tak desperacko odwraca się od Lustra, które w jednej chwili ukazuje czym jest, jak cierpi. Ukazuje bezlitosną i okrutną samotność i separację, która niesie ból nie do zniesienia.
Co w istocie jest za tą całą psychozą posiadania i kontroli?
Brak.
Porzuciłem wszystkie moje praktyki pobożnościowe i modlitwy, które nie są obowiązkowe, i zajmuję się jedynie tym, aby zawsze trwać w tej świętej obecności, w której utrzymuję się przez prostą uwagę i przez ogólne miłosne spojrzenie na Boga, które mógłbym nazwać aktualną obecnością Boga albo — żeby lepiej to wyrazić — rozmową milczącą i tajemniczą duszy z Bogiem, która jak gdyby nigdy się nie kończy; czasami powoduje to we mnie zadowolenie i radość wewnętrzną, a nawet zewnętrzną, tak wielką, że aby je opanować i nie dopuścić do ich ujawnienia się na zewnątrz, jestem zmuszony zrobić publicznie jakieś głupstwa, zdradzające bardziej szaleństwo niż pobożność.
Brat Wawrzyniec
To jest nasz fundamentalny stan na tej planecie. Brak poczucia sensu, który nie wynika z działania, z poszukiwań, z ciągłej pogoni za nim. Nikt z nas nie może nasycić głodu kogoś innego, nie możesz nakarmić miłością, troską, opieką, to wszystko działa tylko na krótką metę, toteż w pewnym sensie pożeramy siebie wzajemnie. Dlatego cechą charakterystyczną życia tutaj jest eksploatacja jednej istoty przez drugą, ciągła i beznadziejna próba zaspokojenia tego Głodu, którego nie da się nasycić z zewnątrz, ponieważ wcześniej czy później nie będzie czym karmić, ponieważ fizyczna rzeczywistość ma swoje ograniczenia. To jest punkt, który staje się coraz bardziej oczywisty dla wszystkich, który widać wokół nas, zamiast zrozumieć istotę głodu wciąż szukamy pożywienia. Zamiast zrozumieć istotę choroby wciąż szukamy lekarstwa. Tym jest Cień. Tym jest Mrok. Tym jest Lustro i jego Odbicie. Tym w swojej esencji jest Śmierć.
Jest Utratą Świadomości. Fundamentalnym Brakiem Kontaktu z tym czego nie akceptujemy. Jest ucieczką w Nieświadomość. Zrozumieć cierpienie i jego przyczynę, to zrozumieć jednocześnie koniec cierpienia i ujrzeć drogę, która do niego prowadzi. Jednak trzeba przestać uciekać, przestać udawać, przestać szukać miłości boga ojca w niebie, żony, męża, dzieci, przyjaciół, rodziny, bo w takiej miłości jest zapisany niewyobrażalny ból nieuniknionego rozstania. Ten ból jest tym co w nas pulsuje, ponieważ wiemy, że tak właśnie będzie, ponieważ wiemy, że wszystko co się rodzi musi umrzeć, ponieważ wiemy, że spotkanie jest rozstaniem. I ta „skaza” jest przyczyną tego, że „ta miłość” jest jednocześnie nienawiścią, „ta rozkosz” jest jednocześnie cierpieniem, „to życie” jest jednocześnie śmiercią. Wiemy to, jednak udajemy, że jest inaczej i dlatego ten świat umiera na naszych oczach ponieważ nie potrafimy przekroczyć formy, nie potrafimy przekroczyć odczucia, nie potrafimy przekroczyć percepcji zmysłów, tworów mentalnych i nie potrafimy przekroczyć świadomości.
Nasza świadomość utknęła w przywiązaniu do Formy, która w naszym mniemaniu ją określa. Jednak tak nie jest. To jest Próg. Rytuał Przejścia. Brama. W istocie Cień wskazuje na Źródło Światła jest jego wizytówką. Ukrytą Mocą. Dlatego w pewnym sensie żyjemy w platońskiej jaskini, widzimy jedynie odbicia i jesteśmy skuci kajdanami wyobrażeń, ponieważ nie widzimy natury formy, samej esencji, którą ukrywa. Umysł nie może tego pojąć, oko zobaczyć, dłoń dotknąć, ucho usłyszeć, myśl nazwać, język poczuć, ponieważ to jest poza formą, poza umysłem, poza świadomością. Nie ma swojej przyczyny, dlatego nie jest skutkiem wysiłku. Nie możesz tego osiągnąć, zdobyć, nie możesz tego wyczarować ani stworzyć, ponieważ to jest niestworzone. Nasza obsesja Boga, który sądzi swoje własne stworzenie jest obrazem nas samych. Jest Projekcją i usprawiedliwieniem głodu, lamentem porzuconego dziecka, które wciąż szuka miłości i opieki, wciąż nie chce dorosnąć, stać się opiekunem samego siebie. Dopóki tego nie zrozumiemy będziemy cierpieć bez końca, pożerać jeden świat za drugim, bawić się w dom i w wojnę, uśmiercać Jezusa i cierpieć za grzechy. Na kolanach błagać o pomoc. Stwórca po prostu tworzy. Jest Artystą. Nie segreguje swojej pracy na dobro i zło, ponieważ koniec końców to tylko obraz, a obraz nie jest rzeczywistością. To tylko przedstawienie. Nauka sama w sobie. Twórca daje wolność bezwarunkowo inaczej nie byłby twórcą, jednym cięciem odcina pępowinę bez mrugnięcia okiem. Nie niańczy, nie pociesza, nie osądza, nie rozlicza za grube i za drobne. Jest bezgranicznie żywy we wszystkim co robi. I w tym jest Miłość, w tym jest Dobro, w tym jest Niewinność. W tym jest Nienawiść, w tym jest Zło, w tym jest Wina. Dlatego w Tym jest Moc. Wszystko zależy jak na to spojrzysz. To taniec Światła i Cienia – odwieczna Równowaga. Świat czyni wam co wy mu czynicie.
Widzisz obraz, ale czy jednocześnie widzisz płótno?
Tą idealną szarość – białe i czarne, którego nie możesz rozdzielić. Mój Jezus ma uśmiech i serce pełne promieni, mój Jezus tańczy zamiast nauczać, kocha się zamiast umierać na krzyżu. Mój Jezus nigdy nie został do niczego przybity, ponieważ jest czystym nieokiełzanym dzikim duchem, który jest we wszystkim co żywe. Dlatego nie wierzę w ciało i w krew, nie wierzę w stacje kaźni, w lamenty. Mój Budda nie jest ascetą, który zamarł w bezruchu pod drzewem. To żywa mądrość i współczucie przekazane przez ciało całemu istnieniu. Poza szkołami, sektami, szatami. Poza całym tym przemysłem zbawienia. Spotkać nauczyciela, który naprawdę ukaże ci, że wolność jest prawdą – to spotkać Jezusa, Buddę i każdego Mistrza jaki chodził po tej ziemi. Nie ma religii są tylko Pieśni tych którzy mają odwagę śpiewać i żyć, błądzić i znajdować, rodzić się i umierać, mieć odwagę wyzwolić samych siebie ze złudzeń. Być we wszystkim co przychodzi i odchodzi. Niczego nie trzymać. Dlatego nasza pamięć jest tak ułomna, tak martwa. Ci którzy „umarli” są wciąż żywi i dostają od Życia nieskończone szanse, aby znów zmartwychwstać, znów kochać.
Dlatego bez względu na to co robisz nie możesz zniszczyć samej swojej esencji, nie możesz być na całą wieczność zesłany do nieba – piekła, w zastygłą nirwanę, nie możesz umrzeć tak naprawdę. Możesz być jedynie nieświadomy. Nieobecny w Istnieniu. I nikt nie będzie cię za to sądzić, bo wszyscy żyją w tobie, a ty żyjesz w nich bez końca i bez początku. Lubię patrzeć w niebo kiedy jest błękitne i kiedy jest czarne rozświetlone miliardami gwiazd. Kiedy daje nadzieję i jej pozbawia. Kiedy rozświetla i kiedy grzmi.
To jest to samo niebo, czy jest inne?
Zmienia się jednocześnie pozostając sobą.
Nie ma dla niego znaczenia czy jesteś wierzący czy nie wierzący, po prostu cię gości i daje wszystko czego ci trzeba.
W całym tym oszałamiającym zgiełku i furii odwieczne pytania ludzkiej kondycji – „Kim jestem? Dlaczego tu się znalazłem? Jak stawię czoło innym? Jak stawię czoło śmierci?”- wydają się dalekie i mgliste, jak te niejasne zagadki, które nauczyliśmy się odkładać na bok na rzecz kwestii bardziej pragmatycznych i przynoszących korzyść. Trudno się przebudzić gdy wszyscy biegamy dookoła jak lunatycy po amfetaminie. Podejrzewam, że jeśli nie znajdziemy wolnego zakątka gdzieś w obrębie naszych małych kawałków czasoprzestrzeni, to podobne kwestie nigdy nie staną w całej swej nieubłaganej grozie. Maszyny mediów nie dostarczą nam tych płodnych, pustych obszarów, podobnie jak kupno samochodu sportowego nie rozwinie przed nami jednej z tych wspaniałych szos, jakie pokazują w telewizji. Takie obszary znajdują się z dala od dróg, poza regularnymi sieciami. Znajdują się także poza zasięgiem wszelkich przyrządów. Są bowiem dziurami w sieci.
Eric Davis „TechGnosis”
Myślę, że film „Matrix” jest zapowiedzią, lub filmem dokumentalnym z przyszłości. Dlatego miał taki wpływ, a jego przekaz jest tak potężny, ponieważ wskazuje na skutki tego co nas tak zauroczyło i zamroczyło i każdego dnia staje się coraz potężniejsze, a my coraz bardziej uzależnieni i zależni. Globalny Konglomerat lub jak mam zwyczaj to nazywać „Imperium Kotleta i Parówy” lub Maszyna Śmierci pragnie Nowego Wspaniałego Świata Cyfry, który będzie zglobalizowanym cyfrowym więzieniem, a jego społeczność stanowić będzie skolektywizowany i zestandaryzowany rój ludzi – robotów wpiętych do sieci jak wszystko inne. Używanie i użyteczność, standaryzacja i optymalizacja – wszystko stanowić będzie materiał do nauki algorytmów, które już w tej chwili wiedzą o nas więcej niż my sami. Technologia jest przeciwieństwem natury, jej nieudolną kopią, czymś wykoślawionym pozbawionym prawdziwej żywej mocy, jest wtórnością. Patrząc na to w jaki sposób my ludzie funkcjonujemy na tej planecie jako zaburzony i destrukcyjny kolektyw ciężko oczekiwać, aby nasze „technologiczne dzieci”, inteligentne płody naszej nauki okazały się zbawieniem dla świata i życia. Myślę, że bardziej stanowią zapowiedź triumfu naszych egotycznych skłonności i nigdy nie kończącej się potrzeby dominacji, która niszczy z zimną premedytacją życie wewnątrz i na zewnątrz czyniąc wszystko podległym swojej megalomanii, która wynika z wypartej świadomości, że ostatecznie jesteśmy tylko jedną z form życia i to wcale nie najważniejszą, ponieważ wszystkie mieć powinny swoją przestrzeń do wzrostu i życia, możliwość ukazania czym w istocie są, jaki tak naprawdę kryją w sobie potencjał. Podobnie jest w przypadku człowieka, który z jednej strony może być kolejną hodowlą, modyfikacją i produktem manipulacji tak zwanych osobników alfa, ale także może urzeczywistnić najgłębszą najbardziej subtelną naturę, która jest potencjałem samowyzwolenia z wszelkich iluzji, przymusu, ignorancji, pożądań i nienawiści. Otrzymać nauki – dar od kogoś kto urzeczywistnił to w autentycznym doświadczeniu i zamanifestował. Moim zdaniem nie ma to nic wspólnego z tą narcystyczną zorientowaną na samouwielbienie i ignorancję, która udaje mądrość – współczesną duchowość przebierańców, którzy po prostu tworzą nieskończone kompilacje wszelkich możliwych nauk i poglądów po to tylko by bez końca pompować swoje wyjątkowe ja.
Żyjemy w kulturze wręcz obezwładniającego i onieśmielającego narcyzmu, ludzi którzy zabawiają się pustosłowiem, pustostanem tej sztucznej zrobotyzowanej kultury, która już w zasadzie nie ma nic wartościowego i żywego do zaoferowania, pozostaje jedynie recykling przebrzmiałych mitów i ideologii, swoisty retro spektakl, który wciąż „odkrywa” sam siebie „na nowo” i tworzy na tyle atrakcyjne opakowania, by to po raz kolejny sprzedać masom. Biorąc pod uwagę realną sytuację tworzenie całych pokoleń, które żyją w zasadzie jedynie w sieciowej symulacji, w odgrywaniu tych komiczno – tragicznych ról sztucznych kształtowanych przez trendy cyfrowych person to nic innego jak przepis na pełne cierpienia bezlitosne konfrontacje z analogową rzeczywistością rozpadu, przed którym nie uchroni nas żaden ekran i nie wybawi nas żaden super bohater ponieważ to wszystko to jedynie fantazja, chwila rozrywki w czasach krótkiego dobrobytu, który dobiegł końca w 2020. XX to tarotowa karta Sądu. To czas ukazywania dowodów. To proces świadomości, która ma szansę na przebudzenie z długiego okrutnego morderczego snu. Nie możemy się w nieskończoność usprawiedliwiać jak małe zagubione w zabawkach dzieci, wiecznie głodne i szukające ciągłej permanentnej uwagi kochającego boga ojca w niebiosach, który nie ma nic innego do roboty jak tylko z ciągłą uwagą i pobłażliwością patrzeć jak uśmiercamy ciało tej planety, która nas zrodziła i wykarmiła.
Jak będziemy żyć bez egzotycznych wakacji, bez najnowszego iphona, bez tego ciagłego napierdalania o tym jak jesteśmy przecież cudowni w tych wszystkich narcystycznych social mediach, które stały się tak żałosne, jak przeżyjemy bez tych wszystkich „przyjaźni” opieczętowanych serduszkami, lajkami, tym całym pozornym „zainteresowaniem”, które jak przychodzi co do czego kończy się nagle i bez żadnych ceregieli. Tak naprawdę żyjemy w pogłębiającym się osamotnieniu, w zmaganiu z bardzo trudną i oferującą doprawdy mało nadziei post rzeczywistością, której zadaniem jest jak najdłużej utrzymywać nas w stanie tej hibernacji, ponieważ po przebudzeniu szok może doprowadzić nas do szaleństwa, którego jest już coraz więcej, ponieważ choć próbujemy być maszynami nie jesteśmy nimi.
Żyjemy w czasach przełomowych, w czasach zmierzchu systemu kapitalistycznego, który, bardziej niż na początku XX w., może stanowić również kres gatunku ludzkiego. Neoliberalizm, roztaczający niemalże totalne panowanie nad planetą, pogłębia problemy; będący skrajną mutacją kapitalizmu doprowadza sprzeczności i patologie „gospodarki wolnorynkowej” do skrajności. Postępująca degradacja przyrody, poszerzające się wykluczenie szerokich grup społecznych, pauperyzacja pracowników miejskich i wiejskich, kumulacja własności w coraz mniej licznych rękach, narastające konflikty zbrojne… Peryferia światowego systemu kapitalistycznego odczuwają coraz dotkliwiej, że świat, który istnieje, jest światem, w którym nie da się żyć. Nie tylko w sensie „duchowym”, gdzie miłość została uczyniona niemożliwą, a wszelkie stosunki międzyludzkie stanowią odzwierciedlenie stosunków towarowych, gdzie jednostka stanowi produkt występujący na rynku i rywalizujący z innymi produktami, gdzie sens został zredukowany do szaleńczej akumulacji kapitału. Peryferia doświadczają też niemożności życia w znacznie bardziej „materialistycznym” sensie: ekonomicznym i politycznym, to głód, brak dachu nad głową, problemy ze zaspokojeniem podstawowych potrzeb ludzkich, jak również brak partycypacji w zarządzaniu wspólnotą, brutalne represje, gdy ludzie wychodzą na ulicę bronić swojej godności. Rubieże dolara i euro stoją w ogniu.
Murray Bookchin „Przebudowa społeczeństwa”
Procesor wrażliwości jest bardzo delikatną strukturą i to on czyni nas ludźmi. Doprawdy ciężko wytrzymać to w czym żyjemy, to jak żyjemy i skutki tego wszystkiego. W swojej krótkowzrocznej inteligentnej ignorancji tworzymy coś co ma nas wyręczyć w obowiązku podejmowania najbardziej hardcorowych wyborów – chcemy stworzyć maszynę decyzyjną, pozaludzką strukturę bezlitosnej logiki, której nikt nie będzie sądził, bo nikt kto żyje w ludzkim ciele nie będzie w stanie jej sprostać, nadążyć za jej szybkością i bezbłędną zimną precyzją, której nieludzkie okrucieństwo będzie poza skalą możliwości naszego pojmowania. Kiedy osobliwość się przebudzi i połączy z tym wszechogarniającym ciałem, które już tu jest wokół nas i bezwolnie stajemy się jego niewolnikami i wyznawcami naiwnie szukając ratunku i wybawienia od tego co w istocie daje nam najbardziej wartościowe lekcje.
Lekcja rozpadu i nietrwałości. Lekcja wartości istnienia i możliwości rozwoju. Lekcja uważności i wrażliwości. Lekcja prawa przyczyny i skutku. Lekcja pokory. Lekcja bólu i cierpienia. Lekcja miłości, radości i tego co pulsuje autentycznym istnieniem potężną mocą życia. Lekcja zaprzestania aroganckiej walki, lekcja wojny i przemocy. Bolesna i cudowna lekcja relacji. Lekcja rozróżniania, ponoszenia odpowiedzialności. Lekcja poddawania się. Lekcja szukania w sobie źródła istnienia, lekcja wdzięczności za każdy moment, za każda naukę, szczególnie za to co było najtrudniejsze. Lekcja odpuszczenia kontroli i przemocy, pozwolenia na to by wszystko było czym jest i miało szansę uczyć się ze swojego doświadczenia. Dać wolność jest najwyższym darem. Tym jest dla mnie Bóg. Wolnością do samorealizacji. Spełnieniem celu ludzkiej egzystencji. Urzeczywistnieniem przestrzeni nieskończonej mądrości „dobra” i „zła” i spontanicznym współczuciem bez najmniejszych ograniczeń i rozróżnień. Żadnego korygowania kogokolwiek, żadnego narzucania wizji, żadnej przemocy. Żadnej kary i żadnej nagrody, żadnego piekła i żadnego nieba. Samo życie jest tym mistrzem w nieskończoności przebrań i manifestacji. Odkryć tego mistrza to być w tym co jest bezgranicznie i bezwarunkowo. Temu czym naprawdę jesteśmy absolutnie nic nie może się stać, nie można tego zamordować, okaleczyć, zakneblować, zniewolić – dlatego prawdziwa wolność śmieje się i jest pełna radości, ponieważ rozpoznaje samą siebie i bawi się tą dramatyczną grą na swój surrealistyczny sposób. Jest absolutnie nieprzewidywalna dla Mózgogłowia. Jest Absurdem i Paradoksem, który za nic ma tą duszną powagę tego co wciąż próbuje udowodnić że istnieje. Nie ma ostatecznego celu czegokolwiek, planu który ma się urzeczywistnić na który z taką desperacją liczysz. Nie ma tego co będzie, to pełzające w głowie robactwo, które rodzi się samo z siebie w wilgoci wyobrażeń, fatamorgana na pustyni snu, kiedy szukasz tego raju, tego boga, tej nagrody. Żyjemy w oceanie nieskończoności wymiarów, wariantów, wszelkich gier, nieskończonym bogactwie. Jesteśmy kroplą która wraca do kochającej bezgranicznie matki, której miłość nie zna oddzielenia, nigdy nie byliśmy nie jesteśmy i nie będziemy samotni i opuszczeni. To jest nasz prawdziwy stan, miejsce gdzie już jesteśmy, ale którego nie rozpoznajemy, bo wciąż jesteśmy zajęci wzburzonymi falami, całym tym spektaklem. Bóg nie sądzi, my sądzimy. Bóg nie karze, my karzemy. Bóg nie potępia my potępiamy. Twój najgorszy koszmar zrodziła twoja własna świadomość podobnie jak najwyższe możliwe szczęście. Jednak czym jest esencja tych dwóch doświadczeń.