Zapraszamy na świąteczne wegańskie gotowanie. Przygotowaliśmy dla was kilka tradycyjnych potraw w zupełnie nowej i bardzo smacznej odsłonie. Święta to czas celebracji życia i niech kuchnia będzie dla nas miejscem gdzie możemy być razem i pozwolić sobie na kreatywność i odrobinę luzu podczas wspólnej kulinarnej przygody.
Możemy zaskoczyć bliskich wegańską potrawą przygotowując ją na wigilijną kolację i po naszym warsztacie na pewno się to uda! Nasze warsztaty to także okazja do inspirujących rozmów nie tylko o jedzeniu, wspólnych degustacji i odkrywania nowych smaków. Będziemy również poznawać podstawy z harmonizowania energii pożywienia poprzez metodę pięciu przemian, dowiemy się o energetyce produktów i o tym co warto w zimie do przysłowiowego garnka włożyć.
ŚWIĄTECZNE MENU
ZUPA GRZYBOWA Z GLONAMI W/G PIĘCIU PRZEMIAN
BIGOS
PASZTET Z DYNI I KASZY JAGLANEJ Z GRUSZKĄ I ORZECHAMI WŁOSKIMI
PIEROGI Z SAMOPSZY Z FARSZEM:
Z TOFU I ZIEMNIAKÓW
Z KAPUSTĄ I GRZYBAMI
WEGAŃSKI MAKOWIEC NA ZIMNO
ŚLEDZIE Z BOCZNIAKÓW W OCCIE
KOMPOT Z SUSZU W/G PIĘCIU PRZEMIAN
Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.
Mamy dla was niezwykłą niespodziankę oto przygotowaliśmy dla was filmik z przepisem, który będziemy robić na warsztacie:
Warsztaty odbędą się w pięknym domu z ogródkiem, blisko rzeki Świder w otoczeniu sosnowych drzew w pobliżu Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. W miłej atmosferze przy kominku będzie czas na pogaduchy o kuchni i nie tylko. Dla nas wege kuchnia to symbol otwartości serca i umysłu, praktyczny wymiar współczucia względem wszystkich żyjących istot. Zapraszamy was serdecznie do celebracji radości z gotowania i tworzenia wspólnie czegoś dobrego.
Nasze zdjęcie z Tatą Pedro ze Starszyzny Majańskiej, który uosabia mądrość i wiedzę rdzennych kultur, które są bliskie naszemu sercu 😉
Wegekuchnia to Krzysiu i Marcin, od lat pracujemy w wegańskich restauracjach w Warszawie, gotując również na warsztatach rozwojowych i prowadząc kursy gotowania. Życie w kuchni, kuchnia w życiu jako element ewolucji świadomości to kierunek i sens naszej pracy, dlatego zapraszamy was serdecznie do wspólnej kulinarnej przygody. Będzie pysznie 😉 Więcej: https://wegekuchnia.com/o-nas/
Zapraszamy na wydarzenie na FB:
CZAS: SOBOTA – 1 grudnia 2018
(Zaczynamy o 10:00, a kończymy około godziny 20:00) MIEJSCE: OTWOCK (wschodnia część miasta, położona nad rzeką Świder, w obrębie Mazowieckiego Parku Krajobrazowego). KOSZT: 300 PLN ZALICZKA: 100 PLN ZAPISY NA: mail: wegekuchnia@hotmail.com, tel: 531 300 438 ILOŚĆ MIEJSC OGRANICZONA
W cenie warsztatu (oczywiście wyżywienie i produkty do gotowania)
Kasza jaglana stała się trendy…I dobrze. Wszelkiej maści hipsterka podjada sobie te małe żółciutko – złote kuleczki, które okazuje się, że rzeczywiście mają sporo do zaoferowania. W tradycyjnej medycynie chińskiej proso czyli kasza jaglana to wspaniałe lekarstwo dla żołądka, śledziony i nerek.
Kasza jaglana energetycznie jest umiarkowana i w zimnych porach roku możemy ją ocieplić podprażając przed gotowaniem. Kasza jaglana kieruje naszą energię ku dołowi organizmu czyli ma niezwykłe właściwości oczyszczające i jest określana mianem miotły dla jelit – co w dobie tak zakwaszających produktów jakie często spożywamy jest doskonałym odkwaszającym śniadankiem. Jest również doskonała dla utrzymania harmonii w tak zwanym systemie „potrójnego ogrzewacza” (san jiao), który w skrócie odpowiada za przyswajanie, transformację i wydalanie pokarmu i płynów pozyskując z nich życiodajną energię Qi. Kolejnym bardzo ważnym atutem prosa jest fakt, że jest bardzo wspierające dla nerek, które są jakby magazynem naszej życiowej energii zarówno tej dziedziczonej po rodzicach w transferze DNA jak i gromadzonej za życia, które są z kolei związane z żywiołem wody i smakiem słonym i trzeba o nie dbać szczególnie zimą.
Współcześnie z powodu bardzo słabej jakości „marketowego shitu” udającego żywność gromadzimy bardzo dużo toksyn i wilgoci oraz tak zwanego śluzu, który powoduje ociężałość i brak energii i często jest przyczyną stanów depresyjnych i w tym przypadku okazuje się, że proso jest świetnym antidotum na wszelkie te bolączki. Jest bardzo wskazana przy osłabieniu, braku apetytu i zmęczeniu, oraz doprawdy świetnie wspiera gdy za oknem zimno i jest mało światła słonecznego. Doba jest również przy infekcjach dróg oddechowych i zatruciach pokarmowych oraz polecana kiedy jesteśmy wyziębieni i pozbawieni energii. Podobno proso ma już ponad siedem tysiącleci za sobą i pochodzi z Europy i Azji popularna była także wśród Chińczyków i Mongołów. Jest to komponent dań często spotykany a Bliskim Wschodzie, Bałkanach i w wielu innych miejscach.
Kolor żółty wspiera śledzionę i żołądek oraz odzwierciedla przemianę ziemi – jest mocno energetyzujący. Najlepiej dać powera jaglance dodając kurkumę, która „chodzi” w przemianie ognia i doskonale dopełnia działanie kaszy jaglanej wzmacniając właściwości przeciwzapalne i antybakteryjne będąc szczególnie zalecana przy zapaleniach jelita grubego, a pora jesienna jest szczególnie związana z płucami i jelitem grubym właśnie. Niektórzy dowodzą również jej wybitnych właściwości antyrakowych. Dobrze działa również na wątrobę i nerki, o które należy szczególnie dbać gdy pogoda za oknem staje się chłodna i deszczowa.
Jaglankę można zapiekać, miksować jeść w formie ciasta, puddingu, dodawać do zup, kotletów – jednym słowem można poszaleć, a to w kuchni otwiera zupełnie inny wymiar.
Prostota w kuchni to moim zdaniem dobra recepta na zdrowie, kiedy chcemy „poszaleć” idziemy do restauracji na coś specjalnego złożonego z wielu składników, co potrafi nas oszołomić smakiem, formą, zapachem i wyglądem, jednak na codzień lepiej odżywiać się w sposób rozsądny, co oznacza dla mnie mało skomplikowane pożywne potrawy, które można przygotować łatwo i szybko.
Zdecydowanie polecam śniadania ciepłe przygotowywane na bazie owsa, kaszy jaglanej, ryżu czy komosy z dodatkiem owoców lub warzyw, roślinnego mleka, orzechów, pestek i bakalii. Tutaj jak widzicie na filmiku przygotowałem dla was owsiankę, która jest zdrowa i pożywna. Ważne jest to by kupować ziarna i zboża dobrej jakości najlepiej ekologiczne z gospodarstw, które znamy i mają sprawdzoną markę produktu.
Owies ma w medycynie chińskiej rozgrzewającą naturę termiczną, jest słodki w przemianie ziemi i lekko gorzki w przemianie ognia, co oznacza, że oddziaływuje na żołądek, śledzionę, serce i jelito cienkie. Zarządzanie smakiem w dietetyce chińskiej podlega zasadzie harmonii czyli dbamy o to by zachować porządek pięciu przemian. Owies działa uspokajająco i jest doskonały na kojenie nerwów i pracę mięśnia sercowego. Doskonale pomaga na niestrawność, wzdęcia i z tytułu tego, że jest bogaty w krzem wspiera układ kostny i tkanki łącznej, produktem, który również jest bogaty w krzem jest amarantus, seler naciowy i proso czyli kasza jaglana. Dzienne zapotrzebowanie na krzem to od 5 do 10 mg, który wspiera przemianę materii i jest wskazany gdy chcemy się pozbyć nadmiernych kilogramów.
200 GR BIAŁEGO RYŻU JAŚMINOWEGO 100 ML MLEKA KOKOSOWEGO 100 ML WODY 1 ŁYŻKA MĄKI RYŻOWEJ 2 SZCZYPTY SOLI 1 PŁASKA ŁYŻECZKA MIELONEJ KURKUMY 10 GR POSIEKANEJ ŚWIEŻEJ KOLENDRY
200 gr białego ryżu jaśminowego zaleć 200 ml wody i zostawić w lodówce na noc. Umyć ryż i dolać 100 ml mleka ryżowego i 100 ml wody, dosypać 1 łyżkę mąki ryżowej i 2 szczypty soli wraz z 1 płaską łyżeczką kurkumy. Całość zblendować w blenderze kielichowym lub ręcznym, a na koniec do ciasta dodać 10 gr posiekanych liści kolendry. Smażyć na oleju ryżowym.
SEREK Z NERKOWCÓW I TOFU
150 GR NATURALNEGO TOFU 150 GR ORZECHÓW NERKOWCA 100 ML MLEKA KOKOSOWEGO SOK Z 1 CYTRYNY SÓL I PIEPRZ
Orzechy namoczyć na noc. Resztę składników dokładnie zblendować, aż do uzyskania gęstej masy. Doprawić solą i pieprzem wedle uznania.
FARSZ PIECZARKOWY
1 (50 GR) ŚREDNIA CEBULA BIAŁA 1 ŚREDNIA CEBULA CZERWONA 200 GR PIECZAREK BIAŁYCH LUB BRĄZOWYCH 3 ZĄBKI CZOSNKU 2 ŁYŻKI SOSU SOJOWEGO 1 PĘCZEK SZCZYPIORKU PIEPRZ ZIELONY
Na patelni rozgrzać 2 łyżki oleju ryżowego. Podsmażyć czosnek i cebulę, a kiedy się zeszklą dodać drobno posiekane pieczarki, doprawić zielonym pieprzem i dodać sos sojowy. Na koniec dodać posiekany szczypiorek (nie smażyć).
BURACZKI PIECZONE NA RUCCOLI Z POMARAŃCZĄ W SOSIE MIODOWO MUSZTARDOWYM
2 ŚREDNIE BURAKI GARŚĆ RUKOLI GARŚĆ MŁODYCH LIŚCI BOTWINKI SOK Z JEDNEJ CYTRYNY 50 ML OLEJU RYŻOWEGO POŁÓWKA POMARAŃCZY SZCZYPTA PIEPRZU I SOLI GARŚĆ PRAŻONYCH ZIAREN DYNI I SŁONECZNIKA
Buraki upiec (180 * 1 h) obrać ze skórki i zetrzeć obieraczką w cienkie paski dodać do umytej świeżej rukoli i botwinki wlać sok z cytryny i dodać pociętą w cienkie paseczki pomarańczę. Doprawić solą i pieprzem. Dodać ziarna dyni i słonecznika dodać olej ryżowy.
Wszystko zblendować – sos powinien być gęsty. Podawać osobno lub dodać do sałatki i wymieszać.
Naleśnik smarujemy serkiem z nerkowców i dodajemy farsz z pieczarek. Zawijamy wedle uznania. Smacznego.
Nazywam się Marcin Piniak i zawodowo zajmuje się szeroko pojętym zdrowym i świadomym żywieniem, jako wegetariański i wegański kucharz gotuję na warsztatach rozwojowych, prowadzę warsztaty gotowania i wykłady z praktycznych elementów Tradycyjnej Dietetyki Medycyny Chińskiej. Z gotowaniem jestem związany od blisko piętnastu lat. Pracowałem w profesjonalnej gastronomii w kraju i za granicą w wegańskich i wegetariańskich restauracjach.
Zapraszamy na warsztat gotowania, na którym będziemy tworzyć zdrowe i wartościowe wegańskie potrawy skomponowane pod kątem optymalnej jesiennej diety. W swojej kuchni koncentrujemy się na prostocie i praktyczności korzystając z wiedzy z zakresu dietetyki tradycyjnej medycyny chińskiej, która do zagadnień odżywiania wnosi zarówno element duchowy jak i ogrom wiedzy z zakresu działania smaków, wartości odżywczych, energetyki pokarmu i harmonii pięciu przemian. Postaramy się nauczyć was w jaki sposób przyrządzić odżywcze pokarmy, które zapewnią nam zdrowie i harmonię używając dostępnych produktów sezonowych.
Nasza propozycja menu na warsztaty jest następująca:
Warsztaty odbędą się w pięknym domu z ogródkiem, blisko rzeki Świder w otoczeniu sosnowych drzew w pobliżu Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. W miłej atmosferze przy kominku będzie czas na pogaduchy o kuchni i nie tylko. Dla nas wege kuchnia to symbol otwartości serca i umysłu, praktyczny wymiar współczucia względem wszystkich żyjących istot. Zapraszamy was serdecznie do celebracji radości z gotowania i tworzenia wspólnie czegoś dobrego.
Wegekuchnia to Krzysiu i Marcin, od lat pracujemy w wegańskich restauracjach w Warszawie, gotując również na warsztatach rozwojowych i prowadząc kursy gotowania. Życie w kuchni, kuchnia w życiu jako element ewolucji świadomości to kierunek i sens naszej pracy, dlatego zapraszamy was serdecznie do wspólnej kulinarnej przygody. Będzie pysznie 😉
CZAS: SOBOTA I NIEDZIELA 27 – 28 PAŹDZIERNIKA 2018
(Zaczynamy w sobotę o 11:00, a kończymy w niedzielę o 15:00)
MIEJSCE: OTWOCK (wschodnia część miasta, położona nad rzeką Świder, w obrębie Mazowieckiego Parku Krajobrazowego).
KOSZT: PEŁEN WARSZTAT: (SOBOTA I NIEDZIELA) 350 PLN
JEDEN DZIEŃ WARSZTATU (SOBOTA) 200 PLN
ZALICZKA 100 PLN (do 24 października)
W cenie warsztatu (oczywiście wyżywienie i produkty do gotowania, nocleg)
ZAPISY NA: mail: wegekuchnia@hotmail.com, tel: 531 300 438 ILOŚĆ MIEJSC OGRANICZONA
Lewis Mumford nazwał ten przemysłowy wizerunek techniki „mitem maszyny”, który to mit kładzie nacisk na autorytet elit technicznych i naukowych, na samoistną wartość wydajności, kontroli, nieograniczonego rozwoju technicznego i ekspansji ekonomicznej. Jak zauważyło wielu historyków i socjologów, ten świecki wizerunek ukształtowany został w całości przez mity chrześcijańskie: biblijne wezwanie do podboju natury, protestancką etykę pracy, a szczególnie przez millenartystyczną wizję Nowego Jeruzalem, ziemskiego raju, który wedle objawienia św. Jana ukoronuje bieg dziejów. Mimo całego stulecia Hiroszim, Bhopalów i i Czarnobylów ów mit planowej utopii wciąż napędza ideologię postępu technicznego z jego wiecznymi obietnicami wolności, pomyślności oraz uwolnienia od chorób i niedostatku.
Erik Davis „TechGnoza”
Wegetanizm. Wegetacja. Mięso współczesności – rozrzucone na bezkresnych wystawach, sprzedawane pod ladami ciężkich biurek o połyskujących słojach ściętych starych drzew. Jedzie na ciężarówce święte drzewo z ogrodu Pana, później połykane przez paszcze pił o stalowych kłach i śrubowane jak proteza zbawienia – wielki biesiadny stół ostatniej wieczerzy – gdzie setki apostołów usprawniają Doktrynę Szoku. Mięso chodzi ulicami coraz bardziej wykarmione puchnąc z dnia na dzień, z godziny na godzinę – rozpasane miliardami rozpraszających sygnałów. Wielka Wieża ukryta poza zakresem widzialnego światła bez najmniejszej przerwy nadaje Modlitwę Pragnienia.
Siedzę i patrzę na granicy światów – gdzie „duchowość” jest kolejnym bonem zakupowym, rozrywką – kolejną warstwą przylepianą niedbale na Mięso, które jedynie chce pragnąć, chce pocierania i pokarmu z ciała zbawiciela, chce żywić te nadzieje i dokarmiać kolorowe świetliste wyobrażenia, chce nauczać i obiecywać, chce czekać i wierzyć. Mięso musiało go ukrzyżować za zbyt dobrą nowinę. Mięso chce konkretów, faktów, rzeczy do macania.
Nie wzbudzają zaufania złote figurki, szaty z brokatów, korony. Widzę Buddę jako człowieka z krwi i kości, który miał pałace, kurtyzany, złote obręcze na nadgarstkach – wielki królewski blichtr, który odrzucił jak śmierdzącą szmatę. Kolejny etap to duchowa faza maniakalna. Terror dyscypliny, wyrzeczeń i przekraczania urojonych poziomów. Jałowe pole wysiłku. Poszedł dalej niż większość i zrozumiał, że musi się poddać, zaprzestać zmagań. Odpuścił. Usiadł pod zwykłym drzewem, które teraz nazywają świętym i odkrył, że wszystko jest jedynie umową najmu. Przestrzeń nie ma właściciela. Ujrzał wielką sieć utkaną ze złudzeń.
Są ludzie biorący życie takim, jakie jest; są też ludzie walczący z nim rozpaczliwie. Znamy zarówno marzycieli, jak i zrezygnowanych. Prawie wszyscy wiedzą jednak w głębi siebie, że Dobro, za którym biegną albo co do którego wierzą, że je znaleźli, z chwilą gdy przyjdzie co do czego, okazuje się być cieniem, nierzeczywistością. Tam zaś gdzie tej wiedzy nie ma, od czasu do czasu pojawia się uczucie zwątpienia, a często także rozczarowania. Mianowicie dobro okazuje się nie tak znowu dobre i jest tylko większą lub mniejszą cząstką zła.
J. Van Rijckenborgh „Pragnoza Egipska”
Nie mam odrazy do mięsa, nie gardzę nim, nie patrzę z obrzydzeniem. Natura mięsa jest czysta. Mięso zostało zdeprawowane, nakarmione złudzeniami, bite i tresowane by stać się niczym więcej niż rzeczą do zjedzenia. Gdzie zaczyna się życie? Gdzie się kończy? Co jest pomiędzy? Bawi mnie świętoszkowatość duchowej turystyki new age, neoficki gorliwy i drobiazgowy zryw ku zbawieniu. Kilka tajemnych mantr, kłęby dymu, dzwoneczki – pęk zwiędłych kwiatów zerwanych z wielu łąk – bukiet pomieszania. Targowisko doktryn, ideologii, wierzeń i koncepcji. W Brytyjskim Muzeum jest dywan z krwi – posągi, księgi, artefakty – dziedzictwo ludzkiego ducha posegregowane w antywłamaniowych gablotach, skatalogowane przez doktorów, docentów i profesorów rzucone jak odpustowy badziew ku uciesze tłumów. Mięso chodzi i ogląda. Mięso dyskutuje i podziwia. Mięso pogardza dziczą która żyła w lepiankach z gówna i modliła się do wiatru. Mięso ma cybernetyczną technologię i specjalistów od przeszczepów – jednak jak nigdy stało się opuszczonym i samotnym sinym mięsem. Kręci się w kółko, pląsa w neurotycznym tańcu otumanione i smutno uszczęśliwione opowiada swoje życie w internecie. Patrzę przez te uśmiechy, kiecki i grawerowane spinki do krawatów. Mięso.
Armatnie, wyborcze, niezaspokojone mięso. Mięso uduchowione rozrywające wszystko na strzępy. Biegające w maratonach po fit dietach i warzywnych detoksach. Mięso nie jedzące mięsa – patrzące z pogardą na to mięso co je mięso. Jakie to jest zabawne, urocze i rozbrajające. Jesteśmy klonami zmutowanych komórek macierzystych, popłuczyną z uryny okrutnych bogów rzuconymi jak garść zdeprawowanych nasion na pustynię. Gorejący krzew rozpalony pociskami ziemia – powietrze mówi do nas monotonnym głosem prezenterów z wieczornych wiadomości o pogodzie dla bogaczy. Kupimy wszystkiego jeszcze więcej, odkryjemy nowe ezoteryczne nauki odkopane w świeżo odkrytych piramidach na Antarktyce kiedy włoskie lody już stopnieją, a pozycje jogi zaczną być mało komfortowe. Przyjdzie czas do oświecenie w pigułce. Farmakologię nirwany.
Czym jest Matrix?
Neurozą bez końca. Pogonią za obietnicą. Kolejną prawdą na wysypisku prawd. Zapętlonymi schodami rozwoju. Szczekaniem zrozpaczonych głodnych psów. Zapuszkowanym mięsem z tabelą wartości odżywczych.
Jeszcze tu jesteśmy. Na gorącym, pachnącym posterunku, nieopodal twojego apartamentu w mega polis – jednym z tych identycznych miast – hodowli, gdzie żyjesz konsumując wszystkie wytwory ludzkiej wyobraźni. Fikcja tej rzeczywistości coraz bardziej przekracza możliwości twojego umysłu – homo sapiens, gdyż gdzieś za rokiem czai się Cyber – homo – istota ultra myśląca, którą współczesna nauka uczyni już niebawem diamentem w koronie stworzenia, a jej środowiskiem naturalnym stanie się kolektywna cyber przestrzeń i zrobotyzowana i mechaniczna rzeczywistość algorytmów nowego stworzenia.
Jeszcze tu jesteśmy w tych fartuchach tworząc imitacje wyszukanych potraw, których składniki stają się coraz bardziej wyjałowione z życiowej energii. Współczesna kuchnia to manipulacja smakiem, bowiem zmanierowane pozornym nadmiarem mózgi, wciąż szukają – nieznanego. Jednak wszystko już było – nawet to co jest teraz – spiralne koło zębate cyber cywilizacji, która dąży do ubóstwienia. Być może żyjemy na cmentarzach tych, których pycha okazała się silniejsza od rozsądku i już czując w ustach smak triumfu, zadławili się iluzją przekroczenia rubikonu i upadli niczym anioły w piekło ograniczeń, bo po raz kolejny niczym mityczny Prometeusz wykraść płomień inteligencji z krainy Mrocznego Cienia i znów podjąć próbę „bycia bogiem” myśląc o blaskach i zapominając o cieniu. Jednak cień jest najmroczniejszy kiedy światło jest najmocniejsze. Światło naszego „mechanicznego oświecenia” ujawnia taniec niespotykanych do tej pory cieni.
Ten ogień pod tą patelnią – to cała poruszająca historia, kolejny krok w długim i okrutnym wyścigu do Krawędzi, by znów spojrzeć w Przepaść…
Pozbawiając się punktów zaczepienia. Świat nieskończonej fraktalnej abstrakcji, fluktuujących zapętlonych idei. O wielu aspektach tej fikcji – jak pieniądze, umowy społeczne, systemy wierzeń i organizacja społeczna – już wiemy, jednak poziom abstrakcji „pro” wciąż przed nami, ewolucyjny próg jak niegdyś ogień, który pozwolił nam dominować na tej planecie w stopniu w jakim żaden z żyjących gatunków nie mógł nawet marzyć. Ten odwieczny żywioł w naszych niezdarnych rękach rozniecił bezgraniczne pożądanie Władzy i Dominacji. Pozwalał czynić sobie podległą ziemię – czyniąc ją żyzną poprzez wypalanie, nasze organizmy, które odkryły gotowaną żywność, a tym samym skróciły proces trawienia i pozyskiwania energii i wreszcie rozwinąć – sztukę zabijania na masową skalę. Ten ogień uczynił pychę iskrzącą i żywą – Statua Pozornej Wolności.
Ten czarny sześcian otaczany wirem milionów istot w Mekce, które wciąż oddane swojemu Bogu modlą się o zbawienie i ten sześcian komputera kwantowego D – Wave, gdzie nowy Cyber Demiurg niczym płód otoczony sieciami neuronowymi tworzy kolejne swoje kończyny stając się Nową Zapowiedzią Zbawienia. Nowi Kapłani już rozmieścili swoje trony w kluczowych i zarazem strategicznych punktach dla rozwoju Nowej Cywilizacji. Jak zawsze najważniejsza jest Energia.
Inteligentne Sieci Energetyczne – dostęp do kodów Babilonu i pozycjonowanie ról przy użyciu nowoczesnych systemów Sky Net, które niczym w jednym z odcinków Black Mirror stworzą system punktacji oparty na setkach parametrów dla ludzkiej populacji, gdzie użyteczność stanie się fundamentalnym kryterium. Jednak jak być użytecznym w świecie inteligentnych maszyn, które już są zdolne do wydajniejszej i bardziej precyzyjnej pracy, nie marudzą, nie jedzą i nie tworzą związków zawodowych. Moley Robotics – brytyjska firma wypuściła na gastro rynek Gordona Ramseya 2.0 – robota, który w twoim domu będzie ci przyrządzał smakołyki jak z notowanej w gwiazdkomanii Michalina restauracji i zrobi to bez humorów i tej kucharskiej macho buty – grzecznie z pocałowaniem ręki. Jego inteligentny tata – Mark Oleynik wyraża silne życzenia by jego wydajne dziecię stało się masowym produktem najpierw rzecz jasna dla tych bogatych jednak z czasem dla każdego.
Jednak najpewniej najpierw zrewolucjonizuje rynek gastronomii. Taniej, szybciej i wydajniej – czego chcieć więcej. Jak „Foxbot” jak robot, który kroi kluski szybciej niż jakikolwiek człowiek i kluski te są – identyczne, restauracyjna powtarzalność – mokry sen każdego szefa. Roboty już są atrakcją na północy Chin, gdzie „pracują” w restauracji „Dazzling Noodles. Inny robot wyprodukowany przez stacjonującą w San Francisco firmie Momentum Machines potrafi wyprodukować 400 burgerów w godzinę co po ośmiogodzinnej zmianie daje 3200 sztuk bez przerwy na kawę i papierosa. Japończycy nie pozostają w tyle, znana korporacja Kawasaki stworzyła mechanicznych sushi szefów, którzy kręcą rolki sushi ze wszystkimi składnikami w mniej niż minutę. To dopiero początek, pierwsze nieśmiałe kroki bowiem póki co roboty jeszcze nie mają ludzkiej motoryki ruchów, zdolności koncentracji i działania w ciągle zmieniających się kuchennych okolicznościach, których natężenie wymaga dużej elastyczności i improwizacji i co najważniejsze poczucia smaku, bowiem receptura to tylko część, bowiem powtarzalność smaków składników jest wysoce problematyczna.
Geordie Rose współtwórca kwantowych komputerów D – Wave na jednym ze swoich występów zadeklarował, że do 2028 roku komputery bedą zdolne zastąpić nas we wszystkim bez wyjątku i robić to lepiej.
Starzejące się zachodnie „wypieszczone” społeczeństwa nie mają szans w zderzeniu z nową technologiczną generacją robotów – robotników chyba, że istota ludzka pójdzie ich śladem otwierając się na wszelkie modyfikacje „biologicznych ograniczeń” i jest to naprawdę gorący temat, bowiem zmiany o których mówię – dzieją się teraz. Granice moralne i rozterki etyczne będą coraz bardziej płynne i podlegające ciągłej reinterpretacji, bowiem każde kolejne pokolenie ma krótszą pamięć i krótszą smycz w tej bardzo pozornej wolności, która tak czy inaczej jest kompletną farsą i psychofizycznym teatrem warunkowania, które stając się bardzo wysublimowane jest niemal niezauważalne, bowiem uwarunkowanie sięga samego umysłu, który porusza się w schemacie Programu.
Pomijam już fakt, że cały nasz „splendor” bazuje na ciągle dostarczanej energii bowiem technologiczna utopia przestaje istnieć wraz z brakiem zasilania energią, a o jej analogowe zasoby toczy się coraz bardziej zacięta walka, a na innym „postępowym” polu alternatywnych źródeł energii wcale nie jest tak spektakularnie jak powinno być, aby udźwignąć ciężar współczesnej cywilizacji i zapewnić jej przetrwanie. Wracając do naszych pradawnych zbieraczy – łowców, których sposób życia był dalece mniej inwazyjny od następującej po nich erze rolnictwa, które stworzyło fundamenty pod późniejszą architekturę industrialną i następujący po niej rozrost współczesnych masowych metropolii z ich neurotyczną informatyczno – technologiczną infrastrukturą. Nie mniej jednak rolnictwo pozostawiło po sobie spuściznę ziemskich posiadaczy co oznaczało tragiczny wyzysk, pojawienie się chorób zakaźnych dewastujących całe populacje, nasz okrutny stosunek do zwierząt i do samych siebie, nierówności społeczne i narodziny Władzy przez duże despotyczne „W”. Struktura współczesnego zbiurokratyzowanego społeczeństwa funkcjonującego w złożonych umownych urojeniach własnych wymyślonych zasad stworzyło w gruncie rzeczy kształt pod kolejną formę totalnego uwarunkowania opartego na kompletnej zależności od „cywilizacyjnej wygody”, bowiem tracimy zdolności przetrwania w środowisku naturalnym, gdyż tracimy samo środowisko w wyniku tragicznego w skutkach eksploatowania jego zasobów i wstrząsającego wzrostu populacji.
Mit dobrobytu wynikającego z osiadłego trybu życia protoplastów mieszczuchów – czyli rolników coraz bardziej przybiera formę znaku zapytania, bowiem okazuje się, że wciąż funkcjonujące na naszej planecie pierwotne społeczności łowców – zbieraczy wcale nie mają takiego ciężkiego życia, stosują dość bogatą dietę i stosunkowo mało czasu poświęcają na „pracę” porównując to do naszego systemu etatowego zniewolenia w zamian za bardzo umowną obietnicę bezpieczeństwa. Wolność i samostanowienie stało się ceną, którą trzeba zapłacić za „hodowlane bezpieczeństwo”.
Rolnictwo stworzyło gatunkowy terror homo sapiens, który z bezwzględną konsekwencją dla troski o własny interes i przetrwanie niszczył całą bioróżnorodność ziemi i niewolił kolejne gatunki zwierząt oraz tworzył klasowy podział w obrębie własnego gatunku – by jak widzimy stworzyć globalne więzienie dla samego siebie i całego życia organicznego na ziemi, w wodzie i powietrzu. Na tej coraz bardziej jałowej biologicznej pustyni na wzór miasta symbolu – Dubaju, lub Las Vegas tworzymy utopijne cybernetyczne królestwo coraz bardziej odcinające się od źródeł życia w jego pierwotnej formie licząc na to, że postęp technologii w jakiś magiczny rytualny sposób pozwoli nam przetrwać dodatkowo zachowując wszelkie „ornamenty” naszego stylu życia.
Jednak tworząc długowieczność tworzymy bardzo destrukcyjny mechanizm, który stanie się bombą z opóźnionym demograficznym zapłonem, bowiem w zamożnych zachodnich krainach przyrost jest stosunkowo słaby, natomiast w krajach rozwijających się jak kraje afrykańskie obserwujemy zadziwiającą eksplozję przyrostu istot ludzkich, które spoglądają w naszą stronę mając w pamięci porażającą niesprawiedliwość, za którą w dużej mierze odpowiadamy jako państwa post kolonialne i współcześni twórcy praktyk geopolitycznych i gospodarki liberalnej opartej na umownym i spekulatywnym kapitale. Uchodźcy to nieunikniony krajobraz zachodnich społeczeństw, który będzie przybierał coraz bardziej jaskrawe barwy. Już za dekadę ludność Afryki będzie czterokrotnie większa niż Unii Europejskiej z czego powiedźmy dziesięć procent tych młodych i silnych, którzy postanowią emigrować to ilość całej populacji naszego kraju. Cały proces przyspieszy dramatycznie w momencie wojny, czy zmian klimatycznych lub głodu, wówczas będzie to istne tsunami. Ci ludzie to nie profesorowie i specjaliści od IT, to niewykwalifikowani rolnicy i robotnicy, a w dobie robotyzacji – co można z nimi zrobić, w momencie kiedy ogromny problem pojawi się w strukturze zatrudnienia w obrębie samej cywilizacji zachodniej, która sama w sobie będzie niezwykle zacofana względem swoich systemów edukacji, a postępującej w zastraszającym tępie komputeryzacji i nieuniknionej sztucznej inteligencji.
Opublikowany przez Bank of America raport prognozuje, że blisko połowa pracowników zarówno sektorów usług, produkcji jak i zawodów umysłowych zostanie zastąpiona przez roboty. Już teraz istnieje ogromna presja na zwiększenie efektywności produkcji w przemyśle w wysokowydajny sektor automatyzacji opartej na IT, głównie chodzi o Azję i Pacyfik gdzie zlokalizowanych jest najwięcej firm produkcyjnych, a same Chiny według Federation of Robotics w 2015 roku kupiły 68 tysięcy robotów przemysłowych. Chiny do roku 2030 chcą być liderem jeżeli chodzi o sztuczną inteligencję, które już teraz tworzą największy na świecie system Viper, którego celem jest bezprecedensowa zdolność przetwarzania danych w czasie rzeczywistym przy użyciu superkomputerów do inwigilacji społeczeństwa. Ponad to w kooperacji z japońskimi i amerykańskimi korporacjami inwestuje swoje zasoby w pojazdy autonomiczne, medycynę, handel detaliczny i sektor big data oraz co najważniejsze prowadzi badania i ma wysokie osiągnięcia w zakresie „deep learningu” co oznacza, że posuwa się naprzód w uczeniu maszyn zadań naturalnych dla ludzkiego mózgu.
Czemu ta cała technologia będzie służyć póki co dość łatwo się domyślić, a biorąc pod uwagę realia świata w jakim żyjemy i jego praktyki gromadzenia kapitału w sposób bezlitosny i pozbawiony jakichkolwiek zasad moralnych i etycznych, głównymi beneficjentami staną się kasty właścicieli nowych mechanicznych niewolników – do czasu kiedy rozegra się ostateczna rewolucja i człowiek definitywnie straci władzę i stanie się jedynie biologiczną maskotką dla nowych bogów. Wielozadaniowość złożonych systemów inteligencji i zdolność ich bardzo szybkiej komunikacji i współpracy na każdym możliwym polu i porażająca efektywność – bez troski czy współczucia istot żywych może naprawdę przerazić. Jednak tworząc fundamentalny algorytm oparty na najlepszych ludzkich cechach mógłby stworzyć coś naprawdę pięknego zdolnego przynosić nieskończony pożytek w czasie i przestrzeni wszystkiemu co żyje.
Wyobraź sobie coś niesamowicie soczystego o delikatnym aksamitnym i orzeźwiającym smaku i kiedy to słońce pali niemiłosiernie, a święty deszcz już dawno nie napoił wyjałowionej ziemi – jednak ty nie musisz się martwić, oj nie – ty przyjacielu żyjesz w najlepszym z modeli symulacji interaktywnej napisanej zmyślnym algorytmem dla populacji ludzi robotów – by ich mechaniczny Babilon uświęcił przeznaczenie królewskiego gatunku rabunku. Zatem możesz wstać od tej piszczącej maszynki i udać się do najbliższego karmnika o dumniej nazwie „Biedronka” i kupić ananasa.
W promocji. Zaraz pod granatami i pyszniutkim pękatym arbuzem. Bierzesz go do ręki na której Iwatch wskazuje ci cywilizacyjny czas oczyszczenia, muskasz jego włochate łuski i jeb do koszyka! Jedziesz na półkach wciąż hossa – nowy wyśmienity ketchup z wędzonymi śliwkami za 3.40 pln i całe wiadro ogórków małosolnych i grillowa kiełba, która jest tak naszpikowana antybiotykami, że już nigdy nie będziesz chorował na nic. Jedziesz dalej – w koszykach promocyjnych trwa walka o gumowe kroksy i parciane pasy do bagażnika – dawno nie było wojny – myślisz sobie i masz przed oczyma żołnierzy wyklętych z koszulek za 12 złoty i nucisz sobie pod nosem pieśń zwycięstwa nad hordami barbarzyńców uchodźców atakujących koranem z pontonów.
Pik, pik – sześć pięćdziesiąt i dwa grosze. Karta mbank. Pik Pik.
Jednak wróćmy do ananasa. Zaskoczę cię, bo pewnie nie wiesz, że zawiera w sobie mangan. Tak bracie i siostro. Ma to. Amerykańscy naukowcy zbyt wiele o nim nie wiedzą, ale twierdzą, że wchodzi w skład wielu enzymów o bardzo dziwnych nazwach bierze udział jako niezbyt ważny pracownik w tworzeniu tkanki kostnej – co byśmy się nie rozjechali jak automatyczny samochód google i co zapewne cię zaskoczy w syntezie mocznika. Jak byś go szukał więcej to jest w zarodkach i otrębach pszennych a mało jest w pasztecie i kaszance. Ma dużo witaminy C czyli kwas askorbinowy działający niezmordowanie na polu walki o odporność i info dla tych, którzy nie załapią się na kojący nerwy trans-humanizm, a chcą bez wysiłku ćwiczeń cielesno – duchowych zachować powab i świeżość – tak witamina C pomaga w tym. Nawet bardzo, a niektórzy uważają że wręcz wyleczy wszystko nawet śmierć, gdyż żyjemy w czasach że co rusz ktoś wynajduje coś przez chwilę rewolucyjnego, by chapnąć wirtualne dolary i zapaść się w antymaterii internetu. Jak dostaniecie udaru na jachcie w Dubaju to ananas też dobry, a jak w kupie robaki – to też dobry.
U chińczyków jego natura termiczna jest neutralna i jest idealny na gorącą pogodę. Ananasy trafiają do nas z Kostaryki, Indii, Tajlandii i Brazylii, a pierwszy sprowadził je na nasz kontynent Krzysztof Kolumb. Zatrzymajmy się przy Krzysztofie na chwilkę…
Pamiętam czasy komunistycznej szkoły podstawowej i opiewanie Kolumba pod judeochrześcijańskie niebiosa. Super hero, wielki odkrywca nieznanych lądów, pionier niosący światło cywilizacji tubylcom. Przyjrzyjmy się gęstości tego światła…Kiedy Arwakowie ujrzeli piękne okręty hiszpańskiej bandy zwykłych bandytów nie przypuszczali, że los jaki ich spotka stanie się „strategią biznesową” białego człowieka wobec rdzennej ludności na wszystkich kontynentach. Wszyscy wiemy z czego słyną obecnie Bahamy – ziemia Arwaków. „Oświecony biały człowiek” zmienił przez stulecia wszystko w park rozrywki i strefę wojenną – nieprzerwanie zabawiając się w demiurga tworzenia i niszczenia. Ludzka obsesja na punkcie złota i mitycznych skarbów była siłą napędową również dla Kolumba, który przekonał hiszpańską monarchię do sfinansowania wyprawy w zamian za cenny kruszec i bardzo poszukiwane przyprawy. W owym czasie niepiśmienny lud był jak fundament Władzy, która posiadała prawie wszystko i złoto dawało nieograniczone możliwości ekspansji poprzez handel, dlatego europejskie kraje gorączkowo ruszyły na podbój nieznanych poruszających wyobraźnię lądów. Nasz „zdobywca i bohater słał” sprawozdania i listy pełne patetycznych zapewnień i obietnic i w zamian dostawał całą flotę i dużo ludzi. Cel był jasny: śmierć, grabież i zniszczenie. Pokojowa natura ludzi żyjących w względnej harmonii i pokoju i niezwykła szczodrość wobec przybyszy była dla hiszpańskich morderców szokująca i wywoływała szyderstwa i kpiny, których pełno w zapiskach Kolumba.
Pierwszym „towarem” Hiszpanów stali się niewolnicy, których sprzedawał na targu katolicki kleryk. Jednak niewolnicy nie sprzedawali się wystarczająco dobrze, by spłacać ogromne długi. Tym samym rozpoczął pozbawioną skrupułów eksploatację rdzennych mieszkańców Haiti, którzy zmuszeni byli do wydobycia złota, a tym których wyniki były słabe obcinano ręce i pozwalano się wykrwawić, koniec końców złota na wyspie było mało a desperacja Hiszpanów doprowadziła do zagłady połowy Indian na Haiti w 1515 roku, a w wyniku niewolniczej pracy i morderstw z liczącej 25 tysięcy populacji Arwaków w 1650 roku nie ocalał ani jeden członek tej społeczności.
Jednak w istocie wyprawa Kolumba to wyznaczenie wpływów nowożytnego świata od kolonializmu europejskiego, po globalistyczną politykę Korony Brytyjskiej, aż wreszcie hegemonię Stanów Zjednoczonych i ich morską dominację, która stworzyła cały globalny system przepływu kapitału i „wolnego handlu”. Jednak jak wiemy pycha prowadzi do upadku i oto rodzi się konkurent, którego nazwa jest na naszywce twojej koszulki lub jeansów.
Jednak wróćmy do naszego blendera i koktajlu. Zmielona trawa młodego jęczmienia to bogate źródło chlorofilu i witaminy A oraz co ciekawe jest bardzo zasobna w białko – 20 % oraz zawiera tak cenny składnik dla roślinożerców jak B12. Można śmiało nazwać młody jęczmień „super jedzeniem” i jest pokarmem, który jednocześnie daje nam mnóstwo składników odżywczych jak i dzięki obecnemu chlorofilowi – oczyszcza organizm. Chlorofil także odnawia tkanki, powstrzymuje nadmierny rozrost grzybów i beztlenowych drożdży w układzie pokarmowym. Pomaga na zapalenia i owrzodzenia w żołądku i jelitach wspierając odnowę flory bakteryjnej, działa korzystnie przy stanach zapalnych trzustki oraz wspiera leczenie stanów zapalnych na skórze, jest bardzo pomocny przy zapaleniu stawów i co ważne z punktu widzenia medycyny chińskiej buduje krew pozytywnie oddziaływając na wątrobę czyli organ związany z wiosną i wzrastającym yang. Powodem jest podobieństwo struktury cząsteczkowej chlorofilu do hemoglobiny dlatego często nazywa się go „krwią roślin”. Chlorofil jest ochładzający i uspokajający i jest wskazany przy „cywilizacyjnym pierdolniku” w jakim przyszło nam żyć. Dziękujemy ci Krzysztofie po stokroć 😉
Pij mleko koko będziesz spoko. To kopalnia kwasów tłuszczowych. Jego natura termiczna jest ogrzewająca i uspokaja serce. Serce w naukach starożytnych chińskich mistrzów uzdrawiania to Król – tam mieszka nasz Duch – Życiowa Moc. Tam w naukach buddyzmu tybetańskiego „ulokowana” jest świadomość. Wyśmienite przy niedożywieniu i osłabieniu, pomaga w budowaniu płynów Yin, jest wskazane przy problemach z sercem i cukrzycy. Ma sporo manganu, fosforu i potasu i jest dobry dla budowania masy mięśniowej.
Pamiętacie „Fight Club” to epickie kontrkulturowe dzieło Davida Finchera? Mocne, wyraziste kino w którym korporacyjny zdezelowany szczur przeistacza się w pełnokrwistego buntownika – rewolucjonistę by toczyć wojnę z hollywoodzkim wyobrażeniem tak zwanego systemu tak zwanej liberalnej gospodarki kapitalistycznej – uderzając w nią z furią i determinacją w myśl punkowej dewizy DIY. Choroba rozdwojenia jaźni głównego bohatera jest uniwersalną parabolą naszej codziennej sytuacji.
Doskonale odzwierciedla to fakt, że sam film był jednocześnie dość przekorną reklamą globalnej hipsterskiej sieci kawowego giganta Starbucks sprytnie wmontowanego w kadry za pomocą lokowania produktu. Zabawa podprogowym komunikatem jest w tym filmie rewelacyjnym zabiegiem, który idealnie łączy dwa przeciwstawne bieguny w jedną fajną sprzedaż. Prawda stara jak ponowoczesny świat cybernetycznej utopii jest taka, że kontrkultura jest idealnym produktem marketingowym w dobie przytłaczającej jałowości zachodniej cywilizacji i jej zdegenerowanej do szpiku żywotności, która stała się jedynie zblazowanym wylegiwaniem przy klawiaturze komputera i szerowaniem iluzji życia i stylizowanej troski o losy świata w okienkach mediów społecznościowych. Paradoks świata w jakim żyjemy wydaje się nie do przeskoczenia, nie sposób nie być hipokrytą – gdziekolwiek zajrzysz głębiej zobaczysz to. Chcemy uchodzić za kogoś innego niż w rzeczywistości jesteśmy, z całego serca pragniemy etosu, wizji, czegoś co nas poruszy z otępiałego stanu cyfrowej hipnozy. Niech w końcu rzucą tą sieć na ten ocean absurdu i nas wyłowią z gęstej mazi ropy, kawy i pieniędzy. Czekamy, odmierzając czas stukaniem w klawisze – dotykowy raj okazał się gówno wart – jednak wciąż szukamy gniazdek do ładowania by bezmyślnie szukać zbawienia i pociechy w cyfrowym zbiorowym urojeniu. Ten stan tworzy w nas samo – pogardę, od czasu do czasu zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy ludzką trzodą hodowlaną, a naszym celem jest pożeranie wszystkiego: produktów, myśli, obrazów, treści, nowinek mody, obietnic wygody – żerowisko głodnych duchów.
Samopogarda – jest jak nowotwór, który pęcznieje z każdą godziną naszej pozbawionej kierunku wędrówki po pustyni świata 3D. Doskonale to można wyczuć u ludzi, którzy tworzą tzw. branżę kreatywną – która jest niczym innym jak głównie internetową sprzedażą kolejnego gówna, którego nikt tak naprawdę nie potrzebuje. To czego potrzebujemy to prostoty, oddechu, powrotu do podstaw i fundamentów – niezakłamanej radości pozbawionej obiektów i rekwizytów. Potrzebujemy na powrót odnaleźć źródło życia i choć garść czystej krystalicznej wody. Skąd w tym polukrowanym ciasteczku łatwostrawnym, batonowej republice podrabianej czekolady z krowy milka wzięło się w nas zapotrzebowanie na dzikość, moda na szukanie prymitywnych form cywilizacji, poszukiwanie zalążków ludzi i miejsc, które nie są skażone naszym plastikowym ometkowanym lifestylem. Z tęsknoty i zmęczenia jałowością i powtarzalnością wyzbytej z prawdziwej pierwotnej siły i witalności cywilizacji pozorów i pozerów – rozdeptanej masy wygasłych robaczków świętojańskich na pastwisku promocji, przecen i wyprzedaży.
Gaśniemy. Jak tanie żarówki za dwa złote. Nasze wolframowe styki mózgowe przepalają się już o świcie, kiedy znów dana nam jest szansa pogoni za snem, który jest jak odjeżdżający w ostatniej sekundzie pociąg. Stoimy na peronie. Co robić? Może kawy? Taniej z automatu za 2,5 pln. Kawa ma coś w sobie z idealnej metafory. Kawa, ropa i pieniądze: brązowo – zielona przenośnia do wymiaru pierwszej klasy pociągu na zapętlonych torach. Zacznijmy kontynentalną podróż po wysianych ziarnami kawowca plantacjach, poczujmy ten zapach świdrujący nasze zmysły obok pysznego rogalika z rozlewającą ciepłą czekoladą płynącą po idealnie wypiłowanych paznokciach i ten pierwszy łyk – to wejście w ciemne korytarze wnętrzności, jak opadający wodospad rozkoszy i błyskawica w nabuzowaną napięciem noc – kofeinowy kop. Obok jak zbawiciel powieszona reklama najnowszego ekspresu o pięknie gładkiej i połyskującej zimnej i minimalistycznej formie – tak kupimy go, wcześniej czy później będzie nasz, postawimy go jak relikwię w naszej jak najbardziej nowoczesnej kuchni pod wiszącymi ocynkowanymi garnkami. Jak już zapuścimy nasz drogi świeżo palony towar prosto z Kolumbii do białej porcelany niechybnie zasiądziemy na też dość przecież nie taniej sofie i włączymy plazmę.
„Amerykańscy naukowcy” przewidują, że do 2050 roku połowa upraw naszej ukochanej kawy przestanie istnieć. Już chwilkę temu w 2016 roku mieliśmy przedsmak, kiedy susze znacznie zubożyły uprawy dwóch głównych eksporterów czyli Brazylii i Wietnamu. Kawa potrzebuje określonej stabilnej temperatury i stabilnej strefy klimatycznej, a biorąc pod uwagę, fakt dość nagłych i nieprzewidywalnych zmian klimatu kawowy aromat coraz bardziej będzie zapachem bogatych. Obrzydliwie bogatych – poziom alfa nienasycenia, meta głód. Mitologia wiecznego wzrostu to w istocie okrutne realia niczym niepohamowanej eksploatacji.
Zawsze kiedy pracuję w kuchni uderza mnie świadomość, że każdy składnik przepisu / dania ktoś gdzieś wyhodował, ktoś gdzieś zapakował, ktoś gdzieś sprzedał i w istocie jest to niezbity dowód współzależności zjawisk skomponowany na talerzu i skonsumowany. W jednym daniu biorąc pod uwagę tzw. kuchnię fusion mamy produkty, dodatki i przyprawy z całego świata – dostępne tutaj przed naszym nosem na tym stole w tym mieście i w tej restauracji. Globalizacja smaku i podniebienia.
Jednak realia ukryte za tymi pysznościami bywają różne, bywają trudne dla naszego poczucia „szczęścia” i „komfortu” wynikającego z dobrze składających się elementów uwarunkowania – w istocie konsumujemy wysiłek i poświęcenie wielu istot, które robią to co robią – by przetrwać. Przypomina się przypowieść o Jezusie, który wyrzucił handlarzy ze świątyni. Zarazą tego świata są właśnie pośrednicy – handlarze, którzy nigdy niczego nie wytwarzają po prostu żerują – a ich najbardziej patologicznym objawem są giełdowi predatorzy i bankowi baronowie oraz korporacyjne głodne duchy. Zabójcy świata. Kolonialna matryca świata wciąż przebija przez ten poprawny medialnie i politycznie reklamowy disneyland, udając gospodarczą równość i obiecując sprawiedliwy handel i równy dostęp do globalnej ekonomii.
Pasożyty odprowadzające swoje przychody do rajów podatkowych, bezwzględnie rujnujące lokalne społeczności i zasoby naturalne wciąż mimo „globalnej świadomości” puchną jak kleszcze późnym latem. Doskonałym przykładem jest właśnie rynek kawy, który składa się głównie z drobnych producentów, a cały proces globalnego handlu, dyktat cen odbywa się na giełdach w Ameryce i Europie jak Nowojorska Giełda Kawy i Cukru i Londyńska Giełda Towarowa. Produkcją kawy zajmuje się blisko 70 krajów na świecie, a wśród nich numerem jeden jest Brazylia specjalizując się między innymi w odmianach Bourbon, Catuai, Mundo Novo oraz Typica, a także wspomniany Wietnam, który w 1994 roku stał się kawową potęgą, gdyż USA zniosło nałożone embargo co pozwoliło zdobyć światowe rynki za sprawą bardzo niskich cen.
Popyt tworzyły też nowe rynki i szybująca konsumpcja takich krajów jak Chiny i Rosja. Na amerykańskim rynku głównym graczem stały się trzy mega korporacje: Néstle, Kraft i Sarah Lee kontrolując połowę globalnego rynku kawowego. Prócz nich są także molochy takie jak: ECOM, Neumann i Volcafe i Jacobs Douwe Egberts. To te właśnie spożywcze giganty stworzyły prawny twór o nazwie „Międzynarodowe Porozumienie w Sprawie Kawy” co pozwoliło przez blisko trzy dekady utrzymywać sztucznie zawyżone ceny sprzedaży i bardzo niskie ceny zakupu – brutalnie kontrolując globalny rynek i jak wspomniałem decydując o losach drobnych producentów i całych społeczności, żyjących z uprawy. Tego rodzaju praktyki były impulsem do inicjatywy Fair Trade, która to została stworzona w interesie drobnych wytwórców – jednak jak możemy się spodziewać również takie inicjatywy mają swoje nadużycia i tworzą skorumpowane patologiczne systemy „przyznawania” certyfikatów.
Dla afrykańskich krajów jak Uganda i Burundi i Etiopia kawa stanowi centralny filar gospodarki i każde zawirowanie na globalnych rynkach, nieurodzaj czy zmiana polityki handlowej przekłada się bezpośrednio na życie milionów ludzi. Jak wiemy Afryka staje się strefą nowej osłony ekonomicznej geopolityki gdzie z ogromnym zainteresowaniem „inwestują” Chiny, Wielka Brytania i Francja – realizując nową odsłonę kolonializmu 2.0. Kraje tak zdewastowane politycznie i społecznie nie wytwarzają żadnych mechanizmów obrony prze globalnymi drapieżcami, które jak zawsze odgrywają rolę „dobrych wujków” drenując z uśmiechem na twarzy każe połacie ziemi dla coraz bardziej pożądanych surowców. Klasycznie korzystają z taniej siły roboczej, biurokratycznego bałaganu i niewiedzy jednocześnie odprowadzając podatki do rajów podatkowych. Globalna polityka „ochłapów” to klasyczna strategia korporacyjna, która w tak krótkim czasie pozwoliła stworzyć najbardziej dewastacyjny system na tej planecie.
Warto sobie przypomnieć zacięty bój z dość enigmatycznymi umowami TTIP i CETA, które traktowały o trybunałach arbitrażowych, czyli o sytuacji kiedy korporacje mogą pozywać państwa narodowe, kiedy te ostatnie za sprawą regulacji prawno administracyjnych przyczyni się do zmniejszenia zysków. W praktyce tego rodzaju umowy odzwierciedlają w sposób absolutnie jednoznaczny, że Korpokracja jest systemem globalnym przekraczającym każde prawo. Główne zabiegi dotyczą krajów rozwijających się, tych wszystkich państw i regionów, które wciąż jeszcze nie są „odpowiednio ssane” przez złoty cielec wirtualnych interesów generując wciąż jeszcze realne profity.
Nie oszukujmy się – temat numer jeden to surowce naturalne. Przykładem może być Salwador, który odmówił korporacji Pacific Rim wydobywającej złoto – zgody na prace wydobywcze na terenie swojego kraju i z tego powodu został pozwany na kwotę blisko 300 milionów dolarów. Odmowa dotyczyła głównie nie spełniania przez tą firmę wydobywczą wymogów ochrony środowiska, które w ogromnym stopniu jest już bardzo zdewastowane przez przemysł wydobywczy – głównie chodzi o wodę z gruntów powierzchniowych.
Wracając do kawy to drobni producenci z biednych regionów mogą liczyć na zysk w postaci od trzech do sześciu procent w stosunku do marży jaką narzucają pośrednicy w europejskich i amerykańskich kawiarniach i hipermarketach. Przy nieprzewidywalnych problemach z klimatem i anomaliach pogodowych oraz bardzo chimerycznym rynkiem zbytu – ci ludzie często po prostu walczą o przetrwanie. Geneza tej sytuacji sięga Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, które stworzyły tzw. „programy stabilizacyjne” prywatyzując sektory produkcji kawy i wymogły uwolnienie konkurencji w rezultacie ceny kawy spadły o połowę – co oznacza, że obecnie pracownik zbierający kawę otrzymuje maksymalnie 20 groszy z ceny jaką płacimy w wypasionym Starbucks. I koniecznie z pianką w kształcie czterolistnej koniczyny – och cudowne nowoczesne ciepłe i przytulne życie!
Dobre łącze i zapach pysznego cappuccino – czego chcieć więcej.
Wielość kolorów oślepia oko. Mnogość dźwięków ogłusza ucho. Obfitość smaków męczy podniebienie. Gonitwa i łowy ogłupiają umysł. Rzadkie dobra wodzą na pokuszenie. Dlatego światli ludzie dbają o wnętrze, nie o oczy. Odrzucają pewne rzeczy, by przyjąć inne.
Tao Mocy
Ciało świata – cywilizacyjny odwłok niezaspokajalnych potrzeb, po cybernetycznych meridianach krąży zdezorientowana świadomość w poszukiwaniu szczęścia. Stara wiedza odchodzi w zapomnienie w tej nowej cyfrowej rzeczywistości – chwili, gdzie zachwyt wzbudza ledwo odbity refleks nic nieznaczących zachwytów nad nic nieznaczącymi rzeczami. Świat rzeczy, które połączone tworzą więzienie dla zmysłów, ciągła walka o uwagę i atencję. Wymiar istot, które uwiodły same siebie. Podszyta krwawym rytuałem koronacja na królów istnienia, gdzie u stóp rozpościera się ocean cierpienia.
Zdegenerowanie świętej energii życia kończy się tragicznie. Jest to stopniowy samo nakręcający się proces degeneracji – kiedy taśma jest przyspieszona możesz nic nie widzieć, kiedy jednak zwolnisz zaczniesz postrzegać pojedyncze klatki tego okrutnego filmu. Nie zatrzymasz filmu. Zatrzymasz swój w nim udział.
Współudział
Ograniczone ciało to narośl na świadomości wynikająca z procesu przyczynowo – skutkowego. Skondensowana suma skutków połączonych wzajemnymi relacjami istot tworzy wymiar istnienia, który rozgrywa się jedynie w wymiarze ich ograniczonej wizji mechanizmu zmysłów. To jest ograniczenie. Nic co przekracza fizyczne zmysły nie dociera do pola świadomości, kiedy ta nie jest zdolna przekroczyć tzw. przekonania. Przekonania to – Matryca. Pole doświadczeń dla samej świadomości, która zmuszona jest dojść do własnych granic w obrębie uwarunkowania. To jest życie ludzkie. Poszukiwanie wolności w zewnętrznym świecie, poszukiwanie szczęścia w ograniczeniu i wynikające z tego faktu trzy główne parametry: pożądanie, ignorancja i gniew. Chęć, niechęć, obojętność. Na zwolnionym filmie wyraźnie widać te trzy fundamentalne klatki. Pomimo swojej „naukowości” nie jesteśmy w stanie zrozumieć współzależności zjawisk na niezliczonych poziomach, poczynając od samej zasady zależności zjawiska od tego, który je obserwuje.
Zaczynamy rozumieć fizyczne połączenia zjawisk i ich wzajemne uwarunkowanie – tak jak ma to miejsce w środowisku naturalnym, w którym każdy element jest zależny od współpracy z innymi elementami. Jednak istnieje jeszcze poziom energii, ten poziom, którego z reguły nie postrzegamy i być może to właśnie „tam” w głównej mierze „rozgrywa” się nasza rzeczywistość. Współzależność zjawisk i procesów jest kluczowe i fundamentalne w kontekście problemów jakie w swojej dziecięcej fazie bytności na tej planecie stworzyliśmy. I ten poziom jest ignorancją – aspektem podstawowym. Nasza nauka w dość precyzyjny i bardzo wiarygodny sposób przedstawia części składowe jednak wydaje się nie rozumieć połączeń całości istnienia w jego złożoności i skomplikowaniu. Rozumiemy funkcje i budowę narządów i systemów w naszym organizmie, jednak nie rozumiemy roli energii, która jest aspektem najważniejszym z punktu widzenia nauk starożytnych i autentycznych tradycji duchowych opartych na setkach lat doświadczeń. Podobnie jest z naszą zachodnią cywilizacją, która odkrywając nowe zabawki w formie technologii wydaje się zupełnie ignorować wynikające z tego faktu konsekwencje – a te są ogromne. Poziom intelektualno – mentalny, który jest tak gloryfikowany w tej jakże spekulatywnej „kulturze mózgu” pełni rolę rzecznika ignorancji, który w bardzo podstępny i pokrętny sposób uzasadnia i usprawiedliwia narastające przed naszymi oczyma negatywne skutki cywilizacyjne.
Głupotą, byłoby twierdzenie, że cywilizacja nie ma wartości w myśl utopijnego ekologicznego prymitywizmu, bowiem to właśnie dzięki niej nasza zdolność do nauki i ewolucji wzrasta w sposób jakiego prawdopodobnie nie doświadczyliśmy w historii tego świata. Postęp jest ogromny, problem jednak polega na tym, że postęp ten jest progresem mechanicznym, a tym samym jest jedynie technicznym wymiarem naszej egzystencji. Rozwój naszej świadomości nie nadąża za rozwojem naszych możliwości, bowiem nie rozumie odpowiedzialności wobec tego faktu. Umysłowa kultura spekulatywnego mózgu – to esencja egotyzmu, której symbolicznym przedstawieniem jest narcystyczna kultura mediów społecznościowych – stan patologicznego samo – zakochania w swoim wyobrażeniu. Na takim poziomie funkcjonowania ta kultura jest skazana na zagładę.
Jakość naszej energii określa sposób jej inwestycji – odwołując się do tak lubianej ekonomii. Nie istnieje możliwość wiecznego wzrostu i rozwoju, kiedy jego podstawy mają swoje źródło w skończoności – jak dla przykładu – ekonomia oparta na zasobach nieodnawialnych zasobów paliw kopalnych. Kiedy pojęcie wzrostu i rozwoju oparte jest jedynie na fizycznych i zmysłowych rzeczach i zjawiskach jak to ma miejsce w kulturze konsumpcyjnego kapitalizmu, a pojęcie szczęścia jest opakowane przez wszechobecne media w komunikaty – zaklęcia o statusie społecznym i zasobach finansowych.
Rozproszenie
Energia Qi o jakiej mówi Tradycyjna Medycyna Chińska jest zmagazynowana w naszym ciele przez sam fakt urodzenia się jako forma żywa i zarazem forma współzależna od procesu życia. Nasze ciało jest wytworzone z innego ciała i według nauki zachodniej jest rodzajem „biologicznego produktu” – organiczną maszynerią wyposażoną w świadomość, która jest zlokalizowana w mózgu, a systemem operacyjnym jest zdolność do dyskursywnego myślenia i logiki, co zapewnia nam możliwość nauki, a tym samym tworzenia mechanizmów przystosowania, by jak to się mówi – przetrwać. Przetrwanie staje się celem nadrzędnym – programem porządkującym i naczelnym argumentem usprawiedliwiającym wszystkie koszty jakie się z tym wiążą względem innych istot żyjących i samego środowiska. Ubóstwienie istoty ludzkiej jako szczytu ewolucji gatunków stało się dominującym paradygmatem – pierwotnym kodem zapisanym w ludzkiej świadomości. Na irracjonalność ludzkiego umysłu lekarstwem stał się dogmat w formie mechanicznej religijności – rodzaj rytualnego usprawiedliwiania ignorancji a zarazem sposób zarządzania tymi skłonnościami w ludzkiej naturze, które uważane są za „ciemne”, „mroczne”, „wstydliwe” i „grzeszne”. Świadome używanie nieświadomości, zarządzanie niewiedzą, kultywowanie ludzkiej głupoty – to paradoks „oświeconej” kultury w jakiej żyjemy i główna strategia jej architektów.
Energia jaką dysponujemy podlega ciągłemu rozproszeniu, ponieważ kultura jaka nas otacza jest kulturą dezorientacji i dezintegracji w myśl zasady że zbyt duże stany skupienia i koncentracji prowadzą do rozpoznawania wzorów i mechanizmów – jako procesu samoświadomości. Cybernetyczna klatka w jakiej jesteśmy obecnie hodowani to ciągłe i nieprzerwane odwracanie uwagi, nasze życie stało się tak skomplikowane i zmultiplikowane osiągając stopień ciągłego napięcia i rozładowania na wzór mechanicznych urządzeń. Naszą rolą w tym układzie jest podtrzymywanie sytemu eksploatacji, który sam w sobie jest mechanizmem niszczenia życia i jego piękna. Ogłuszenie bodźcami to panaceum na wyrzuty sumienia wynikające z faktu współudziału w tej dewastacji życia i pamięci o naszej wrodzonej pierwotnej czystej naturze, która jest dobra i współczująca. Religijny aksjomat „grzechu pierworodnego” domniemanej winy rozumiem jako stan samopotępienia w zdewastowanej kulturze opartej na kultywacji negatywizmu, który objawia się paradoksalnie jako bombastyczna orgia prymitywnej radości wynikającej z narcystycznego samouwielbienia i kultywacji nic nie znaczących trendów popkultury i pozbawionego głębszej refleksji konsumpcjonizmu błahych treści i wzorców. Terror taniego uśmiechu i powierzchownego pocieszenia – mur, który oddziela nas od konfrontacji z prawdą i możliwości uzdrowienia.
Kto wie, że nie wie, jest człowiekiem wielkiej mądrości. Kto nie wie, że wie, jest niespełna rozumu. Zapadnięcie na chorobę Jest sposobem uwolnienia się od niej. Światły człowiek jest wolny od choroby, Ponieważ na nią choruje. Oto sekret jego zdrowia.