Kiedy już w odpowiedni sposób połączysz styki – wszystko zaczyna działać na autopilocie. Autodestrukcyjny autopilot – w rzeczy samej. Tak jak bohater drugiego sezonu „Mr Robot” usilnie próbuje przetrwać w „analogowej rzeczywistości” wlekąc za sobą głos z offu własnej jaźni i ratować się doskonałą pętlą obezwładniająco przyziemnej rutyny jako swoistego antidotum dla wirtualnej symulacji typowo wyobrażeniowej amerykańskiej rebelii bazującej na ogranych do bólu schematach hakerów w kapturach, nękających korporacyjny monolit. Droga od fikcji do rzeczywistości, staję się coraz krótsza, bowiem to fikcja ją w konsekwencji modeluje, podobnie jak coraz częściej teorie spiskowe pasują do irracjonalnych wynaturzeń tzw. rzeczywistości, która niepostrzeżenie przyzwyczaja nas do coraz dalej posuniętego ludzkiego szaleństwa.
Proces radykalnego przeprogramowania w jaki mimowolnie został wprzęgnięty ludzki umysł w ciągu ostatnich kilku dekad nie ma absolutnie żadnego precedensu. Oczywistym staje się, że kolejnym celem po ujarzmieniu i podporządkowaniu sobie świata natury – przychodzi kolej na ludzkie ciało, a co najważniejsze ludzki umysł i wreszcie finał zabawy w postaci – Układu Scalonego – jedynego w swoim rodzaju Meta – Eksperymentu – gdzie Bóg – Człowiek przechodzi proces Ubóstwienia do roli o jakiej marzył od samego Poczęcia – Zostać Panem Meta – Pastwiska. Stałoby się to spektakularnym zwieńczeniem ewolucji – Mózgogłowia.
Naturalnym środowiskiem do tego celu staje się cybernetyczno – technologiczne megamiasta – maszyny z podziałami na kastowy system zasiedleń i cały system administracyjno – urzędniczy punktowany za służalczość wobec korporacyjnego Monstrum. Rozwój megamiast to obezwładniające świadectwo zarówno hekatomby wzrostu ludzkiej populacji jak i jednoczesnego automatyzowania i warunkowania ludzkiego umysłu, oraz coraz bardziej widoczne i odczuwalne produkowanie – Odpadku – pozbawionej znaczenia i roli ludzkiej masy. Automatyzacja naszego życia i naszej pracy generuje bezwzględny bilans – Odpadku, podobnie jak przepełnienie tych wciąż obecnych zawodów i specjalizacji operujących w częstotliwościach Symulacji. Już nic nie ma realnego pokrycia w tzw. dobrach. Nazywam to Parytetem Abstrakcji. Slums jako strefa koncentracji Odrzutu Sumienia. Czym bliżej Centrum tym grubsze szkło, wyższe mury, bardziej pancerne drzwi. Imigranci cywilizacyjni pozostawieni na Oceanie Informacji i Spekulacji z archaicznymi zawodami opartymi na fizyczności i prostodusznym pojmowaniu świata biją pięściami w Mury Nowego Jerycha. W geście litości dostaną mieszankę paracetamolu i prozacu, by pójście w głębiny bolało mniej.
Otumaniona i obłąkana populacja cybernetycznego Zachodu odpali płyty z programem Autohipnozy. Twoje powieki stają się ciężkie. Zaczynasz widzieć i kultywować własne odbicie traktując je zarazem jako jedyny komunikat dla podrasowanego w edytorach świata. Tu widzisz – nie widzisz. Tu słyszysz – nie słyszysz. Walutą będą fejsbukowe lajki i mordki pokemonów przelewane na konto. Zamiast pogody w wiadomościach będzie zupełnie darmowy seans Hipnozy.
Pokrętła kontrastów przesuniemy tak by przestały być widoczne. Odetniemy ten wstydliwy cywilizacyjny ogon nadając ludobójstwu kontekst naukowy i lekkostrawną formę dialogów, odczytów i sympozjów. Ktoś przecież musiał zapłacić cenę, by promocja mogła trwać. Tych, którzy się przebili przez zasieki i mury – wytropimy i zabijemy niczym wściekle psy – wykarmione jakby nie było naszym cywilizowanym okrucieństwem i geopolitycznym zasiewem dobrobytu. Jeszcze bywamy wstrząśnięci. Po atakach, przed i w trakcie. Niepokój. Taki stan przed kolacją po faktach. To nie jest to samo. Masz co bronić, gdzie żyć i co robić. To nie jest to samo. To idzie tak: Być nikim, nigdzie, dla nikogo.
Masakra bananowa…to prawdopodobnie moje najwcześniejsze wspomnienie. Ci ludzie byli legendą, więc kiedy napisałem „Sto lat samotności” chciałem znać rzeczywiste fakty i prawdziwą liczbę ofiar. Opowiadano wokół o wręcz apokaliptycznej masakrze.
Garcia Marqez
Sto lat naszej samotności obfituje w niezliczone wydarzenia, niektóre z nich choć wydają się – banalne – a czasem bananowe – to kosztują życie. Tak było w Kolumbii w roku 1928 w mieście Cienaga w rzecz jasna amerykańskim bananowym imperium „United Fruit Company” i to tego odnosi się Marqez. Powodem był strajk pracowników fabryki bananów, którzy w liczbie kilku tysięcy wylegli na ulice domagając się poprawienia warunków pracy. Doszło do masakry ze strony kolumbijskiego wojska.
Oficjalnie zabito 9 osób, faktycznie jednak mogło zginąć blisko 2 tyś robotników. W latach 1911 i 1913 podobne interwencje przeprowadziły wojska amerykańskie w Hondurasie i Nikaragui. W bananowej masakrze zdecydowano się użyć kolumbijskiego wojska, by uniknąć amerykańskiej interwencji. Jak zwykle w osoby w polityce okazały się powiązane z bananową korporacją
United Fruit Company w chwili obecnej nazywa się dumnie: „Chiquita Brands International Inc.” i ma swoją siedzibę w Charlotte w Karolinie Północnej. To bez wątpienia bananowy król tego śródziemia z połyskującym wszechwidzącym okiem Królestwa Jednodolarówki. Zaczęło się jak zwykle niewinnie – kiedy w 1870 pewien kapitan o nazwisku Baker kupił 160 pęków bananów na Jamajce i po blisko dwóch tygodniach opylił je w Jersey City, a inny typ Minor Keith wkręcił się w produkcję bananów na Kostaryce, a będąc jednocześnie przedsiębiorcą kolejowym postanowił je posadzić wzdłuż linii kolejowej na Kostaryce. Panowie wypili bruderszaft i założyli biznes o dumnej nazwie: „Boston Fruit Company”.
Był rok 1878. Firma rozgrzewana słońcem inwestycji i tzw. umiejętności zarządzania zasobami ludzkimi (domyślamy się co to w tym wypadku oznacza) oraz dzięki kilku całkiem zgrabnych fuzji już po kilkudziesięciu latach dysponowała flotą wyposażoną w chłodnie z 95 statkami i przerobem ponad miliarda kilogramów owoców rocznie. Marka „Chiquita” została zarejestrowana w 1947 roku, a po chrystusowych trzydziestu trzech była już oficjalnym sponsorem zimowych (jakby inaczej) igrzysk olimpijskich w Lake Placid, a 10 lat później zmieniła nazwę na „Chiquita Brands International” a jak wiemy z zajęć ekonomii zabiegi takie służą umiejętnym lawirowaniu na oceanie podatkowym i cumowanie jedynie w swoich własnych republikach bananowych, które według definicji jest niestabilnym krajem z dyktaturą lub juntą wojskową zależnym od eksportu jednego surowca. Tak na przykład było w Gwatemali gdzie jedną z głównych sił gospodarczych i politycznych było United Fruit Company, któremu tej hegemoni zaczął przeszkadzać kapitan Jacobo Arbenz Guzman, który obalił w przewrocie wojskowym przyjaznego amerykanom błazna Jorge Ubico.
Guzman z miesiąca na miesiąc powodował uderzenia gorąca u dzieci wujka Sama wprowadzając demokratyczne wybory, zmieniając przepisy kodeksu pracy, podwyższając płace, dając wolność prasie i swobody obywatelskie oraz równouprawnienie kobiet, zniesienie niewolniczej pracy i reforma rolna – i tutaj uderzył bezpośrednio w United Fruit, który był największym właścicielem ziemskim w Gwatemali posiadając również kolei, pocztę, port morski, telekomunikację itd. I niegrzeczny wobec amerykańskiego korporacyjnego włodarza przywódca demokratycznych przemian został obalony jak to ma miejsce najczęściej (świeży przykład – Libia – polecam poszperać w temacie, podjadając pyszne chipsy bananowe).
Bananowe śniadanie z biedry
Za trzy za dwa z złoty pięćdziesiąt. Markowe niebieski znaczek „Chiquita”, a te nalepki zawdzięczamy R. S. Avery’emu, który wymyślił jako pierwszy etykiety samoprzylepne i w 1940 wsparł swoim wynalazkiem United Fruit Company i dzięki temu nawet banan stał się markowy. I widząc tą charakterystyczną niebieską etykietę – możemy być pewni, że ten banan jest pełen słońca i radości jak nam mówią reklamy, a nasze szare życie nabierze wigoru i słodyczy za naprawdę niską cenę. Jednak jak to się dzieje, że owe płynące statkami banany z odległych ciepłych krajów Ameryki Łacińskiej czy Karaibów są tańsze niż rodzime jabłka?
Prawdziwy paradoks neoliberalnego Hermopolis. Bananowy obrót to 13 mld ton na rok i odbywa się jak każdy z grubsza ponadnarodowy multi biznes. Pierwszy podstawowy element to zakleszczenie na najniższym poziomie przewodu pokarmowego – prole – robotnicy jak w 1984 pisał Orwell i oceniając jej populację na 85 % społeczeństwa to podstawa dochodowego biznesu. Mieć flotę szeregowców korporacyjnych żujących średnią pajdę chleba podczas wieczerzy – producentów reklamy – nowomowy dla konsumentów proli. I wreszcie 2 % elitę – kadrę zarządzającą na wygodnych fotelach i przy suto zastawionym bananowym stole w Ministerstwie Obfitości wykarmiona w pełni organicznym zdrowym jedzeniem za gruby szmal. Bananowy układ wzajemnych zależności kontynentalnej rasowany chemią opychany w swoich własnych sklepach jednolitych sieci. To jest wszędzie i we wszystkim.
Przekaźnik stał się przekazem, Szum staje się sygnałem głównym, który przebija się coraz bardziej, wychodzi z cienia na światło codzienne, szumi w Lidlu w metrze, autobusie, na przystanku. Szum osacza. Wwierca się metodycznie w świadomość, przejmując terytorium jak wirus. Szum staje się coraz bardziej wiązką wielopasmowych wielopoziomowych narracji, które zawierają w sobie jednocześnie sprzeczne komponenty, których zadaniem jest detonacja zaminowanego układu nerwowego, ciągła nieprzerwana stymulacja mózgu, by nie był w stanie – zrozumieć – co jest poza szumem.
Szum to medialna klatka, osaczenie zewnętrzną informacją, sprokurowaną poszatkowaną bezcielesną masą, która pozbawiona materialnej formy jest ciałem eterycznym Meta – Mózgu, jego dryfujące w przestrzeni kosmicznej przekaźniki, które sam stworzył poprzez niewolnicze ludzio – roboty stały się czakramami, które skupiają i wzmacniają Sygnał Amoku. Paciorki jego info różańca to oldskulowe odbiorniki typu radio i telewizja oraz te najnowsze bękarcie dzieci – komputery i smartfony, z czego te ostatnie niemalże wrosły już w naszą przestrzeń. Są zawsze z nami, dostępne, niezastąpione i pozornie usłużne, z utęsknieniem czekające na każdy nasz dotyk. Ta ludzko – elektroniczna kopulacja zapładnia nas coraz bardziej otwierając poziom transcendencji, by ciało eteryczne Meta – Mózgu, mogło inkarnować wewnątrz ludzkich ciał i umeblować
Nowy Wspaniały Mechaniczny Świat. Wykastrowany i idealny. Z iloma wygenerowanymi wymiarami musimy się mierzyć każdego dnia, z iloma równoległymi spektaklami medialnymi świadomie lub podświadomie mamy do czynienia i potajemnie zostajemy przybici do fotela widza, który czy chce czy nie musi w tym uczestniczyć. Nazywam to osaczeniem, na podobieństwo zagonionego we wnyki zwierzęcia, albo cynicznie dokarmianego w miejscu, gdzie ma zostać ubite poprzez przekarmienie. Zażreć się na śmierć. Jesteśmy osaczeni i prześladowani przez świat, który po prostu stał się szalony i za wszelką cenę chce uczynić z tego szaleństwa nowy model człowieka – swoistą generację ludzi – pokemonów. Ludzie – aplikacje, ludzie hologramy – kompilacja ignorancji i aktywnej dumnej głupoty z domieszką narcystycznej psychicznej masturbacji swoją urojoną zajebistością wynikającą tylko i wyłącznie z żonglowania komputerowo wygenerowanym wizerunkiem i co najważniejsze uwierzenia w ten fantom. Uzależnienie od tej sztucznie wygenerowanej jaźni i od tej wzajemnej gry pozorów, w swoiste nałożenie maski – nie dziwi, bo dziwić nie może. Dlaczego?
Co przykrywa piksel ?
Medialny spektakl i marketingowo – PR-owy konglomerat jest swoistym ratunkiem dla Meta – Mózgu dając mu czas i możliwość inkarnacji, ponieważ ignorowane przez niego warunki – środowisko – rozpadają się. Ten rozpad to koszt jego panowania. Proces w jakim jesteśmy nazywam – Odwróceniem Uwagi. Przekierowaniem. Jest to figura fabularna wielu wyświetlanych filmów dla widza – robotnika. Usankcjonowanie Kultury Amoku i nadanie jest bombastycznie – optymistycznego charakteru, innymi słowy uczynienie z trywialnych aktywności – punktu skupienia uwagi – jest idealnie skomponowanym i skompresowanym daniem głównym tej swoistej uroczystej kolacji w ramionach Bogini Kali. Wokół 7 miliardów biesiadników roztacza swoją „świętą” obecność Duch Święty – Widmo na falach wi-fi i transmitujący swój monolog – channeling do zaprogramowanych przez samego siebie wyznawców. Warto się przyjrzeć tym tak zwanym hitom na You Tube, posmakować przekazów vlogerów pokolenia happy meal. Ich przekaz w całości odnosi się głównie do rozprawiania o Symulacji. Wszelkie pomysły na tak zwane alternatywne życie w utopijnych społecznościach, nie są już tak zajebiste w realu jak starają się dowieść w internecie. To wszystko sprzedaż. Handlowanie snem. Składanie snu w edytorze video w soczystą wizję nowej utopii przy powszechności tej naiwnej wiary w obietnice i fantomy są cechą charakterystyczną epickiej w swoim rozmiarze Epoki Nudy. Konsekwencją programowania szczurzej rodziny w tej obrazkowej klatce jest uzależnienie od pobierania na To – rent – ach Symulacji gotowych pakietów światopoglądowych skrojonych pod wymiar wirtualnych potrzeb i utrzymywanie tego w fundamentalnym akcie niedokonania z migającą Obietnicą Spełnienia. Jednak nic na własność, wszystko na chwilę, podnajęte dla chwilowych potrzeb.
Obietnica spełnienia
To produkt docelowy. Obiecana nirwana na końcu Światłowodu. Glutaminian Sodu w tej chińskiej potrawie – badziewnej bezbarwnej masy podrasowanej farbą i sztucznymi dodatkami podanej w zajebistym opakowaniu na stół w „restauracji” z blachy falistej dla kasty gatunkowego odpadu, który ratuje swoją godność zakupami recyklingowanych w nieskończoność wariacji na ten sam temat. Na swój własny podniesiony do entej potęgi koncept, że ludzki gatunek – rabunek jest taki zajebisty, że wszystko może dopasować pod swój rozmiar XXL. Podczas biesiady w tej „restauracji” XXI wieku w zestawie jest i musi być VR – owy okular, specyficzna zaślepka na bydlęce oczęta podczas lotu. Byś przypadkiem nie zorientował się, że maszyna ma daleko posuniętą Awarię i pikuje wprost na Disneyland, a ty sam wypełnisz swoim ciałem przerwy pomiędzy kostkami brukowymi po których będą pełzać wykarmione modyfikowaną nuttelą hybrydy głupkowato uśmiechnięte dzieci – pokemony. Mięsa – hologramy. Obietnica Spełnienia to godło globalnej wioski – są tam śmiechy – chichy, cuda dziwy i zestaw klocków lego. Pływanie w basenie bąbelkowanego cyklonem B na rajskiej wyspie podatkowej, opalanie w kwarcówkach ekranów monitorów i stukanie opuszkami palców w dotykowy ekran – to nasze dziedzictwo. Trzeba nam wyciąć więcej lasów, wytrzebić więcej gatunków zwierząt i rozmnożyć się jeszcze bardziej, by zapisać się na stronicach Sennika Wszechświata jako najwyżej notowanej kategorii – lunatycy. Oniryczne bombastyczne lawirowanie pomiędzy notorycznym wtf a łapką w górę. Teraz swoje emocje możesz wyrazić kilkoma mordkami pod wpisami. Mistrzowie drugiego planu cyber entuzjaści, cyber eksperci od wszystkiego, cyber wspólnoty, memy ze świata elektronicznego upojenia, tanie wino drogich win. Las za oknem szumi coraz ciszej, ptak połyka balonówkę z historyjką o Myszce Miki na wakacjach w Libii.
Ej ty papierowy prorok! Wypierdalaj z tymi defami. My tu chcemy pociechy – uciechy.
Chcemy wrzucać, trawić i wydalać. Kino moralnego niepokoju w drugim pokoju. Chcemy nowych inicjacji w seks tantryczny i nowinek lifestyle’owych z Kalifornii. Fikuśnych zdrowych dragów odpalających sufit jak z cyberpunkowej kreskówki.
Od dawna zastanawia mnie skąd u licha wzięła się współczesna obsesja trendów kulinarnych jako swego rodzaju mody kulturowej, która niemal w obsesyjny sposób zajmuje naszą świadomość. Świat w jakim żyjemy – to bar szybkiej obsługi, którego głównym zadaniem jest zaspokajanie pięciu zmysłów. Ta na wskroś materialistyczna kultura pewnego rodzaju „jednorazowości” i chwilowego szczęścia opartego na chwilach zaspokojenia – cywilizacja bazująca na bardzo ulotnym i krótkotrwałym poczuciu nasycenia. Nasz stosunek do jedzenia wyraża to bardzo dobitnie.
Trendy i mody w restauracyjnym światku pierwszego świata mają swoje magazyny i zaplecze w drugim trzecim i czwartym świecie. „Zdrowie” – to kolejny sklepowy towar – a obecnie cała jego „alternatywna” odmiana w postaci różnego rodzaju kompilacji – „zdrowej” i „afirmacyjnej” listy przebojów. Co jakiś czas pojawia się sztucznie wykreowany „hit” by przez chwilę wejść na szczyty obecnego notowania zarobić co swoje i spaść niżej w rejony passe. Lubimy podpatrzeć coś u „dzikusów” tam gdzie jeszcze ludzie nie są wypucowani ekologicznymi mydłami z płatków lotosu i naoliwieni olejkami z kory sandałowego drzewa oraz nakarmieni lekkością kwiatowych pyłków i wrzucić to na „ruszt” trendów by jak w „Pachnidle” po prostu zeżreć i wyssać do szpiku. Bowiem popyt w tym świecie oznacza eksploatację w tamtych „mniej rozwiniętych” do czasu kiedy kolejna „zdrowa” moda się skończy.
Psychologia jedzenia. Wielopoziomowy konstrukt mózgu 3D. Tą najbardziej pierwotną fizjologiczną funkcję zaspokajania głodu w świecie „nadmiarów” zastępują wszystkie inne takie jak psychologiczny mechanizm dostarczania poczucia szczęścia i odreagowywania stresu czy poczucia niedowartościowania – szukanie w jedzeniu – pocieszenia. Funkcja „prestiżu” w stylu powiedz co jesz, a powiem ci kim jesteś. Ocenianie ludzi poprzez to co mają na talerzu, samego talerza a nawet sposobu w jaki jedzą. Tutaj w grę wchodzą ideologie oparte na pokarmie – dobrym przykładem jest „weganizm” – jako sposób życia, rodzaj tożsamości. Trend bycia kimś oryginalnie świadomym notorycznie manifestującym swoją postawę całemu światu. Dobroć na pokaz skierowana w jednym ograniczonym kierunku oparty na ocenianiu innych pod kątem nas samych jako tych przecież „świadomych” i „oświeconych”. Mody żywieniowe są modami społecznymi – za którymi jest dużo więcej niż nasz organizm – to często cały kontekst stylu życia – gotowego pakietu wytworzonego na bazie marketingu i badań psychologii społecznej. To wreszcie hedonistyczna zabawa wszelkiej maści dizajnerów, blogerów, koneserów, krytyków, którzy w głównej mierze kultywują zwykłą próżność „człowieka ponowoczesnego” zabawiając go kolejnym w swej istocie nic nie znaczącym trendem – balonikiem nadmuchanym i pomalowanym bełkotliwymi farmazonami – pseudonaukowymi limerykami opartymi na emocjach i nadziejach.
W tak nafaszerowanym bodźcami mechanicznym świecie, podejmowanie decyzji przez większość jego ludzkiej populacji opiera się na emocjach i właśnie na nich bazuje cały reklamowy przemysł, który „rozkminił” kompulsywny charekter ludzkich zachowań. Pojawia się zjawisko głodu emocjonalnego, który jest nagły i nakierowany na zachcianki i poszukiwanie smakowej nirwany – liczy się szybkość i dostępność, liczy się chwila iluzorycznej ekstazy. Niczym coraz bardziej słodkie obietnice nowej religijności w stylu kolorowego poradnika new age. Rozwój pozbawiony mądrości i współczucia jest postępującą degradacją. Oświeceniowa mechaniczna zachodnia matryca „naukowa” pozbawiona głębi zrozumienia pustki i współzależności zjawisk, procesów i podmiotów owych doświadczeń czyli nas – jedyne do czego doszła do fizyczny świat biologicznych istot – których jedynym powodem istnienia jest kontynuowanie owego istnienia i zaspokajanie swoich potrzeb. W tak zaprojektowanej rzeczywistości nawet buddyjską pustkę można sprzedać za pieniądze – w tak zwanym przemyśle rozwoju duchowego. Jednak najpierw trzeba to opakować. Uatrakcyjnić, bowiem bezpośredniość i prostota – jest słabym „towarem” – gdyż uderza dokładnie w najczulsze miejsce – w iluzję „rozwoju” i „wzrostu” – jako mechanizmu pompowania ego. Ego uwielbia kolorowo – afirmacyjną duchowość pozbawioną wysiłku i odpowiedzialności opartą na „magicznych” ceremoniach. Zdobywanie wiedzy, czytanie, sprawdzanie źródeł tych „duchowych” objawień i wachlowanych z nabożną czcią wszelkiej maści guru sypiących ze złotego rękawa swoje mądrości – to wszystko zbyt jest męczące, czasochłonne i wymagające.
Wybierzemy tych, którzy dużo są – wciąż odpisujący na nasze potrzeby, dający nam słowa, które chcemy usłyszeć. To jak jesteśmy piękni, mądrzy i wspaniali i możemy mieć jeszcze więcej. Ten nasz wspaniały „rozwój duchowy” pomoże nam w tym w połączeniu ze „zdrową dietą”. Tak.
Nowa Atlantyda to dryfujący plastikowy kontynent. Dryfująca śmieciowa wyspa „Great Pacific Garbage Patch” ogromna i zarazem spektakularna wizytówka cywilizacji 3D. To skupisko butelek, reklamówek, kubków, puszek całego tego kolorowego pierdolnika o masie 100 milionów ton i wielkości Australii. Idealne miejsce na wypoczynek dla całej nowoczesnej rodziny, skąd blisko na Hawaje i do słonecznej modnej Kalifornii.
Badania takie prowadzono w latach 2007 – 2013 na Atlantyku, Morzu śródziemnym, oceanie Indyjskim i rzecz jasna Pacyfiku. Istnieje coraz większe prawdopodobieństwo, że te pyszne owoce morza w kurorcie nad Pacyfikiem w tej czy innej formie zawierają ten cenny dla nas „surowiec” nienaturalny. Inne badania wskazały na kolejny problem, a mianowicie zanieczyszczenie plaż, które prócz ukochanego przez nas piasku mają coraz więcej drobin plastiku. Klęski żywiołowe takie jak japońskie tsunami wyrzuciło kilkanaście milionów ton zanieczyszczeń do oceanu. Tanie bilety, tanie wakacje na słonecznych wyspach to miliony ludzi generujących abstrakcyjne już ilości śmieci, które muszą być składowane na ogromnych wysypiskach z których często tworzy się sztuczne wyspy, a śmieci przedostają się do oceanów.
Wszystko to dotyka zwierząt morskich i ptaków, żółwie morskie reklamówki biorą za meduzy, które zjadają. Później umierają. ONZ szacuje, że rocznie za sprawą śmieci umiera milion zwierząt. To co jest w oceanach to blisko 1 proc. Światowej produkcji plastiku. Wracając do naszej plastikowej wyspy jej kolejny problem to fakt, że „zbudowana” jest z materiału fotodegradowalnego co oznacza, że nie jest on w pełni rozkładalny, a w fazie rozwarstwienia tworzy pył. To co zauważalne to te ogromne sterty śmieci na powierzchni jednak owe zawiesiny pyłu opadają w głąb wód szczególnie w strefach przybrzeżnych naturalnie wchodzi w interakcję z fauną morską. Sama produkcja plastiku wzrosła z 15 mln ton w latach 60 – tych do ponad 300 mln w roku 2014. Jednorazowość tych śmieci to koszt 100 mld dolarów rocznie, a jednorazowe oznacza, że używamy ich jedynie raz. Wracając do oceanów szacuje się, że już za trzydzieści lat śmieci będzie tam więcej niż ryb, bowiem wzrost populacji oznacza jeszcze więcej jednorazówek, których koszt produkcji pochłonie blisko 1/5 paliw kopalnych podczas gdy na tą chwilę recykling tworzyw sztucznych to jedynie 14 procent. Może się okazać, że nas jako gatunku już dawno nie będzie, ale zostaną po nas śmieci – jak wizytówka „Ludzie – biznesmeni i naczelny gatunek ssaków”. Biuro – planeta Ziemia. Przepraszamy – nie zdążyliśmy posprzątać, gdyż udusiliśmy się we własnych śmieciach. Posprzątajcie za nas.
Gastronomia jest doskonałym przykładem – zwłaszcza ta typu fast food, której model biznesowy idealnie odzwierciedla patologię „jednorazowej” cywilizacji. Polecam obejrzeć „The Founder” – swoiste studium przypadku. Priorytetem jest zysk, metodą bylejakość – efektem pokarmowa tandeta bez charakteru oraz brak jakiejkolwiek refleksji w szerszej perspektywie. Myślę, że sprawą najważniejszą jest przemodelowanie „jednorazowej” ekonomii na model, który po pierwsze bierze pod uwagę obecną sytuację i ogromne problemy, których manifestacje przejawiają się już niemal w każdej dziedzinie naszego życia w model biznesowy oparty na przytomności i empatii, który wymaga tworzenia „zdrowego” fundamentu w dość chorej rzeczywistości. Wzorzec wiecznego „wzrostu” gospodarczego już się wyczerpał i wynikającego z niego bałaganu, który trzeba będzie posprzątać – zaczynając od siebie. Nazywam to „Ewolucją od mózgu do serca”. W coraz większym stopniu – prawdziwym zyskiem będzie przetrwanie i rozwój świadomości bazujący na wzięciu odpowiedzialności za własną rzeczywistość i uświadamianie sobie konsekwencji własnych wyborów. Nie domy, jachty, domniemany szacunek i podziw – za „zaradność”, której kosztem jest niszczenie. Kiedyś na studiach zatytułowałem jeden z tekstów „Nikt nie pyta zwycięzców dlaczego przegrali”. Redaktor zmienił tytuł – bo była to prywatna uczelnia komercyjna, tam wszyscy mieli wygrać – pytanie co?
Komercyjna gastronomia idealnie odzwierciedla obecne relacje społeczne i jest mikroskalą tzw. „systemu”. Jej zdegenerowany oderwany od realiów nadmuchany jak balon opisywany w branżowych pismach marketingowy disneyland z całą tą niemalże religijną otoczką stymulującą apetyt na „jeszcze więcej”, „jeszcze egzotyczniej”. W skrócie – wydziwianie, traktowanie pokarmu jak fetysza, jak modowy wybieg jadących talerzy z specjalistyczną fotografią i postprodukcją. Kucharskie gwiazdeczki – celebryci w kuchniach lidla, biedronki czy na targach tesco. Pofarbowana kpiną pseudo ekologia i pro zdrowotne frazesy. Realia są zupełnie inne. Dostosowanie do realiów oznaczają prostotę, oszczędność i uczciwość bez zbędnych ozdobników. Kuchnia przyszłości to kuchnia – szacunku, gdyż fikcja nadmiaru w jakiej żyjemy potrwa bardzo krótko. Firmy przyszłości to spółdzielnie, kooperatywy – wspólne działanie oparte na świadomości realiów. Kuchnia bezmięsna jest tym właśnie przytomnym modelem gastronomicznym. To konieczność. Zysk straci swoje obecne znaczenie w postaci „profitu” a stanie się zyskiem wartości, zyskiem sensownego zajęcia, które dodatkowo będzie rodzajem działalności społecznej. Wypracowanie mikro modeli takich „firm” jest wyzwaniem tworzenia realnego modelu wspólnot opartych na działaniu tu i teraz w tej decentralizującej się rzeczywistości, bowiem proces globalizacji ma swoje ograniczenia, których nie sposób będzie „przejść”, a to oznacza, że proces odwróci bieg wracając do lokalności. W obecnej postaci gospodarzy model jest zupełnie niewydajny i nie sposób już ukryć, że ekonomia długu skończy się upadkiem tego systemu. Upraszczając – masz coś „pysznego” na talerzu – czy zastanawia cię czasem – Kto? Gdzie? Kiedy? W jaki sposób? Jakim kosztom to zostało przyrządzone?
Dlatego „Gastropolis” to jest metafora. Kiedy odkryjemy całą sieć przyczyn i skutków – wówczas przyjrzysz się uważnie temu co jesz i zrozumiesz, że wraz z tym „połykasz” wszystko co się przyczyniło do powstania tego „posiłku”. Dodatkowo uświadomisz sobie, że w gruncie rzeczy płacąc – nagradzasz to. To nazywam „systemem” – to produkcja wielowymiarowego „pożywienia” to jego zakłamana prezentacja i wreszcie uzależnienie bazujące na manipulacji smakiem. Obraz pobudza apetyt. Sprawa fundamentalna, czy koszty są warte zysków. Sprawa kolejna – co tak naprawdę jest zyskiem i jakie są realne koszty. Nie sposób o tym mówić do momentu, kiedy nie dotkniemy tej delikatnej tkaniny oplatającej wszystko – a mianowicie narrację Zysku. Cała opowieść zachodniej postkolonialnej „chrześcijańskiej” cywilizacji snuje swoje wątki jak coraz bardziej surrealistyczne akapity nowej „Boskiej komedii” pisanej marketingową nowo – mową, językiem coraz mniej metaforycznego „ognia”. Weźmy za przykład wybuchy bomb, płonące szyby naftowe, mandale sztucznych ogni rozświetlające niebo na koniec każdego roku tej spektakularnej masowej epopei, kiedy jej hodowla upaja się do utraty zmysłów – celebrując co…
Nazywamy to „zasadą nisko rosnących owoców”. Jabłko z drzewa na komputer. Świeci – komunikując Triumf. Bardzo lubię firmę „Jabłko” sam piszę te słowa na ich maszynie, a u boku mam ich sprytny telefon, który z całą pewnością jest czymś dużo większym niż tylko telefonem. W istocie jest lokalizacją Produktu – jakim sam jestem, by sprzedawać i zbierać informację o moich potrzebach coraz bardziej wyprzedzając moją świadomość, bowiem algorytmy jakimi zostaliśmy opisani są coraz bardziej precyzyjne, a sprzedaż coraz bardziej bezpośrednia.
Zasada nisko rosnących owoców jest bardzo prosta i jest fundamentem tej cywilizacji i jej „osiągnięć”. Polega na tym by pozyskiwać jak najwięcej jak najmniejszym kosztem i zdolności komunikacji i jej masowych kanałów nadać swym „zbiorom” jak największą wartość jednak równolegle musi jej towarzyszyć zasada wzrastających potrzeb. Nasza edukacja i „uświadamianie” w kulturze Zysku służy w istocie „wytwarzaniu głodu”. Nowe doznania, doświadczenia, smaki, przygody, odkrycia, zjawiska, trendy, osiągnięcia.
– Aż w końcu umysł dziecka sam jest tymi treściami, które mu są sugerowane, a suma tych treści jest umysłem dziecka. I nie tylko dziecka. Także umysłem dorosłego – na całe życie. Umysłem, który ocenia, pragnie i wybiera – cały złożony z owych treści. Jednakże wszystkie te treści są naszymi treściami! – dyrektor niemal krzyczał w uniesieniu.
Huxley Aldous „Nowy wspaniały świat”
Kończy się kolejny rok szkolny – świadectwo ukończenia kolejnego poziomu warunkowania – tak nagradzamy dobre oceny, wyniki w powtarzaniu – klep by zwiększyć pojemność klepek, by później ci ważniejsi w klasyfikacji generalnej klepali cię po plecach albo po pysku. Jak się mówi – brak ci klepki? Jednak zasada nisko rosnących owoców jest związana z tak uwielbianym „schematem piramidy” – co oznacza, że jego szeroka podstawa to poziom łatwo dostępnego surowca, którego wydobycie jest tanie i wystarczy kilka prymitywnych narzędzi – to tryskające w niebo orgazmy pierwszych nafciarzy, to industrialno – przemysłowy zapłon Mechanizmu Zniszczenia. Jednak wraz z wydobyciem pojawia się zużycie – oznacza to, że czym wyżej w piramidzie tym trudniej. Poziom taniości i dostępności tworzy uzależnienie od produktu – jest tani i dostępny, powszechny – stając się podstawą funkcjonowania. W tej cywilizacji jest to paliwo – prąd. Zasilanie. Tak naprawdę wszystkie współczesne wojny toczą się z powodu surowców, a szczególnie paliw kopalnych. Jednak wraz z jego spadkiem wiąże się wzrost. Taki paradoks. Spadek dostępności – wzrost kosztów. Co jest konsekwencją uzależnienia kiedy brak „towaru”? Głód.
Głód w tym kontekście oznacza przypomnienie sobie stanów i doświadczeń związanych z brakiem. Ten stan braku, który nie został na powrót zintegrowany jest w „kulturze nadmiaru” związany z agresją, która dodatkowo będzie szukała winnych uzależnienia. Ten proces już się zaczął. Nie ma gorszego przebudzenia – jak to powiązane z wzrastającym cierpieniem. Nikt tego nie chce. Jednak pułap został przekroczony i nie ma już innej drogi. Nie istnieje alternatywa. Niestety. Współczynnik Zwrotu energii wobec Energii Zainwestowanej. Punkt Zero. Szczyt Piramidy. Bielmo na oku. Deepwater Horizon. Wyciek czarnej krwi – ropy. Fukushima – katastrofa – znów „paliwo”. Czym bliżej szczytu – tym dewastacja staje się większa. Tak jest ze wszystkim. Jak się ma przysłowiowy Kowalski segregujący śmieci do ponadnarodowych korporacji paliwowych. Jak się ma twoja aktywność do tej która jest ponad i tworzy cały system operacyjny ekonomiczno – prawny w jakim żyjesz?
Dla mnie osobiście to sprawa bycia uczciwym wobec siebie i próba przebudowania tak swoich potrzeb i egzystencji, aby mniej szkodzić i stawać się człowiekiem świadomym i przytomnym. Dlatego łączę pisanie i komunikację z gotowaniem. Kuchnia to miejsce fundamentów, praca fizyczna i umysłowa. Dotykanie mózgu i serca.
Może chciwość jest tym kataklizmem, który zatopił mityczną Atlantydę?
Stan beta – stan alfa w mięciutkim foteliku dziecięcym podczas cywilizacyjnego crash testu. Ewolucyjnie to jesteśmy trzylatkami z psychozą, manią prześladowczą porzuceni przez wyidealizowanego ojca, który jest zajęty sprawami w jakimś niebie. A gdzie matka? Tu pod nami – stoimy na niej, chodzimy po niej, na niej prowadzimy absurdalne wojny i budujemy pomniki i ołtarze.
Stacje naziemne i podziemne pracują. Grupy kwadratowych interesów i wpływów. Cel – wyhodowanie pustyni. Nawodnienie ludzkiej uprawy odpowiednim rdzeniowym płynem ignorancji poprzez stworzenie pociesznej gry w człowieka – pokemona. Świnia symbolizuje Ignorancję – powstała hybryda człowieka – świni. Okazuje się duże podobieństwo w strukturach. Zawsze zwracam uwagę na zapowiedzi – zwiastuny. Zwierzęta – jak świnia – to najczęściej zniewolona istota skazana na bolesne życie poprzez sam fakt bycia hodowanym pokarmem. Planeta ziemia, w mniemaniu „elity” jej zamieszkującej – szczyt inteligencji w całym kosmosie. Ewolucyjne kwiecie u szczytu Drzewa Poznania wyznaczające kierunek – rabunek dla swej podległej hodowli stworzonych do celów roboczych ludzi, którzy w coraz większym stopniu wchłania Reżim – Hype. Nieistniejący hologram równoległej egzystencji zawieszonej w kombinacji utopijnego marzenia, niedoszłej rewolucji i biernego oszołomienia Impulsami.
Zapadamy się w bagna foteli obrotowych, w klatkach biur zawieszonych nad poziomami ulic. Tam w górze sto pięćdziesiąt metrów nad poziomem bruku siedzą człekokształtne hybrydy pozbawione uczuć i nawigują poziomem abstrakcji w symulatorze życia – ich ofiarami padają tysiące i miliony istnień. Forma wymusza kształt – ta wiedza wystarczy. Więcej nie trzeba. W kraju magazynie na brudne ścierki mętnych interesów – zapanowała moda na cięcie i wycinanie. Wycinanie drzew, propagandowych laurek i układanie z tych puzzli coś na kształt krzyża rozłożonego jak betonowy anioł. Potykasz się o korony martwych drzew i ciała ubitych zwierząt – na drodze do zbawienia. Każdy otwiera swój mały sklepik w sieci sklepików – witryn wystawowych. Stan beta – stan alfa w mięciutkim foteliku dziecięcym podczas cywilizacyjnego crash testu. Ewolucyjnie to jesteśmy trzylatkami z psychozą, manią prześladowczą porzuceni przez wyidealizowanego ojca, który jest zajęty sprawami w jakimś niebie. A gdzie matka? Tu pod nami – stoimy na niej, chodzimy po niej, na niej prowadzimy absurdalne wojny i budujemy pomniki i ołtarze. Abstrakcyjny ojciec opuścił swoje dziatki zajęty biznesami zarządzania wszechświatem – wysłał paru gości z brodą z depeszami – żeby założyli mu biura podróży do „nieba” dla namaszczonych i „piekła” dla innych.
Ten świat potrzebuje natury kobiecej, która tworzy więzi a nie więzienia. Mądrości, która najpierw rozumie, a potem czyni – zamiast jak do tej pory robić odwrotnie. Testosteron wybił dziurę w niebie, wbił prącie na księżycu i oplótł matkę koroną cierniową satelitów, by nadawać swoją pijacko – myśliwską pieśń zdobywcy i sadzić atomowe grzyby niosące za sobą śmierć. Stan Alfa – Samca to zanikanie i migotanie serca – pokraczny taniec zniszczenia. Spójrzcie na te twarze aktualnej władzy – twarze ludzi wyciągnięte z kadzielnicy i rzucające klątwę na dar życia. Wszystko wam podległe, gotowe na ciągły grupowy gwałt w imię abstrakcyjnych haseł. Brakuje skal na odmierzenie głupoty.
Cywilizacja rozkapryszonych trzylatków przenosi się z piaskownicy kontynentu do piaskownicy kontynentu całymi stadami jak sfory wściekłych psów ujadając o handlu międzynarodowym i wolnym rynku, a w praktyce wyżerając wszystko do szpiku. Podpisując ustawy smogiem, wycinaniem drzew, zatruwaniem wód, mordowaniem zwierząt – by na końcu tej drogi zniszczyć samych siebie. Przyzwoici i dobrzy ludzie nie mają szans w starciu z tą Maszyną – ich protesty, petycje i nawoływania – nikną w hałasie pracy maszynerii i są jedynie sylwetkami ledwo widocznymi we mgle oparów ropy, alkoholu i dymu z kubańskich cygar. Gdzieś w oddali siedzą kobiety i mężczyźni starzy jak świat – nadzy i bezbronni uśmiechając się dwuznacznie i obserwując te zabawy. Z jednego dziewiczego skrawka ziemi jak przyjdzie czas odbudują te zniszczenia. To zajmie bardzo dużo czasu. Ruch zostanie wstrzymany. Cała dzieciarnia będzie musiała rodzić się z wilgoci na bagnistych pozbawionych życia i radości – polach skutków. To będzie trudny i bolesny okres dojrzewania karmy – i lekcja za lekcją – pokaz slajdów z zabawy w panów świata z przerwami na sceny dla dorosłych.
Na zajęciach praktyczno – technicznych będziemy rozpalać krzesiwem ogień i szukać liści żeby okryć przyrodzenie – a na niebie z rzutnika polecą klipy lady gagi i przemówienia papieża. Puścimy najlepsze zakazane reklamy i niemiecką pornografię z lat osiemdziesiątych. Albo nie!
Puścimy wam dzieciaki – filmy przyrodnicze z cyklu discovery. O Lasach Deszczowych i Puszczy Amazońskiej, o rzekach i dolinach, o ptakach i delfinach z przebitkami lajków pod postami o małych rozkosznych kotkach z Facebook’a i pieskach z Twitter’a. Wasze wcześniejsze wcielenia z Instagrama – jak byliście nastolatkami w stylu – new balance. Jak byście tylko mogli zrozumieć w tym swoim nowym położeniu – że to nie był balance. Oszukano was. To nie była tylko zabawa.
Zachodni system dietetyczny jest uderzająco kolektywny, opracowany z poziomu ludzkich mas nastawiony na zbiorową abstrakcyjną formułę – wykresy, tabelki i ankiety – co z punktu widzenia tradycyjnych systemów dietetyki i wiedzy z zakresu żywienia jest bardzo mało precyzyjne. Sugerowanie się ogólnymi wytycznymi różnorakich organizacji, które w coraz większym stopniu zależne są od finansowania przemysłu spożywczego i jego aktualnych interesów oraz specyficzne w tym wypadku programowanie przy użyciu mass mediów – produkuje dość średnią informację z punktu widzenia indywidualnego człowieka i jego specyficznego organizmu.
Warto zastanowić się nad samą relacją w jakiej w tym systemie tkwimy. Naszą główną rolą jest bycie pacjentem, petentem, konsumentem, klientem – konsumujemy różnorakie produkty i wierzymy w przypisane im zapewnienia i otoczkę reklamy. Cywilizacja panaceum. Moloch zarządzania na poziomie globalnym operuje w skali populacji w uśrednianiu wyników i informacji opierając się na szybko dezaktualizujących się badaniach i pomiarach. Skutkiem tzw. wolnego rynku i całej współczesnej ekonomii jest dewastacja na poziomie jednostki jak i planety. Profit – złoty cielec współczesnej religii konsumpcji.
Żywienie stało się doskonałym przykładem, podobnie jak służba zdrowia. Kreowanie problemów – pozwala na produkowanie rozwiązań – panaceum. To jest serce tego globalnego biznesu. Służba zdrowia już dawno przestała być służbą, a zamiast tego stała się przemysłem zdrowia. Problemem jest skala, zakres – ilość ludzi, danych, zmiennych. Ilość wszystkiego. Pogrążeni w cybernetycznej otchłani, dryfujący bezwiednie co chwila uderzamy w kolejny kierunkowskaz, który okazuje się następnym nic nie znaczącym trendem, chwilowym impulsem pozbawionym kierunku. Kolorowa podrasowana na krzywych korelacji scenografia jest bez ustanku nakładana na prawdziwy duszny obraz. Ludzie, którzy starają się go odsłaniać nie mają łatwego życia. Tego rodzaju uczciwość jest najmniej opłacalnym deal – em w tej umownej rzeczywistości 3D. Tak naprawdę łatwo nas kupić i uczynić sprzedawcami iluzji, kuglarzami pocieszycielami z zapałem tworzących kolejne makiety i banery reklamowe. Kręgosłup świadomości można złamać odłożoną w czasie obietnicą i złudną sztucznie wygenerowaną uwagą stworzoną algorytmem social media.
Ludzka populacja zdewastowana trywialnymi trendami pakuje manatki i emigruje w sieć. Jest to sieć niebywałej iluzji, kiedy wspomagana całą maszynerią taniej rozrywki i gloryfikowania łatwo strawnych modeli osacza swoim głupkowatym nadmiarem nic nie znaczącej treści i zasysa niczym muł. Kultura dryfujących odpadków połączonych w grupy aktualnych „wydarzeń” skupiających uwagę i po raz kolejny pozwalających na chwilę złudnego odprężenia na oceanie absurdu w flaczejącej z chwili na chwilę kamizelce ratunkowej pompowanej pocieszną obrazkową papką wysraną z automatu pop kultury i politycznego bełkotu ery Trump Show. Szczytne hasła odbite rykoszetem od kwadratury tego świata trafiają nas jako naiwny i strywializowany bulshit. Sen gęstnieje w monitorach posyłany zimnym kablem z centrali cybernetycznego królestwa. Ssaki ssią. Ssaki śpią. Ssaki są otumanione pokarmem panaceum. Przytomność jest ceną przetrwania Mądrości. Bycie sobą i podążanie za własnym głosem tej mądrości, która jest wynikiem naszych własnych doświadczeń. W lustrze „rzeczywistości” odbija się Legoland wykrzywiając każdą formę w aspekcie pożądania. Striptiz trwa i w stronę rozbawionej widowni lecą coraz bardziej przestarzałe fatałaszki obyczajów i dobrodusznych zachowań – zamiast tego dostajemy plaski bicia żywego mięsa, uciechy ekshibicjonistów. Karuzela zatacza coraz szybszy obieg, tempo zmian kulturowych przyspiesza, a kolejni z nas tracą równowagę i poczucie jakiegokolwiek sensu. Pozostaje nadzieja na odbicie się od dna, taniec z gwiazdami na ostrzu.
Cywilizacja Panaceum – to medialny zastrzyk przeciwbólowy wstrzykiwany ostrą igłą nowych mediów, bardziej subtelną i delikatną i nie tak gruboskórną jak przestarzałe propagandowe zakusy kwadratowych telewizorów i głów programowych złotej ery telewizji i zimnowojennego podziału na Wschód i Zachód. Królestwo smartphone jest zdecydowanie bardziej przebiegłe, ponieważ bazuje na pożądaniu i głupocie, a nie na strachu, jak było wcześniej. To otwiera teoretycznie nieograniczony potencjał eksploatacji w formie, bowiem treść stała się niepotrzebnym balastem. Pustka jest formą jak mawiają. Nie pustka w sensie metafizycznym czy mistycznym, a pustka braku treści – wydmuszka polukrowana w tłusty giełdowy czwartek. Dla ludzi wiernych sobie odpornych na zauroczenie „wesołym miasteczkiem” pozostaje rola autsajdera – powolne i konsekwentne oddalanie od „jądra ciemności” w stronę światła świadomości za wysoką cenę wykluczenia w tej imprezie. Łatwość, przystępność i wygoda na karuzeli do popicia napoje gazowane i łódka z sosem tysiąca wysp archipelagu połykania i trawienia. Siła odśrodkowa staje się tak ogromna, że odpala stan hipnozy i zauroczenia zmieniającymi się bez przerwy obrazkami dekoracji.
Jaka jest alternatywa? Nie ma. To kolejna iluzja wyboru, rodzaj przekierowania na ubrany w inny strój ten sam mechanizm. Alternatywne media, alternatywna medycyna, sztuka, religia – cokolwiek, to produkt w akcie sprzedaży opierający się na potrzebach kolejnej nadziei. Ta podstawowa i fundamentalna dychotomia utrzymuje całe to wahadło w ciągłym ruchu. To tylko jeden z wielu wieczystych podziałów, który generuje stan zogniskowania świadomości na zewnątrz w poszukiwaniu tzw. szczęścia. Szczęściem może być zamaskowana pycha, autoerotyczny i autokratyczny element domniemania o swojej wyjątkowej roli – ukrywany tak by nie mógł być zdemaskowany. Można wyjść z tym na światło dzienne w roli cocha lub trenera, bowiem mało jest tych ludzi, którzy naprawdę chcą pomóc – to punkt pierwszy, a drugi – to fakt, że mało kto potrafi to zrobić, dlatego szybko okazuje się, że po wyczerpaniu energii podniecenia nowym „rozwiązaniem” znów wracamy do punktu wyjścia. To jest problem samej natury egzystencji w obecnej formie, a każda inna jest jedynie wyobrażeniem, spekulacją umysłu. Nadzieja to niewiedza, to oczekiwanie, to obraz z rzutnika świadomości na ścianę przyszłości wykalibrowany ostrością życzeń.
Na tym zarabia się najlepiej. Ponieważ czas potrzebny na gloryfikację i eksplorację tej nowej odkrytej „drogi”. „prawdy”, „sposobu” gwarantuje konkretny okres „zabawy w nowe” które nieubłaganie zacznie znów odkrywać swoje stare źródło – rozczarowanie. Chodzi tylko o to by rozczarowanie nie trwało zbyt długo i zostało zagłuszone nową iluzją. Rozczarowanie to moment nagości. Punkt, który odsłania sam mechanizm. Dlatego każde tzw. „negatywne” ma w sobie coś świętego tak naprawdę poprzez sam prosty fakt wypierania, unikania czy ignorowania, a zintegrowanie tej energii jest Mądrością. Cień wskazuje na kierunek i intensywność światła. Mały cień – mało światła.
Wracając do dietetyki do nauki o żywieniu. Z jednej strony mamy konglomerat nauki o człowieku – jako mięsie rzuconym w bezsensowna otchłań Przypadku. Chemia. Fizyka. Biologia. Matematyka. Zachowaj balans pierwiastków, użyj suplementów i skoryguj niedobory. Alternatywa wydaje się bardziej złożona – to nauka wpływów. Planety, uwarunkowania, energie, żywioły. Jednak czego byś nie zrobił nie odwrócisz kierunku koła, nie zmienisz natury egzystencji. Nie unikniesz rozpadu kolejnych iluzji i marzeń. Jakbyś się nie odżywiał nie unikniesz rozpadu ciała. To jest Mądrość Cienia. Powstaje dystans i przestrzeń. W ten sam sposób witasz dobre i złe.
Jest teoria różnorakich mistrzów i jest praktyka naszego własnego życia. Doświadczenie jest najwyższą nauką. Prawdziwą ziemią dotkniętą palcami.
Pierwszym fundamentalnym aspektem jest uczciwość wobec – nas samych. W stosunku do siebie. W tej kwadratowej rzeczywistości 3D to jest ogromne wyzwanie. Dlatego w mojej narracji w „Kuchennych Ewolucjach” zwracam uwagę na „życie od kuchni” – czyli nasz prawdziwy niezafałszowany i w dobrym tego słowa znaczeniu surowy i nieprzetworzony wymiar. W tych czasach „wielkiego piksela”, który stał się naszym naturalnym środowiskiem egzystowania – naszą klatką z widokami – jak nigdy dotąd udawanie czegoś lub kogoś stało się normą.
Nasza wirtualna jaźń zadomowiła się w nowym środowisku „prezencji i prezentacji” i nawołuje do uwagi. Tak robię to samo – jednak moje motywacje są zupełnie inne. Temat, który zajmuje mnie od dłuższego czasu – to zagadnienie w jaki sposób mówić o rzeczach ważnych w świecie zdominowanym przez trywialne popędy autostymulacji w imię bezużytecznej rozrywki zapełniania czarnej dziury trywialnego społeczeństwa pogrążonego w zabawie, która źle się skończy.
Fakty są twarde. Brutalne. Koniecznością staje się wzrost świadomości i odpowiedzialności za nasz wspólny dom jakim jest ta planeta i za los istot podobnym nam jak i tym słabszym skazanym na naszą łaskę jak zwierzęta, których życie najczęściej jest jedynie bezcelowym cierpieniem. Propagowanie tej świadomości uważam za prawdziwą pracę „od kuchni” ukrytą za zaspokajaniem naszych mózgów spragnionych nowych smaków, rozrywek i urojeń. W zasadzie media. które powinny nam mówić o wielu ważnych sprawach i przekazywać prawdziwy obraz – stały się więźniami wpływów, które utrzymują je przy życiu. Innymi słowy stały się zależne od tych zjawisk, ludzi i sfer wpływów jakie za wszelką cenę chcą nas utrzymywać w tych urojeniach. Jest to analogia naszego życia – stajemy się niewolnikami warunków, które nas trzymają na jałowym biegu ciągłego dreptania w miejscu. To smutne i powszechne. To prawdziwa przyczyna wojen, przemocy i niesprawiedliwości – ludzie, którzy stracili kontakt ze swoją mocą , prawdą i pasją, lub nie mieli odwagi czy szansy odkryć tych właściwości. Człowiek. Pasja. Ewolucja. Prosty schemat. Podstawa to My tacy jacy Jesteśmy. Moc – to nasza Pasja – jako Energia. A Ewolucja – to sposób Egzystencji – Przejawienia. Ewolucja – to mądrość i troska, miłość i wiedza. To czysty ludzki wymiar egzystencji.
Aktywny politycznie elektorat jest z analogowej ery polityków i mediów pod postacią „autorytetów – tych, co wiedzą” – a dla pokolenia Łącza – oczywistym jest, że mało kto wie – poza rolą, którą odgrywa – że wie. Dlatego patrzą na rzeczywistość jak na spektakl. Jak na autopromocję, autoreklamę – pokolenie podpięcia jest pokoleniem separacji – opuszczenia stada w pojęciu grup etnicznych, religijnych, narodowych, kulturowych. Jest to nowa utopia. Utopia nieskończonych możliwości podawanych przez Kabel – Babel.
To co zawsze miało największe znaczenie, poza zmiennymi kultury, religii, filozofii i polityki – to samo jądro. Podmiot zdarzeń. Każde warunkowanie następuje jako proces wtórny, zewnętrzny, narzucony. Jednak tutaj konieczne jest odwrócenie „Klątwy” – zaklęcia, które skazuje nas na uwagę skierowaną na zewnątrz, na przedmiot zamiast sam podmiot – jako źródło. Cały proces kulturowego warunkowania jest skonfigurowany w taki sposób, abyśmy do końca życia – żyli przedmiotem – światem zewnętrznym i bez końca reagowali na niego. Bez końca. Stworzenie pojęcia „Boga” jako siły zewnętrznej represywno – reakcyjnej, która ma z uwagą oceniać nasze przejawienie i „z góry” wyznaczać koleiny naszego egzystencjalnego toru – to podstawowy wzór algorytmu „utknięcia” – biegu jałowego. Dla „zarządzania skolektywizowaną” masą jest to bardzo wygodna opcja jak automatyczna skrzynia biegów. Aby proces automatyzacji mógł odwrócić bieg – musi być jakiś wyłom, wstrząs, który pozwoli na pewnego rodzaju wybicie z odgrywanej roli. Żyjemy w czasach kiedy każdego dnia wita nas wstrząs za wstrząsem i to jest dobre, ponieważ nas budzi ze snu przyzwyczajeń – powracamy do konfrontacji z życiem – do rozwoju. Nasza automatyzacja ma bardzo negatywną stronę, a mianowicie usypia naszą empatię, wrażliwość na stan świata i ludzi wokół nas. Dlatego uśpione społeczeństwo w coraz większym stopniu tworzy przyzwolenie na postępującą głupotę i idiotyczną rozrywkę pozbawioną jakiejkolwiek głębszej refleksji, co odcina możliwości ujrzenia mechanizmów a nie jedynie zdarzeń, które tworzą.
Za czym idzie stado tzw „współczesnych twórców” doby internetu – to stado idzie za masą, biegnie za schlebianiem i zaspokajaniem tej masy karmą – mielonką. Karma mielonka to nic dla nikogo dla czegoś. To coś to mamona przyszłości – like – uwaga. Dlatego polityka przyszłości będzie polityką – big data – skrawaniem informacją podług potrzeb.
Głód – zaspokajany cyfrowo, wciąż jest głodem. Bar mleczny internet 2.0.
TAKI REBUS: CZY TO ZWIĄZEK ZAWODOWY KURCZAKÓW HODOWLANYCH?
Zacznijmy od Energii. W systemach, które postrzegają rzeczywistość w bardziej zintegrowany sposób – energia pełni rolę fundamentalną. Jest podstawą samego życia jak i procesów, które nim zarządzają. Pory roku można postrzegać zatem pod kątem zasobów energetycznych, dlatego zima jest okresem kiedy energia powinna zostać wcześniej zmagazynowana, a gospodarowanie jej zasobami musi być rozsądne i oszczędne. W systemie narządów ten okres jest szczególnie związany z nerkami i pęcherzem moczowym. Nerki to „magazyn” naszej wrodzonej energii – potencjału zdrowia i żywotności jaki dostajemy w spadku od naszej linii rodzinnej / genetycznej. W pewnym sensie jest to bardzo konkretny potencjał jaki determinuje konstytucję naszego ciała. Kluczową kwestią jest tutaj rola energii życiowej – qi.
W zachodnich systemach medycznych nie istnieje takie pojęcie jak – uniwersalna życiodajna siła, która jest głównym czynnikiem sprawczym umożliwiającym życie, ruch i rozwój. Przyzwyczajeni jesteśmy bardziej do postrzegania opartego na przeświadczeniu, że organizmy są niezależnymi odseparowanymi bytami generującymi energię poprzez pracę samych narządów i wewnętrznych procesów na czysto biologiczno – chemicznym poziomie. Energia manifestuje się także jako światło. Zima charakteryzuje się najkrótszym dniem, a tym samym dostępnością naturalnego światła. Światło w sposób naturalny determinuje procesy biologicznego wzrostu wszelkich organizmów na ziemi. Bez słońca życie staje się niemożliwe. Nasza wrodzona konstytucja energetyczna w dużym stopniu decyduje o naszym zdrowiu – określa jego możliwości i ograniczenia, podatność i odporność na choroby.
Charakterystyczny dla chińskiego systemu tradycyjnej medycyny chińskiej jest również sam podstawowy schemat Yang i Yin jako symboliczne Światło i Cień – gdzie jedno nie istnieje bez drugiego, są to dopełniające się zasady współzależności i komplementarności. Nie jest to zachodnia koncepcja dualizmu – światło i ciemność, czy dobro i zło. Zatem podstawowe źródło energii nazwane jest Qi, a energia ta przejawia się jako Yin i Yang – polaryzacja źródła w dwóch równoważnych aspektach. Kluczem do zdrowia umysłu i ciała jest balans – równowaga.
Zatem okres zimowy ma naturę Yin, kiedy energia ma bardziej wewnętrzny skoncentrowany charakter. Od wieków jesienią gromadzono zapasy, by przetrwać trudną i srogą zimę w miejscach o zróżnicowanym klimacie. Samo zimno ma naturę yin i dzielimy je na wewnętrzne i zewnętrzne. Jako czynnik patogenny pochodzący z zewnątrz powoduje stagnację energii i samej krwi a symptomami są bóle, które wzmacniają się na skutek zimna. A nasze wewnętrzne zimno na skutek oziębiającej diety dodatkowo osłabia wydajność i żywotność narządów wewnętrznych. Nikt zimna nie lubi i jego nadmiar powoduje brak żywotności i sił witalnych. Możemy to poznać i odczuć w bólach i zapaleniach związanych ze stawami, „rewolucjach” żołądkowo – jelitowych, bólu brzucha, który po ogrzaniu słabnie.
Dopiero w zasadzie teraz nasza zachodnia medycyna, odkrywa wartość energii i tzw. kanałów energetycznych lub meridianów o czym od tysiącleci już z poziomu praktycznego korzystali specjaliści tradycyjnej medycyny chińskiej i wielu innych systemów. Wielowymiarowość tych naturalnych systemów leczenia jest dziedzictwem ludzkości, podobnie jak zachodnia medycyna, która ma niebagatelną rolę i wartość wbrew temu co uważa wielu wielbicieli tylko i wyłącznie tzw: „alternatywy” cokolwiek to znaczy pomimo swoich patologii i nadużyć ratuje ludzkie zdrowie i życie. Jestem zdecydowanie przeciwny demonizowaniu zarówno tej tradycyjnej medycyny jak i akademickiej – traktowanie czegokolwiek w czarno białych skalach jedynie dobrych lub złych – jest domeną spiskowego umysłu i nic dobrego z tego nie wynika. Lekarze są tacy i tacy. Firmy farmaceutyczne są również różne i zakładanie złej woli i domniemywanie zabójczych szczepionkowych planów zagłady – jest dobre na YT, a nie w życiu.
Mam wrażenie, że z nadmiaru pikselowych impulsów szwankuje nam zdrowy rozsądek. Warto brać poprawkę na wszelkie internetowe rewelacje, a szczególnie te „objawienia” jak to po raz kolejny wyleczy nam raka imbir, cytryna albo kurkuma. Impulsywne, kompulsywne i emocjonalne „szerowanie” kolejnych planów zagłady i spisków psuje nam naszą własną dość istotną energię, którą zużywamy na wkręcanie się w ten kołowrotek fake newsów.
Sami odpowiadamy za stan naszego umysłu i ciała i sami musimy o to zadbać. Dlatego dobrym rozwiązaniem jest normalna i rezolutna dieta oraz medytacja, która pozwala nam zdystansować się do tańca urojeń jaki nam funduje – taniec z myślami. Jest taki rodzaj energii, który nazwałbym energią uważności i troski. Warto o nią dbać i rozwijać, bo to przytomność, dystans, zdrowy rozsądek i współodczuwanie – dbałość o własny stan. Dodałbym jeszcze humor – jako ewidentną oznakę zdrowia. Życzymy go Jarkowi, Donaldowi i innym politykom co mają parcie na sarkofagi i mury – nie dać się zwariować – taki ambitny plan na nowy rok.
Nazywam to Gastropolis. To wielki system trawienny, organizm wzajemnego pożerania. Podstawą jest Głód. Łaknienie. Wszystko wydaje się sprofilowane pod kątem Strawienia. Ogromne globalne Przedsiębiorstwo Handlowo – Usługowe. Rodzimy się Konsumentami. W tej wersji „rzeczywistości” wraz z odcięciem pępowiny automatycznie następuje podpięcie.
Od szczenięcych lat rozpoczynamy konfigurację Wewnętrznego Systemu Operacyjnego by nadążać za Aktualizacjami postaw i trendów. Sam system edukacji – sam w sobie tworzy ściany tego kwadratu. Klatkę. Te klatki to stoiska sprzedaży w Markecie Mózgu. To jest podstawa. Punkt mojego wyjścia. Gastronomia stała się kolejną bombką na ściętej choince ustawionej w salonie zabaw, uciech i psot. Usługą, która ma nas zadowalać pełną trendów i nowinek opisywanych w kolorowych pismach i programach w telewizji i internecie. Ugładzoną i sprofilowaną pod wyniki sprzedaży malowaną lalką albo pociesznym Kucharzykiem z kreskówki albo stokowych zdjęć. Największa uwaga w tej coraz bardziej wirtualnej rzeczywistości 3D jest skierowana na Opakowanie. Tu się najlepiej zarabia i to stało się towarem obrotu jak giełdowe akcje. Dla osoby, która pracowała w Gastronomii w jej realnym rozpakowanym wnętrzu – ten lansowany wizerunek jest jak żart. Dla osoby, która wybudziła się z tego cywilizacyjnego transu i tej technokratycznej imprezy w kasku VR-u – ten żart stał się po prostu kpiną.
W autentycznym funkcjonowaniu w tym świecie jest pewna fundamentalna sprzeczność. Tak jak w każdej twórczości, która w swojej deklaracyjnej formule zapewnia o wolności. Jednak wolność to mit. Zatem – wszystko jest sprzedażą. Uzależnieniem od reakcji zwrotnej, która już determinuje kolejny ruch. Chodzi o to, by ta sprzedaż była uczciwa, a produkt nie szkodził na poziomie indywidualnym i kolektywnym. To można zrobić i należy zrobić i to dla mnie stanowi autentyczną alternatywę dla Świata Folderu. W moim odczuciu to zrozumienie staje się viralem świadomości. Ten viral będzie podstawą nowego biznesu – punktem wyjścia.
Kolejnym elementem tego biznesu będzie zaangażowanie w rozwój ludzkiej świadomości. Wiedza o współzależności i o realnej sytuacji w jakiej jesteśmy jako cywilizacja i istoty ludzkie. Podjęcie wyzwania jakim jest konfrontacja z konsekwencjami funkcjonowania w Kulturze Monety. I tutaj pojawia się wspomniana wcześniej bolesna sprzeczność. To jest trudne połączenie, bowiem standardy marketingowe zakładają przyjemny i lekkostrawny komunikat, bo to wzmacnia dobre samopoczucie i zachęca do zakupów. Jednak jak sprzedać wiedzę o realnej sytuacji tej planety, kiedy właśnie cały przemysł konsumpcyjny, medialny i działania polityczne mają znamiona populizmu i ich zadaniem jest ucieczka przed faktami. Ciężko zdjąć VR – y kask kiedy wyświetlają bajkę o spełnieniu, bogactwie i spektakularnej karierze i to w 3D.
Wracając do gastronomii to ewidentnie takim profilem, który już zawiera element wiedzy o naszej sytuacji i próba realnego działania jest kuchnia bezmięsna. Nie piszę tutaj o modach, stylach życia czy nadaniu swojej egotycznej postawie makijażu współczucia dla lepszego odbioru. Tworzenie jakiś urojonych podziałów na złych okrutnych mięsożerców i dobrych uduchowionych vegan mija się z celem i bardzo szkodzi – zrozumieniu roli takiej decyzji o zmianie diety czy jej modyfikacji, która często wcale nie jest łatwa. Taki proces warto wspierać dzięki wiedzy pozbywając się jednocześnie niepotrzebnej ideologicznej otoczki. Jednak przede wszystkim pozbywając się agresji wobec ludzi, których zazwyczaj oceniamy własną miarą. Ciągła krytyka i ciągłe zapewnianie o swojej racji jest stratą czasu.
Podobnie jak ciągłe spory o zmiany klimatyczne. Zmiany widać gołym okiem i tracenie czasu na uzasadnienia tego faktu wobec sceptyków nie ma sensu. Sens ma działanie tu i teraz przy użyciu tego co potrafimy i co mamy. Jestem zwolennikiem odczarowywania medialno – marketingowych zaklęć – co jak wiadomo nie jest najlepszą strategią biznesową. Jednak zysk powstający z takiego działania jest poza skalą ogólnie przyjętych standardów profitowych. Jest nim poziom szczęścia wynikający z życia w zgodzie z samym sobą. Jest nim radość z tego co się robi, jak się robi i z jakim skutkiem.