PIRACKIE OPOWIEŚCI

ŁAŃCUCH POKARMOWY

IMG_6418

Łańcuch globalnych zależności przemysłu żywieniowego jest dobrze naoliwiony – od punktów ulokowania w dogodnych punktach surowcowych, taniej i łatwej do eksploatacji siły roboczej, dogodnych rozwiązań ekonomiczno – geopolitycznych po fundamentalne z punktu widzenia konsumenta marketingowo – reklamowe mambo dżambo.

Zębatki ostre – szybkie profitowe przełożenie. Było z górki, jednak teraz zaczyna się etap utraty kontroli – wielki korporacyjny tasiemiec branży spożywczej zaczyna pożerać sam siebie, a dotychczasowi żywiciele – zwyczajni ludzie stają się coraz bardziej świadomi tych wielkich światowych pasożytów.

Żarcie to jest konkretna kasa, bowiem jak wiemy jest to dobro fundamentalne, a zarazem produkt pierwszej potrzeby. Jednak rynek żywieniowy zmieniał się diametralnie wraz z postępującą globalizacją. Jest to historycznie, ekonomicznie, gospodarczo i światopoglądowo – zupełnie nowa forma życia społecznego i jego organizacji i co najważniejsze konsekwencji. Podwalinami, pierwotnymi czynnikami sprawczymi są wydobycie surowcowego kapitału – złota, stworzenie obrotu środków finansowych i weksli oraz systemów bankowych, ropa i masowy przemysł. Każdy z tych czynników jest nierozerwalnie wpleciony ze sobą wzajemnie. Obrót globalnego kapitału tworzy globalną gospodarkę. XX wiek to gromadzenie kapitałów surowcowych i tworzenie imperiów produkcyjnych potrzebujących odpowiedniej infrastruktury politycznej i administracyjnej w postaci stworzenia usankcjonowanych instytucji prawnych opartych na modelu przekraczającym ograniczenia czasu i przestrzeni. To zupełnie abstrakcyjny model, uzgodniony i wdrożony system – widmo. Jego siłą jest równie abstrakcyjny kapitał spekulacyjny i bardzo daleko posunięty związany z tym patologiczny mechanizm długu. Równie patologiczny jest dualizm w postaci ponad miliarda ludzi z nadwagą i prawie miliarda głodujących. Współcześnie jedna trzecia populacji to drobni farmerzy, którzy swoją pracą pracują na własne utrzymanie. To najczęściej biedni ludzie podczas gdy globalna produkcja żywności wyrzuca jedną trzecią produkcji do kosza. Stworzenie mechanizmów prawnych przekraczających prawa i potrzeby ludzi oraz środowiska naturalnego jest spuścizną ostatnich dziesięcioleci i polityczno – technokratycznej elity – jakby powiedział Orwell – Ministerstwa Obfitości.

IMG_6419

Utworzenie międzynarodowych organizacji takich jak Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, ONZ, NATO, etc, dało początek „transcendencji” formuł i abstrakcji prawnych obcych „ciał” ponadnarodowych i ponadludzkich zamieniając świat w klatkę – więzienie, a całe społeczności i grupy etniczne w niewolników. Jednak za tymi bezosobowymi tworami stoją konkretne grupy ludzi dbający o konkretne interesy. Żyjemy w momencie przełomowym z punktu widzenia – przedefiniowania naszej roli jako gatunku na tej planecie, przeanalizowania naszych partykularnych egoistycznych interesów i zderzenia się z konsekwencjami naszych wyborów i działań. Dodatkowo postmodernistyczna era informacji zalewa nas nadmiarem sprzecznych raportów, konkluzji i wniosków, które najczęściej są wynikiem konkretnych modeli wpływów biznesowych grup nacisku – nazywam to modelowaniem opinii. Bogowie doczesnego świata, to monstra – hybrydy ich organizmy to wielopłaszczyznowa kombinacja bardzo daleko sięgających kończyn, a one same podłączone są pod Meta – Mózg.

Ich siła to ukryte centrum zarządzania i zimny system nerwowy, gruba skóra militarno przemysłowa pokryta śluzem autorytetów naukowych i różnej maści podległych specjalistów z wypustkami idiotycznych mediów i całego rozrywkowego disneylandu. Na świecie co sekundę ludzie piją ponad cztery tysiące kubków kawy Nescafe co sekundę, a ponad półtora miliarda kupuje produkt Coca – Coli każdego dnia. Największa „dziesiątka” czyli: Associated British Foods, Coca Cola, Danone, General Mills, Kellogg, Mars, Mondelez International (Kraft Foods), Nestle, PepsiCo i Unilever – w sumie osiągają ponad miliard dolarów każdego dnia. Globalny przemysł spożywczy jest większy niż przemysł energetyczny i stanowi dziesięć procent globalnej ekonomii. Za ich „sukcesem” stoi tania ziemia i tania siła robocza, ogromne budżety inwestycyjne, sztaby wszelkiej maści specjalistów uwiarygodniających ich tzw. dane i badania, najlepsze domy medialne i pierwszoligowi specjaliści od PR – u, a także platynowy status „inwestorów – zbawicieli” nad którym pracują służalcze medialne korporacje uzależnione od wpływów z reklam produktów tych marek i lokujące ich produkty w podświadomości konsumentów.

Podstawowe dobra dla każdego – masowa taśma produkcyjna owija wszystkie dziedziny życia na przemian z paragonami wielkopowierzchniowych marketów i erą smart reklamy na urządzeniach elektronicznych. Profilowanie reklamy jak w „Raporcie mniejszości” staje się faktem, smartfonowe podsycanie głodu nowych doznań przygodowo – kulinarnych także. Zachodnie społeczeństwa zagrabionego dobrobytu kosztem egzotycznych biedaków i egzotycznej biedy zaczynają wchodzić w fazę zderzenia czołowego z faktami: porażających dysproporcji planetarnych, zmian klimatu, kryzysu modelu ekonomicznego, eskalacji terroryzmu i narodowych ekstremów, a do głosu dochodzą populiści z receptami radykalnych zmian, które w tak skomplikowanych zależnościach globalnej wioski, są dobrze brzmiącymi frazesami i tworzeniem kapitału politycznego z nieodłącznym finałem rozczarowania biernego masowego widza – konsumenta. Nagle wygoda zaczyna uwierać i ukazywać realne koszty przychodu takiego stylu życia.

Siłą przeciwwagi rodzi się zupełnie nowy paradygmat, a w sercach i umysłach świta – jutrzenka opamiętania. Rzeczy i zjawiska zbędne oparte na fanaberii minionych „złotych czasów” stają się rażąco oczywiste, a złamanie monopolu komercyjnego przekazywania informacji prasowej i telewizyjnej przez internet z żywym duchem rebelii i potężnym polem rażenia raz za razem kruszy mury obronne Hermopolis. Syndrom dziesiątej małpy, która przybiera maskę trickstera i zaczyna tańczyć „taniec zmiany” zakradając się coraz bliżej pulpitów nawigacji Ministerstwa Obfitości. Postępujące po sobie gnostyczne tworzenie i niszczenie w oparciu o kombinację wiedzy, intuicji, intencji i miłości dla życia zaczyna kruszyć zbroję industrialno – cybernetycznego surogata Mega Mózgu, któremu mało zostało makijażu i technik odwracających uwagę. Wrażliwość i żywa inteligencja nie ma sobie równych w dusznym pawilonie Mordoru. Odpowiedzią na akt niszczenia jest twórczość i troska, ciągła edukacja i pierwotna nietknięta kochająca natura ludzkiej istoty. Wet za wet jest taktyką śmierci. W Korpo też są ludzie, którzy zaczynają rozumieć sytuację. Absolutnie nie chodzi o bycie anty, alter względem czegoś, chodzi o ewolucję umysłu i serca. Podział my – oni jest mało wydajny. Zmiana przychodzi ze zrozumienia przyczyn i konsekwencji. Nikt nie jest bez winy, a szukanie kozłów ofiarnych rzeczywistych czy wygodnie wyimaginowanych jest stratą czasu.

Stawianie siebie po „dobrej stronie mocy” pachnie zbędnym narcyzmem. Przebudzenie przestaje być jakimś metafizycznym frazesem, staje się nasilającym procesem budzenia świadomości i realną mocą sprawczą dla pożytku życia.

Zwykły wpis
PIRACKIE OPOWIEŚCI

W SIECI

Cieszę się, że nie musimy próbować zabijać gwiazd.

Ernest Hemingway, „Stary człowiek i morze”

Wielki człowiek i morze. Wielki człowiek i ocean. Wielki człowiek. Życie – niezgłębiona sieć zależności. Mózg – konceptualna matryca przypisanych znaczeń. Połów wygodnych stwierdzeń i ławica pocieszających koncepcji. Dla naszego oddychania oceany są równie ważne jak lasy i roślinność, ponieważ one również wytwarzają tlen (fotosynteza fitoplanktonu i pochłanianie dwutlenku węgla). Podziemne oceaniczne prądy i współzależności są nośnikiem ciągłości życia i przetrwania.

Autorzy raportu „The State of the Ocean 2013” wydanego w ramach International Programme on the State of the Ocean (IPSO), stwierdzają już w pierwszym zdaniu, że zebrane materiały naukowe, które wskazują na degradację morskich ekosystemów w rezultacie ludzkiej aktywności, są przytłaczające. Konsekwencje tej degradacji – zarówno dla istnienia życia oraz dóbr i usług Oceanu, od których zależy nasze życie – są alarmujące. Co gorsza, najnowsze oceny dokonane przez ONZ-owski Międzynarodowy Panel ds. Zmian Klimatu (IPCC) – które przez niektórych ekspertów są określane jako konserwatywne i ostrożne – wskazują, że zmiany w ekosystemach są postępujące i bezwzględne: podczas gdy wzrost temperatur na lądach może obecnie pauzować, to z całą pewnością nie dotyczy to Oceanu, którego ocieplanie się trwa bez względu na temperaturę na lądach.

Piotr Dominiak, „Ocean – drugie płuco planety”

Jednym z głównych czynników jest zjawisko „przełowienia”, czyli nadmiernej konsumpcji ryb przez ludzką populację. Co każdą godzinę człowiek pozbawia życia 10 tysięcy ton ryb, w skali roki to prawie 100 mln ton. Istnieje sposób przemysłowego połowu zwany: „trałowanie denne”, które polega na używaniu wielkich statków „trawlerów” o długości grubo ponad 100 metrów i wyporności do 20 ton, są to w pełni przystosowane do przerobu pływające ubojnio – przetwórnie wyposażone w systemy satelitarne i przy użyciu ogromnych sieci (o długości 1 km), które w ciągu godziny są w stanie złowić ponad 200 ton ryb. Pomiędzy dwoma takimi pływającymi molochami rozwija się ogromną sieć przy użyciu obciążeń umocowanych do stalowej liny i w ten sposób taki połów staje się prawdziwą apokalipsą morskiego życia niszcząc jednocześnie żółwie, koralowce, kraby, raki i roślinność. Cena tych praktyk to: jedna trzecia łowisk została wyczerpana, kolejna część jest bezlitośnie eksploatowana, dwadzieścia procent z nich jest kompletnie zdewastowana z czego jedynie 0,5 procent jest odbudowywana. Sytuacja jest katastrofalna. Zmiany klimatu, które zakwaszają i ocieplają oceany i powiększające się morskie strefy beztlenowe są kolejnymi elementami tego smutnego obrazu.

Wszystko w jakiś sposób zabija wszystko inne.

Ernest Hemingway, „Stary człowiek i morze”

Coraz częstszym zjawiskiem jest masowy pomór ryb jaki na przykład miało miejsce w jeziorze Hongcheng w południowej prowincji Chin – Haikou. Pisał o tym w maju tego roku brytyjski „Daily Mail” – zszokowani lokalni rybacy wyłowili 30 ton martwych ryb i lokalne organizacje rybackie uznały, że przyczyną tego masowego zgonu było zanieczyszczenie środowiska. To już kolejny w Chinach przypadek wymierania zwierząt z tego powodu. Podobną sytuację zaobserwowano w Wietnamie w prowincjach Ha Tinh, Quang Tri, Quang Binh i Hue gdzie martwe ryby pokrywały wielkie obszary przybrzeżnych plaż, a lokalny urzędnik powiedział agencji AFP, że „Nigdy nie widzieliśmy czegoś takiego.” Ryby, jak przypuszczano zatruła „niezidentyfikowana substancja” jak określił to dyrektor ministerstwa rolnictwa prowincji Quang Binh. Ustanowiono zakaz spożywania ryb i zarządzono ich likwidację. W tym regionie zlokalizowane są przemysłowe uprawy oraz wielka stalowania zarządzana przez Tajwański konglomerat Formosa. Warto wspomnieć w tym kontekście, że Wietnam w dużym stopniu utrzymuje się z eksportu krewetek, sumów i tuńczyka.

Nikt nie jest nigdy sam na morzu.

Ernest Hemingway, „Stary człowiek i morze”

Na te wszystkie praktyki dewastacji wodnego środowiska zareagował kapitan Paul Watson, zakładając w 1977 roku organizację Earth Force Society, a obecnie Sea Shepherd, która koncentruje się na zwalczaniu nielegalnych połowów. Walka z morskim kłusownictwem odbywa się w mocno partyzancki sposób oparty na filozofii akcji bezpośredniej, rządy państw związanych z morskim mega – przemysłem (Japonia, Australia, Nowa Zelandia) zarzucają tej organizacji eko terroryzm i łamanie prawa. Jednak Watson podsumowuje swoją misję, krótką i dosadną sentencją:

„Jesteśmy piratami współczucia ścigamy i niszczymy piratów profitu.”

, bo jak samo dodaje:

„Ocean umiera.”

Zwykły wpis
PIRACKIE OPOWIEŚCI

FABRYKA

DSC_5710

Wymiar rzeczywistości jaką stworzył gatunek ludzki na tej planecie przypomina wielką zmechanizowaną do granic fabrykę, której produktem są bezwartościowe kwitki zadrukowanego papieru pokwitowane bezsensownym cierpieniem, którego ciągłą podaż generuje zupełnie pozbawiona sensu pogoń za pozorną odłożoną w czasie szczęśliwością urojonej technologicznej utopi. Sztucznie modyfikowany owoc domniemanej ludzkiej ewolucji stał się hybrydowym połączeniem naturalnych instynktów i wieczystego niemożliwego do zaspokojenia głodu ludzkiego mózgu.

Wraz z rozwojem cywilizacji przemysłowej populacja ludzka eksplodowała w bezprecedensowym tempie i skali. Ma to związek z ropą i spożywaniem mięsa istot żywych. To industrialny pokarm całej maszynerii – ropa dla maszyn, mięso dla ludzi wygenerowało meta testosteronowy ciąg trwający nieprzerwanie od ponad stu lat. Uzależnienie od paliw kopalnych i spożycia białka zwierzęcego wzrastało z dekady na dekadę. Kontynuacja tego narkotycznego tripu stała się główną troską i centralnym polem działań i ich motywacji od konsumpcji po ekonomię. Tak naprawdę wojny toczą się głównie o surowce, tak jak w przeszłości koszmar kolonializmu i późniejsze wyznaczenie globalnych stref wpływów i ustanowienie postkolonialnej hegemonii judeochrześcijańskiej zachodniej kultury i jej „oświeconego” paradygmatu z czterema czakrami czyli Watykanu, Pentagonu, Londynu i Nowego Jorku. Współczesna geopolityka jest zorientowana tylko i wyłącznie względem utrzymania przy życiu cywilizacyjnego zombi i jego multikomputerowej matrycy snu wraz z ekonomią długu. Otworzenie śluzy przepływu wolnorynkowej abstrakcji i nieskończonych możliwości generowania wirtualnych produktów popytu i podaży całych kontyngentów długów przekraczających realną wartość sumy wszystkiego co jest nam fizycznie znane i co „posiadamy” jako istoty ludzkie.

DSC_5681

Ruletka ślepców w globalnym vegas z żetonami korporacyjnych bankrutów, kolejne skoki napięć w zamkniętej sieci uzależnień o coraz większej skali i konsekwencjach. Banki inwestycyjne, domy medialne – brokerzy złudzeń na giełdzie cierpienia. Jeżeli się dobrze przyjrzymy to każda współczesna aktywność człowieka ma znamiona fabryczno – korporacyjnej struktury, powiem więcej widoczne są bardzo wyraźnie zakusy połączenia na poziomie planetarnym w jeden fabryczny monolit. Optymalizacja tego tworu, czyli medialna struktura zarządzania informacją, a tym samym tworzenia całego pola bodźców i sygnałów, których zadaniem jest oswajanie psychicznego i kulturowego szoku ludzkości, gdyż skala i tempo zmian przekracza ludzkie zdolności adaptacyjne. Nowy fabryczny homo – sapiens jest sam w sobie cieplarnianym wytworem cywilizacyjnym zoptymalizowanym i zsynchronizowanym z emitowaną z częstotliwością stroboskopowego błysku medialną klatką. Film „Matrix” nie zabawiał się żadną metaforą, było to bezpośrednie ukazanie rzeczywistości na poziomie w jakim naprawdę funkcjonujemy. Cała struktura jest obrazem nośnym, zjawiskiem całkowicie sztucznie wygenerowanym poprzez złożony proces nakładania warstw na nasz umysł i zmysły łącznie z dołączonym w pakiecie systemem odczytu znaczeń i informacji.

Zagłuszenie pierwotnych instynktów w formie realnej psychicznej siły i wrażliwości zastało całkowicie wyrugowane cywilizacyjnymi sygnałami. Postępująca „wygoda” osłabia ciało, zdolności poznawcze i intelektualne wygaszając naturalne potencjały twórcze i moc żywego doświadczenia nagiej egzystencji. Cały wysiłek skanalizowany został do zdobywania pieniędzy przy taśmie produkcyjnej, której produktem jest nic innego jak tylko podtrzymanie tej patologicznej zależności i pogłębianie jej. Struktura zaczyna wchłaniać wszystko od państwa narodowego po systemy obiegu kapitału, od mediów po relacje międzyludzkie pod sztandarem wygody i bezpieczeństwa. Skutkiem jest możliwość zarządzania odruchem i percepcją, na skalę niedostępną nigdy przedtem, a tym samym tworzenie zaplanowanej matrycy doświadczeń w obrębie sztucznie wygenerowanego pola, ponieważ odcina się każdą ewentualną możliwość zakłócenia tych częstotliwości z jakich utkana jest cała gra. Tkanką łączną jest totalne uwarunkowanie, a cały system medialno – propagandowy służy wzmocnieniu tak powszechnego mechanizmu wyparcia. To psychologiczne zjawisko ma swoje źródło w ignorancji i tak powszechnym rozleniwieniu wynikającym z dobrodziejstw współczesnej klatki i jej otumaniających wygód. Nazywam to okablowaniem.

ROBOT

Przyjrzyjmy się systemowi dostarczania pokarmu zapracowanemu cybernetycznemu gatunkowi ludzi XXI wieku.

Mam nadzieję, że w polskich rodzinach jest inaczej niż w Japonii, gdzie coraz mniej osób gotuje w domu. W takich domach nie ma noży, desek do krojenia, patelni, garnków! Jest tylko jedna rzecz – kuchenka mikrofalowa. Nie jest jeszcze tak źle, jeśli ktoś kupuje w supermarkecie gotowe jedzenie i podgrzewa je w kuchence mikrofalowej. Często jedzenia nawet się nie podgrzewa, je się na zimno. Ludzie mówią, że gotowanie jest zbyt kłopotliwe, że nie mają na to czasu. Wybierają łatwiejsze sposoby. Jeśli tak się dzieje w jednym pokoleniu, to jeszcze w porządku. Ale jeśli takie zachowania zostaną przekazane kolejnemu pokoleniu i jeszcze następnemu, to w końcu nadejdzie moment, że nie będzie już ludzkich istot.

Hoitsu Suzuki Roshi

Żywienie to zjawisko, które szczególnie mnie interesuje, ponieważ jest ono jednocześnie najstarszą i najbardziej fundamentalną aktywnością człowieka oraz wskazuje bezpośrednio na prawdziwą naturę egzystencji. Profesjonalna gastronomia jest wytworem właśnie czasów ropy i mięsa i w swojej esencji jest tworem jak najbardziej industrialnym. Zimna stal, linie produkcyjne, korporacyjna struktura zadań i funkcji. Żywienie masowe nastawione na maksymalną ilość i najkrótszy czas. Produkt żywieniowy, zasób ludzki. Mięso – Człowiek. Zupełnie pomijane w całym tym komiksowym gastrobiznesie jest zaplecze zarówno ludzkie jak i towarowe. Cała uwaga skierowana jest na front, na talerz, na dekorację. Szeregowy pracownik gastronomii niczym się nie różni od warzyw i mięsa. Jest bierną ofiarą systemu wzajemnego żywienia. Powtarzalność i automatyzm w korporacyjnej nowomowie określane są mianem standardów, których oczekują konsumenci, którzy sami są kolejnym ogniwem w łańcuchu pokarmowym.

DSC_5685

Łańcuch ten utrzymuje cały ten zimny system w ciągłym ruchu na bezgłośnym trybie ignorancji i natychmiast dostrzega każdy przejaw zagrożenia dla swojego istnienia. Robot żyje, aby pracować i pracuje, aby żyć. Prawdziwy system kastowy tworzony jest na płaszczyźnie genetycznych kodów i biologicznego uwarunkowania, który determinuje zakres doświadczeń na płaszczyźnie społecznej wraz z przydziałem wykonywania wyznaczonych ról zawodowych. Nośnikiem tego jest tzw. „rzeczywistość uzgodniona” w ramach biologicznej rodziny i kręgu kulturowego. Jest to wspomniana psychologiczna warstwa bazowa, która wyznacza granice wyobraźni i możliwości. Większość istot ludzkich nie dysponuje doświadczeniem wolności swojej pierwotnej natury, jako podstawy istnienia. Zamiast tego jest totalnie uwarunkowana całą wyobrażeniową matrycą, którą dostaje wraz z biologicznymi narodzinami i korporacyjnym edukacyjno – religijnym systemem tresowania. Korporacyjna religijność jest fraktalnym odzwierciedleniem każdego innego aspektu cywilizacji mięsa i ropy. Charakteryzuje ją struktura autorytarnej władzy, brak wolności wyboru i dostępu do prawdziwej wiedzy, która jest wiedzą o nas samych o naszych możliwościach i ograniczeniach. Swoją dominującą pozycję wypracowuje psychologicznym i duchowym warunkowaniem poprzez uwydatnianie ułomności i karmienie strachem. Urojony Bóg – Sędzia ukryty w niebiosach jest esencją ukrytą w każdej szczelinie tej klatki. Mechaniczny bóg robotów i jego regulamin użytkowania życia jako najświętsza księga wszech czasów oraz całe podległe stworzenie jako żywy inwentarz do eksploatacji.

Zagubiona pierwotna cząstka ludzkiej istoty zagłuszona smaganiem bata w pogoni za sztucznym królikiem i betonową norą. Różnica pomiędzy New age’owym zlepkiem bajeranckich i efekciarskich duchowych gadżetów a autentycznymi naukami widoczna jest w szczerości i odwadze ukazania natury cierpienia jako podstawy drogi, a nie wyświetlania kolorowych migawek awatarów w trójwymiarze na końcu domniemanego tunelu skąpanego w świetle.

Zwykły wpis
PIRACKIE OPOWIEŚCI

AUTOHIPNOZA

DSC_5816

Kiedy już w odpowiedni sposób połączysz styki – wszystko zaczyna działać na autopilocie. Autodestrukcyjny autopilot – w rzeczy samej. Tak jak bohater drugiego sezonu „Mr Robot” usilnie próbuje przetrwać w „analogowej rzeczywistości” wlekąc za sobą głos z offu własnej jaźni i ratować się doskonałą pętlą obezwładniająco przyziemnej rutyny jako swoistego antidotum dla wirtualnej symulacji typowo wyobrażeniowej amerykańskiej rebelii bazującej na ogranych do bólu schematach hakerów w kapturach, nękających korporacyjny monolit. Droga od fikcji do rzeczywistości, staję się coraz krótsza, bowiem to fikcja ją w konsekwencji modeluje, podobnie jak coraz częściej teorie spiskowe pasują do irracjonalnych wynaturzeń tzw. rzeczywistości, która niepostrzeżenie przyzwyczaja nas do coraz dalej posuniętego ludzkiego szaleństwa.

Proces radykalnego przeprogramowania w jaki mimowolnie został wprzęgnięty ludzki umysł w ciągu ostatnich kilku dekad nie ma absolutnie żadnego precedensu. Oczywistym staje się, że kolejnym celem po ujarzmieniu i podporządkowaniu sobie świata natury – przychodzi kolej na ludzkie ciało, a co najważniejsze ludzki umysł i wreszcie finał zabawy w postaci – Układu Scalonego – jedynego w swoim rodzaju Meta – Eksperymentu – gdzie Bóg – Człowiek przechodzi proces Ubóstwienia do roli o jakiej marzył od samego Poczęcia – Zostać Panem Meta – Pastwiska. Stałoby się to spektakularnym zwieńczeniem ewolucji – Mózgogłowia.

Naturalnym środowiskiem do tego celu staje się cybernetyczno – technologiczne megamiasta – maszyny z podziałami na kastowy system zasiedleń i cały system administracyjno – urzędniczy punktowany za służalczość wobec korporacyjnego Monstrum. Rozwój megamiast to obezwładniające świadectwo zarówno hekatomby wzrostu ludzkiej populacji jak i jednoczesnego automatyzowania i warunkowania ludzkiego umysłu, oraz coraz bardziej widoczne i odczuwalne produkowanie – Odpadku – pozbawionej znaczenia i roli ludzkiej masy. Automatyzacja naszego życia i naszej pracy generuje bezwzględny bilans – Odpadku, podobnie jak przepełnienie tych wciąż obecnych zawodów i specjalizacji operujących w częstotliwościach Symulacji. Już nic nie ma realnego pokrycia w tzw. dobrach. Nazywam to Parytetem Abstrakcji. Slums jako strefa koncentracji Odrzutu Sumienia. Czym bliżej Centrum tym grubsze szkło, wyższe mury, bardziej pancerne drzwi. Imigranci cywilizacyjni pozostawieni na Oceanie Informacji i Spekulacji z archaicznymi zawodami opartymi na fizyczności i prostodusznym pojmowaniu świata biją pięściami w Mury Nowego Jerycha. W geście litości dostaną mieszankę paracetamolu i prozacu, by pójście w głębiny bolało mniej.

DSC_5850

Otumaniona i obłąkana populacja cybernetycznego Zachodu odpali płyty z programem Autohipnozy. Twoje powieki stają się ciężkie. Zaczynasz widzieć i kultywować własne odbicie traktując je zarazem jako jedyny komunikat dla podrasowanego w edytorach świata. Tu widzisz – nie widzisz. Tu słyszysz – nie słyszysz. Walutą będą fejsbukowe lajki i mordki pokemonów przelewane na konto. Zamiast pogody w wiadomościach będzie zupełnie darmowy seans Hipnozy.

Pokrętła kontrastów przesuniemy tak by przestały być widoczne. Odetniemy ten wstydliwy cywilizacyjny ogon nadając ludobójstwu kontekst naukowy i lekkostrawną formę dialogów, odczytów i sympozjów. Ktoś przecież musiał zapłacić cenę, by promocja mogła trwać. Tych, którzy się przebili przez zasieki i mury – wytropimy i zabijemy niczym wściekle psy – wykarmione jakby nie było naszym cywilizowanym okrucieństwem i geopolitycznym zasiewem dobrobytu. Jeszcze bywamy wstrząśnięci. Po atakach, przed i w trakcie. Niepokój. Taki stan przed kolacją po faktach. To nie jest to samo. Masz co bronić, gdzie żyć i co robić. To nie jest to samo. To idzie tak: Być nikim, nigdzie, dla nikogo.

Nie jesteś Bogiem.
Wyobraź to sobie.
Sobie.

Zwykły wpis
PIRACKIE OPOWIEŚCI

BANANOWY SONG

Masakra bananowa…to prawdopodobnie moje najwcześniejsze wspomnienie. Ci ludzie byli legendą, więc kiedy napisałem „Sto lat samotności” chciałem znać rzeczywiste fakty i prawdziwą liczbę ofiar. Opowiadano wokół o wręcz apokaliptycznej masakrze.

Garcia Marqez

Sto lat naszej samotności obfituje w niezliczone wydarzenia, niektóre z nich choć wydają się – banalne – a czasem bananowe – to kosztują życie. Tak było w Kolumbii w roku 1928 w mieście Cienaga w rzecz jasna amerykańskim bananowym imperium „United Fruit Company” i to tego odnosi się Marqez. Powodem był strajk pracowników fabryki bananów, którzy w liczbie kilku tysięcy wylegli na ulice domagając się poprawienia warunków pracy. Doszło do masakry ze strony kolumbijskiego wojska.

Oficjalnie zabito 9 osób, faktycznie jednak mogło zginąć blisko 2 tyś robotników. W latach 1911 i 1913 podobne interwencje przeprowadziły wojska amerykańskie w Hondurasie i Nikaragui. W bananowej masakrze zdecydowano się użyć kolumbijskiego wojska, by uniknąć amerykańskiej interwencji. Jak zwykle w osoby w polityce okazały się powiązane z bananową korporacją

United Fruit Company w chwili obecnej nazywa się dumnie: „Chiquita Brands International Inc.” i ma swoją siedzibę w Charlotte w Karolinie Północnej. To bez wątpienia bananowy król tego śródziemia z połyskującym wszechwidzącym okiem Królestwa Jednodolarówki. Zaczęło się jak zwykle niewinnie – kiedy w 1870 pewien kapitan o nazwisku Baker kupił 160 pęków bananów na Jamajce i po blisko dwóch tygodniach opylił je w Jersey City, a inny typ Minor Keith wkręcił się w produkcję bananów na Kostaryce, a będąc jednocześnie przedsiębiorcą kolejowym postanowił je posadzić wzdłuż linii kolejowej na Kostaryce. Panowie wypili bruderszaft i założyli biznes o dumnej nazwie: „Boston Fruit Company”.

Był rok 1878. Firma rozgrzewana słońcem inwestycji i tzw. umiejętności zarządzania zasobami ludzkimi (domyślamy się co to w tym wypadku oznacza) oraz dzięki kilku całkiem zgrabnych fuzji już po kilkudziesięciu latach dysponowała flotą wyposażoną w chłodnie z 95 statkami i przerobem ponad miliarda kilogramów owoców rocznie. Marka „Chiquita” została zarejestrowana w 1947 roku, a po chrystusowych trzydziestu trzech była już oficjalnym sponsorem zimowych (jakby inaczej) igrzysk olimpijskich w Lake Placid, a 10 lat później zmieniła nazwę na „Chiquita Brands International” a jak wiemy z zajęć ekonomii zabiegi takie służą umiejętnym lawirowaniu na oceanie podatkowym i cumowanie jedynie w swoich własnych republikach bananowych, które według definicji jest niestabilnym krajem z dyktaturą lub juntą wojskową zależnym od eksportu jednego surowca. Tak na przykład było w Gwatemali gdzie jedną z głównych sił gospodarczych i politycznych było United Fruit Company, któremu tej hegemoni zaczął przeszkadzać kapitan Jacobo Arbenz Guzman, który obalił w przewrocie wojskowym przyjaznego amerykanom błazna Jorge Ubico.

Guzman z miesiąca na miesiąc powodował uderzenia gorąca u dzieci wujka Sama wprowadzając demokratyczne wybory, zmieniając przepisy kodeksu pracy, podwyższając płace, dając wolność prasie i swobody obywatelskie oraz równouprawnienie kobiet, zniesienie niewolniczej pracy i reforma rolna – i tutaj uderzył bezpośrednio w United Fruit, który był największym właścicielem ziemskim w Gwatemali posiadając również kolei, pocztę, port morski, telekomunikację itd. I niegrzeczny wobec amerykańskiego korporacyjnego włodarza przywódca demokratycznych przemian został obalony jak to ma miejsce najczęściej (świeży przykład – Libia – polecam poszperać w temacie, podjadając pyszne chipsy bananowe).

Bananowe śniadanie z biedry

Za trzy za dwa z złoty pięćdziesiąt. Markowe niebieski znaczek „Chiquita”, a te nalepki zawdzięczamy R. S. Avery’emu, który wymyślił jako pierwszy etykiety samoprzylepne i w 1940 wsparł swoim wynalazkiem United Fruit Company i dzięki temu nawet banan stał się markowy. I widząc tą charakterystyczną niebieską etykietę – możemy być pewni, że ten banan jest pełen słońca i radości jak nam mówią reklamy, a nasze szare życie nabierze wigoru i słodyczy za naprawdę niską cenę. Jednak jak to się dzieje, że owe płynące statkami banany z odległych ciepłych krajów Ameryki Łacińskiej czy Karaibów są tańsze niż rodzime jabłka?

Prawdziwy paradoks neoliberalnego Hermopolis. Bananowy obrót to 13 mld ton na rok i odbywa się jak każdy z grubsza ponadnarodowy multi biznes. Pierwszy podstawowy element to zakleszczenie na najniższym poziomie przewodu pokarmowego – prole – robotnicy jak w 1984 pisał Orwell i oceniając jej populację na 85 % społeczeństwa to podstawa dochodowego biznesu. Mieć flotę szeregowców korporacyjnych żujących średnią pajdę chleba podczas wieczerzy – producentów reklamy – nowomowy dla konsumentów proli. I wreszcie 2 % elitę – kadrę zarządzającą na wygodnych fotelach i przy suto zastawionym bananowym stole w Ministerstwie Obfitości wykarmiona w pełni organicznym zdrowym jedzeniem za gruby szmal. Bananowy układ wzajemnych zależności kontynentalnej rasowany chemią opychany w swoich własnych sklepach jednolitych sieci. To jest wszędzie i we wszystkim.

Tak wszystko zaczyna się od wirusa myślozbrodni.

Zwykły wpis
PIRACKIE OPOWIEŚCI

KARMIENIE POKEMONA

MISTRZOWIE DRUGIEGO PLANU

metlife

Przekaźnik stał się przekazem, Szum staje się sygnałem głównym, który przebija się coraz bardziej, wychodzi z cienia na światło codzienne, szumi w Lidlu w metrze, autobusie, na przystanku. Szum osacza. Wwierca się metodycznie w świadomość, przejmując terytorium jak wirus. Szum staje się coraz bardziej wiązką wielopasmowych wielopoziomowych narracji, które zawierają w sobie jednocześnie sprzeczne komponenty, których zadaniem jest detonacja zaminowanego układu nerwowego, ciągła nieprzerwana stymulacja mózgu, by nie był w stanie – zrozumieć – co jest poza szumem.

Szum to medialna klatka, osaczenie zewnętrzną informacją, sprokurowaną poszatkowaną bezcielesną masą, która pozbawiona materialnej formy jest ciałem eterycznym Meta – Mózgu, jego dryfujące w przestrzeni kosmicznej przekaźniki, które sam stworzył poprzez niewolnicze ludzio – roboty stały się czakramami, które skupiają i wzmacniają Sygnał Amoku. Paciorki jego info różańca to oldskulowe odbiorniki typu radio i telewizja oraz te najnowsze bękarcie dzieci – komputery i smartfony, z czego te ostatnie niemalże wrosły już w naszą przestrzeń. Są zawsze z nami, dostępne, niezastąpione i pozornie usłużne, z utęsknieniem czekające na każdy nasz dotyk. Ta ludzko – elektroniczna kopulacja zapładnia nas coraz bardziej otwierając poziom transcendencji, by ciało eteryczne Meta – Mózgu, mogło inkarnować wewnątrz ludzkich ciał i umeblować

Nowy Wspaniały Mechaniczny Świat. Wykastrowany i idealny. Z iloma wygenerowanymi wymiarami musimy się mierzyć każdego dnia, z iloma równoległymi spektaklami medialnymi świadomie lub podświadomie mamy do czynienia i potajemnie zostajemy przybici do fotela widza, który czy chce czy nie musi w tym uczestniczyć. Nazywam to osaczeniem, na podobieństwo zagonionego we wnyki zwierzęcia, albo cynicznie dokarmianego w miejscu, gdzie ma zostać ubite poprzez przekarmienie. Zażreć się na śmierć. Jesteśmy osaczeni i prześladowani przez świat, który po prostu stał się szalony i za wszelką cenę chce uczynić z tego szaleństwa nowy model człowieka – swoistą generację ludzi – pokemonów. Ludzie – aplikacje, ludzie hologramy – kompilacja ignorancji i aktywnej dumnej głupoty z domieszką narcystycznej psychicznej masturbacji swoją urojoną zajebistością wynikającą tylko i wyłącznie z żonglowania komputerowo wygenerowanym wizerunkiem i co najważniejsze uwierzenia w ten fantom. Uzależnienie od tej sztucznie wygenerowanej jaźni i od tej wzajemnej gry pozorów, w swoiste nałożenie maski – nie dziwi, bo dziwić nie może. Dlaczego?

Co przykrywa piksel ?

Medialny spektakl i marketingowo – PR-owy konglomerat jest swoistym ratunkiem dla Meta – Mózgu dając mu czas i możliwość inkarnacji, ponieważ ignorowane przez niego warunki – środowisko – rozpadają się. Ten rozpad to koszt jego panowania. Proces w jakim jesteśmy nazywam – Odwróceniem Uwagi. Przekierowaniem. Jest to figura fabularna wielu wyświetlanych filmów dla widza – robotnika. Usankcjonowanie Kultury Amoku i nadanie jest bombastycznie – optymistycznego charakteru, innymi słowy uczynienie z trywialnych aktywności – punktu skupienia uwagi – jest idealnie skomponowanym i skompresowanym daniem głównym tej swoistej uroczystej kolacji w ramionach Bogini Kali. Wokół 7 miliardów biesiadników roztacza swoją „świętą” obecność Duch Święty – Widmo na falach wi-fi i transmitujący swój monolog – channeling do zaprogramowanych przez samego siebie wyznawców. Warto się przyjrzeć tym tak zwanym hitom na You Tube, posmakować przekazów vlogerów pokolenia happy meal. Ich przekaz w całości odnosi się głównie do rozprawiania o Symulacji. Wszelkie pomysły na tak zwane alternatywne życie w utopijnych społecznościach, nie są już tak zajebiste w realu jak starają się dowieść w internecie. To wszystko sprzedaż. Handlowanie snem. Składanie snu w edytorze video w soczystą wizję nowej utopii przy powszechności tej naiwnej wiary w obietnice i fantomy są cechą charakterystyczną epickiej w swoim rozmiarze Epoki Nudy. Konsekwencją programowania szczurzej rodziny w tej obrazkowej klatce jest uzależnienie od pobierania na To – rent – ach Symulacji gotowych pakietów światopoglądowych skrojonych pod wymiar wirtualnych potrzeb i utrzymywanie tego w fundamentalnym akcie niedokonania z migającą Obietnicą Spełnienia. Jednak nic na własność, wszystko na chwilę, podnajęte dla chwilowych potrzeb.

Obietnica spełnienia

To produkt docelowy. Obiecana nirwana na końcu Światłowodu. Glutaminian Sodu w tej chińskiej potrawie – badziewnej bezbarwnej masy podrasowanej farbą i sztucznymi dodatkami podanej w zajebistym opakowaniu na stół w „restauracji” z blachy falistej dla kasty gatunkowego odpadu, który ratuje swoją godność zakupami recyklingowanych w nieskończoność wariacji na ten sam temat. Na swój własny podniesiony do entej potęgi koncept, że ludzki gatunek – rabunek jest taki zajebisty, że wszystko może dopasować pod swój rozmiar XXL. Podczas biesiady w tej „restauracji” XXI wieku w zestawie jest i musi być VR – owy okular, specyficzna zaślepka na bydlęce oczęta podczas lotu. Byś przypadkiem nie zorientował się, że maszyna ma daleko posuniętą Awarię i pikuje wprost na Disneyland, a ty sam wypełnisz swoim ciałem przerwy pomiędzy kostkami brukowymi po których będą pełzać wykarmione modyfikowaną nuttelą hybrydy głupkowato uśmiechnięte dzieci – pokemony. Mięsa – hologramy. Obietnica Spełnienia to godło globalnej wioski – są tam śmiechy – chichy, cuda dziwy i zestaw klocków lego. Pływanie w basenie bąbelkowanego cyklonem B na rajskiej wyspie podatkowej, opalanie w kwarcówkach ekranów monitorów i stukanie opuszkami palców w dotykowy ekran – to nasze dziedzictwo. Trzeba nam wyciąć więcej lasów, wytrzebić więcej gatunków zwierząt i rozmnożyć się jeszcze bardziej, by zapisać się na stronicach Sennika Wszechświata jako najwyżej notowanej kategorii – lunatycy. Oniryczne bombastyczne lawirowanie pomiędzy notorycznym wtf a łapką w górę. Teraz swoje emocje możesz wyrazić kilkoma mordkami pod wpisami. Mistrzowie drugiego planu cyber entuzjaści, cyber eksperci od wszystkiego, cyber wspólnoty, memy ze świata elektronicznego upojenia, tanie wino drogich win. Las za oknem szumi coraz ciszej, ptak połyka balonówkę z historyjką o Myszce Miki na wakacjach w Libii.

Ej ty papierowy prorok! Wypierdalaj z tymi defami. My tu chcemy pociechy – uciechy.

Chcemy wrzucać, trawić i wydalać. Kino moralnego niepokoju w drugim pokoju.
Chcemy nowych inicjacji w seks tantryczny i nowinek lifestyle’owych z Kalifornii. Fikuśnych zdrowych dragów odpalających sufit jak z cyberpunkowej kreskówki.

Chcemy kurwa pokemonów!

Zwykły wpis
PIRACKIE OPOWIEŚCI

ZASPOKAJANIE PIĘCIU ZMYSŁÓW

watermarked3(2017-08-01-1433)

Od dawna zastanawia mnie skąd u licha wzięła się współczesna obsesja trendów kulinarnych jako swego rodzaju mody kulturowej, która niemal w obsesyjny sposób zajmuje naszą świadomość. Świat w jakim żyjemy – to bar szybkiej obsługi, którego głównym zadaniem jest zaspokajanie pięciu zmysłów. Ta na wskroś materialistyczna kultura pewnego rodzaju „jednorazowości” i chwilowego szczęścia opartego na chwilach zaspokojenia – cywilizacja bazująca na bardzo ulotnym i krótkotrwałym poczuciu nasycenia. Nasz stosunek do jedzenia wyraża to bardzo dobitnie.

Trendy i mody w restauracyjnym światku pierwszego świata mają swoje magazyny i zaplecze w drugim trzecim i czwartym świecie. „Zdrowie” – to kolejny sklepowy towar – a obecnie cała jego „alternatywna” odmiana w postaci różnego rodzaju kompilacji – „zdrowej” i „afirmacyjnej” listy przebojów. Co jakiś czas pojawia się sztucznie wykreowany „hit” by przez chwilę wejść na szczyty obecnego notowania zarobić co swoje i spaść niżej w rejony passe. Lubimy podpatrzeć coś u „dzikusów” tam gdzie jeszcze ludzie nie są wypucowani ekologicznymi mydłami z płatków lotosu i naoliwieni olejkami z kory sandałowego drzewa oraz nakarmieni lekkością kwiatowych pyłków i wrzucić to na „ruszt” trendów by jak w „Pachnidle” po prostu zeżreć i wyssać do szpiku. Bowiem popyt w tym świecie oznacza eksploatację w tamtych „mniej rozwiniętych” do czasu kiedy kolejna „zdrowa” moda się skończy.

Psychologia jedzenia. Wielopoziomowy konstrukt mózgu 3D. Tą najbardziej pierwotną fizjologiczną funkcję zaspokajania głodu w świecie „nadmiarów” zastępują wszystkie inne takie jak psychologiczny mechanizm dostarczania poczucia szczęścia i odreagowywania stresu czy poczucia niedowartościowania – szukanie w jedzeniu – pocieszenia. Funkcja „prestiżu” w stylu powiedz co jesz, a powiem ci kim jesteś. Ocenianie ludzi poprzez to co mają na talerzu, samego talerza a nawet sposobu w jaki jedzą. Tutaj w grę wchodzą ideologie oparte na pokarmie – dobrym przykładem jest „weganizm” – jako sposób życia, rodzaj tożsamości. Trend bycia kimś oryginalnie świadomym notorycznie manifestującym swoją postawę całemu światu. Dobroć na pokaz skierowana w jednym ograniczonym kierunku oparty na ocenianiu innych pod kątem nas samych jako tych przecież „świadomych” i „oświeconych”. Mody żywieniowe są modami społecznymi – za którymi jest dużo więcej niż nasz organizm – to często cały kontekst stylu życia – gotowego pakietu wytworzonego na bazie marketingu i badań psychologii społecznej. To wreszcie hedonistyczna zabawa wszelkiej maści dizajnerów, blogerów, koneserów, krytyków, którzy w głównej mierze kultywują zwykłą próżność „człowieka ponowoczesnego” zabawiając go kolejnym w swej istocie nic nie znaczącym trendem – balonikiem nadmuchanym i pomalowanym bełkotliwymi farmazonami – pseudonaukowymi limerykami opartymi na emocjach i nadziejach.

W tak nafaszerowanym bodźcami mechanicznym świecie, podejmowanie decyzji przez większość jego ludzkiej populacji opiera się na emocjach i właśnie na nich bazuje cały reklamowy przemysł, który „rozkminił” kompulsywny charekter ludzkich zachowań. Pojawia się zjawisko głodu emocjonalnego, który jest nagły i nakierowany na zachcianki i poszukiwanie smakowej nirwany – liczy się szybkość i dostępność, liczy się chwila iluzorycznej ekstazy. Niczym coraz bardziej słodkie obietnice nowej religijności w stylu kolorowego poradnika new age. Rozwój pozbawiony mądrości i współczucia jest postępującą degradacją. Oświeceniowa mechaniczna zachodnia matryca „naukowa” pozbawiona głębi zrozumienia pustki i współzależności zjawisk, procesów i podmiotów owych doświadczeń czyli nas – jedyne do czego doszła do fizyczny świat biologicznych istot – których jedynym powodem istnienia jest kontynuowanie owego istnienia i zaspokajanie swoich potrzeb. W tak zaprojektowanej rzeczywistości nawet buddyjską pustkę można sprzedać za pieniądze – w tak zwanym przemyśle rozwoju duchowego. Jednak najpierw trzeba to opakować. Uatrakcyjnić, bowiem bezpośredniość i prostota – jest słabym „towarem” – gdyż uderza dokładnie w najczulsze miejsce – w iluzję „rozwoju” i „wzrostu” – jako mechanizmu pompowania ego. Ego uwielbia kolorowo – afirmacyjną duchowość pozbawioną wysiłku i odpowiedzialności opartą na „magicznych” ceremoniach. Zdobywanie wiedzy, czytanie, sprawdzanie źródeł tych „duchowych” objawień i wachlowanych z nabożną czcią wszelkiej maści guru sypiących ze złotego rękawa swoje mądrości – to wszystko zbyt jest męczące, czasochłonne i wymagające.

Wybierzemy tych, którzy dużo są – wciąż odpisujący na nasze potrzeby, dający nam słowa, które chcemy usłyszeć. To jak jesteśmy piękni, mądrzy i wspaniali i możemy mieć jeszcze więcej. Ten nasz wspaniały „rozwój duchowy” pomoże nam w tym w połączeniu ze „zdrową dietą”. Tak.

Trzymam kciuki.

Zwykły wpis
PIRACKIE OPOWIEŚCI

ATLANTYDA 2.0

dsc_5088

Nowa Atlantyda to dryfujący plastikowy kontynent. Dryfująca śmieciowa wyspa „Great Pacific Garbage Patch” ogromna i zarazem spektakularna wizytówka cywilizacji 3D. To skupisko butelek, reklamówek, kubków, puszek całego tego kolorowego pierdolnika o masie 100 milionów ton i wielkości Australii. Idealne miejsce na wypoczynek dla całej nowoczesnej rodziny, skąd blisko na Hawaje i do słonecznej modnej Kalifornii.

Badania takie prowadzono w latach 2007 – 2013 na Atlantyku, Morzu śródziemnym, oceanie Indyjskim i rzecz jasna Pacyfiku. Istnieje coraz większe prawdopodobieństwo, że te pyszne owoce morza w kurorcie nad Pacyfikiem w tej czy innej formie zawierają ten cenny dla nas „surowiec” nienaturalny. Inne badania wskazały na kolejny problem, a mianowicie zanieczyszczenie plaż, które prócz ukochanego przez nas piasku mają coraz więcej drobin plastiku. Klęski żywiołowe takie jak japońskie tsunami wyrzuciło kilkanaście milionów ton zanieczyszczeń do oceanu. Tanie bilety, tanie wakacje na słonecznych wyspach to miliony ludzi generujących abstrakcyjne już ilości śmieci, które muszą być składowane na ogromnych wysypiskach z których często tworzy się sztuczne wyspy, a śmieci przedostają się do oceanów.

Wszystko to dotyka zwierząt morskich i ptaków, żółwie morskie reklamówki biorą za meduzy, które zjadają. Później umierają. ONZ szacuje, że rocznie za sprawą śmieci umiera milion zwierząt. To co jest w oceanach to blisko 1 proc. Światowej produkcji plastiku. Wracając do naszej plastikowej wyspy jej kolejny problem to fakt, że „zbudowana” jest z materiału fotodegradowalnego co oznacza, że nie jest on w pełni rozkładalny, a w fazie rozwarstwienia tworzy pył. To co zauważalne to te ogromne sterty śmieci na powierzchni jednak owe zawiesiny pyłu opadają w głąb wód szczególnie w strefach przybrzeżnych naturalnie wchodzi w interakcję z fauną morską. Sama produkcja plastiku wzrosła z 15 mln ton w latach 60 – tych do ponad 300 mln w roku 2014. Jednorazowość tych śmieci to koszt 100 mld dolarów rocznie, a jednorazowe oznacza, że używamy ich jedynie raz. Wracając do oceanów szacuje się, że już za trzydzieści lat śmieci będzie tam więcej niż ryb, bowiem wzrost populacji oznacza jeszcze więcej jednorazówek, których koszt produkcji pochłonie blisko 1/5 paliw kopalnych podczas gdy na tą chwilę recykling tworzyw sztucznych to jedynie 14 procent. Może się okazać, że nas jako gatunku już dawno nie będzie, ale zostaną po nas śmieci – jak wizytówka „Ludzie – biznesmeni i naczelny gatunek ssaków”. Biuro – planeta Ziemia. Przepraszamy – nie zdążyliśmy posprzątać, gdyż udusiliśmy się we własnych śmieciach. Posprzątajcie za nas.

Gastronomia jest doskonałym przykładem – zwłaszcza ta typu fast food, której model biznesowy idealnie odzwierciedla patologię „jednorazowej” cywilizacji. Polecam obejrzeć „The Founder” – swoiste studium przypadku. Priorytetem jest zysk, metodą bylejakość – efektem pokarmowa tandeta bez charakteru oraz brak jakiejkolwiek refleksji w szerszej perspektywie. Myślę, że sprawą najważniejszą jest przemodelowanie „jednorazowej” ekonomii na model, który po pierwsze bierze pod uwagę obecną sytuację i ogromne problemy, których manifestacje przejawiają się już niemal w każdej dziedzinie naszego życia w model biznesowy oparty na przytomności i empatii, który wymaga tworzenia „zdrowego” fundamentu w dość chorej rzeczywistości. Wzorzec wiecznego „wzrostu” gospodarczego już się wyczerpał i wynikającego z niego bałaganu, który trzeba będzie posprzątać – zaczynając od siebie. Nazywam to „Ewolucją od mózgu do serca”. W coraz większym stopniu – prawdziwym zyskiem będzie przetrwanie i rozwój świadomości bazujący na wzięciu odpowiedzialności za własną rzeczywistość i uświadamianie sobie konsekwencji własnych wyborów. Nie domy, jachty, domniemany szacunek i podziw – za „zaradność”, której kosztem jest niszczenie. Kiedyś na studiach zatytułowałem jeden z tekstów „Nikt nie pyta zwycięzców dlaczego przegrali”. Redaktor zmienił tytuł – bo była to prywatna uczelnia komercyjna, tam wszyscy mieli wygrać – pytanie co?

Komercyjna gastronomia idealnie odzwierciedla obecne relacje społeczne i jest mikroskalą tzw. „systemu”. Jej zdegenerowany oderwany od realiów nadmuchany jak balon opisywany w branżowych pismach marketingowy disneyland z całą tą niemalże religijną otoczką stymulującą apetyt na „jeszcze więcej”, „jeszcze egzotyczniej”. W skrócie – wydziwianie, traktowanie pokarmu jak fetysza, jak modowy wybieg jadących talerzy z specjalistyczną fotografią i postprodukcją. Kucharskie gwiazdeczki – celebryci w kuchniach lidla, biedronki czy na targach tesco. Pofarbowana kpiną pseudo ekologia i pro zdrowotne frazesy. Realia są zupełnie inne. Dostosowanie do realiów oznaczają prostotę, oszczędność i uczciwość bez zbędnych ozdobników. Kuchnia przyszłości to kuchnia – szacunku, gdyż fikcja nadmiaru w jakiej żyjemy potrwa bardzo krótko. Firmy przyszłości to spółdzielnie, kooperatywy – wspólne działanie oparte na świadomości realiów. Kuchnia bezmięsna jest tym właśnie przytomnym modelem gastronomicznym. To konieczność. Zysk straci swoje obecne znaczenie w postaci „profitu” a stanie się zyskiem wartości, zyskiem sensownego zajęcia, które dodatkowo będzie rodzajem działalności społecznej. Wypracowanie mikro modeli takich „firm” jest wyzwaniem tworzenia realnego modelu wspólnot opartych na działaniu tu i teraz w tej decentralizującej się rzeczywistości, bowiem proces globalizacji ma swoje ograniczenia, których nie sposób będzie „przejść”, a to oznacza, że proces odwróci bieg wracając do lokalności. W obecnej postaci gospodarzy model jest zupełnie niewydajny i nie sposób już ukryć, że ekonomia długu skończy się upadkiem tego systemu. Upraszczając – masz coś „pysznego” na talerzu – czy zastanawia cię czasem – Kto? Gdzie? Kiedy? W jaki sposób? Jakim kosztom to zostało przyrządzone?

Dlatego „Gastropolis” to jest metafora. Kiedy odkryjemy całą sieć przyczyn i skutków – wówczas przyjrzysz się uważnie temu co jesz i zrozumiesz, że wraz z tym „połykasz” wszystko co się przyczyniło do powstania tego „posiłku”. Dodatkowo uświadomisz sobie, że w gruncie rzeczy płacąc – nagradzasz to. To nazywam „systemem” – to produkcja wielowymiarowego „pożywienia” to jego zakłamana prezentacja i wreszcie uzależnienie bazujące na manipulacji smakiem. Obraz pobudza apetyt. Sprawa fundamentalna, czy koszty są warte zysków. Sprawa kolejna – co tak naprawdę jest zyskiem i jakie są realne koszty. Nie sposób o tym mówić do momentu, kiedy nie dotkniemy tej delikatnej tkaniny oplatającej wszystko – a mianowicie narrację Zysku. Cała opowieść zachodniej postkolonialnej „chrześcijańskiej” cywilizacji snuje swoje wątki jak coraz bardziej surrealistyczne akapity nowej „Boskiej komedii” pisanej marketingową nowo – mową, językiem coraz mniej metaforycznego „ognia”. Weźmy za przykład wybuchy bomb, płonące szyby naftowe, mandale sztucznych ogni rozświetlające niebo na koniec każdego roku tej spektakularnej masowej epopei, kiedy jej hodowla upaja się do utraty zmysłów – celebrując co…

Nazywamy to „zasadą nisko rosnących owoców”. Jabłko z drzewa na komputer. Świeci – komunikując Triumf. Bardzo lubię firmę „Jabłko” sam piszę te słowa na ich maszynie, a u boku mam ich sprytny telefon, który z całą pewnością jest czymś dużo większym niż tylko telefonem. W istocie jest lokalizacją Produktu – jakim sam jestem, by sprzedawać i zbierać informację o moich potrzebach coraz bardziej wyprzedzając moją świadomość, bowiem algorytmy jakimi zostaliśmy opisani są coraz bardziej precyzyjne, a sprzedaż coraz bardziej bezpośrednia.

Zasada nisko rosnących owoców jest bardzo prosta i jest fundamentem tej cywilizacji i jej „osiągnięć”. Polega na tym by pozyskiwać jak najwięcej jak najmniejszym kosztem i zdolności komunikacji i jej masowych kanałów nadać swym „zbiorom” jak największą wartość jednak równolegle musi jej towarzyszyć zasada wzrastających potrzeb. Nasza edukacja i „uświadamianie” w kulturze Zysku służy w istocie „wytwarzaniu głodu”. Nowe doznania, doświadczenia, smaki, przygody, odkrycia, zjawiska, trendy, osiągnięcia.

56bafd45675ba

– Aż w końcu umysł dziecka sam jest tymi treściami, które mu są sugerowane, a suma tych treści jest umysłem dziecka. I nie tylko dziecka. Także umysłem dorosłego – na całe życie. Umysłem, który ocenia, pragnie i wybiera – cały złożony z owych treści. Jednakże wszystkie te treści są naszymi treściami! – dyrektor niemal krzyczał w uniesieniu.

Huxley Aldous „Nowy wspaniały świat”

Kończy się kolejny rok szkolny – świadectwo ukończenia kolejnego poziomu warunkowania – tak nagradzamy dobre oceny, wyniki w powtarzaniu – klep by zwiększyć pojemność klepek, by później ci ważniejsi w klasyfikacji generalnej klepali cię po plecach albo po pysku. Jak się mówi – brak ci klepki? Jednak zasada nisko rosnących owoców jest związana z tak uwielbianym „schematem piramidy” – co oznacza, że jego szeroka podstawa to poziom łatwo dostępnego surowca, którego wydobycie jest tanie i wystarczy kilka prymitywnych narzędzi – to tryskające w niebo orgazmy pierwszych nafciarzy, to industrialno – przemysłowy zapłon Mechanizmu Zniszczenia. Jednak wraz z wydobyciem pojawia się zużycie – oznacza to, że czym wyżej w piramidzie tym trudniej. Poziom taniości i dostępności tworzy uzależnienie od produktu – jest tani i dostępny, powszechny – stając się podstawą funkcjonowania. W tej cywilizacji jest to paliwo – prąd. Zasilanie. Tak naprawdę wszystkie współczesne wojny toczą się z powodu surowców, a szczególnie paliw kopalnych. Jednak wraz z jego spadkiem wiąże się wzrost. Taki paradoks. Spadek dostępności – wzrost kosztów. Co jest konsekwencją uzależnienia kiedy brak „towaru”? Głód.

Głód w tym kontekście oznacza przypomnienie sobie stanów i doświadczeń związanych z brakiem. Ten stan braku, który nie został na powrót zintegrowany jest w „kulturze nadmiaru” związany z agresją, która dodatkowo będzie szukała winnych uzależnienia. Ten proces już się zaczął. Nie ma gorszego przebudzenia – jak to powiązane z wzrastającym cierpieniem. Nikt tego nie chce. Jednak pułap został przekroczony i nie ma już innej drogi. Nie istnieje alternatywa. Niestety. Współczynnik Zwrotu energii wobec Energii Zainwestowanej. Punkt Zero. Szczyt Piramidy. Bielmo na oku. Deepwater Horizon. Wyciek czarnej krwi – ropy. Fukushima – katastrofa – znów „paliwo”. Czym bliżej szczytu – tym dewastacja staje się większa. Tak jest ze wszystkim. Jak się ma przysłowiowy Kowalski segregujący śmieci do ponadnarodowych korporacji paliwowych. Jak się ma twoja aktywność do tej która jest ponad i tworzy cały system operacyjny ekonomiczno – prawny w jakim żyjesz?

Dla mnie osobiście to sprawa bycia uczciwym wobec siebie i próba przebudowania tak swoich potrzeb i egzystencji, aby mniej szkodzić i stawać się człowiekiem świadomym i przytomnym. Dlatego łączę pisanie i komunikację z gotowaniem. Kuchnia to miejsce fundamentów, praca fizyczna i umysłowa. Dotykanie mózgu i serca.

Może chciwość jest tym kataklizmem, który zatopił mityczną Atlantydę?

Zwykły wpis
PIRACKA KUCHNIA

TRZY SIOSTRY W KUCHNI

DSC_9937

Do Europy fasola trafiła dopiero w 1528 roku w ręce kanonika Piero Valeriano, który zasadził jej ziarna do ziemi, które z kolej dostał od papieża Klemensa VII przybyłe na statku z Indii Zachodnich. Jeżeli chodzi o medycynę chińską to właściwości zdrowotne związane są z rodzajami fasoli i jej kolorami. I tak: warzywa strączkowe w kolorze zielonym są związane z elementem drzewa i oddziaływają na wątrobę i pęcherzyk żółciowy – dla przykładu: fasola mung, zielony groszek i fasola szparagowa. Później mamy element ognia związany z sercem i jelitem cienkim i strączki mają kolor czerwony – fasolka adzuki, czerwona soczewica i fasola nerkowata. Kolejny to element ziemi i kolor żółty i związane z nim organy: żołądek i śledziona – trzustka i odpowiednio działają na te organy – ciecierzyca, soja i żółty groszek. Z metalem czyli płucami i jelitem grubym korelują fasola jaś, fasola lima i fasola północna w kolorze białym. Kolejnym jest element wody i kolor czarny, brązowy lub ciemny i wpływają na nerki i pęcherz moczowy i doskonała jest czarna fasola, czarna soja i soczewica brązowa. Przy diecie roślinnej to potężne źródło białka, tłuszczy i węglowodanów i by poprawić „fasolowe szaleństwo trawienne” dobrze przyrządzać je z tłuszczem dodawać sól czy glony i wodorosty. Gazy po strączkach powstają z powodu trisacharydów i kiedy wszystko jest z ciałem w porządku enzymy rozbijają je na cukry proste i wówczas wszystko się trawi. Najłatwiejsze do strawienia są fasola adzuki, soczewica, fasola mung i groszek i mogą być spożywane często.

Soja i czarna soja są ciężkostrawne, a nadmierne spożywanie produktów sojowych może pogorszyć zdolność organizmu do trawienia i osłabiać system nerek – nadnerczy. Jeżeli chodzi o łączenia pokarmowe to strączki najlepiej spożywać z warzywami pozbawionymi skrobi i wodorostami oraz glonami i produktami sojowymi. Na koniec gotowania dobrze doprawić solą morską, sosem sojowym, pastą miso, jeżeli posolimy fasolę przed gotowaniem nie ugotuje się dobrze i będzie się gorzej trawić. Sól pomaga w trawieniu produktów wysokobiałkowych. By nie było „gazów” dobrze użyć do gotowania komosy piżmowej, która pomaga jednocześnie w zwalczaniu pasożytów, kminku lub kopru włoskiego. Oczywiście bardzo istotnym czynnikiem jest namaczanie strączków przez minimum 12 godzin, by efekt był lepszy można wymieniać wodę kilka razy, samo namaczanie powoduje początek kiełkowania w ziarnach, a tym samym „uaktywnia” zawartość minerałów, a gdy podczas procesu gotowania pojawi się piana należy ją zebrać i gotować bez przykrycia. Można ją zamarynować w occie i oliwie w proporcji dwa do jednego. Jeżeli chodzi o kombinacje odpowiednich przypraw to dobra jest mięta i czosnek i można użyć również kolendrę kminek i i imbir, doprawiać także szałwią, tymiankiem i oregano oraz koprem włoskim i bazylią.

IMG_3999 (1)

Kukurydza jest czującym lustrem, dla ludzi, którzy ją uprawiają.

Edgar Anderson

Dla kultury Majów kukurydza stanowiła rdzeń ich kultury zarówno w sensie kulturalno – duchowym jak i gospodarczo – społecznym. Poczynając od samego Boga kukurydzy, którego żywot odzwierciedlał cykl wegetatywny samej rośliny, a który manifestował się w dwóch aspektach jako bóg płodności oraz burzy i deszczu, był dla Majów jednym z najważniejszych bóstw. Ponieważ to właśnie od łaski i niełaski tego boga zależało życie całej kultury, która głównie uprawiała tą właśnie roślinę. Rytualnie odprawiano ceremonię na część czterech kierunków związanych z czterema kolorami kukurydzianej kolby – białej, czarnej, czerwonej i żółtej. Jedne z pierwszych odkrytych artefaktów przedstawiają boga kukurydzy. Do tej pory wśród badaczy pokutuje teza, że powodem wyginięcia potężnej kultury Majów wokół kompleksu piramid była klęska nieurodzaju i wyjałowienia gleby potrzebnej do uprawy min. kukurydzy.

W majańskiej księdze „ Popol Vuh” jest napisane, że w początkowym okresie bogowie stworzyli ludzi z błota – jednak ich ułomność okazała się zbyt wielka i drugim materiałem z jakiego stworzyli ludzką rasę było drewno, jednak i tym razem inteligencja nowych istot pozostawiała wiele do życzenia i po odkryciu rosnącej kukurydzy postanawiają w końcu z jej pomocą podjąć trzecią już próbę stworzenia rozumnych istot dodając do kukurydzy własną krew. Tak według wierzeń Majów powstaje człowiek by przez kolejne milenia rozwinąć swój „rozum” by w konsekwencji jego religią stała się kultywacja „świętej” dewastacji. Powodem wyginięcia wszelkich kultur i gatunków jest nie kto inny – tak, tak, tak – tylko on…To nie gniew bogów, a głupota i zachłanność ludzi coraz szerzej otwierają bramy piekieł.

Z posługą kapłańską do dzikich krajów, prymitywnych ludzi – nieść nowinę zwiniętą w psalmy i pieśni wykończoną ostrzem i ogniem, ekonomiczną zagładą czy hodowlą nowej genetyki. Patrzę na zagadnienie GMO w nieco szerszym zakresie biorąc pod uwagę postępujące zmiany klimatu i bardzo realne możliwości następujących po sobie nieurodzajów – jako realną możliwość dla rozmnażającej się w zastraszającym tempie populacji Zombi wyhodowanej na kombinacji odwodnionych z wszelkich witamin i minerałów paszy social media i zdegradowanej do faktur i zapachów żywności 3.0 na półkach tanich dyskontów w miastach – molochach u podnóża gnijącego środowiska naturalnego – jako realną możliwość utrzymania owych Zombi przy życiu by ich erotyczna fantazja o Armagedonie mogła się ziścić i zmaterializować w sposób jak najbardziej widoczny i dosłowny.

A dwóch kapłanów jak Grant i Begemann z jakże humanitarnej formacji religijno – naukowej o nazwie Monsanto mogli za pomocą swojego różańca lobbingu i politycznych wpływów użyźniać gleby Ameryki Południowej swoimi pociskami modyfikowanej kukurydzy – by w rezultacie osiągnąć rezultaty lepsze niż ich sławny i kochany agent orange. Tak się drodzy moi pisze scenariusz pod „The 100”. Z perspektywy postrzegania środowiska naturalnego jako manifestacji boga – bardzo interesujące wydaje się postrzeganie lepszych poprawionych genetycznie płodów rolnych i gatunkowych. Witamy w „Grze o tron”. Poczujmy smak tego popcornu 3.0 podczas projekcji nowego sezonu „Homeland” albo „Walking Dead”. Darwinowskie szczytowanie!

Natomiast wracając do prawdziwej i niepoprawionej kukurydzy to w dietetyce chińskiej jest ona moczopędna powodując usuwanie wody z organizmu oraz przyczynia się do lepszego utleniania i wspiera metabolizm. Wspomaga serducho! Pomaga trawić i jest bardzo pożyteczna dla stanu i kondycji naszego uzębienia oraz jest bardzo użyteczna podczas schorzeń nerek. Już plemiona Hopi i Navajo hodując jej niebieską odmianę instynktownie wiedzieli zapewne (a może nie wiedzieli) o jej dobroczynnych dla zdrowia właściwości i jest o wiele bogatsza w białko, magnez, żelazo oraz potas.

DSC_3768

Na zupę, puddingi, kremy i ciasta
Nasze dynie i pasternaki to powszechne składniki,
Jemy dynie rano i jemy w południe,
Nie byłoby nas gdyby nie dynie.

Piosenka amerykańskich kolonizatorów

Chcesz z dyni – wołał poprzez rozwrzeszczany korytarz rosły i pryszczaty Mieciu z ósmej b, którego autorytet wzmocnił fakt podwójnego kiblowania rok w szóstej i dodatkowo rok w siódmej. Jednak kilkanaście wcieleń wcześniej zaliczając po drodze kilka wizyt w królestwie zwierząt był cwaniackim i dość rozpijaczonym Irlandczykiem i w owym czasie jego inteligencja była nieporównywalna do tej jaką odziedziczył obecnie jako gruboskórny Mieciu. W owym czasie w Irlandii, kiedy Mieciu był Jackiem wracając po upojniej imprezie w karczmie ów Jack spotkał samego diabła przez duże B, któremu wisiał swą własną duszę za uwaga – butelkę piwa. I namawiając wspomnianego diabła by ten zamienił się w pieniążek na którym Jack narysował krzyż i którym miał nasz irlandzki Mieciu zapłacić za trunek co zaowocowało schowaniem diabła w postaci pieniążka (wiadomo) w sposób taki, że biedny diabeł nie mógł powrócić do swej cielesnej formy i wówczas za obietnicę zachowania swojej duszy Jack przywrócił diabłu starą postać by w rezultacie kilka lat później znów go wystrychnąć na dudka tym samym trikiem jednak wiążąc go na jabłoni. Jednak Jack musiał umrzeć i umarł. I kiedy trafił do nieba, wówczas niebiańscy rezydenci z tytułu jego pijaństwa i hulaszczego trybu życia – odmówili mu wieczystego szczęścia w niebiosach, a po drugiej stronie spotkał wykiwanego przez samego siebie diabła, który przyrzekł przecież, że nie weźmie w posiadanie jego duszy jednak okazał się bardziej łaskawy od swoich niebiańskich oponentów, gdyż wręczył Jackowi mały węgielek by oświetlał mu drogę podczas wiecznej wędrówki w ciemnościach, a ten umieścił ów węgielek w rzepie, by później jego rodacy na pamiątkę umieszczali świece w dyni. Jak wiemy amerykanie kochają dynie – robią z niego ciasta, chleby, piwa i oczywiście dyniowatą obsesję święta Halloween z całym tym pierdolnikiem. Choć trudno w to uwierzyć dynia jest spokrewniona z arbuzem, melonem i ogórkiem. W medycynie chińskiej dynia wzmacnia Qi i środkowy ogrzewacz a jej natura jest neutralna lub ogrzewająca, a smak słodki. Ma też sporo witaminy A pochodzącej z karotenu i sporą dawkę węglowodanów. W Europie zalety dyni sławił Pliniusz w te oto słowa: „dynia nadaje blasku ludzkiemu życiu i jest balsamem na kłopoty.” W Indochinach uważało się że wielki potop przetrwali brat i siostra płynąc we wnętrzu wielkiej dyni. Największe dynie odnaleziono w Wielkiej Brytanii – o obwodzie 4,5 metra i wadze 600 kg, a dyniową rekordzistką świata była ta wyhodowana w Szwajcarii o wadze ponad tonę.

Konkludując, być może z naszej „zdroworozsądkowej” perspektywy wierzenia rdzennych ludów brzmią jak naiwne bajki i legendy – swoiste opowieści dla dzieci – jednak w każdym micie jest ziarno prawdy, jednak najważniejsze wydaje mi się odzyskanie szacunku do pokarmu, bowiem okazać się może, że ta nasza „nowoczesność” nie zagwarantuje, że ta technologiczna utopia będzie trwała w nieskończoność i zrozumiemy jeszcze za naszego życia, że rośliny i zwierzęta w większym stopniu decydują o naszym być czy nie być. Tym bardziej, że znakomita większość z nas żyje w „kwadratowych karmnikach” kwadratowych miast kompletnie tracąc połączenie ze źródłem istnienia i odczuwaniem prawdziwego świata, który nie zmienia swojego statusu na fejsie, a wprost przed naszymi oczyma. Tu słyszę – nie słyszę. Tu widzę – nie widzę.

 

Nazywam się Marcin Piniak i zawodowo zajmuje się szeroko pojętym zdrowym i świadomym żywieniem, jako wegetariański i wegański kucharz gotuję na warsztatach rozwojowych, prowadzę warsztaty gotowania i wykłady z praktycznych elementów Tradycyjnej Dietetyki Medycyny Chińskiej. Z gotowaniem jestem związany od blisko piętnastu lat. Pracowałem w profesjonalnej gastronomii w kraju i za granicą w wegańskich i wegetariańskich restauracjach.

SUBSKRYBUJ PIRACKĄ KUCHNIĘ:

SOCIAL MEDIA:

Zwykły wpis
PIRACKA KUCHNIA

DOBRO W PŁYNIE

DSC_9944-001

Zupa to jest jednak mistrzostwo świata. Absolutne! Permanentne mistrzostwo! To forma stała i płynna jednocześnie. Jest gorąca lub ciepła – co rozgrzewa żołądek. Jest doskonała na początku, w środku i na końcu. Na śniadanie, na obiad i na kolację.

To odwieczna tajemnica długowiecznych mistrzów Wschodu, Zachodu, Północy i Południa. To święty graal i alchemiczna zasada leżąca u podstaw wiedzy wtajemniczonych w złote zasady świętej geometrii kuchennej. Może być rzadka, płynna, gęsta z makaronem, z ryżem z kaszą jako krem etc. Pożywienie w formie płynnej wzmacnia płyny organiczne, pomaga trawić tłuszcze i białka (woda + zioła i warzywa).

Czasem w Tradycyjnej Medycynie Chińskiej mówi się o „zupach mocy” – to zupy gotowane bardzo długo bez przerwy – czasem nawet kilka dni. Tradycyjnie robiono to na wywarach mięsnych (głównie kości) i było to polecane w stanach dużego wyczerpania i osłabienia organizmu, często gęsto takie zupy przygotowywano dla kobiet w ciąży i po porodzie. Generalnie długie gotowanie pod przykryciem wzmacnia „chi” i „yang” – innymi słowy dodaje mocy i ma właściwości energetyzujące i rozgrzewające. Cukier wbrew Wańkowiczowi nie krzepi lepiej robi to zdecydowanie dobra zupa.

Zrzut ekranu 2017-03-11 o 22.09.45ZUPA MOCY

POTRZEBA UGOTOWAĆ WYWAR

Z DODATKIEM SUSZONYCH OWOCÓW JAŁOWCA LIŚCIEM LAUROWYM ZIARNAMI PIEPRZU I KORZENIA REMANNI KLEISTEJ

Według tradycyjnej medycyny chińskiej, Remannia równoważy” yin.” Zioło to rośnie w części północnej i północno-wschodnich Chinach, i jest używane w medycynie od ponad 2000 lat. Jego grube brązowawe czarne korzenie są zwykle zbierane jesienią. Powszechnie stosowane w leczeniu niedoborów yin. Obejmują to cały szereg dolegliwości, takie jak: alergie, anemia, nowotwory, zaparcia, cukrzyca, gorączka, wysokie ciśnienie krwi, infekcje bakteryjne i grzybicze, reumatoidalne zapalenie stawów, zapalenie kości i stawów, bezsenność. Pomaga chronić i wspiera pracę wątroby i nadnerczy, często występuje w mieszankach energetyzująco- tonizujących wykorzystywanych do zwalczania przewlekłego zmęczenia. Remannia może być używana jako substytut Lukrecji u osób z podwyższonym ciśnieniem krwi.

Źródło: https://ziolowenalewki.pl/uklady/21–remania-kleista-korzen-rehmannia-glutinosa-shu-di-huang-tynktura-13-25.html

DO ZUPY:

MAKARON RYŻOWY ALBO SOJOWY
BOCZNIAKI
CEBULA DYMKA I CZERWONA
SELER NACIOWY
SZCZYPIOR
TOFU WĘDZONE
ZIELONA CZĘŚĆ PORA
UGOTOWAĆ WYWAR (MIN 2 GODZINY)
NA WOKU PODSMAŻAĆ WYBRANE WARZYWA I TOFU
DODAĆ SOSU SOJOWEGO SOLI DO SMAKU
I WLAĆ WYWAR

NA KONIEC DODAĆ PASTĘ MISO
I SELER NACIOWY ORAZ SZCZYPIOR

PASTA Z WARZYW PIECZONYCH

WYBIERAMY KORZENNE WARZYWA Z WYWARU I CEBULĘ
UGNIATAMY I DODAJEMY PRZYPRAWY:

SUMAK
SOS SOJOWY
PIEPRZ CZARNY MIELONY
CURRY
BRĄZOWY CUKIER

UPIEC PRZEZ 15 MIN

WRZUCIĆ DO BLENDERA WSYPAĆ PÓŁ SZKLANKI ŁUSKANEGO SŁONECZNIKA I BLENDOWAĆ DOLEWAJĄC OLEJ RYŻOWY

SÓL HIMALAJSKA

 

ŁÓDZKI ŻUR

CO TRZEBA:

2 DUŻE ZIEMNIAKI
1 DUŻA BIAŁA CEBULA
1 ŚREDNIA CZERWONA CEBULA
2 ŚREDNIE MARCHEWKI
1 MAŁY POR
1 ŁYŻKA SUSZONYCH GLONÓW WAKAME
SZKLANKA GOTOWANEJ FASOLI JAŚ
100 GR TOFU
1 ŁYŻKA POSIEKANEJ KOLENDRY
60 ML OLEJU RYŻOWEGO
1 ŁYŻKA SOLI HIMALAJSKIEJ
2 ŁYŻKI SOSU SOJOWEGO
1 ŁYŻECZKA CZARNEGO PIEPRZU

JAK PRZYGOTOWAĆ TOFU:

PODGRZAĆ OLEJ RZEPAKOWY 1 SZKLNKĘ
USMAŻYĆ POKROJONE W KOSTKĘ TOFU
ROZGRZAĆ WOK
DODAĆ 1 ŁYŻKĘ OLEJU RYŻOWEGO
WRZUCIĆ POSIEKANĄ DROBNO CZERWONĄ CEBULĘ
PODSMAŻYĆ
DODAĆ TOFU
WLAĆ 1 ŁYŻKĘ SOSU SOJOWEGO

ZUPA:

ROZGRZAĆ WOK
WLAĆ 2 ŁYŻKI OLEJU RYŻOWEGO
DODAĆ POSIEKANĄ W PIÓRA CEBULĘ
DODAĆ POSIEKANĄ MARCHEW I ZIEMNIAKI
DODAĆ ŁYŻECZKĘ KURKUMY I PIEPRZU
PODSMAŻYĆ
WLAĆ WODĘ 2 LITRY
DODAĆ ŁYŻKĘ GLONÓW WAKAME
1 ŁYŻKĘ SOLI HIMALAJSKIEJ
JAK TRZEBA DOLEWAĆ WODY
NA KONIEC WLAĆ ŻUR

EPILOG:

Żur to trefniś pokarmów. Pełny autoironii i ciętego gęstego dowcipu. Żur po łódzku jest kabaretem Koń Trojański. To tajemna zupa Bogusława Lindy na kacu, kiedy blask powidoków wyrzuca pot na twarz, a w żołądku grasuje szamanka, a za oknem szczekają psy dwa. Łódź to miasto pozbawione makijażu, obdarte z efektów specjalnych i wirtualnej nadbudowy life style. Awangarda. Nie filmowa szkoła życia. Żur, zalewajka, barszcz biały – zupy klasy robotniczej. To były główne dania w fabrycznych osiedlach włókienniczego królestwa w samym sercu Polski. W emaliowanych garnkach na osmolonych kuchniach małych izb zatłoczonych i okopconych szczypiącym w oczy dymem z paleniska i przegryzania chleba z ciężkiego żyta, za który teraz płacimy kupę szmalcu w tzw. eko sklepach. Kiedy wczesnym świtem pełzałeś po bieżni swojego kieratu by budować wygasłą już potęgę Detroit wschodniej Europy myślałeś, że to nogi pana, łaska wczesnego kapitalizmu przez duże K…

Twój trud, twój znój nikogo nie interesował oprócz twojej licznej bardzo ubogiej rodziny, a ludzie dla których pracowałeś nawet nie znali twojego imienia do czasu kiedy maszyna pozbawiła cię dłoni. Wyrzucono cię jak szmacianą lalkę na ulicę kocich łbów, gdzie pomyje płynęły wartkim strumieniem jak – duch ciężkich dudniących maszyn i gęstego dymu bijącego w otchłań nieba. Nurt tej rzeki wygasł pod wbitymi młotem komunizmu betonowymi płytami gospodarki planowanej w której miałeś triumfować jak postać z propagandowych plakatów. Teraz przy wykorzystaniu potencjału turbo kapitalizmu Łódź odżywa i mutuje w stronę swojej Mocy. Łódzki Żur to Moc bez pretensji i smakuje tak samo dobrze nawet wtedy kiedy niegdyś robotnicze miasto przeistacza się w nowoczesną metropolię. Wspierajcie Łódź! To miasto z charakterem i bardzo ciekawą historią. Brzydkie kaczątko, które odsłania oblicze awangardowego łabędzia kultury i innowacji – dzięki własnej inicjatywie, docenianiu swoich walorów i pracy nad sobą. Recepta uniwersalna!

2017-02-13 12.17.56

Zwykły wpis