Kasza jaglana stała się trendy…I dobrze. Wszelkiej maści hipsterka podjada sobie te małe żółciutko – złote kuleczki, które okazuje się, że rzeczywiście mają sporo do zaoferowania. W tradycyjnej medycynie chińskiej proso czyli kasza jaglana to wspaniałe lekarstwo dla żołądka, śledziony i nerek.
Kasza jaglana energetycznie jest umiarkowana i w zimnych porach roku możemy ją ocieplić podprażając przed gotowaniem. Kasza jaglana kieruje naszą energię ku dołowi organizmu czyli ma niezwykłe właściwości oczyszczające i jest określana mianem miotły dla jelit – co w dobie tak zakwaszających produktów jakie często spożywamy jest doskonałym odkwaszającym śniadankiem. Jest również doskonała dla utrzymania harmonii w tak zwanym systemie „potrójnego ogrzewacza” (san jiao), który w skrócie odpowiada za przyswajanie, transformację i wydalanie pokarmu i płynów pozyskując z nich życiodajną energię Qi. Kolejnym bardzo ważnym atutem prosa jest fakt, że jest bardzo wspierające dla nerek, które są jakby magazynem naszej życiowej energii zarówno tej dziedziczonej po rodzicach w transferze DNA jak i gromadzonej za życia, które są z kolei związane z żywiołem wody i smakiem słonym i trzeba o nie dbać szczególnie zimą.
Współcześnie z powodu bardzo słabej jakości „marketowego shitu” udającego żywność gromadzimy bardzo dużo toksyn i wilgoci oraz tak zwanego śluzu, który powoduje ociężałość i brak energii i często jest przyczyną stanów depresyjnych i w tym przypadku okazuje się, że proso jest świetnym antidotum na wszelkie te bolączki. Jest bardzo wskazana przy osłabieniu, braku apetytu i zmęczeniu, oraz doprawdy świetnie wspiera gdy za oknem zimno i jest mało światła słonecznego. Doba jest również przy infekcjach dróg oddechowych i zatruciach pokarmowych oraz polecana kiedy jesteśmy wyziębieni i pozbawieni energii. Podobno proso ma już ponad siedem tysiącleci za sobą i pochodzi z Europy i Azji popularna była także wśród Chińczyków i Mongołów. Jest to komponent dań często spotykany a Bliskim Wschodzie, Bałkanach i w wielu innych miejscach.
Kolor żółty wspiera śledzionę i żołądek oraz odzwierciedla przemianę ziemi – jest mocno energetyzujący. Najlepiej dać powera jaglance dodając kurkumę, która „chodzi” w przemianie ognia i doskonale dopełnia działanie kaszy jaglanej wzmacniając właściwości przeciwzapalne i antybakteryjne będąc szczególnie zalecana przy zapaleniach jelita grubego, a pora jesienna jest szczególnie związana z płucami i jelitem grubym właśnie. Niektórzy dowodzą również jej wybitnych właściwości antyrakowych. Dobrze działa również na wątrobę i nerki, o które należy szczególnie dbać gdy pogoda za oknem staje się chłodna i deszczowa.
Jaglankę można zapiekać, miksować jeść w formie ciasta, puddingu, dodawać do zup, kotletów – jednym słowem można poszaleć, a to w kuchni otwiera zupełnie inny wymiar.
Prostota w kuchni to moim zdaniem dobra recepta na zdrowie, kiedy chcemy „poszaleć” idziemy do restauracji na coś specjalnego złożonego z wielu składników, co potrafi nas oszołomić smakiem, formą, zapachem i wyglądem, jednak na codzień lepiej odżywiać się w sposób rozsądny, co oznacza dla mnie mało skomplikowane pożywne potrawy, które można przygotować łatwo i szybko.
Zdecydowanie polecam śniadania ciepłe przygotowywane na bazie owsa, kaszy jaglanej, ryżu czy komosy z dodatkiem owoców lub warzyw, roślinnego mleka, orzechów, pestek i bakalii. Tutaj jak widzicie na filmiku przygotowałem dla was owsiankę, która jest zdrowa i pożywna. Ważne jest to by kupować ziarna i zboża dobrej jakości najlepiej ekologiczne z gospodarstw, które znamy i mają sprawdzoną markę produktu.
Owies ma w medycynie chińskiej rozgrzewającą naturę termiczną, jest słodki w przemianie ziemi i lekko gorzki w przemianie ognia, co oznacza, że oddziaływuje na żołądek, śledzionę, serce i jelito cienkie. Zarządzanie smakiem w dietetyce chińskiej podlega zasadzie harmonii czyli dbamy o to by zachować porządek pięciu przemian. Owies działa uspokajająco i jest doskonały na kojenie nerwów i pracę mięśnia sercowego. Doskonale pomaga na niestrawność, wzdęcia i z tytułu tego, że jest bogaty w krzem wspiera układ kostny i tkanki łącznej, produktem, który również jest bogaty w krzem jest amarantus, seler naciowy i proso czyli kasza jaglana. Dzienne zapotrzebowanie na krzem to od 5 do 10 mg, który wspiera przemianę materii i jest wskazany gdy chcemy się pozbyć nadmiernych kilogramów.
200 GR BIAŁEGO RYŻU JAŚMINOWEGO 100 ML MLEKA KOKOSOWEGO 100 ML WODY 1 ŁYŻKA MĄKI RYŻOWEJ 2 SZCZYPTY SOLI 1 PŁASKA ŁYŻECZKA MIELONEJ KURKUMY 10 GR POSIEKANEJ ŚWIEŻEJ KOLENDRY
200 gr białego ryżu jaśminowego zaleć 200 ml wody i zostawić w lodówce na noc. Umyć ryż i dolać 100 ml mleka ryżowego i 100 ml wody, dosypać 1 łyżkę mąki ryżowej i 2 szczypty soli wraz z 1 płaską łyżeczką kurkumy. Całość zblendować w blenderze kielichowym lub ręcznym, a na koniec do ciasta dodać 10 gr posiekanych liści kolendry. Smażyć na oleju ryżowym.
SEREK Z NERKOWCÓW I TOFU
150 GR NATURALNEGO TOFU 150 GR ORZECHÓW NERKOWCA 100 ML MLEKA KOKOSOWEGO SOK Z 1 CYTRYNY SÓL I PIEPRZ
Orzechy namoczyć na noc. Resztę składników dokładnie zblendować, aż do uzyskania gęstej masy. Doprawić solą i pieprzem wedle uznania.
FARSZ PIECZARKOWY
1 (50 GR) ŚREDNIA CEBULA BIAŁA 1 ŚREDNIA CEBULA CZERWONA 200 GR PIECZAREK BIAŁYCH LUB BRĄZOWYCH 3 ZĄBKI CZOSNKU 2 ŁYŻKI SOSU SOJOWEGO 1 PĘCZEK SZCZYPIORKU PIEPRZ ZIELONY
Na patelni rozgrzać 2 łyżki oleju ryżowego. Podsmażyć czosnek i cebulę, a kiedy się zeszklą dodać drobno posiekane pieczarki, doprawić zielonym pieprzem i dodać sos sojowy. Na koniec dodać posiekany szczypiorek (nie smażyć).
BURACZKI PIECZONE NA RUCCOLI Z POMARAŃCZĄ W SOSIE MIODOWO MUSZTARDOWYM
2 ŚREDNIE BURAKI GARŚĆ RUKOLI GARŚĆ MŁODYCH LIŚCI BOTWINKI SOK Z JEDNEJ CYTRYNY 50 ML OLEJU RYŻOWEGO POŁÓWKA POMARAŃCZY SZCZYPTA PIEPRZU I SOLI GARŚĆ PRAŻONYCH ZIAREN DYNI I SŁONECZNIKA
Buraki upiec (180 * 1 h) obrać ze skórki i zetrzeć obieraczką w cienkie paski dodać do umytej świeżej rukoli i botwinki wlać sok z cytryny i dodać pociętą w cienkie paseczki pomarańczę. Doprawić solą i pieprzem. Dodać ziarna dyni i słonecznika dodać olej ryżowy.
Wszystko zblendować – sos powinien być gęsty. Podawać osobno lub dodać do sałatki i wymieszać.
Naleśnik smarujemy serkiem z nerkowców i dodajemy farsz z pieczarek. Zawijamy wedle uznania. Smacznego.
Nazywam się Marcin Piniak i zawodowo zajmuje się szeroko pojętym zdrowym i świadomym żywieniem, jako wegetariański i wegański kucharz gotuję na warsztatach rozwojowych, prowadzę warsztaty gotowania i wykłady z praktycznych elementów Tradycyjnej Dietetyki Medycyny Chińskiej. Z gotowaniem jestem związany od blisko piętnastu lat. Pracowałem w profesjonalnej gastronomii w kraju i za granicą w wegańskich i wegetariańskich restauracjach.
Zapraszamy na warsztat gotowania, na którym będziemy tworzyć zdrowe i wartościowe wegańskie potrawy skomponowane pod kątem optymalnej jesiennej diety. W swojej kuchni koncentrujemy się na prostocie i praktyczności korzystając z wiedzy z zakresu dietetyki tradycyjnej medycyny chińskiej, która do zagadnień odżywiania wnosi zarówno element duchowy jak i ogrom wiedzy z zakresu działania smaków, wartości odżywczych, energetyki pokarmu i harmonii pięciu przemian. Postaramy się nauczyć was w jaki sposób przyrządzić odżywcze pokarmy, które zapewnią nam zdrowie i harmonię używając dostępnych produktów sezonowych.
Nasza propozycja menu na warsztaty jest następująca:
Warsztaty odbędą się w pięknym domu z ogródkiem, blisko rzeki Świder w otoczeniu sosnowych drzew w pobliżu Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. W miłej atmosferze przy kominku będzie czas na pogaduchy o kuchni i nie tylko. Dla nas wege kuchnia to symbol otwartości serca i umysłu, praktyczny wymiar współczucia względem wszystkich żyjących istot. Zapraszamy was serdecznie do celebracji radości z gotowania i tworzenia wspólnie czegoś dobrego.
Wegekuchnia to Krzysiu i Marcin, od lat pracujemy w wegańskich restauracjach w Warszawie, gotując również na warsztatach rozwojowych i prowadząc kursy gotowania. Życie w kuchni, kuchnia w życiu jako element ewolucji świadomości to kierunek i sens naszej pracy, dlatego zapraszamy was serdecznie do wspólnej kulinarnej przygody. Będzie pysznie 😉
CZAS: SOBOTA I NIEDZIELA 27 – 28 PAŹDZIERNIKA 2018
(Zaczynamy w sobotę o 11:00, a kończymy w niedzielę o 15:00)
MIEJSCE: OTWOCK (wschodnia część miasta, położona nad rzeką Świder, w obrębie Mazowieckiego Parku Krajobrazowego).
KOSZT: PEŁEN WARSZTAT: (SOBOTA I NIEDZIELA) 350 PLN
JEDEN DZIEŃ WARSZTATU (SOBOTA) 200 PLN
ZALICZKA 100 PLN (do 24 października)
W cenie warsztatu (oczywiście wyżywienie i produkty do gotowania, nocleg)
ZAPISY NA: mail: wegekuchnia@hotmail.com, tel: 531 300 438 ILOŚĆ MIEJSC OGRANICZONA
Wyobraź sobie coś niesamowicie soczystego o delikatnym aksamitnym i orzeźwiającym smaku i kiedy to słońce pali niemiłosiernie, a święty deszcz już dawno nie napoił wyjałowionej ziemi – jednak ty nie musisz się martwić, oj nie – ty przyjacielu żyjesz w najlepszym z modeli symulacji interaktywnej napisanej zmyślnym algorytmem dla populacji ludzi robotów – by ich mechaniczny Babilon uświęcił przeznaczenie królewskiego gatunku rabunku. Zatem możesz wstać od tej piszczącej maszynki i udać się do najbliższego karmnika o dumniej nazwie „Biedronka” i kupić ananasa.
W promocji. Zaraz pod granatami i pyszniutkim pękatym arbuzem. Bierzesz go do ręki na której Iwatch wskazuje ci cywilizacyjny czas oczyszczenia, muskasz jego włochate łuski i jeb do koszyka! Jedziesz na półkach wciąż hossa – nowy wyśmienity ketchup z wędzonymi śliwkami za 3.40 pln i całe wiadro ogórków małosolnych i grillowa kiełba, która jest tak naszpikowana antybiotykami, że już nigdy nie będziesz chorował na nic. Jedziesz dalej – w koszykach promocyjnych trwa walka o gumowe kroksy i parciane pasy do bagażnika – dawno nie było wojny – myślisz sobie i masz przed oczyma żołnierzy wyklętych z koszulek za 12 złoty i nucisz sobie pod nosem pieśń zwycięstwa nad hordami barbarzyńców uchodźców atakujących koranem z pontonów.
Pik, pik – sześć pięćdziesiąt i dwa grosze. Karta mbank. Pik Pik.
Jednak wróćmy do ananasa. Zaskoczę cię, bo pewnie nie wiesz, że zawiera w sobie mangan. Tak bracie i siostro. Ma to. Amerykańscy naukowcy zbyt wiele o nim nie wiedzą, ale twierdzą, że wchodzi w skład wielu enzymów o bardzo dziwnych nazwach bierze udział jako niezbyt ważny pracownik w tworzeniu tkanki kostnej – co byśmy się nie rozjechali jak automatyczny samochód google i co zapewne cię zaskoczy w syntezie mocznika. Jak byś go szukał więcej to jest w zarodkach i otrębach pszennych a mało jest w pasztecie i kaszance. Ma dużo witaminy C czyli kwas askorbinowy działający niezmordowanie na polu walki o odporność i info dla tych, którzy nie załapią się na kojący nerwy trans-humanizm, a chcą bez wysiłku ćwiczeń cielesno – duchowych zachować powab i świeżość – tak witamina C pomaga w tym. Nawet bardzo, a niektórzy uważają że wręcz wyleczy wszystko nawet śmierć, gdyż żyjemy w czasach że co rusz ktoś wynajduje coś przez chwilę rewolucyjnego, by chapnąć wirtualne dolary i zapaść się w antymaterii internetu. Jak dostaniecie udaru na jachcie w Dubaju to ananas też dobry, a jak w kupie robaki – to też dobry.
U chińczyków jego natura termiczna jest neutralna i jest idealny na gorącą pogodę. Ananasy trafiają do nas z Kostaryki, Indii, Tajlandii i Brazylii, a pierwszy sprowadził je na nasz kontynent Krzysztof Kolumb. Zatrzymajmy się przy Krzysztofie na chwilkę…
Pamiętam czasy komunistycznej szkoły podstawowej i opiewanie Kolumba pod judeochrześcijańskie niebiosa. Super hero, wielki odkrywca nieznanych lądów, pionier niosący światło cywilizacji tubylcom. Przyjrzyjmy się gęstości tego światła…Kiedy Arwakowie ujrzeli piękne okręty hiszpańskiej bandy zwykłych bandytów nie przypuszczali, że los jaki ich spotka stanie się „strategią biznesową” białego człowieka wobec rdzennej ludności na wszystkich kontynentach. Wszyscy wiemy z czego słyną obecnie Bahamy – ziemia Arwaków. „Oświecony biały człowiek” zmienił przez stulecia wszystko w park rozrywki i strefę wojenną – nieprzerwanie zabawiając się w demiurga tworzenia i niszczenia. Ludzka obsesja na punkcie złota i mitycznych skarbów była siłą napędową również dla Kolumba, który przekonał hiszpańską monarchię do sfinansowania wyprawy w zamian za cenny kruszec i bardzo poszukiwane przyprawy. W owym czasie niepiśmienny lud był jak fundament Władzy, która posiadała prawie wszystko i złoto dawało nieograniczone możliwości ekspansji poprzez handel, dlatego europejskie kraje gorączkowo ruszyły na podbój nieznanych poruszających wyobraźnię lądów. Nasz „zdobywca i bohater słał” sprawozdania i listy pełne patetycznych zapewnień i obietnic i w zamian dostawał całą flotę i dużo ludzi. Cel był jasny: śmierć, grabież i zniszczenie. Pokojowa natura ludzi żyjących w względnej harmonii i pokoju i niezwykła szczodrość wobec przybyszy była dla hiszpańskich morderców szokująca i wywoływała szyderstwa i kpiny, których pełno w zapiskach Kolumba.
Pierwszym „towarem” Hiszpanów stali się niewolnicy, których sprzedawał na targu katolicki kleryk. Jednak niewolnicy nie sprzedawali się wystarczająco dobrze, by spłacać ogromne długi. Tym samym rozpoczął pozbawioną skrupułów eksploatację rdzennych mieszkańców Haiti, którzy zmuszeni byli do wydobycia złota, a tym których wyniki były słabe obcinano ręce i pozwalano się wykrwawić, koniec końców złota na wyspie było mało a desperacja Hiszpanów doprowadziła do zagłady połowy Indian na Haiti w 1515 roku, a w wyniku niewolniczej pracy i morderstw z liczącej 25 tysięcy populacji Arwaków w 1650 roku nie ocalał ani jeden członek tej społeczności.
Jednak w istocie wyprawa Kolumba to wyznaczenie wpływów nowożytnego świata od kolonializmu europejskiego, po globalistyczną politykę Korony Brytyjskiej, aż wreszcie hegemonię Stanów Zjednoczonych i ich morską dominację, która stworzyła cały globalny system przepływu kapitału i „wolnego handlu”. Jednak jak wiemy pycha prowadzi do upadku i oto rodzi się konkurent, którego nazwa jest na naszywce twojej koszulki lub jeansów.
Jednak wróćmy do naszego blendera i koktajlu. Zmielona trawa młodego jęczmienia to bogate źródło chlorofilu i witaminy A oraz co ciekawe jest bardzo zasobna w białko – 20 % oraz zawiera tak cenny składnik dla roślinożerców jak B12. Można śmiało nazwać młody jęczmień „super jedzeniem” i jest pokarmem, który jednocześnie daje nam mnóstwo składników odżywczych jak i dzięki obecnemu chlorofilowi – oczyszcza organizm. Chlorofil także odnawia tkanki, powstrzymuje nadmierny rozrost grzybów i beztlenowych drożdży w układzie pokarmowym. Pomaga na zapalenia i owrzodzenia w żołądku i jelitach wspierając odnowę flory bakteryjnej, działa korzystnie przy stanach zapalnych trzustki oraz wspiera leczenie stanów zapalnych na skórze, jest bardzo pomocny przy zapaleniu stawów i co ważne z punktu widzenia medycyny chińskiej buduje krew pozytywnie oddziaływając na wątrobę czyli organ związany z wiosną i wzrastającym yang. Powodem jest podobieństwo struktury cząsteczkowej chlorofilu do hemoglobiny dlatego często nazywa się go „krwią roślin”. Chlorofil jest ochładzający i uspokajający i jest wskazany przy „cywilizacyjnym pierdolniku” w jakim przyszło nam żyć. Dziękujemy ci Krzysztofie po stokroć 😉
Pij mleko koko będziesz spoko. To kopalnia kwasów tłuszczowych. Jego natura termiczna jest ogrzewająca i uspokaja serce. Serce w naukach starożytnych chińskich mistrzów uzdrawiania to Król – tam mieszka nasz Duch – Życiowa Moc. Tam w naukach buddyzmu tybetańskiego „ulokowana” jest świadomość. Wyśmienite przy niedożywieniu i osłabieniu, pomaga w budowaniu płynów Yin, jest wskazane przy problemach z sercem i cukrzycy. Ma sporo manganu, fosforu i potasu i jest dobry dla budowania masy mięśniowej.
Wielość kolorów oślepia oko. Mnogość dźwięków ogłusza ucho. Obfitość smaków męczy podniebienie. Gonitwa i łowy ogłupiają umysł. Rzadkie dobra wodzą na pokuszenie. Dlatego światli ludzie dbają o wnętrze, nie o oczy. Odrzucają pewne rzeczy, by przyjąć inne.
Tao Mocy
Ciało świata – cywilizacyjny odwłok niezaspokajalnych potrzeb, po cybernetycznych meridianach krąży zdezorientowana świadomość w poszukiwaniu szczęścia. Stara wiedza odchodzi w zapomnienie w tej nowej cyfrowej rzeczywistości – chwili, gdzie zachwyt wzbudza ledwo odbity refleks nic nieznaczących zachwytów nad nic nieznaczącymi rzeczami. Świat rzeczy, które połączone tworzą więzienie dla zmysłów, ciągła walka o uwagę i atencję. Wymiar istot, które uwiodły same siebie. Podszyta krwawym rytuałem koronacja na królów istnienia, gdzie u stóp rozpościera się ocean cierpienia.
Zdegenerowanie świętej energii życia kończy się tragicznie. Jest to stopniowy samo nakręcający się proces degeneracji – kiedy taśma jest przyspieszona możesz nic nie widzieć, kiedy jednak zwolnisz zaczniesz postrzegać pojedyncze klatki tego okrutnego filmu. Nie zatrzymasz filmu. Zatrzymasz swój w nim udział.
Współudział
Ograniczone ciało to narośl na świadomości wynikająca z procesu przyczynowo – skutkowego. Skondensowana suma skutków połączonych wzajemnymi relacjami istot tworzy wymiar istnienia, który rozgrywa się jedynie w wymiarze ich ograniczonej wizji mechanizmu zmysłów. To jest ograniczenie. Nic co przekracza fizyczne zmysły nie dociera do pola świadomości, kiedy ta nie jest zdolna przekroczyć tzw. przekonania. Przekonania to – Matryca. Pole doświadczeń dla samej świadomości, która zmuszona jest dojść do własnych granic w obrębie uwarunkowania. To jest życie ludzkie. Poszukiwanie wolności w zewnętrznym świecie, poszukiwanie szczęścia w ograniczeniu i wynikające z tego faktu trzy główne parametry: pożądanie, ignorancja i gniew. Chęć, niechęć, obojętność. Na zwolnionym filmie wyraźnie widać te trzy fundamentalne klatki. Pomimo swojej „naukowości” nie jesteśmy w stanie zrozumieć współzależności zjawisk na niezliczonych poziomach, poczynając od samej zasady zależności zjawiska od tego, który je obserwuje.
Zaczynamy rozumieć fizyczne połączenia zjawisk i ich wzajemne uwarunkowanie – tak jak ma to miejsce w środowisku naturalnym, w którym każdy element jest zależny od współpracy z innymi elementami. Jednak istnieje jeszcze poziom energii, ten poziom, którego z reguły nie postrzegamy i być może to właśnie „tam” w głównej mierze „rozgrywa” się nasza rzeczywistość. Współzależność zjawisk i procesów jest kluczowe i fundamentalne w kontekście problemów jakie w swojej dziecięcej fazie bytności na tej planecie stworzyliśmy. I ten poziom jest ignorancją – aspektem podstawowym. Nasza nauka w dość precyzyjny i bardzo wiarygodny sposób przedstawia części składowe jednak wydaje się nie rozumieć połączeń całości istnienia w jego złożoności i skomplikowaniu. Rozumiemy funkcje i budowę narządów i systemów w naszym organizmie, jednak nie rozumiemy roli energii, która jest aspektem najważniejszym z punktu widzenia nauk starożytnych i autentycznych tradycji duchowych opartych na setkach lat doświadczeń. Podobnie jest z naszą zachodnią cywilizacją, która odkrywając nowe zabawki w formie technologii wydaje się zupełnie ignorować wynikające z tego faktu konsekwencje – a te są ogromne. Poziom intelektualno – mentalny, który jest tak gloryfikowany w tej jakże spekulatywnej „kulturze mózgu” pełni rolę rzecznika ignorancji, który w bardzo podstępny i pokrętny sposób uzasadnia i usprawiedliwia narastające przed naszymi oczyma negatywne skutki cywilizacyjne.
Głupotą, byłoby twierdzenie, że cywilizacja nie ma wartości w myśl utopijnego ekologicznego prymitywizmu, bowiem to właśnie dzięki niej nasza zdolność do nauki i ewolucji wzrasta w sposób jakiego prawdopodobnie nie doświadczyliśmy w historii tego świata. Postęp jest ogromny, problem jednak polega na tym, że postęp ten jest progresem mechanicznym, a tym samym jest jedynie technicznym wymiarem naszej egzystencji. Rozwój naszej świadomości nie nadąża za rozwojem naszych możliwości, bowiem nie rozumie odpowiedzialności wobec tego faktu. Umysłowa kultura spekulatywnego mózgu – to esencja egotyzmu, której symbolicznym przedstawieniem jest narcystyczna kultura mediów społecznościowych – stan patologicznego samo – zakochania w swoim wyobrażeniu. Na takim poziomie funkcjonowania ta kultura jest skazana na zagładę.
Jakość naszej energii określa sposób jej inwestycji – odwołując się do tak lubianej ekonomii. Nie istnieje możliwość wiecznego wzrostu i rozwoju, kiedy jego podstawy mają swoje źródło w skończoności – jak dla przykładu – ekonomia oparta na zasobach nieodnawialnych zasobów paliw kopalnych. Kiedy pojęcie wzrostu i rozwoju oparte jest jedynie na fizycznych i zmysłowych rzeczach i zjawiskach jak to ma miejsce w kulturze konsumpcyjnego kapitalizmu, a pojęcie szczęścia jest opakowane przez wszechobecne media w komunikaty – zaklęcia o statusie społecznym i zasobach finansowych.
Rozproszenie
Energia Qi o jakiej mówi Tradycyjna Medycyna Chińska jest zmagazynowana w naszym ciele przez sam fakt urodzenia się jako forma żywa i zarazem forma współzależna od procesu życia. Nasze ciało jest wytworzone z innego ciała i według nauki zachodniej jest rodzajem „biologicznego produktu” – organiczną maszynerią wyposażoną w świadomość, która jest zlokalizowana w mózgu, a systemem operacyjnym jest zdolność do dyskursywnego myślenia i logiki, co zapewnia nam możliwość nauki, a tym samym tworzenia mechanizmów przystosowania, by jak to się mówi – przetrwać. Przetrwanie staje się celem nadrzędnym – programem porządkującym i naczelnym argumentem usprawiedliwiającym wszystkie koszty jakie się z tym wiążą względem innych istot żyjących i samego środowiska. Ubóstwienie istoty ludzkiej jako szczytu ewolucji gatunków stało się dominującym paradygmatem – pierwotnym kodem zapisanym w ludzkiej świadomości. Na irracjonalność ludzkiego umysłu lekarstwem stał się dogmat w formie mechanicznej religijności – rodzaj rytualnego usprawiedliwiania ignorancji a zarazem sposób zarządzania tymi skłonnościami w ludzkiej naturze, które uważane są za „ciemne”, „mroczne”, „wstydliwe” i „grzeszne”. Świadome używanie nieświadomości, zarządzanie niewiedzą, kultywowanie ludzkiej głupoty – to paradoks „oświeconej” kultury w jakiej żyjemy i główna strategia jej architektów.
Energia jaką dysponujemy podlega ciągłemu rozproszeniu, ponieważ kultura jaka nas otacza jest kulturą dezorientacji i dezintegracji w myśl zasady że zbyt duże stany skupienia i koncentracji prowadzą do rozpoznawania wzorów i mechanizmów – jako procesu samoświadomości. Cybernetyczna klatka w jakiej jesteśmy obecnie hodowani to ciągłe i nieprzerwane odwracanie uwagi, nasze życie stało się tak skomplikowane i zmultiplikowane osiągając stopień ciągłego napięcia i rozładowania na wzór mechanicznych urządzeń. Naszą rolą w tym układzie jest podtrzymywanie sytemu eksploatacji, który sam w sobie jest mechanizmem niszczenia życia i jego piękna. Ogłuszenie bodźcami to panaceum na wyrzuty sumienia wynikające z faktu współudziału w tej dewastacji życia i pamięci o naszej wrodzonej pierwotnej czystej naturze, która jest dobra i współczująca. Religijny aksjomat „grzechu pierworodnego” domniemanej winy rozumiem jako stan samopotępienia w zdewastowanej kulturze opartej na kultywacji negatywizmu, który objawia się paradoksalnie jako bombastyczna orgia prymitywnej radości wynikającej z narcystycznego samouwielbienia i kultywacji nic nie znaczących trendów popkultury i pozbawionego głębszej refleksji konsumpcjonizmu błahych treści i wzorców. Terror taniego uśmiechu i powierzchownego pocieszenia – mur, który oddziela nas od konfrontacji z prawdą i możliwości uzdrowienia.
Kto wie, że nie wie, jest człowiekiem wielkiej mądrości. Kto nie wie, że wie, jest niespełna rozumu. Zapadnięcie na chorobę Jest sposobem uwolnienia się od niej. Światły człowiek jest wolny od choroby, Ponieważ na nią choruje. Oto sekret jego zdrowia.
Do Europy fasola trafiła dopiero w 1528 roku w ręce kanonika Piero Valeriano, który zasadził jej ziarna do ziemi, które z kolej dostał od papieża Klemensa VII przybyłe na statku z Indii Zachodnich. Jeżeli chodzi o medycynę chińską to właściwości zdrowotne związane są z rodzajami fasoli i jej kolorami. I tak: warzywa strączkowe w kolorze zielonym są związane z elementem drzewa i oddziaływają na wątrobę i pęcherzyk żółciowy – dla przykładu: fasola mung, zielony groszek i fasola szparagowa. Później mamy element ognia związany z sercem i jelitem cienkim i strączki mają kolor czerwony – fasolka adzuki, czerwona soczewica i fasola nerkowata. Kolejny to element ziemi i kolor żółty i związane z nim organy: żołądek i śledziona – trzustka i odpowiednio działają na te organy – ciecierzyca, soja i żółty groszek. Z metalem czyli płucami i jelitem grubym korelują fasola jaś, fasola lima i fasola północna w kolorze białym. Kolejnym jest element wody i kolor czarny, brązowy lub ciemny i wpływają na nerki i pęcherz moczowy i doskonała jest czarna fasola, czarna soja i soczewica brązowa. Przy diecie roślinnej to potężne źródło białka, tłuszczy i węglowodanów i by poprawić „fasolowe szaleństwo trawienne” dobrze przyrządzać je z tłuszczem dodawać sól czy glony i wodorosty. Gazy po strączkach powstają z powodu trisacharydów i kiedy wszystko jest z ciałem w porządku enzymy rozbijają je na cukry proste i wówczas wszystko się trawi. Najłatwiejsze do strawienia są fasola adzuki, soczewica, fasola mung i groszek i mogą być spożywane często.
Soja i czarna soja są ciężkostrawne, a nadmierne spożywanie produktów sojowych może pogorszyć zdolność organizmu do trawienia i osłabiać system nerek – nadnerczy. Jeżeli chodzi o łączenia pokarmowe to strączki najlepiej spożywać z warzywami pozbawionymi skrobi i wodorostami oraz glonami i produktami sojowymi. Na koniec gotowania dobrze doprawić solą morską, sosem sojowym, pastą miso, jeżeli posolimy fasolę przed gotowaniem nie ugotuje się dobrze i będzie się gorzej trawić. Sól pomaga w trawieniu produktów wysokobiałkowych. By nie było „gazów” dobrze użyć do gotowania komosy piżmowej, która pomaga jednocześnie w zwalczaniu pasożytów, kminku lub kopru włoskiego. Oczywiście bardzo istotnym czynnikiem jest namaczanie strączków przez minimum 12 godzin, by efekt był lepszy można wymieniać wodę kilka razy, samo namaczanie powoduje początek kiełkowania w ziarnach, a tym samym „uaktywnia” zawartość minerałów, a gdy podczas procesu gotowania pojawi się piana należy ją zebrać i gotować bez przykrycia. Można ją zamarynować w occie i oliwie w proporcji dwa do jednego. Jeżeli chodzi o kombinacje odpowiednich przypraw to dobra jest mięta i czosnek i można użyć również kolendrę kminek i i imbir, doprawiać także szałwią, tymiankiem i oregano oraz koprem włoskim i bazylią.
Kukurydza jest czującym lustrem, dla ludzi, którzy ją uprawiają.
Edgar Anderson
Dla kultury Majów kukurydza stanowiła rdzeń ich kultury zarówno w sensie kulturalno – duchowym jak i gospodarczo – społecznym. Poczynając od samego Boga kukurydzy, którego żywot odzwierciedlał cykl wegetatywny samej rośliny, a który manifestował się w dwóch aspektach jako bóg płodności oraz burzy i deszczu, był dla Majów jednym z najważniejszych bóstw. Ponieważ to właśnie od łaski i niełaski tego boga zależało życie całej kultury, która głównie uprawiała tą właśnie roślinę. Rytualnie odprawiano ceremonię na część czterech kierunków związanych z czterema kolorami kukurydzianej kolby – białej, czarnej, czerwonej i żółtej. Jedne z pierwszych odkrytych artefaktów przedstawiają boga kukurydzy. Do tej pory wśród badaczy pokutuje teza, że powodem wyginięcia potężnej kultury Majów wokół kompleksu piramid była klęska nieurodzaju i wyjałowienia gleby potrzebnej do uprawy min. kukurydzy.
W majańskiej księdze „ Popol Vuh” jest napisane, że w początkowym okresie bogowie stworzyli ludzi z błota – jednak ich ułomność okazała się zbyt wielka i drugim materiałem z jakiego stworzyli ludzką rasę było drewno, jednak i tym razem inteligencja nowych istot pozostawiała wiele do życzenia i po odkryciu rosnącej kukurydzy postanawiają w końcu z jej pomocą podjąć trzecią już próbę stworzenia rozumnych istot dodając do kukurydzy własną krew. Tak według wierzeń Majów powstaje człowiek by przez kolejne milenia rozwinąć swój „rozum” by w konsekwencji jego religią stała się kultywacja „świętej” dewastacji. Powodem wyginięcia wszelkich kultur i gatunków jest nie kto inny – tak, tak, tak – tylko on…To nie gniew bogów, a głupota i zachłanność ludzi coraz szerzej otwierają bramy piekieł.
Z posługą kapłańską do dzikich krajów, prymitywnych ludzi – nieść nowinę zwiniętą w psalmy i pieśni wykończoną ostrzem i ogniem, ekonomiczną zagładą czy hodowlą nowej genetyki. Patrzę na zagadnienie GMO w nieco szerszym zakresie biorąc pod uwagę postępujące zmiany klimatu i bardzo realne możliwości następujących po sobie nieurodzajów – jako realną możliwość dla rozmnażającej się w zastraszającym tempie populacji Zombi wyhodowanej na kombinacji odwodnionych z wszelkich witamin i minerałów paszy social media i zdegradowanej do faktur i zapachów żywności 3.0 na półkach tanich dyskontów w miastach – molochach u podnóża gnijącego środowiska naturalnego – jako realną możliwość utrzymania owych Zombi przy życiu by ich erotyczna fantazja o Armagedonie mogła się ziścić i zmaterializować w sposób jak najbardziej widoczny i dosłowny.
A dwóch kapłanów jak Grant i Begemann z jakże humanitarnej formacji religijno – naukowej o nazwie Monsanto mogli za pomocą swojego różańca lobbingu i politycznych wpływów użyźniać gleby Ameryki Południowej swoimi pociskami modyfikowanej kukurydzy – by w rezultacie osiągnąć rezultaty lepsze niż ich sławny i kochany agent orange. Tak się drodzy moi pisze scenariusz pod „The 100”. Z perspektywy postrzegania środowiska naturalnego jako manifestacji boga – bardzo interesujące wydaje się postrzeganie lepszych poprawionych genetycznie płodów rolnych i gatunkowych. Witamy w „Grze o tron”. Poczujmy smak tego popcornu 3.0 podczas projekcji nowego sezonu „Homeland” albo „Walking Dead”. Darwinowskie szczytowanie!
Natomiast wracając do prawdziwej i niepoprawionej kukurydzy to w dietetyce chińskiej jest ona moczopędna powodując usuwanie wody z organizmu oraz przyczynia się do lepszego utleniania i wspiera metabolizm. Wspomaga serducho! Pomaga trawić i jest bardzo pożyteczna dla stanu i kondycji naszego uzębienia oraz jest bardzo użyteczna podczas schorzeń nerek. Już plemiona Hopi i Navajo hodując jej niebieską odmianę instynktownie wiedzieli zapewne (a może nie wiedzieli) o jej dobroczynnych dla zdrowia właściwości i jest o wiele bogatsza w białko, magnez, żelazo oraz potas.
Na zupę, puddingi, kremy i ciasta Nasze dynie i pasternaki to powszechne składniki, Jemy dynie rano i jemy w południe, Nie byłoby nas gdyby nie dynie.
Piosenka amerykańskich kolonizatorów
Chcesz z dyni – wołał poprzez rozwrzeszczany korytarz rosły i pryszczaty Mieciu z ósmej b, którego autorytet wzmocnił fakt podwójnego kiblowania rok w szóstej i dodatkowo rok w siódmej. Jednak kilkanaście wcieleń wcześniej zaliczając po drodze kilka wizyt w królestwie zwierząt był cwaniackim i dość rozpijaczonym Irlandczykiem i w owym czasie jego inteligencja była nieporównywalna do tej jaką odziedziczył obecnie jako gruboskórny Mieciu. W owym czasie w Irlandii, kiedy Mieciu był Jackiem wracając po upojniej imprezie w karczmie ów Jack spotkał samego diabła przez duże B, któremu wisiał swą własną duszę za uwaga – butelkę piwa. I namawiając wspomnianego diabła by ten zamienił się w pieniążek na którym Jack narysował krzyż i którym miał nasz irlandzki Mieciu zapłacić za trunek co zaowocowało schowaniem diabła w postaci pieniążka (wiadomo) w sposób taki, że biedny diabeł nie mógł powrócić do swej cielesnej formy i wówczas za obietnicę zachowania swojej duszy Jack przywrócił diabłu starą postać by w rezultacie kilka lat później znów go wystrychnąć na dudka tym samym trikiem jednak wiążąc go na jabłoni. Jednak Jack musiał umrzeć i umarł. I kiedy trafił do nieba, wówczas niebiańscy rezydenci z tytułu jego pijaństwa i hulaszczego trybu życia – odmówili mu wieczystego szczęścia w niebiosach, a po drugiej stronie spotkał wykiwanego przez samego siebie diabła, który przyrzekł przecież, że nie weźmie w posiadanie jego duszy jednak okazał się bardziej łaskawy od swoich niebiańskich oponentów, gdyż wręczył Jackowi mały węgielek by oświetlał mu drogę podczas wiecznej wędrówki w ciemnościach, a ten umieścił ów węgielek w rzepie, by później jego rodacy na pamiątkę umieszczali świece w dyni. Jak wiemy amerykanie kochają dynie – robią z niego ciasta, chleby, piwa i oczywiście dyniowatą obsesję święta Halloween z całym tym pierdolnikiem. Choć trudno w to uwierzyć dynia jest spokrewniona z arbuzem, melonem i ogórkiem. W medycynie chińskiej dynia wzmacnia Qi i środkowy ogrzewacz a jej natura jest neutralna lub ogrzewająca, a smak słodki. Ma też sporo witaminy A pochodzącej z karotenu i sporą dawkę węglowodanów. W Europie zalety dyni sławił Pliniusz w te oto słowa: „dynia nadaje blasku ludzkiemu życiu i jest balsamem na kłopoty.” W Indochinach uważało się że wielki potop przetrwali brat i siostra płynąc we wnętrzu wielkiej dyni. Największe dynie odnaleziono w Wielkiej Brytanii – o obwodzie 4,5 metra i wadze 600 kg, a dyniową rekordzistką świata była ta wyhodowana w Szwajcarii o wadze ponad tonę.
Konkludując, być może z naszej „zdroworozsądkowej” perspektywy wierzenia rdzennych ludów brzmią jak naiwne bajki i legendy – swoiste opowieści dla dzieci – jednak w każdym micie jest ziarno prawdy, jednak najważniejsze wydaje mi się odzyskanie szacunku do pokarmu, bowiem okazać się może, że ta nasza „nowoczesność” nie zagwarantuje, że ta technologiczna utopia będzie trwała w nieskończoność i zrozumiemy jeszcze za naszego życia, że rośliny i zwierzęta w większym stopniu decydują o naszym być czy nie być. Tym bardziej, że znakomita większość z nas żyje w „kwadratowych karmnikach” kwadratowych miast kompletnie tracąc połączenie ze źródłem istnienia i odczuwaniem prawdziwego świata, który nie zmienia swojego statusu na fejsie, a wprost przed naszymi oczyma. Tu słyszę – nie słyszę. Tu widzę – nie widzę.
Nazywam się Marcin Piniak i zawodowo zajmuje się szeroko pojętym zdrowym i świadomym żywieniem, jako wegetariański i wegański kucharz gotuję na warsztatach rozwojowych, prowadzę warsztaty gotowania i wykłady z praktycznych elementów Tradycyjnej Dietetyki Medycyny Chińskiej. Z gotowaniem jestem związany od blisko piętnastu lat. Pracowałem w profesjonalnej gastronomii w kraju i za granicą w wegańskich i wegetariańskich restauracjach.
Zupa to jest jednak mistrzostwo świata. Absolutne! Permanentne mistrzostwo! To forma stała i płynna jednocześnie. Jest gorąca lub ciepła – co rozgrzewa żołądek. Jest doskonała na początku, w środku i na końcu. Na śniadanie, na obiad i na kolację.
To odwieczna tajemnica długowiecznych mistrzów Wschodu, Zachodu, Północy i Południa. To święty graal i alchemiczna zasada leżąca u podstaw wiedzy wtajemniczonych w złote zasady świętej geometrii kuchennej. Może być rzadka, płynna, gęsta z makaronem, z ryżem z kaszą jako krem etc. Pożywienie w formie płynnej wzmacnia płyny organiczne, pomaga trawić tłuszcze i białka (woda + zioła i warzywa).
Czasem w Tradycyjnej Medycynie Chińskiej mówi się o „zupach mocy” – to zupy gotowane bardzo długo bez przerwy – czasem nawet kilka dni. Tradycyjnie robiono to na wywarach mięsnych (głównie kości) i było to polecane w stanach dużego wyczerpania i osłabienia organizmu, często gęsto takie zupy przygotowywano dla kobiet w ciąży i po porodzie. Generalnie długie gotowanie pod przykryciem wzmacnia „chi” i „yang” – innymi słowy dodaje mocy i ma właściwości energetyzujące i rozgrzewające. Cukier wbrew Wańkowiczowi nie krzepi lepiej robi to zdecydowanie dobra zupa.
ZUPA MOCY
POTRZEBA UGOTOWAĆ WYWAR
Z DODATKIEM SUSZONYCH OWOCÓW JAŁOWCA LIŚCIEM LAUROWYM ZIARNAMI PIEPRZU I KORZENIA REMANNI KLEISTEJ
Według tradycyjnej medycyny chińskiej, Remannia równoważy” yin.” Zioło to rośnie w części północnej i północno-wschodnich Chinach, i jest używane w medycynie od ponad 2000 lat. Jego grube brązowawe czarne korzenie są zwykle zbierane jesienią. Powszechnie stosowane w leczeniu niedoborów yin. Obejmują to cały szereg dolegliwości, takie jak: alergie, anemia, nowotwory, zaparcia, cukrzyca, gorączka, wysokie ciśnienie krwi, infekcje bakteryjne i grzybicze, reumatoidalne zapalenie stawów, zapalenie kości i stawów, bezsenność. Pomaga chronić i wspiera pracę wątroby i nadnerczy, często występuje w mieszankach energetyzująco- tonizujących wykorzystywanych do zwalczania przewlekłego zmęczenia. Remannia może być używana jako substytut Lukrecji u osób z podwyższonym ciśnieniem krwi.
MAKARON RYŻOWY ALBO SOJOWY
BOCZNIAKI
CEBULA DYMKA I CZERWONA
SELER NACIOWY
SZCZYPIOR
TOFU WĘDZONE
ZIELONA CZĘŚĆ PORA
UGOTOWAĆ WYWAR (MIN 2 GODZINY)
NA WOKU PODSMAŻAĆ WYBRANE WARZYWA I TOFU
DODAĆ SOSU SOJOWEGO SOLI DO SMAKU
I WLAĆ WYWAR
NA KONIEC DODAĆ PASTĘ MISO
I SELER NACIOWY ORAZ SZCZYPIOR
PASTA Z WARZYW PIECZONYCH
WYBIERAMY KORZENNE WARZYWA Z WYWARU I CEBULĘ
UGNIATAMY I DODAJEMY PRZYPRAWY:
SUMAK
SOS SOJOWY
PIEPRZ CZARNY MIELONY
CURRY
BRĄZOWY CUKIER
UPIEC PRZEZ 15 MIN
WRZUCIĆ DO BLENDERA WSYPAĆ PÓŁ SZKLANKI ŁUSKANEGO SŁONECZNIKA I BLENDOWAĆ DOLEWAJĄC OLEJ RYŻOWY
SÓL HIMALAJSKA
ŁÓDZKI ŻUR
CO TRZEBA:
2 DUŻE ZIEMNIAKI
1 DUŻA BIAŁA CEBULA
1 ŚREDNIA CZERWONA CEBULA
2 ŚREDNIE MARCHEWKI
1 MAŁY POR
1 ŁYŻKA SUSZONYCH GLONÓW WAKAME
SZKLANKA GOTOWANEJ FASOLI JAŚ
100 GR TOFU
1 ŁYŻKA POSIEKANEJ KOLENDRY
60 ML OLEJU RYŻOWEGO
1 ŁYŻKA SOLI HIMALAJSKIEJ
2 ŁYŻKI SOSU SOJOWEGO
1 ŁYŻECZKA CZARNEGO PIEPRZU
ROZGRZAĆ WOK
WLAĆ 2 ŁYŻKI OLEJU RYŻOWEGO
DODAĆ POSIEKANĄ W PIÓRA CEBULĘ
DODAĆ POSIEKANĄ MARCHEW I ZIEMNIAKI
DODAĆ ŁYŻECZKĘ KURKUMY I PIEPRZU
PODSMAŻYĆ
WLAĆ WODĘ 2 LITRY
DODAĆ ŁYŻKĘ GLONÓW WAKAME
1 ŁYŻKĘ SOLI HIMALAJSKIEJ
JAK TRZEBA DOLEWAĆ WODY
NA KONIEC WLAĆ ŻUR
EPILOG:
Żur to trefniś pokarmów. Pełny autoironii i ciętego gęstego dowcipu. Żur po łódzku jest kabaretem Koń Trojański. To tajemna zupa Bogusława Lindy na kacu, kiedy blask powidoków wyrzuca pot na twarz, a w żołądku grasuje szamanka, a za oknem szczekają psy dwa. Łódź to miasto pozbawione makijażu, obdarte z efektów specjalnych i wirtualnej nadbudowy life style. Awangarda. Nie filmowa szkoła życia. Żur, zalewajka, barszcz biały – zupy klasy robotniczej. To były główne dania w fabrycznych osiedlach włókienniczego królestwa w samym sercu Polski. W emaliowanych garnkach na osmolonych kuchniach małych izb zatłoczonych i okopconych szczypiącym w oczy dymem z paleniska i przegryzania chleba z ciężkiego żyta, za który teraz płacimy kupę szmalcu w tzw. eko sklepach. Kiedy wczesnym świtem pełzałeś po bieżni swojego kieratu by budować wygasłą już potęgę Detroit wschodniej Europy myślałeś, że to nogi pana, łaska wczesnego kapitalizmu przez duże K…
Twój trud, twój znój nikogo nie interesował oprócz twojej licznej bardzo ubogiej rodziny, a ludzie dla których pracowałeś nawet nie znali twojego imienia do czasu kiedy maszyna pozbawiła cię dłoni. Wyrzucono cię jak szmacianą lalkę na ulicę kocich łbów, gdzie pomyje płynęły wartkim strumieniem jak – duch ciężkich dudniących maszyn i gęstego dymu bijącego w otchłań nieba. Nurt tej rzeki wygasł pod wbitymi młotem komunizmu betonowymi płytami gospodarki planowanej w której miałeś triumfować jak postać z propagandowych plakatów. Teraz przy wykorzystaniu potencjału turbo kapitalizmu Łódź odżywa i mutuje w stronę swojej Mocy. Łódzki Żur to Moc bez pretensji i smakuje tak samo dobrze nawet wtedy kiedy niegdyś robotnicze miasto przeistacza się w nowoczesną metropolię. Wspierajcie Łódź! To miasto z charakterem i bardzo ciekawą historią. Brzydkie kaczątko, które odsłania oblicze awangardowego łabędzia kultury i innowacji – dzięki własnej inicjatywie, docenianiu swoich walorów i pracy nad sobą. Recepta uniwersalna!
Kawa. Poranny kop na rozruch. Uzależnienie jak wszystko. Bawi mnie czasem gadka o uzależnieniach i domniemanej wolności w obrębie tego Układu – gdzie wszystko jest sprzężone ze wszystkim i zębatki kół – by mogły pracować – muszą ocierać inne koła. Etiopia. Owoce kawowca. Czarne złoto, które dwa bolesne milenia wojen i pozornego postępu pocieszają wyborców i konsumentów świata 3D kolejnego gęstego poranka w wielkich metropoliach miast zanikających z wysokości w gęstwinach smogu.
Świat oddycha sam sobą. Sam siebie zaprasza do tańca we własnych wnętrznościach nucąc epitafium. Później czarne złoto dotarło do Jemenu i zostało sypnięte z ręki arabskiego kupca na handlowy stół kolonialnych władców świata, którzy stworzyli fundamenty pod Konsorcjum Kotleta i Parówy. Ludzki mózg odkrył nowy żywszy stan. Stan pobudzenia, a dodając jeszcze cukier – wymiar stymulacji. Ojcowie dominacji mieli kolejny obok wielu innych rytuał ze starannością przygotowywany przez ich niewolników, których zakutych w kajdany taszczyli na swoich brudnych żaglowcach do wybrzeży Nowego Wspaniałego Świata. Oto jest! Nawet dla nas – pionków na szachownicy uwarunkowań gdzie niewidoczne paluchy wciskają przycisk zegara i wykonują kolejny ruch o którym dowiemy się dopiero kiedy obecna rozgrywka dobiegnie końca. Kto gra? Z kim? To pewnie zależy, jednak o co – to już raczej wiadomo…
O więcej. Zawsze więcej. Nawet jak jest już mniej, to i tak więcej. Więcej. Jest trochę – mało. Jest więcej – mało. Jest dużo – a jednak mało. Zawsze zastanawiała mnie ta część ludzkiej natury – ta ambitna, ekspansywna, ta ciągle głodna i spragniona. Kawa pojawiła się w stolicach europejskich na połyskujących stolikach klubów burżuazji i salonach elit. W XVII wieku korporacyjny moloch tamtych czasów czyli Kompania Wschodnio-indyjska rozpowszechniła w Europie ten arabski napój. Na temat praktyk Kampanii jest obecnie bardzo dobry serial „Tabu” polecam gorąco do porannej kawki. Jak grzyby po deszczu wyrastały kawiarnie serwujące spragnionym wrażeń Europejczykom używkę o egzotycznym smaku i aromacie. Zażarło. Zasmakowało. W XIX wieku już była jednym z bardziej dochodowych i opłacalnych towarów goszczących w ładowniach statków. I obecnie porównywalne jest to z handlem ropą.
Maszyny na ropę. Ludzie na kawę. Cały przemysł liczy sobie kilkadziesiąt milionów dużych i mniejszych producentów. Jak wszędzie bywa także brutalny. Niektóre źródła utrzymują, że kolebką kawy jest Etiopia, gdzie ponoć ziemia jest wprost stworzona do uprawy arabiki. Ludzie którzy najczęściej pracują przy jej uprawie za dzień swojej pracy nie byli by w stanie zapłacić za spienione latte w Starbucksie. Każdego dnia ponad milion rolników i robotników zapewniają poprzez swoją robotę blisko połowę dochodów z etiopskiego eksportu – tą połową są zyski ze sprzedaży kawy. Jak to zwykle bywa Imperium Kotleta i Parówy w taki sposób manipuluje cenami, by etiopski rolnik w najlepszym razie leciał na kosztach i nic ponad to.
Jak czasem sącząc przy fejsiku małą czarną wydaje nam się, że mamy problemy „egzystencjalne” to taki rolnik z pewnością opowiedziałby nam cóż to znaczy żyć w miejscu gdzie problem to permanentny brak tych banalnych dla nas spraw jak edukacja, opieka zdrowotna czy ubezpieczenie czy wreszcie głód. Przypomina mi się Jezus wypędzający kupców z świątyni – bowiem podstawowym problemem są handlarze – ludzie, którzy nic nie twarzą a zarabiają na pracy innych i w wypadku etiopskich rolników jak i kilkadziesiąt milionów robotników tej branży – to właśnie handlarze skupują i sprzedają tak że w rezultacie pierwotna kawa zmienia kilkadziesiąt razy właściciela zanim my jako konsumenci Legolandu otworzymy to próżniowe opakowanie by poczuć ten boski aromat palonej kawy. Z całej tej operacji nasz biedny rolnik może otrzyma pięć procent z tego co my oddajemy handlarzom w formie pośredników jak i całej podatkowej maszynerii w jakiej tkwimy. Czerpanie zysków z tworzenia ograniczeń. Od lat osiemdziesiątych zyski zostały podwojone a takie kolosy spożywcze jak Nestle, Kraft czy Sarah Lee osiągnęły niebotyczne zyski z worków kawy i kiedy poprzez szereg działań udaje im się obniżyć ceny drobnych producentów zysk jest gwarantowany bowiem poziom cen na zachodnich rynkach pozostaje bez zmian. Na największych giełdach Gastropolis jak ta w Londynie czy Nowym Jorku sprawy mają się jak najlepiej w kwestiach notowań tego ukochanego przez cywilizację 3D stymulantu. Rolnicy próbują sobie pomoc poprzez zakładanie spółdzielni czy kooperatyw, aby uniezależnić się od sektora bankowego, który w ich wypadku i jak wiemy w większości innych jest niczym więcej jak zwykła lichwą wykalibrowaną tak by procent pożyczki pod nawozy i pracowników przed zbiorami był wystarczająco korzystny dla bankowego big maka. Generalnie tego typu praktyki to jest praktycznie standard w Królestwie 3D gdzie jak wiemy Profit – jest magicznym zaklęciem i mantrą Kwadratowych Magów z spod berła Gastropolis.
Ktoś traci by ktoś mógł zyskać, a zysk ten jest wypadkową zachłannego „inteligentnego” łapczywego mózgu. Nie chodzi o organ, chodzi o metaforę. Generalnie uzależnienie jest najlepszym biznesem, podobnie jak choroba. Ciężar egzystencji w postaci naszych uwarunkowań i ułomności stanowi dochodową sferę przychodów dla tych, którzy w coraz bardziej cyniczny sposób dociskają śrubę. Próbujemy sobie pomóc, czy w jakiś sposób zaradzić poprzez koncepcję i praktykę „fair trade” czyli tak zwany sprawiedliwy handel. Na czym to polega? Polega to na tym, że powstają firmy handlowe, które w zamian za dobrą i względnie atrakcyjną cenę kupują od rolników ich towar – jednak wymagają by dbali oni o środowisko, nie zatrudniali dzieci, czynili ukłon i dawali wsparcie lokalnym społecznościom i przestrzegali praw człowieka. Ceną jest cena dla ostatecznych indywidualnych konsumentów, którzy świadomie decydują się zapłacić więcej mając jednak świadomość, że wspierają bardziej ewolucyjną formułę niż tzw: „korporacyjna”. W praktyce jednak różnie to bywa, czasem taki certyfikat jest tylko etykietą pod którą kryje się to samo, podobny schemat jest z tą reklamówkową ekologią w hipermarketach i zielono brązowe oprawy i identyfikacje wizualne zrobione tylko dla PR-u.
Mamy strony o sprawiedliwym handlu, powstaje wiele organizacji zaczynając o tych, które informują, a kończąc na tych w „terenie”, które wykonują realną pracę zmierzającą po pierwsze do poprawy losu pracowników w tzw „trzecim świecie”. Jest tak tendencja, której ludzie ulegają, że te wszystkie działania nic nie znaczą wobec tego korporacyjnego kolosa podpiętego pod każdy aspekt naszego życia, a takie aktywności to jakieś fanaberie ludzi wyhodowanych na dobrobycie zachodnich społeczeństw, których potęga została stworzona na kolonialnym układzie wpływów. Z jednej strony to prawda, jednak z drugiej w moim odczuciu chodzi o zachowanie w nas (ludzi zaangażowanych w bierną rolę konsumenta i wyborcy) dobrych ludzkich jakości. Istnieje część globalnej społeczności, która się zmienia i do tej zmiany dąży, bowiem w części nas następują szybkie zmiany paradygmatu uczestnictwa w procesie życia i w coraz większym stopniu stajemy się świadomi współzależności całego procesu życia, a z tego punktu widzenia fundamentalne jest dbanie o środowisko naturalne, które jest podstawą naszego przetrwania. W moim odczuciu obecna radykalizacja postaw zachowawczych i zorientowanych na „narodowo – religijne” fantazje w obliczu zmian środowiska i narastających problemów z klimatem i zaburzeniami całego życia biologicznego – to rodzaj niepoczytalności, znów zogniskowany jedynie na ego. W 2007 roku dwa kraje – Szkocja i Walia rywalizowały ze sobą o tytuł pionierów jako kraje, których model biznesowy opierać miał się na sprawiedliwym handlu za sprawą stworzenia pod tym kontem przepisów prawa handlowego przyjaznego dla Fair Trade. Wracając do kawy to w Warszawie jest palarnia kawy Java Coffee Company, która ma certyfikat dla kawy z Etiopii gwarantujący przestrzeganie wszystkich wymogów sprawiedliwego handlu. Dobrze, żeby w biznesie poklask był widoczny nie tylko w tzw. „zaradności” i „skuteczności”, ale przede wszystkim w świadomości.
A jeżeli chodzi o właściwości to kawa doskonale przeczyszcza organizm. Ma naturę gorącą i ogrzewającą, działa także moczopędnie. Jest to substancja pobudzająca i wypłukuje minerały i wapń z organizmu – wysusza z powodu swojej gorącej natury i zawiera sporo kwasów co negatywnie wpływa między innymi na jelito cienkie. To stymulant wspierający pracę mózgu. Ma też szereg pozytywów: jest dobra na zatrucia alkoholowe i przedawkowanie narkotyków, a w medycynie naturalnej stosowano ją też jak lekarstwo na migreny, astmę, żółtaczkę. Jest bardzo dobra by zneutralizować ociężałość po tłustych i ciężkostrawnych pokarmach. Jest używana jako przeczyszczający środek w lewatywach oraz jako środek do zastosowań zewnętrznych na ukąszenia, obrzęki i siniaki.
Stawiamy na prostotę, dostępność i przede wszystkim na to by jedzenie nam służyło, było smaczne. Ryż spełnia wszystkie te kryteria. Jaśminowy ryż jest zdrowy i ładnie pachnie 😉 Takie ciepłe śniadanie można strzelić sobie o poranku – lepsze to niż kanapki etc. Ciepłe śniadanie bardzo dobrze rozgrzewa i dodaje energii.
A z przyprawami to już łał! I dla przykładu cynamon. Najczęściej najlepszy cynamon sprowadza się z Chin, Indonezji i Sri Lanki, mądre głowy uważają, że najlepsze odmiany i najbardziej szlachetne występują na Sri Lance podczas gdy inni producenci uzyskują go z liści, młodych gałązek i niedojrzałych owoców – co zwane jest „Kasja”. Najlepszy cynamon to suszona kora z „Cejlońskich cynamonowców”, a taki szlachetny cynamon można kupić w aptece – proces jego uzyskania określony jest odpowiednimi przepisami i podlega kontroli jakości. Obecnie największymi producentami tej przyprawy na świecie są Chiny, gdzie łącznie w roku produkuje się aż 47 tysięcy ton, drugim co do wielkości jest Indonezja (blisko 50 tysięcy ton) i Sri Lanka, która To co nadaje mu ten specyficzny smak i aromat to olejek cynamonowy. Jeszcze w czasach egipskich faraonów ich ciała mumifikowano używając właśnie cynamonu, pisał o nim starożytny reporter ulubieniec Kapuścińskiego Herodot, a w biblijnej „Księdze Wyjścia” jest receptura na „święty olejek”, którego jednym z głównych składników jest jakby inaczej – cynamon. Cynamon jest dobry na pobudzenie apetytu oraz jest polecany przy stanach wilgoci w organizmie.
Magiczne owoce Goji – pierwsze informacje o tych „jagodach” pojawiły się w starożytnych Chinach ponad dwa tysiąclecia temu. Zostały opisane prze medyka, który dzięki im jak utrzymywał dożył dwóch setek. Nasz kontynent europejski dowiedział się o ich istnieniu dopiero po dziewiętnastu stuleciach. To inaczej owoc krzewu kolcowoju pospolitego, lub szkarłatnego i w systemie tradycyjnej medycyny chińskiej jest top of the top pod względem właściwości zdrowotnych i leczniczych. Właściwości terapeutyczne tej magicznej jagody – to wzmacnianie mięśni i kości, poprawianie wzroku, pozytywne działanie na serce i wątrobę nerek i płuc – często stosuje się Goji jak lekarstwo na choroby tych narządów. Rośnie w Mongolii, Tybecie i rzecz oczywista w Chinach. Co ciekawe podczas zbiorów nie wolno ich dotykać rękoma, bo czernieją w wyniku utleniania, proces zbierania polega na strząsaniu ich na specjalne maty. Malutkie ziarenko Goji, to prawdziwy cud natury ma w sobie tyle dobra, że trudno uwierzyć biorąc pod uwagę rozmiar. To moc witaminy C, której jest kilkadziesiąt razy więcej niż w pomarańczy i ogrom białka.
Jeszcze witaminy B1, B2, B6 oraz witamina E, która określana jest mianem witaminy płodności i młodości i odpowiada za ochronę czerwonych krwinek i wspiera układ nerwowy i jak utrzymują amerykańscy naukowcy pomaga na choroby wątroby , minerały i aminokwasy i ma więcej żelaza niż ten słynny szpinak 😉 Stosowano je do redukcji wysokiego stężenia krwi i leczono za ich pomocą cukrzycę, ponadto te magiczne jagody stymulują produkcję kolagenu i są wskazane podczas stanów dużej wilgoci i jej objawów w postaci intensywnych bólów brzucha, mdłościami, wymiotami i biegunką. Jest dobry na reumatyzm, przeziębienie i objawy grypy. Jego natura termiczna jest ciepła lub gorąca, dlatego jest bardzo rozgrzewającą przyprawą i jego działanie wpływa na żołądek, śledzionę, wątrobę i nerki, ma energię (kierunek) wznoszący i wspiera wydzielanie soków trawiennych i pomaga na wzdęcia. Na perypetie i problemy oprócz chińskich mędrców polecał go sam Hipokrates.
ZOBACZ TAKŻE:
Curry – mieszanka przypraw głównie kojarzy się z kolorowym i przebogatym światem Indii. Najczęściej do mieszanki curry stosuje się kurkumę, kolendrę, imbir, cynamon, kolendrę i chili – jednak możliwości są setki. W Indiach raczej nie nie gotowych mieszanek jakie możemy kupić w Europie, hindusi sami tworzą swoje mieszanki, a ten specyficzny zapach mieszanek tworzonych na europejski rynek wynika stąd, że najczęściej jest w nich sporo nasion kozieradki. Główne składniki curry poprawiają trawienie i witalność oraz są dobre w walce z bakteriami, pomaga na infekcje i wzdęcia – dlatego jest idealne do ciężkich i tłustych potraw i takich, które powodują wzdęcia.