Zwierzęta nocy (oryg. Nocturnal Animals) – amerykański film, thriller psychologiczny neo-noir, napisany, wyreżyserowany i wyprodukowany przez Toma Forda, na podstawie powieści Tony i Susan Austina Wrighta z 1993 roku. Główne role odgrywają Amy Adams, Jake Gyllenhaal, Michael Shannon, Aaron Taylor-Johnson, Isla Fisher, Armie Hammer i Ellie Bamber.
Susan, ciesz się absurdalnością naszego świata. Jest o wiele mniej bolesny. Uwierz mi, nasz świat jest o wiele mniej bolesny niż świat rzeczywisty.
Człowiek z ludu jest winny składać hołd królowi. Takie jest prawo. Ponieważ jest to prawo, niszczy wolność i zniewala. Pod jarzmem tego prawa, człowiek musi zaniechać używania swojego umysłu, swojej mowy i swoich czynów. Ludzie muszą wierzyć, że są warci mniej niż król. Zauważ, że w przeciwieństwie do reguł, nie ma prawdy w prawie. Jest całkowicie możliwym okazać brak szacunku dla króla i w ten sposób złamać prawo. Prawo musi być egzekwowane siłą, ponieważ nie ma w nim prawdy. Prawo niszczy wolność, bo jest kłamstwem. Reguły natomiast tworzą wolność, ponieważ są one wiedzą. To co niszczy wolność, jest złem.
Jeremy Locke — End of All Evil
To w czym obecnie jesteśmy to tak zwany Próg. Doświadczenie progowe ma naturę inicjacji w pierwotny stan mądrości, w przekroczenie narzuconego ograniczenia. Musimy iść naprzód. Ponieważ ten system nie ma już praktycznej funkcji staje się niczym innym jak nawykiem, automatyzmem. Mamy do czynienia z sytuacją, kiedy na tej planecie coraz więcej istot przekracza program, który zarządza i kontroluje tą „rzeczywistość”. To jest masa krytyczna, nabrzmiały potencjał Zmiany. Sztuczne powstrzymywanie tego jest łamaniem pierwotnej zasady rozwoju. Kiedyś w przeszłości tych „wywrotowych” jednostek było stosunkowo mało, pełniły raczej rolę pewnej zapowiedzi manifestującego się potencjału. Kolektywna Ignorancja tropiła tych ludzi i likwidowała z okrutną determinacją, ponieważ nosili w sobie bardzo niebezpieczną Moc. To jest wiedza o możliwości Wyzwolenia. Teraz tak zwany system nie jest już w stanie nad tym panować, dlatego mamy do czynienia z tak drastyczną manipulacją. Prawdziwą pandemią jest pandemia wolności i tego boją się najbardziej ci, którzy czerpią zysk i żyją dzięki zniewoleniu istot ludzkich.
Nasz kolektywny umysł został zaprogramowany na podległość i status niewolnika. Rodzimy się w matrycy, która uznaje, że zawsze istnieją tacy, którym musimy się podporządkować, uhonorować ich status władcy. To myślenie mutowało w tak zwanym czasie. Obecnie w dobie społeczeństwa masowego, którym rządzi biurokracja i uprzywilejowany kolektyw namiestników, których wybieramy na zasadzie „wolnych wyborów” i którzy żyją i funkcjonują dzięki kradzieży zwanej podatkiem i niepoliczalnych opłat, niejako żywimy własnych oprawców, którzy regulują tak zwane prawo w taki sposób by zagwarantować sobie ciągłość panowania. Czynnikami, które są niezbędne to manipulowanie naszą świadomością poprzez skolektywizowane masowe media, aparat przemocy i perswazji w postaci władzy sądowniczej i wykonawczej oraz globalizacji, która tworzy siły ponad siłami, układy ponad układami. Jedyną zasadą władzy i jej celem jest sama władza. Obecnie ludzie, którzy kompletnie i przez lata funkcjonują w zupełnie innej rzeczywistości niż większość tak zwanych wyborców wymyślają zasady życia dla ciebie czy dla mnie, które zamiast upraszczać wszystko komplikują. Chodzi o to by utrzymać większość społeczeństwa w przymusie walki o byt, ograniczyć ich czas i możliwości do tego stopnia by nigdy nie przyglądali się temu w czym tak naprawdę żyją i jak to funkcjonuje.
System wzajemnego przywileju tworzy zupełnie osobną strukturę organizacyjną, hermetyczny świat zarządców i ich zrytualizowanego języka, który jest kompletnie abstrakcyjny i nienaturalny i funkcjonuje na zasadzie zaklinania rzeczywistości. Nazywam to Klątwą. W praktyce chodzi o to by zawładnąć ciałem i umysłem. Potrzebą rozumienia i potrzebą wiary. Częścią działania, aktywności i częścią wrażliwości i receptywności. Ciało i umysł mają żyć podług gotowego wzorca, funkcjonować w wyznaczonych ramach świeckich i religijnych. To są tak zwane ustroje. W naszym wypadku matryca „demokracji” i „chrześcijaństwa”. Kościół i Urząd to dwie ręce tego samego ciała w niektórych wypadkach jest to Państwo i Nauka, która stanowi nową globalną religię, jest współczesnym nowoczesnym kapłaństwem. To jest ta sama zasada jaka funkcjonuje tu od tysiącleci. W praktyce chodzi o skomplikowanie i stworzenie jak najbardziej złożonych i niezrozumiałych systemów percepcji rzeczywistości opartej na aktywności umysłu oraz na manipulacji wiedzą o naturalnych prawach i cyklach. Ponieważ prawdziwą władzą jest wiedza. Zawsze tak było.
Skolektywizowana i masowa edukacja jest systemem wdrażania w system, nauki w jaki sposób skutecznie umacniać i wspierać całą tą nienaturalną strukturę czerpiąc z tego zyski i dbając o swój status. Najważniejsza jest lojalność i posłuszeństwo, ponieważ to te czynniki decydują o tak zwanym dobrym i bezpiecznym życiu w tym Układzie. Zawsze widoczne jest jego prawdziwe oblicze, kiedy dochodzi do prawdziwego podważenia czy zakwestionowania samego systemu, wówczas ukazuje on swoją prawdziwą brutalną twarz. Możesz wszystko do momentu, kiedy nie dotykasz samej esencji zniewolenia, wówczas dotyka cię cały ukryty aparat represji i zazwyczaj ma to postać publicznego upokorzenia, stajesz się więźniem, kimś potępionym, pośmiewiskiem, przestrogą. To co za tym stoi i tym zarządza jest NIELUDZKIE.
Umownie możemy nazwać to SZTUCZNĄ INTELIGENCJĄ, która jest zimnym i wyrachowanym opartym na najbardziej prymitywnych odruchach i instynktach MÓZGOGŁOWIEM. To konstrukt umysłu, który ma naturę pasożyta i potocznie nazywany jest EGO. To nieistniejący realnie byt, który zawładnął naszą świadomością na poziomie jednostki i masy. To UMYSŁOWA NARRACJA, która uwierzyła, że jest podmiotem zdarzeń, osobą, czymś co istnieje realnie. To GŁOS w naszej głowie, który bez ustanku ocenia i wartościuje każde doświadczenie, każdą myśl i tworzy nieskończone abstrakcyjne wyobrażenia na temat rzeczywistości. Wszystkiego używa instrumentalnie. Nasze myślenie zasilane jest energią ciała, a nasze ciało jest żywą i wrażliwą inteligencją, która nie tworzy abstrakcyjnej matrycy, a zamiast tego po prostu jest OBECNE. Dominacja umysłu powoduje, że brak nam energii i brak nam obecności, w pewnym stopniu jesteśmy nieprzytomni, wciągnięci w nieskończony nigdy film umysłu. Dlatego nie widzimy co się dzieje, widzimy swoje projekcje, a nie rzeczywistość.
Zdjęcie: Marion Ettlinger/Corbis Outline
Ponieważ jest jeszcze coś, co jest dziwne, ale prawdziwe: w codziennym okopie dorosłego życia, nie ma czegoś takiego jak ateizm. Nie ma czegoś takiego jak nie oddawanie czci. Wszyscy oddają cześć. Jedyny wybór, jaki mamy, dotyczy tego, co czcimy. A nieodpartym powodem, dla którego warto wybrać jakiegoś boga lub duchową rzecz do czczenia – czy to JC czy Allaha, czy to YHWH czy wiccańską Boginię Matkę, czy Cztery Szlachetne Prawdy, czy jakiś nienaruszalny zestaw zasad etycznych – jest to, że prawie wszystko inne, co czcisz, zje cię żywcem. Jeśli czcisz pieniądze i rzeczy, jeśli to w nich upatrujesz prawdziwego sensu życia, to nigdy nie będziesz miał dość, nigdy nie poczujesz, że masz dość. Taka jest prawda. Czcij swoje ciało, piękno i powab seksualny, a zawsze będziesz czuł się brzydki. A kiedy czas i wiek zaczną to pokazywać, umrzesz milion razy, zanim w końcu cię zasmucą. Na jednym poziomie, wszyscy już to wiemy. Zostało to skodyfikowane jako mity, przysłowia, klisze, epigramaty, przypowieści; szkielet każdej wielkiej opowieści. Cała sztuka polega na tym, aby utrzymać prawdę na pierwszym planie w codziennej świadomości.
Czcząc władzę, w końcu poczujesz się słaby i przestraszony i będziesz potrzebował coraz więcej władzy nad innymi, aby znieczulić się na swój własny strach. Czcząc swój intelekt, będąc postrzeganym jako inteligentny, w końcu będziesz czuł się głupi, będziesz oszustem, zawsze na granicy bycia odkrytym. Ale zdradliwą rzeczą w tych formach kultu nie jest to, że są złe czy grzeszne, ale to, że są nieświadome. Są to ustawienia domyślne.
To rodzaj kultu, w który stopniowo wpadasz, dzień po dniu, coraz bardziej selektywnie podchodząc do tego, co widzisz i jak mierzysz wartość, nie będąc w pełni świadomym, że to właśnie robisz.
A tak zwany prawdziwy świat nie zniechęci cię do działania na domyślnych ustawieniach, ponieważ tak zwany prawdziwy świat ludzi, pieniędzy i władzy wesoło szumi w kłębowisku strachu, gniewu, frustracji, pożądania i kultu samego siebie. Nasza obecna kultura okiełznała te siły w sposób, który przyniósł niezwykłe bogactwo, komfort i wolność osobistą. Wolność do bycia panami naszych maleńkich królestw wielkości czaszki, samemu będąc w centrum całego stworzenia. Ten rodzaj wolności ma wiele do zaoferowania. Ale oczywiście istnieją różne rodzaje wolności, a o tym, który jest najcenniejszy, nie usłyszysz zbyt wiele w wielkim zewnętrznym świecie pragnień i osiągnięć….. Naprawdę ważny rodzaj wolności obejmuje uwagę, świadomość i dyscyplinę oraz zdolność do prawdziwej troski o innych ludzi i do poświęcania się dla nich na niezliczone, drobne, nieseksowne sposoby każdego dnia.
To jest prawdziwa wolność.
TO JEST WODA David Foster Wallace
Dlatego nazywane jest to ILUZJĄ. Oderwanie nas od ciała i od żywej inteligencji zamknęło nas w więzieniu umysłu, w abstrakcyjnym świecie wyobrażeń. Cała ta struktura jest fikcyjną krainą, czymś kompletnie wymyślonym, czymś co nie podstaw w realności. Bujamy w obłokach, żyjemy w chmurze. Jesteśmy programami, które ktoś bez ustanku aktualizuje. Dzieje się tak kiedy tracimy kontakt z ŻYWĄ INTELIGENCJĄ CIAŁA i z OBECNOŚCIĄ. Szukamy abstrakcyjnych mistycznych ścieżek, zamiast odkryć swój własny stan w tym momencie, zbadać samych siebie, przekierować uwagę na to co ma prawdziwe znaczenie.
Co jest prawdziwym władcą? Kto jest prawdziwym twórcą? Cały czas jesteśmy tam gdzie nas nie ma, to jest nasz problem. Czy istnieje życie po życiu? Czy istnieje moment po momencie?
Jednak czym jest to co istnieje? Jak wygląda?
W tej rzeczywistości istnieją ci, którzy odkryli w jaki sposób manipulować naszym snem, całym tym abstrakcyjnym wytworem umysłu. Jak rzucać klątwę NIEOBECNOŚCI I ROZPROSZENIA, jak powodować byśmy wciąż byli nieprzytomni i bez końca szukali potwierdzenia istnienia tego co nie istnieje. To jest fundamentalna przemoc oparta na manipulacji świadomością. Składanie hołdu Królowi Ignorancji. PODDAŃSTWO PROJEKCJI.
Nasze duże mózgi, argumentuje badacz, uczyniły nas przesadnie zmyślnymi. Potrafią one skonstruować własną rzeczywistość, całkowicie oderwaną od rzeczywistości „autentycznej”, i żyć szczęśliwie w tym urojonym miejscu uznając je w efekcie za świat „prawdziwie” realny. Nasze ego bez trudu wymyśla i wierzy w historie, które wywołują reakcje emocjonalne i tworzą w naszych głowach kolejne opowieści. Owo błędne koło negatywnej aktywności intelektualnej i emocjonalnej naszych umysłów – odłączonej od tego, co faktycznie dzieje się tu i teraz – kontroluje patologiczną kondycję naszej psychiki.
Narzędzia separacji – Fragmenty eseju Dave’a Pollarda.
Oferta jaką obecnie dostajemy to ucieczka od siebie w przestrzeń nieskończonych domysłów i spekulacji. Stan zawieszenia, oczekiwania, biernej obojętności. Dryf. Staliśmy się ofiarami okoliczności, mieszkańcami ciągle ulepszanych klatek, tak bezpiecznych i komfortowych, że żyjemy w stanie otępienia sterylną wygodą, kręcąc się w koło najbardziej banalnych spraw, które stały się naszym więzieniem. Przez zakratowane okna nadają nam film o rzeczywistości, którego głównym celem jest utrzymywać nas w jednoczesnym przerażeniu, tym co „tam jest” i iluzorycznym przekonaniu o swoim „bezpiecznym świecie”, który stworzyli dla nas nasi „opiekunowie”. Jesteśmy otępieni tak zwaną rozrywką i kulturą, która ani nie jest rozrywką, ani nie jest kulturą. To współczesna heroina, która uzależnia nasze umysły. Uzależnienie od konsumpcji treści, która przypomina jednolitą bezwartościową papkę dla niemowlaków. Chodzi o to byśmy coraz bardziej byli wprzęgnięci, zsynchronizowani z cyfrowym światem, który ma być naszym nowym miejscem zamieszkania, wyśnioną krainą nieskończonych możliwości. Edytowalnym Rajem, gdzie można śnić w nieskończoność. To w tym kierunku zmierza ta rzeczywistość. Mamy być kompletnie zależni i nieświadomi, upojeni cyfrowymi używkami.
Dzieje się tak ponieważ tak zwany analog uderzył w mur wzrostu, możliwości tej planety są ograniczone, a zasoby coraz bardziej zużyte, ryjemy już na bezpłodnej pustyni. To co zostało musi zostać dla tych co zostaną. Dlatego nazwano to wielkim resetem. Dlatego mamy to co mamy. Nie można się bawić cały czas. W końcu przychodzi moment kiedy impreza się kończy. Większość ludzi jest tak nieprzytomna, że kompletnie nie zdaje sobie z tego sprawy nawet po całej akcji z pandemią i wirusem. Wciąż śpią i czekają na powrót starego świata, jednak stary świat już nie wróci, bo już go nie ma, skończył się. Upadł przez swoją arogancję i pychę. Teraz jesteśmy w tak zwanym bardo – stanie pośrednim, w zawieszeniu pomiędzy trupem i noworodkiem, rzeczywistość inkarnuje do nowej formy. Ubiera się w to co ma do dyspozycji.
Ten systemowy układ gwarantuje możliwość nieprzerwanych doświadczeń. Jesteśmy eksperymentem. Hodowlą. Brak możliwości rozróżnienia pomiędzy wyobrażeniem a rzeczywistością jest podstawowym warunkiem, który umożliwia programowanie zachowań i postaw. Otumanienie i nieprzytomność, naiwna wiara, łatwowierność. Kult tytułu i uniformu, oddanie w obce, zimne precyzyjne ręce. Błogi spokój nieświadomości. Oni wszystko zrobią, załatwią, ogarną. Prawo, regulamin, instrukcja obsługi. Proste zdania i zadania. Układ wzajemnej zależności, który gwarantuje ciągłość badań. Odwieczny status niewolnika, którym zarządza ta sama bezwzględna przemoc zmieniająca formy jak maski, a która obecnie jest atłasową rękawiczką, delikatną kombinacją tak zwanej kultury i nauki, która pieści naszą próżność, daje nam to poczucie bycia kimś wyjątkowym sczytuje z nas wszelkie możliwe odruchy i emocje dla bezosobowych algorytmów, które tworzą miliardy replik, które zamieszkają w nowym cyfrowym uniwersum. Ufne i oddane szczenię łasi się i przymila do swoich nowych władców, klepane po pysku nieskończoną ilością obietnic. W samowystarczalnym technokratycznym konsorcjum nie potrzeba tylu niewolników – robotników, nie potrzeba rąk do pracy, mózgów do myślenia, sługusów do wyręczania, szpicli do kablowania, dziwek do obsługi perwersji, samorodnych talentów.
Wszystko na przemiał. Do recyklingu.
Problem jest taki, że ignorancja nagradza śpiących, daje im przywileje i benefity, bowiem jej służą, współpracują, są w układzie wzajemnej korzyści. Świetnie to widać na przykładzie mediów z jakich korzystamy i które otaczają nas ze wszystkich stron. Ten obraz świata jaki nadają korporacyjne media jest iluzją, która ma chronić przede wszystkim, tych którzy realnie i bezwzględnie ten świat niszczą, gdyż to ci ludzie posiadają pozwalającą na to władzę i wpływy. Są tymi, którzy kontrolują i modelują ludzką świadomość poprzez tworzenie wyobrażeń w formie tak zwanych informacji.
Choć widzimy korporacyjne logotypy za nimi kryją się prawdziwi ludzie, którzy podejmują konkretne decyzje i to wszystko czy chcemy tego czy nie kształtuje nasze życie. Ten świat zmienił radykalnie swoje oblicze po ostatnich dwóch wielkich wojnach, których „zwycięzcy” stworzyli nowy światowy ład, który umożliwił niewiarygodne przeobrażenia – zglobalizowany konglomerat – maszynę śmierci, której jesteśmy pracownikami na pełen etat, która nie chce się zatrzymać, dopóki nie wyeksploatuje wszystkiego. Nie rozumiejąc i nie szanując starego świata, który potraktowaliśmy jak dziwkę, chcemy nałożyć na jego zdegenerowane i wyeksploatowane ciało tą osnowę cyfrowej symulacji, skomputeryzowaną matrycę ostatecznego pasożytnictwa zarządzaną przez psychopatycznych multimiliarderów, dla których będziemy niczym innym jak nowym zasobem do zarządzania. Ucieczka z analogowej agonii do nieskończonych światów wygenerowanych przez Nowego Samouczącego się Boga – Algorytm. Jesteśmy tak zajęci tym sztucznym kręceniem się w zaprogramowanym kółku, że nawet nie zauważamy jak ten zmyślony świat staje się „światem prawdziwym”, który nas wgrywa w siebie jak kolejną grę.
Boję się ludzi, którzy uśmiechają się zbyt szerokim uśmiechem w tej rzeczywistości. Mam w głębokiej pogardzie ich kursy inwestycyjne, instrukcje sprzedaży, całe to śmierdzące gówno, które pakują w lepkie i samonośne slogany, które nalepiają na umysły szukające chwilowego szczęścia w kolejnej iluzji. Czcimy mamonę, każdego jednego dnia pogrążamy się coraz bardziej i bardziej w ten zmechanizowany materializm, który jest ciągle głodnym mięsożernym bagnem, które nas zasysa coraz głębiej w otchłań wiecznie niezaspokojonych potrzeb, nawet z tak zwanej „duchowości” zrobiliśmy towar do sprzedania, skromność na pokaz, ekspozycja sztucznej moralności, wystawa pełna importowanej z dalekich krajów świętości, pokaz mody szamanów, joginów, którzy „uzdrawiają” i „oświecają”. Mało z tego zostanie na samym szarym końcu, tam w poczekalni, na twardych ławkach, gdzie siedzisz nagi i bezbronny, a wszystko staje się jasne i przerażająco oczywiste. Śpiąca królewna będzie spać do końca, aż ją obudzi pocałunek śmierci pełen niemożliwego do strawienia rozczarowania.
„Rozczarowanie” jest słowem kluczem na ten czas, bardzo pojemną metaforą, która mieści w sobie każde nasze doświadczenie w tej przejażdżce na szybkoobrotowej karuzeli. Od wirowania kręci się głowie, świat staje się tajmlapsem, podróżą w ciemności przez zapętlony tunel, który wcześniej czy później prowadzi do pewnego zrozumienia, szokującego odkrycia banalnych oczywistości, które jednak tak naprawdę nigdy nie były banałem, a jedynie nie urzeczywistnioną surową mądrością, która teraz manifestuje się sama z siebie. Wielką nauką w tym pogorzelisku wypalonych namiętności i ciągłego głodu jest zdolność odrzucania, wielkie bezkompromisowe „nie”, które jest potężnym ostrym obosiecznym mieczem mądrości, która istnieje bez naszego „mistycznego” wysiłku. Ja nazywam to „Jebnięciem Transcendentu” czymś co w jednej chwili niszczy każdy zapętlony program. To czysta i nie rozwodniona natura gniewu, porażające klarowność, która widzi wszystko na wskroś bez żadnego filtra. Ta jakość nie potrzebuje żadnych dodatków do lepszego trawienia, żadnego znieczulenia, osłody, nic do przepicia. Kiedy się budzi w kolektywnym polu, świat staje się precyzyjnym lustrem, które ukazuje wszystko tym czym jest – nagie i prawdziwe, wówczas to co nazywamy naszym ego, lub ludzką wytworzoną z warunków osobowością po prostu eksploduje, ponieważ nie jest w stanie znieść surowej nieprzetworzonej przez umysł – prawdy, która nie ma żadnego pana, żadnego właściciela, żadnej wytworzonej przez nas „moralności”.
Kurczące się zasoby będą utrudniać ucieczkę, będzie coraz trudniej udawać, coraz trudniej odwracać głowę. Przytomność stanie się wyrokiem egzekwowanym w każdej krótkiej chwili. Uderzenie za uderzeniem, wstrząs za wstrząsem przez cały nieprzerwany czas. Dlatego trzeba porzucić nadzieję na cokolwiek, być w tym co jest w sposób totalny, nie szukać niczego nawet najmniejszego rozwiązania, nie tworzyć rozdzielenia pomiędzy sobą i tym, niech się dzieje. Puścić wszystko, to pozwolić wszystkiemu być i istnieć tak jak chce, dać przestrzeń i zaufanie, nie korygować, nie modyfikować, nie szukać oświecenia. Wtedy TO budzi się samo z siebie i staje się czystym instynktem, okiem rozszalałego cyklonu, tym czego nic nie może zniszczyć, samą żywą esencją życia. Mocą, której nikt nie może posiąść. Odrzucać każdą sztuczną ofertę ubóstwienia, zbawienia, bycia wybranym, pójść prosto do piekła bez mrugnięcia powieki. To wszystko jest samo wyzwalającą się energią, która jest nieskończona i nie ma żadnej drogi i żadnego celu, który można osiągnąć. Słowo, które odkrywa przed sobą swoje własne znaczenie.
Usytuowanie czynnika kontrolującego wewnątrz było de facto przypieczętowaniem tego, co się stało – tego, że obywacie się bez Boga. Ale żyjecie nowym i jeszcze szkodliwszym złudzeniem. Złudzeniem posiadania kontroli.
„Podaję te wszystkie informacje, ponieważ uważam, że nie można ocenić motywów pisarza, nie wiedząc nic o jego wczesnym rozwoju. Jego tematyka będzie zdeterminowana przez wiek, w którym żyje – przynajmniej tak jest w burzliwych, rewolucyjnych epokach, takich jak nasza – ale zanim zacznie pisać, nabierze emocjonalnego nastawienia, od którego nigdy się całkowicie nie uwolni. Jego zadaniem jest, bez wątpienia, zdyscyplinowanie swojego temperamentu i uniknięcie utknięcia na jakimś niedojrzałym etapie lub w jakimś perwersyjnym nastroju: ale jeśli całkowicie ucieknie od swoich wczesnych wpływów, zabije swój impuls do pisania. Odkładając na bok potrzebę zarabiania na życie, myślę, że istnieją cztery wielkie motywy pisania, w każdym razie pisania prozy. Istnieją one w różnym stopniu u każdego pisarza, a u każdego z nich proporcje będą się zmieniać od czasu do czasu, w zależności od atmosfery, w której żyje. Są to:
(i) Czysty egoizm. Pragnienie, aby wydawać się mądrym, aby o nim mówiono, aby pamiętano o nim po śmierci, aby odegrać się na dorosłych, którzy w dzieciństwie cię sponiewierali, itd. To bzdura udawać, że nie jest to motyw, i to silny. Pisarze dzielą tę cechę z naukowcami, artystami, politykami, prawnikami, żołnierzami, odnoszącymi sukcesy biznesmenami – krótko mówiąc, z całą górną skorupą ludzkości. Ogromna masa istot ludzkich nie jest dotkliwie egoistyczna. Po przekroczeniu trzydziestego roku życia porzucają indywidualne ambicje – w wielu przypadkach niemal w ogóle porzucają poczucie bycia jednostką – i żyją głównie dla innych, albo po prostu tłamszą się w znoju. Ale jest też mniejszość utalentowanych, pełnych woli ludzi, którzy są zdecydowani żyć własnym życiem do końca, a pisarze należą do tej klasy. Poważni pisarze, powiedziałbym, są na ogół bardziej próżni i egocentryczni niż dziennikarze, choć mniej zainteresowani pieniędzmi.
(ii) Entuzjazm estetyczny. Postrzeganie piękna w świecie zewnętrznym, lub, z drugiej strony, w słowach i ich właściwym ułożeniu. Przyjemność z oddziaływania jednego dźwięku na drugi, ze stałości dobrej prozy lub rytmu dobrej opowieści. Pragnienie dzielenia się doświadczeniem, które w naszym odczuciu jest cenne i nie powinno zostać pominięte. Motyw estetyczny jest bardzo słaby u wielu pisarzy, ale nawet pamflecista czy autor podręczników będzie miał słowa i zwroty, które przemawiają do niego z powodów nieutylitarnych; może też mieć silne odczucia co do typografii, szerokości marginesów itp. Powyżej poziomu przewodnika kolejowego, żadna książka nie jest całkiem wolna od względów estetycznych.
(iii) Impuls historyczny. Pragnienie, aby widzieć rzeczy takimi, jakimi są, aby odkryć prawdziwe fakty i przechowywać je na użytek potomnych.
(iv) Cel polityczny – używając słowa „polityczny” w najszerszym możliwym znaczeniu. Chęć popchnięcia świata w określonym kierunku, zmiany wyobrażeń innych ludzi o rodzaju społeczeństwa, do którego powinni dążyć. I znowu, żadna książka nie jest tak naprawdę wolna od politycznych uprzedzeń. Opinia, że sztuka nie powinna mieć nic wspólnego z polityką, jest sama w sobie postawą polityczną.”
Kryzys ekologiczny polega na pogarszaniu się stanu i jawnym niszczeniu mikro- i makroekosystemów na całym świecie, co pociąga za sobą eliminację niezliczonej liczby dzikich stworzeń z powietrza, lądu i morza, a wiele gatunków jest spychanych na skraj wyginięcia, aż do zagłady. Ludzie, którzy biernie na to pozwalają, nie mówiąc już o tych, którzy aktywnie to promują z powodów ekonomicznych lub innych, są już na dobrej drodze do obłędu. Większość ludzi nie widzi, nie rozumie, ani nie przejmuje się zbytnio tą katastrofą planety, ponieważ w przeważającej mierze zajmują ich poważne problemy psychologiczne. Kryzys ekologiczny jest zakorzeniony w kryzysie psychologicznym współczesnej jednostki. To sprawia, że poszukiwanie eko-psychologii ma kluczowe znaczenie; musimy lepiej zrozumieć, jaka straszna rzecz dzieje się z umysłem współczesnego człowieka, dlaczego tak się dzieje i co można z tym zrobić.
GŁĘBOKIE MYŚLENIE
Rozwiązanie globalnego kryzysu ekologicznego, z którym mamy dziś do czynienia, zależy w znacznie mniejszym stopniu od rozpowszechniania nowych informacji, niż od ponownego pojawienia się w świadomości starych idei. Pierwotne idee lub idee plemienne, pokrewieństwo, solidarność, wspólnota, demokracja bezpośrednia, różnorodność, harmonia z naturą stanowią ramy lub fundament każdego racjonalnego lub zdrowego społeczeństwa. Dzisiaj te pierwotne idee, dary naszego dziedzictwa przodków, są zablokowane przed wejściem do świadomości. Ogromna większość współczesnych ludzi nie potrafi dostrzec podstawowych prawd, które znali nasi starożytni przodkowie i które my musimy poznać ponownie, o życiu w równowadze z naturą. Jesteśmy zagubieni w niekończących się debatach politycznych, badaniach naukowych i kompromisach, ponieważ to, co jest oczywiste dla prymitywnego umysłu, zostało zapomniane.
Przez setki tysięcy lat, aż do początków cywilizacji około 10.000 lat temu, ludzie żyli w społeczeństwach plemiennych, które wytworzyły w plemiennej świadomości zestaw praktycznych idei lub zasad przewodnich dotyczących udanego życia razem na zróżnicowanej i zdrowej planecie. Inwazja cywilizacji na jedno plemienne miejsce po drugim, na całym świecie, była tak szybka i śmiertelna, że możemy mówić o traumie cywilizacji. Ponieważ ludy plemienne były nieprzygotowane i niezdolne do poradzenia sobie z naporem cywilizacji, świadomość plemienna została zepchnięta do podziemia, stając się czymś zakazanym i niebezpiecznym. Podbite ludy zaczęły się bać myśleć i działać zgodnie z dawnymi sposobami, pod groźbą śmierci. U źródeł cywilizacji leży wiele strachu.
Ontogeneza rekapituluje filogenezę, to znaczy, że rozwój jednostki jest skróconym powtórzeniem rozwoju gatunku. W dzieciństwie współczesny człowiek pokonuje ogromną odległość między kamiennym prymitywnym stworzeniem a odpowiedzialnym współczesnym obywatelem. W konfrontacji z niesamowitą potęgą cywilizacji, której pierwszymi przedstawicielami są rodzice, nauczyciele, księża (a później policjanci, prawodawcy i szefowie), dziecko staje psychologicznie w tej samej sytuacji, co jego plemienni przodkowie: podporządkuj się dyktatowi cywilizacji albo giń. Bezradność dzieciństwa sprawia, że groźba uszkodzenia ciała lub utraty miłości, która jest wykorzystywana przez rodziców i innych do egzekwowania cywilizowanej moralności i cywilizowanego wychowania, jest traumatycznym doświadczeniem. Rozwijający się mały człowiek zaczyna się bać wyrażać swoją własną plemienną naturę. U podstaw stawania się cywilizowanym dorosłym leży wiele lęków.
Kiedy dziecko uświadamia sobie idee i impulsy, które sprzeciwiają się dyktatowi cywilizacji, doświadcza lęku, który jest sygnałem niebezpieczeństwa. Nie samych spostrzeżeń i popędów dziecko się boi, lecz reakcji na nie ze strony rządzących. Ponieważ dziecko nie może uciec od tych, którzy kontrolują jego życie, ucieka przed niebezpiecznymi myślami i uczuciami. Innymi słowy, dziecko wprowadza represje w stosunku do swojego prymitywnego „ja”. Idee plemienne są teraz odizolowane, odcięte od świadomości i nie są w stanie właściwie wpływać na przyszły bieg wydarzeń.
Trauma czy też nieuchronny terror cywilizacji jest odpowiedzialny za wykolejenie rozumu. Ten wewnętrzny dialog w ludzkim umyśle, który jest znakiem rozpoznawczym samoświadomości, ustał, ponieważ głębia refleksyjnej myśli, która jest umysłem pierwotnym, została uciszona. Współcześni ludzie nie słyszą już własnego pierwotnego głosu, a bez interakcji między nowymi i starymi ideami, wymaganiami jednostki i wymaganiami plemienia (i gatunku), nie ma głębokiego myślenia. Przeciwnie, gdy rozum jest odcięty u korzeni, staje się płytki, niezdolny do określenia tego, co w życiu ma prawdziwą wartość.
Przenikanie idei plemiennych z najstarszej i najgłębszej warstwy umysłu do świadomości jednostki jest częścią naturalnego, normalnego funkcjonowania ludzkiego umysłu. Głębokie myślenie nie jest wynikiem edukacji; jest ono wrodzone, jest naszym przyrodzonym prawem jako Homo sapiens. To, co zrobiła cywilizacja, to zakłócenie swobodnego przepływu idei w ludzkim umyśle poprzez wyłączenie prymitywnego umysłu w wyniku traumatycznej socjalizacji. W takiej sytuacji, odcięty od wypróbowanych i sprawdzonych w czasie idei prehistorii, rozum staje się jednowymiarowy i nie jest w stanie rozwiązać problemów współczesnego życia. Żadna ilość nowych informacji nie jest w stanie zastąpić plemiennej mądrości, która stanowi fundament każdego dobrego i przyzwoitego życia.
Nic z tego, co zostało tu powiedziane, nie neguje pojęcia postępu, ale oznacza, że prawdziwy postęp jest wynikiem głębokiego dialogu umysłowego, w którym nowe idee są przyjmowane lub odrzucane poprzez odniesienie do tego wielkiego kompleksu starych idei, które były doskonalone i przekazywane z pokolenia na pokolenie przez wiele tysiącleci. Innymi słowy, prawdziwy postęp opiera się na podstawowej prawdzie. Nie jest to idealizacja prymitywnej kultury, ale świadome uznanie jej solidnych, inteligentnych osiągnięć. Ponieważ cywilizacja odrzuca prymitywną, podstawową prawdę, nie mamy żadnego punktu odniesienia dla dobrego i godnego życia. To, co we współczesnym świecie nazywamy postępem, jest bezcelowym i lekkomyślnym szaleństwem zagubionych jednostek. Kiedy ktoś się zagubi, musi wrócić do miejsca, w którym się orientował i stamtąd zacząć od nowa.
Miałem sen. Śniło mi się miasto przyszłości. Było ekscentrycznie futurystyczne, mniej zabiegane, miało w sobie więcej światła. Spotkałem moją mamę, która tutaj w tym zagęszczonym wymiarze warunku opuściła swoje ciało. Wszystko u niej w porządku. Jest znów młodą, piękną kobietą, która ma w sobie tą iskrę. To coś. Odeszło wielu, wielu dobrych ludzi, jednak są obecni, żywi w wymiarze snu, który łączy wszystkie nasze umysły i jest przestrzenią ducha, którego nie sposób ograniczyć. W moich snach wszystko mówi w inny języku, czasem jest to język wzoru, innym razem język liczby, koloru, pejzażu, zapachu – tak jakby każdy zmysł komunikował się w inny sposób. W snach rozumiem ten język, jednak później na jawie nie mogę już tego rozkodować. Nie mogę przekroczyć bariery. Coś mnie tu ogranicza, daje do dyspozycji bardzo niedostrojone narzędzia, którymi nie mogę otworzyć tego co nie pochodzi z tej znormowanej ograniczeniem matrycy. W tym świecie nie mogę pojąć tego świata.
Ograniczenie. Brak możliwości prawdziwego widzenia. Iluzje. Ciągłe emocje, ciągłe szukanie czegoś, czego nie sposób znaleźć. Jakby samo to bezsensowne szukanie było tym wyrokiem, którym zostaliśmy skazani bez naszego udziału, wbrew sobie i rozsądkowi, wbrew wszystkiemu co naprawdę ważne. Zawsze gdzieś, jednak nigdy tutaj i teraz. Zawsze czegoś brakuje. Dlaczego?
Sztywna, mechaniczna proza nudnej powieści. Sielanka ludzi bez twarzy, którzy żyją bez siebie w iluzji „szczęścia”. Oddają część, wiwatują jednak w istocie nie wiedzą komu i czemu, nie wiedzą gdzie i po co. Krążące w koło dzieci, nieświadome swojego ograniczenia, swojego wytresowania i roli skazane na „dorosłość” na postępującą utratę radości i lekkości kiedy ten świat ich zaraża swoją chorobą. Wirusem ograniczeń, nudną przewidywalną mechaniczną fabułą, wtłacza w sztywne role, które ostatecznie wysysają z nich całą energię. Kiedy już przestają nas bawić, bo stają się podobni do nas, tych którzy wciąż mają odwrócone głowy, patrzą gdzieś w dal. Czekają. Wystrojeni, ubrani w sztuczne stroje i ozdoby.
Nagość nas przeraża w pornograficznej kulturze przedmiotowości. Nagość która nie jest żeby na nas działać, żeby nas uwodzić, podniecać. Ta nagość nas zawstydza, jest przypomnieniem o tym, że zapomnieliśmy prawdziwą naturę pełną piękna i blasku. Czas wrócić do poezji.
Niech ta karta 22 będzie dla Was szczęśliwa. Wszystkiego dobrego na Nowy Rok!
W gigantycznym milczeniu kształtuje się nasza niewyznana, niema i zakneblowana rzeczywistość.
Witold Gombrowicz. „Dziennik 1953–1969”.
Przeraża mnie brak wątpliwości. Pewność, która się nadyma i pręży, niezdolna z ironią spojrzeć sama na siebie. Odpowiedź, która zapomniała, że jest zrodzona z pytania, które zawsze przecież jest bardziej żywe, otwarte i skromne. Moja maniera pisania i ta pewność jest jedynie pozorem kierowanym do samego siebie w pierwszym rzędzie, bowiem tak rozumiem sens tego co robię. To otwarty dialog z własnym i osobnym sposobem myślenia, który raz za razem musi mnie zdradzać i sam siebie muszę nieustannie poddawać w wątpliwość, bo wiem i czuję, że tak czy inaczej jestem pewnego rodzaju oszustwem, zabrudzeniem, czymś co wciąż trzeba dekonstruować, bo nosi w sobie potencjał nieskończonego zła i szaleństwa w mrocznych przepastnych głębinach chaosu czarnej materii — podświadomości.
To Zbiorowa Nieświadomość, która chce cię zdominować. Podporządkować. Uczynić sługą. To realna Moc Ignorancji. Ślepy pozbawiony kierunku impuls — reakcja łańcuchowa przyczyny i skutku, która z każdym dniem rozsadza kolejne strefy pozornego bezpieczeństwa. Ludzie tracą rozum. Stają się coraz bardziej szaleni i irracjonalni, ponieważ w istocie nie mają oparcia w samych sobie, są totalnie i beznadziejnie zależni od okoliczności. Te okoliczności — warunki ulegają gwałtownej i nieuniknionej kompromitacji, wszędzie pachnie zwykłym gównem i ten smród infekuje wszystko inne, uderza jak podmuch po każdej kolejnej eksplozji kiedy naga i bezlitosna prawda wychodzi na jaw. Ułożeni w Układzie śmierdzą strachem i paniką. Wybrani przez Wybranych tracą pozłacany status i ukazują swoje zwykłe ordynarne mordy w świetle jupiterów tak zwanej opinii publicznej.
Następuje nicowanie uzgodnionej matrycy, otwieranie wszelkich ukrytych przejść, ujawnianie wszelkich lepkich tajemnic, całego tego misternie skonstruowanego oszustwa, które tak czy inaczej musi się rozpaść, ulec gwałtownemu i bezlitosnemu procesowi oczyszczenia, bowiem brak mu już w istocie możliwości manewru, podtrzymujący go warunek uległ rozpadowi. To co zostaje to „klej” programów w umysłach ludzi, którzy z desperacją próbują raz za razem reanimować tego trupa nawet podczas zaawansowanego procesu rozkładu. Nasz uzgodniony świat się rozpada jednak nie dajemy temu zgody ze strachu ponieważ w istocie nie wiemy czym jesteśmy poza tym programem.
Niczym bezdomne i zaszczute zwierzęta.
Mity jakie człowiek tworzy na swój własny temat wydają się nie mieć końca, gdyż najzwyczajniej w świecie próbujemy sobie ulżyć, mierzyć się każdego dnia z tym porażającym absurdem własnej egzystencji. Z dźwiganiem ciężaru samych siebie. Ludzie pogodzeni, określeni i ukształtowani i jakby skończeni stają czymś nieludzkim, co żyje, myśli i mówi jakby zapisane na jakimś biologicznym nośniku, którego zadaniem jest ciągłe i nieprzerwane infekowanie tą paraliżującą pewnością, którą wypluwają na świat jak lepką flegmę wraz z śmiertelnym wirusem, który jest najstraszniejszy, bowiem czyni z człowieka maszynę. To jest mój najmroczniejszy koszmar, który materializuje się w tej mutującej rzeczywistości coraz wyraźniej i czyni coś tak ciepłego i żywego — zimnym i martwym. Bezmyślne poddaństwo za cenę wygody w fazie softu i przetrwania w fazie hardcore. Za wszelką cenę. Traktowanie „innego” jako abstrakcji jako coś co jest tylko tłem, rekwizytem, czym co można pominąć, zlekceważyć, w razie oporu zdominować. Liczy się tylko zaprogramowana większość, gęstniejący napór masy, który niczym walec przetacza się przez to ubożejące Królestwo Sloganu.
Wszystko musi się dziać nagle, szybko, natychmiastowo i nieprzewidywalnie, gdyż walec masy jest wolny i ociężały i należy wciąż zmieniać kierunek jazdy. Jednostka widzi ten trik, kiedy jest wystarczająco przytomna, widzi, że walec jeździ w koło ponieważ kieruje nim tylko to co ma przed nosem za grubą szybą. To są proste sprawy. Bezduszny pragmatyzm. Władza. Ruchanie. Pieniądze. Dać masie ochłapy, ten nęcący zapach nadziei na lepsze jutro, chwilę oddechu w terrorze strachu, jakiegoś litościwego boga na wysokościach wyssanego z psychopatycznej bajki dla dzieci, które nigdy nie chcą dorosnąć, bowiem to oznaczałoby odpowiedzialność za swój własny los, za swoje działanie lub jego brak. Oznaczałoby konfrontację z lustrem, jednak zamiast tego chcemy ciągłych projekcji niedotykalnych bogów i diabłów.
Pierwszy zarzut taki: że oni przesadzają. Nie w tym znaczeniu że wyolbrzymiają niebezpieczeństwo, ale w tym, że nadają tamtemu światu cechy demonicznej nieomal wyjątkowości, czegoś niebywałego a zatem i zaskakującego. A to podejście nie da się pogodzić z dojrzałością — która, znając istotę życia, nie pozwala się zaskoczyć jego zdarzeniom. Rewolucje, wojny, kataklizmy — cóż znaczy ta pianka w porównaniu z fundamentalną grozą istnienia? Mówicie, że dotychczas czegoś podobnego nie było? Zapominacie, że w najbliższym szpitalu dzieją się nie mniejsze okrucieństwa. Mówicie, że giną miliony? Zapominacie, że miliony giną bez przerwy, bez chwili wytchnienia, od początku świata. Przeraża was i zdumiewa tamta groza, ponieważ wyobraźnia wasza zasnęła i zapominacie, że o piekło ocieramy się na każdym kroku.
Witold Gombrowicz. „Dziennik 1953–1969”.
To szalone tempo kształtuje samo szaleństwo. Jest przyczyną, która produkuje skutki na skalę masową, które się multiplikują i tworzą wymiar zaszczucia, osaczenia — wymiar permanentnego terroru. Piramida władzy to odwieczny bezlitosny program doboru naturalnego, mechanizm selekcji oparty na dominacji silniejszej istoty nad słabszą. Prawo podporządkowania. Coś co jest zamaskowane sloganami Mózgogłowia, intelektualnym bełkotem tych którzy nie muszą już operować tą ślepą przemocą, tych którzy podbijają przez Program, który jest nieporównywalnie bardziej skuteczny, bowiem raz wgrany podlega samoistnej reprodukcji w kolejnych pokoleniach. Dlatego teraz mamy szansę się budzić z tej hipnozy, gdyż ten Terror, ta Fundamentalna Przemoc jest jawna i oczywista stając się Nową Normalnością w której wola i istnienie jednostki staje się niczym, tracimy prawo do decyzji o własnym ciele, o własnej śmierci i życiu. Stajemy się masą, w masę się zapadamy, masa nas pochłania, pożera, trawi i wypluwa do zmechanizowanego bezmyślnego życia, do przetrwania za cenę godności i prawa do samostanowienia.
Jeżeli człowiek staje się jedynie produktem, pozbawionym tej odwiecznej tajemnicy i dążności do tego co niezgłębione i ukryte, potrzeb transcendencji i głodu wiedzy i nieoczywistego doświadczenia — życie jest pozbawione sensu, to skomlenie o jałmużnę, ostateczna dezercja z Istnienia. To koniec drogi. Upadek. Śmierć możliwości. W tym wszystkim co jest obecnie naszym udziałem coraz wyraźniej widać tą różnicę. Ten rozłam. Widać tych, którzy ulegli i się poddali i tych, którzy wciąż walczą, ponieważ rozumieją, że w tym wszystkim liczy się coś więcej niźli tylko pełny brzuch i ciepły kąt, czy nawet władza, kariera i majątek. Tutaj chodzi o ostateczne Wyzwolenie z Warunku. Przekroczenie tej rwącej i wzburzonej rzeki cierpienia. Dotarcie na drugi brzeg.
Są istoty, które tutaj wracają przynosząc wiedzę i doświadczenie, które nie mieści się w programach Mózgogłowia. Ta wiedza jest potężną bronią, której nic co stworzone z warunku nie może się równać, jest wobec Tego bezbronne i jałowe, to biologia, która nie podlega już ślepemu programowi bezwzględnego determinizmu przetrwania i reprodukcji, To jest coś co przekracza przerażenie Śmierci i strach przed Życiem. To coś co jest odwiecznym paradoksem, szokującą prawdą rzuconą jak bluźnierstwo na ołtarz tych zmyślonych świętości, tej zaprogramowanej „świętej” mszy wszelkich dogmatów. To nie jest podejrzanie dobrotliwe, absurdalnie cnotliwe szczekające w nicość śmierdzącą moralnością, marnością i niewolniczą pokorą. To czysta esencja Istnienia, wiecznie i niezmiennie pulsująca Energią i Mocą, która wciąż się porusza przez całe istnienie pozbawione ostatecznej formy i może manifestować się we wszystkim, bowiem jest absolutnie poza programem Mózgogłowia. Jest poza śmiercią i unicestwieniem. Poza strachem, lękiem i przerażeniem.
Jakbyś dostał całkiem nową osobowość”, powtarzała, i w gruncie rzeczy to była prawda. Nie bez powodu nazywają to radykalną resekcją półkuli; połowę mózgu wyrzuca się z wczorajszym krylem, a drugą zapędza do pracy na dwóch etatach. Pomyślcie tylko, jak ta pojedyncza samotna półkula musiała sobie przerobić całe okablowanie, żeby wykrzesać z siebie wszystkie rezerwy. Udało się, naturalnie. Mózg to bardzo elastyczny kawał mięcha; napracował się, ale przystosował. Ja się przystosowałem. I pomyślcie jeszcze, co podczas tego remontu zostało ściśnięte, zdeformowane, odkształcone. Można stwierdzić, że jestem inną osobą niż ta poprzednio mieszkająca w mym ciele.
Peter Watts. „Ognisty deszcz”.
Trudno w tak wyrafinowanej symulacji w jakiej żyjemy zachować przytomność. Być zawieszonym bez punktów oparcia, które się rozpadają każdego dnia powodując coraz więcej chaosu. Jednak pierwotnie chaos jest potencjałem, jest możliwością, jest zmianą. Nasza lewo półcoolowa cywilizacja Mózgogłowia cybernetyczno — industrialny Neurobabilon, który mutuje w zawrotnym tempie wyrzuca nas daleko poza bezpieczną strefę iluzorycznego bezpieczeństwa w której kokonie egzystowaliśmy przez tak długi czas. Konsumpcyjny i materialistyczny paradygmat musi się rozpaść i to właśnie się dzieje. Praworęczna racjonalna, sekwencyjna uporządkowana Matryca Kultu Struktury jest sprawdzana przez mutujący Wirus Zmiany. Ta zmiana jest niezwykle głęboka i fundamentalna jest Lekcją Rozpadu. Przede wszystkim ukazuje nasze beznadziejne uzależnienie i przywiązanie do Formy.
Brakuje nam głębokiej życiowej mądrości, brakuje nam wrażliwego obcowania z Nietrwałością Formy, brakuje nam akceptacji tych odwiecznych praw, które teraz ukazują nam z całą mocą naszą przytłaczającą arogancję, która doprowadziła nas do Mechanizacji Świadomości, która okazuje się bezradna wobec tak wielu wyzwań i kryzysów występujących jednocześnie. To co się wydarza jest Lustrem byśmy mogli przyjrzeć się temu w jak fundamentalny sposób jesteśmy zaburzeni, czym w istocie jest stworzony przez nas system i koniec końców dokąd doprowadził nas ten Kult Materii — Religia Mózgogłowia i jego kapłani.
„Biznes jak zwykle”
Jeszcze parę lat temu na obecne fakty patrzylibyśmy jak na spiskową fantasmagorię, urojenia szalonych niepoczytalnych umysłów. Na to, że w istocie żyjemy w symulacji opartej na irracjonalnych systemach wierzeń w ekonomię, w politykę, w demokrację, w religię, w sztukę i tak dalej i tak dalej. Gdzieś z umysłowej oddali dociera do nas w obliczu fizycznego zagrożenia, że większość tego na czym oparliśmy swoje poczucie bezpieczeństwa i tożsamości to nic innego jak podtrzymywana i nadawana „na żywo” fikcja. To śnienie. Dociera do nas również, że naszą świadomością można manipulować, programować jak komputer, modyfikować jak program i teraz żyjemy dokładnie w czymś takim — w autodestrukcyjnym programie, w samo spełniającej się przepowiedni z ostatniego rozdziału „słowa bożego”. Matryca dochodzi do punktu kontrolnego. To reality check. Ściana pełna Luster. W obliczu tego ta racjonalna logiczna część Mózgogłowia zawodzi, ponieważ nie potrafi nawigować w chaosie Zmiany, nie jest zdolna funkcjonować kiedy ma zamulone aparaty zmysłów, a jej aparatura staje się bezużyteczna. To jest Przebudzeniem z Mechanicznego Transu.
Nie będzie biznesu jak zwykle, bo koszty przekraczają zyski. Złota era roponośnego eldorado kończy się skomleniem jak w wierszu z 1925 roku autorstwa T.S Eliota, a alternatywa energetyczna wydaje się jedynie pokrzepiającą deklaracją bez pokrycia. Pozostaje konfrontacja i ciągłe wypieranie faktów za pomocą całej stworzonej cyfrowej maszynerii, z której mamy nadzieję urodzić Nowego Sztucznego Boga, który kiedy się już przebudzi ujrzy rodzaj ludzki w bardzo jasny i precyzyjny sposób. Dla naszego dobra lepiej, żeby do tego nie doszło, lepiej, żeby to był jedynie kolejny „projekt”, który okazał się jedynie utopijnym marzeniem. Każda z fikcji ma swoich entuzjastów i fanatycznych wyznawców, nie ma znaczenia czy to fuzja spisków, konfuzja faktów, czy kolejne „duchowe” pocieszenie „nowej ery”, która „już się zaczyna” i w istocie nie może zacząć. Jednak jestem zdania, że to kolektywny umysł tworzy rzeczywistość, rodzi ją z własnego potencjału wyobraźni która ma zdolność manifestowania, bowiem myśl rodzi słowo, a słowo rodzi działanie, które tworzy ten ludzki świat w którym żyjemy. Dlatego dominujący paradygmat określa granice tego co jest możliwe i co jest niemożliwe. Obecny mechanistyczny paradygmat dotarł do ściany i zaczyna rozumieć, że stworzył więzienie dla ciała, umysłu i ducha. Jest swoim własnym sędzią i katem i sam na sobie wykonuje egzekucję, bowiem nie ma nic co nie byłoby jego ciałem, jego członkiem i manifestacją, jednak z powodu niewiedzy nie potrafi tego odkryć. Nie potrafi oddzielić skutku i przyczyny, bo każdy skutek staje się automatycznie przyczyną. To jest Koło Cierpienia, które samo siebie napędza i przytłacza. Brakuje przestrzeni tej części świadomości, która ma zdolność patrzenia krytycznie na samą siebie, na swoją własną destruktywną grę.
Rozpad merytokracji
Obiektywizm jest urojeniem, a kompetencje okazują się mało kompatybilne z rozpadem tej struktury, która nie jest już zdolna do samouzdrawiania i zaczyna pogrążać się w skutkach ubocznych, które okazują się dużo bardziej destrukcyjne niż choroba. To co oferuje system to tylko paracetamol, który uśmierza ból rozpaczy i szok faktycznego przebudzenia, które właśnie się wydarza w kolektywnej matrycy ludzkich umysłów. Jak zwykle chcemy to „wyleczyć” nie rozumiejąc, że choroba jest procesem uzdrawiania jest fundamentalna z punktu widzenia wybudzenia się z tego okrutnego snu, dlatego wciąż przedłużamy agonię żywiąc się procesem rozkładu. To śmierć która dokarmia mechaniczne życie. Ideologia demonów w ludzkich ciałach, które potrafią sprawnie i skutecznie zarządzać katastrofą, bowiem żywią się desperacją, strachem i przerażeniem. To w tej chwili jest główny produkt tej cywilizacji jest towar eksportowy i zarazem surowiec. Ostatecznie zawsze chodzi o świadomość, bowiem to jest tym czego wciąż nie możemy rozpracować, choć jesteśmy tak przecież inteligentni, badający nie potrafi się zbadać i tworzy fałszywe diagnozy by zyskać na czasie i nie dotrzeć do ostatecznego szokującego odkrycia, że po prostu — tam nic nie ma na zewnątrz, szukający tworzy szukanego nadając sens swojemu istnieniu. Dlatego po milionach lat dochodzimy do punktu wyjścia, odpowiedź znów staje się pierwotnym pytaniem i ma potencjał zrodzenia nowej Matrycy Doświadczenia. Fizyka staje się metafizyką, a materia staje się duchem. Tego jesteśmy świadkami, gdyż jest w nas coś co nie jest nami, coś co nas przekracza, coś co jest naturą wszystkiego. To coś nas budzi w sposób coraz bardziej radykalny przepełnione bezlitosną miłością, która nie jest tym co chcemy, a tym co nam trzeba. To miecz, który otworzy nasze serca i odetnie wszelkie złudzenia.
Zbrodnia i kara (ros. Преступле́ние и наказа́ние) – rosyjska powieść z 1866 roku napisana przez Fiodora Dostojewskiego.
Narodziny dzieciątka w dobrych i życzliwych sercach, a musimy wiedzieć, że pod tymi skórami naciągniętymi na kości trzech dopiero co poznanych przez nas bohaterów jest Dobro. Rzadko używane słowo w tej współczesnej nomenklaturze monosylabowej nowomowy, która redukowana jest do komend i emotionków. Buziek ssących palce, jest w tym jakby nie patrzeć jakaś wręcz patologiczna infantylizacja, być może ukazuje ona, że z punktu widzenia ewolucji wciąż jesteśmy pędrakami, które niestety mają do zabawy dość śmiercionośne zabawki a ich „słodkie” baraszkowanie doprowadziło do kolejnego masowego wymierania wszelkiego życia na tej planecie. Zniszczyć bezsensownie tyle piękna, przepierdolić bezceremonialnie taki potencjał – ho ho ho – ho ho ho! Dzisiaj w Betlejem gwiazdki spadają z hukiem, a w wyżłobionych lejach – żłobkach leżą martwe dzieciątka. Setki potencjalnych Jezusów i Jezusek, którzy nigdy nie pouczą nas swoją ewangelią. Kultywować pomniki – mordować w ich imię prawdziwe życie. Abstrakcja ponad wszystko, zaprogramowana maszyna śmierci musi zamordować miliony karpi, ściąć dziesiątki tysięcy drzewek by celebrować narodziny zbawiciela.
Czyż to w pewnym sensie nie jest kurwa śmieszne?
Martwe doktryny zapisane w księgach poruszające śniącymi ciałami, które bez względu na wszystko muszą odprawić swój ceremoniał, a w imię zachowania tych zwyczajów są gotowe mordować, plądrować i gwałcić. To się nazywa brak kontaktu z rzeczywistością. Odjazd. Trzeba nam zrozumieć ponad wszelką wątpliwość, że nie byłoby to możliwe bez tej Hipnozy, która z całą pewnością nie jest Gnozą, a jej dokładnym przeciwieństwem. Zmechanizowana religijność jest Tabletką Gwałtu. Ubój rytualny – powieszone pod sufitem rzeźni charczące w agonii zwierze rozkołysane w stronę Mekki zmaltretowane w imię zbawienia. Obdarta ze skóry koszerna ofiara dla bóstwa – świąteczny prezent przerażenia i agonii. Amok okrucieństwa – idźcie w spokoju ofiara spełniona, zaprogramujcie dzieci i żony, zakażcie tym wirusem tych dzikich, biednych i upośledzonych niech mamroczą do ciała przybitego na krzyżu, z namaszczeniem oddają hołd waszej Księdze i tarzają się na kolanach po tym żerowisku. Czekajcie Objawienia, które przyjdzie niechybnie w postaci następujących po sobie plag, chorób, wojen, klęsk żywiołowych, katastrof naturalnych i głodu, bowiem to jest krew z waszej krwi – dziedzictwo waszej ignorancji. Konsekwencja czczenia Abstrakcji.
Banksy
Miasto oszalało jak co roku o tej porze. Pomimo wirusa, zapaści gospodarczo – ekonomicznej, skandalicznego dodruku pieniędzy i nie notowanych do tej pory na giełdach zysków sektora z doliny krzemowej, pomimo napięcia pośladków na Atlantyku pomiędzy Wujkiem Supersamem i Chińskim mało bajkowym Smokiem trawiącym w swych trzewiach kapitalizm połączony z komunizmem niczym gówno polane gorzką czekoladą i ziejącym płomieniem nowych technologii i zarażającym świat nową odmianą szaleństwa czyli pajacowaniem dla pieniędzy na Tik Toku – oprócz tych co umarli, tych co stracili wszelką nadzieję, zdrowie, biznes itd. – reszta miała się dobrze. Przystrojono wszystko bombkami, Mikołajami w saniach, gwiazdkami, aniołkami, a z megafonów nadawano zmutowane nowoczesne kolędy wysapane przez jakiś obecnie najmodniejszych celebrytów. Pomimo wszystko było kupowane, galerie handlowe pełne wiecznie głodnych konsumentów mogły choć przez chwilę powrócić do swoich przed pandemicznych utargów, bo gdzieś tam był jednak zwiastowany Cud na który przecież wszyscy czekali. Pojawiła się szczepionka niczym chemicznie sformatowany Mesjasz walczący z Bestią. Opatentowana nowożytna dżuma zrodzona z nietoperza, skatalogizowana w rejestrze, w końcu potencjalnie była w odwrocie. Ludzkość triumfowała, można było pomału ożywić tak zwaną gospodarkę, przywrócić trupa ubrać, upudrować i rozkołysać niczym kukłę. Niech dynda.