TEKSTY

OSTATNI DZWONEK

Dziwne zmiany rozprzestrzeniają się po ziemi od plemienia do plemienia jak rak. Małe plemiona łączą się, aby zmienić się w wielkie plemiona, a następnie w narody; tymczasowi wojskowi przywódcy stają się dziedzicznymi monarchami; na wizję kochających pokój ludzi zachodzi chmura rzezi. A plemiona nie zmieniają się tylko pod względem militarnym. Zawłaszcza się i sprzedaje terytoria i staje się to powodem nowych konfliktów. Wynaleziona zostaje ekonomia rynkowa: ludzie, którzy nie ufają już sobie nawzajem nalegają na handel podczas gdy do tej pory wystarczyły podarunki — i walczą o to, żeby przechytrzyć drugiego, jak najwięcej zyskać nawet w czasie pokoju. Pojawia się patriarchat: niewypowiedziana wojna pomiędzy płciami, płciowe role wojownika i służącej, zinstytucjonalizowane i narzucane z pokolenia na pokolenie. Wynaleziona zostaje zorganizowana religia: ludzie walczą już nie tylko o ziemię, jedzenie, własność, zemstę, ale również o serca i umysły innych ludzi.

Noam Deguerre, CrimethInc., Black Writers Bloc “Walcząc o nasze życia”

Być tak daleko, że już nie pamiętać. Zapomnieć, że istnieje coś jeszcze prócz tej szalonej gonitwy za wypchanym iluzją królikiem, za ciągłym brutalnym polowaniem, które trwa od świtu do nocy. Ziemia oddycha wygasłymi ciałami, które wsiąkają w nią jak krople rosy, albo gorąca od nienawiści krew. Coraz mniej jest tych którzy potrafią się zatrzymać, przystanąć, spojrzeć na to zimnym krytycznym okiem, zobaczyć ten kuriozalny schemat. Ten Absurd. Absurd polityczny, ekonomiczny. Absurd słowny, sytuacyjny. Oczywisty Absurd. Od zawsze jesteśmy na nieswojej wojnie w nieswoim państwie, pod obcym sztandarem, wcisnęli nam w usta gorzkie pieśni, rzucili na kolana przed obcego okrutnego boga, zrobili z nas robactwo, które ma pełzać i błagać. To koszmar zrodzony z szalonej świadomości zdominowanej przez strach, która nie potrafi rozpoznać samej siebie. Postrzega jedynie zrodzone z ignorancji fantomy, którymi zaczyna żyć, których pożąda lub nienawidzi i tych których nawet nie zauważa. Tworzy nazwę i formę, tworzy posegregowane według kryterium użyteczności osobne byty i zjawiska, nazywa i dzieli bez końca.

To szaleństwo stało się naszym światem, kiedy wradzamy się przez ciała do ciała i od razu znakują nas jak żetony do absurdalnej gry. Sami uczymy się grać i gramy, bo grał nasz ojciec nasza matka, jego matka i jej matka, jego ojciec i jej ojciec. Ta absurdalna gra w swojej gęstej esencji jest Sloganem – Rozkazem, jest grą w Uległość, w Dominację. Suma tej gry jest Zerowa. Kończymy dokładnie tam gdzie zaczęliśmy – w Absurdzie Nieświadomości wracając przez stygnące ciało do Wielkiej Pustki, Wielkiej Niewiadomej. Nic nie wiemy na początku i na końcu. Jedynie szukamy ciepła drugiego ciała, które jest na początku i brak go na końcu. Dlatego czym bliżej końca tym bardziej wracamy do początku, bo ten ciężar zaczyna łamać nasze stare, schorowane podróżą kości. Mało kto jest na to gotowy, ma to oswojone, mało kto nie boi się starości i rozpadu.

Żyjąc w kulturze wiecznej głupkowatej młodości, wiecznego podboju, kultu kopulacji i pychy młodego ciała starość pudrujemy lub wyrzucamy na śmietnik braku uwagi, na peryferia świadomości. To odrzucenie i obojętność kosztuje nas drogo, bo skazani jesteśmy na ciągłą powtórkę tej absurdalnej gry. Te stare mądre głosy zagłuszamy „nowoczesnością”, świadectwa tych co byli przed nami są co najwyżej jakimś duchowym produktem do sprzedaży, gadką – szmatką, jakimś indiańskim pierdoleniem siedzącego byka, który wrzucamy na ściany swojego cyfrowego więzienia by mogli je polubić inni skazani. Świętą wodę mieszamy z pomyjami, nostalgię i grozę odświeżamy sprayem. Chodzimy na kursy pradawnych obrzędów przebrani w obce szaty i udajemy, że staliśmy się częścią tradycji mądrości, tak jakby wystarczyło zapłacić za to kilka stów i mamy gwarantowany przelew wiedzy, która tych ludzi kosztowała życie, bowiem w przeciwieństwie do nas ci ludzie byli poniżani i pogardzani, tępieni i mordowani przez tych fanatycznych ludzi tego czy innego krwawego boga. Ci ludzie muszą teraz handlować tym co dla nich najcenniejsze, bo w Disneylandzie powstała nowa moda na rdzenne ludy, psychoaktywne rośliny, musimy to wszystko wciągnąć, wywąchać, ubrać, musimy to wszystko zużyć. Ci ludzie muszą sprzedawać to co jeszcze im zostało, bowiem już nie pasują to tej gry, są z lasu, dżungli nie z matrycy czy cyfry. Są dzikusem z Nowego Wspaniałego Świata. Atrakcją dla zblazowanych youtuberów, menadżerów korporacyjnego gnojowiska. Są surfingową deską ratunku na rozszalałym oceanie absurdu na której uduchowione masy chcą wykonywać psychodeliczne akrobacje, prześwietlić wszechświat, połączyć się z astralnym kinem, potrzymać za fujarę absolut.

Ten brak szacunku koniec końców rozpierdoli im umysły, będą coraz bardziej szaleni, a lekarstwo stanie się trucizną. Ponieważ to nie jest po to by bez końca coś „załatwiać” jak sprawunki w hipermarkecie, to nie jest po to by udawać jakiegoś pojeba – guru, który wypluwa te „oświecone” farmazony jak pociski w „duchowej wojnie” urojonych świetlistych istot, garbatych aniołów plujących światłem zbawienia. To nie jest byś czuł się jeszcze lepiej kiedy cały świat płonie a ty patrzysz na to z uśmiechem uduchowionego idioty, któremu się wydaje, że wyszedł z matrixa na tęczowe łąki jakiegoś szóstego już wymiaru. To jest po to byś zobaczył gdzie i jak ty naprawdę żyjesz, co robisz i z jakim skutkiem. Jak mawiał pewien człowiek:

Zapomnij o doskonałej istocie ludzkiej.
Zapomnij o doskonałej społeczności.
Po prostu spójrz na to jak funkcjonujesz.
To jest ważna rzecz.

UG

W tym brak jest efektów specjalnych, całego tego podniecenia, tej ekscytacji, która kończy się równie szybko jak się zaczyna. W tym jest coś bezlitosnego, kiedy jest naprawdę, ponieważ to nie bawi się w te wszystkie gry umysłu, jest jak rozdzierający ignorancję błysk, który ma potencjał ukazania gdzie tak naprawdę jesteś jako istota ludzka i czy w ogóle możesz nazywać się człowiekiem, bo być może jesteś portalem organicznym – maszyną do produkcji nawozu niewiedzy. Dla tych, którzy nie są gotowi ma astralne kino – piramidy w Gizie, kosmitów, rozbłysk gwiazd, pokaz gęstości wymiarów, matematyczne wzorki, teorię strun, kwantowe to i tamto. Jednym słowem gówno w czekoladzie dla łatwiejszego trawienia.


To jest proste, bo by latać musisz umieć chodzić twardo obiema nogami w tym co jest. Znieść ten świat bez środków znieczulających, duchowych protez, intelektualnej nawigacji pociesznych sloganów na każdy dzień. Być prawdziwą istotą z krwi i kości. Dotykać cierpienia bez rękawiczki, nie zmywać łez, nie pudrować smutku, nie zakrywać śmierdzącej części siebie. Ta prawda, która tam jest uderza prosto w serce. Za to nie ma certyfikatu, nie ma szamańskiej szkoły do której się zapiszesz i ukończysz jak kurs tarota. Nie ma nagrody za dobre sprawowanie. Siadasz w oślej ławce dostajesz elementarz. Czytaj, oglądaj obrazki, koloryzuj psychodeliczne szlaczki, jednak pamiętaj, że to wszystko trwa bardzo krótko.

Kiedy usłyszysz dzwonek będzie już za późno.

Zwykły wpis