TEKSTY

CZARNY PUNKT

Elektryczne odgłosy owadów przy pracy.

„Blady król” David Foster Wallace

Kiedyś jeden człowiek powiedział: „Rozczarowanie jest najlepszym paliwem na ścieżce”, był to człowiek duchowości, który odszedł w niesławie, jednak pomimo tego dokonał czegoś wielkiego przekazując coś co do tej pory jest żywe i wciąż ma moc ukazywania prawdy. Przede wszystkim odniósł się do konstrukcji naszego ego, które ja nazywam Mózgogłowiem i ukazał w jaki sposób duchowość może być pokarmem tuczącym poczucie „wszechpotężnego ja”. Ja, które w naszym zachodnim i nowoczesnym świecie jest w centrum zainteresowania i cała ta maszyneria miała służyć zaspokajaniu potrzeb tego – ja, mnie, moje. Podmiot, który ustanawia orzeczenie – świat roli nawożony nieskończoną propagandą sukcesu, szczęścia i spełnienia. Jednak koniec końców wcześniej czy później docieramy do punktu nieuniknionego rozczarowania. Nazywam to „czarnym punktem” miejscem na drodze, gdzie jest najwięcej trupów. Miejsce zderzenia z prawdą egzystencji, gdzie odkrywamy czym jest terror okoliczności, czym jest umowność naszej konstrukcji, czym jest kłamstwo na temat samego siebie. Czym jest zaciemniający to wszystko pył rozrzucony przez rozszalałą dłoń chaosu, który wżarł się w nasze oczy i spowodował, że widząc nie widzimy, jakby świat pokryła halucynogenna patyna. Gubimy się w tym jak dzieci w ociężałej posępnej mgle, która niespodziewanie spowiła plac naszych zabaw i rzuciła nas nagle na pastwę nieokiełznanych żywiołów – sił, których potęgi kompletnie nie jesteśmy świadomi. Wielkie przeogromne senne miasto, pełne dróg i ludzi, pełne obietnic i smutku. Samotność.

A pod tym wszystkim w samym rdzeniu – Nuda, dojmująca i okrutna.

Pierwsza rzecz to mapa. Dobrze ją zdobyć, chociażby jakiś szkic. Cokolwiek. Teraz jest to naprawdę proste, bo mamy Internet – połączenie umysłów wszystkich śpiących, nieskończony przepływ danych i informacji – nieskończona nadpodaż map, które są korygowane z sekundy na sekundę i wypluwane w Otchłań. Niektórzy z nas mają poczucie przebudzenia, są w drodze, idą…

Szukają Wyjścia.

TEORIE SPISKU

Są różne stadia tej sytuacji, głęboko brzmiąca gama czarnych i białych klawiszy – światła i mroku. Całe partytury. Nieskończona ilość instrumentów poznania. Tony cyfrowych ksiąg zarobaczonych przypisami, co tylko chcesz o wszystkim. Filmy, dużo, bardzo dużo filmów o tym jak jest naprawdę. Wystarczy czytać, oglądać. Najpierw wgniata cię w fotel, jeszcze na samym początku, kiedy to nie jest takie powszechne, takie namacalne. Jedna siła otwiera ci oczy, druga je zamyka. Jesteś w Potrzasku. Między młotem i sierpem. Szatanem i Bogiem. Zaczynasz widzieć tą ciemność, czuć ten smród, słyszeć te głosy. Odkrywasz status marionetki, narzędzia, słyszysz ten przeraźliwy stupor kajdanów, larum zniewolonego ciała i ducha. Wychodzisz na ulice miasta snu już lekko przebudzony i zaczynasz To widzieć. Jakby ktoś łomem prawdy wyważył szczeliny zatrzaśniętych oczu. Jak mogłeś tego nie widzieć? Nie czuć? Nie słyszeć?

Więzienie umysłów. Wielka zaprogramowana maszyna.

Coś co się stało już się nie odstanie. Nie można zasypać tej wyrwy w myśleniu, można ją jedynie znienawidzić, wrócić do snu, albo pójść dalej, głębiej. Przez całe życie tworzyć tą Mapę Wielkiej Ucieczki. Czegoś doprawdy Spektakularnego. Pokazać im wszystkim co jest co, co jest czym, kto jest kto. Zdemaskować. Niech widzą. Niech się obudzą z tego snu, z tej matni i też ruszą w drogę jak już będą gotowi. Problem polega na tym, że tak naprawdę ta droga nigdy się nie zaczyna, ponieważ przez cały czas, bez ustanku się zmienia jak jakaś opowieść szaleńca. Jak wirus, który wciąż mutuje. Jak granica, którą ktoś cały czas przesuwa. Jak masowy maraton po ślepej ulicy. Obezwładniający Brak Jasności. Ponieważ ten kierunek to żaden kierunek. Ta mapa to żadna mapa. To recepta na szaleństwo. Prawda jest taka, że przestajemy sobie z tym radzić, bo tego wszystkiego jest za dużo. Musimy służyć Maszynerii, która miała służyć nam. Karmić potwora, bo ma ciepłe podbrzusze i słodkie mleko. Wolność tak naprawdę jest przerażająca ukazuje wszystko tym czym jest, dlatego zawsze lepiej o niej mówić, odrzucać ją od siebie jak kość za którą można biec. Jedyne co mamy to wyobrażenia na jej temat, zestawy sloganów, pocieszne łzawe historie zmitologizowanych wypraw w odległych czasach. Urodziliśmy się w klatce. W niewoli. Nigdy nie byliśmy naprawdę wolni. To o czym tutaj mówimy to romantyczne pieśni skazańców. Wyobrażenia. Są wśród nas zmęczone stare umysły, które widzą i rozumieją ten Układ, to te z istot, które najmniej mówią, najmniej robią – trochę tak jakby ich nie było. Jednak są w zupełnie inny niezrozumiały dla aktywnego młodego umysłu sposób. Zostawiają po sobie jedno słowo, którego nikt nie potrafi zrozumieć. Jednak to słowo jest jak ziarno. Rośnie pod murami więzienia, niewidoczne dla systemu monitoringu i strażników. Czasem jest kwiatem, czasem jest chwastem, czasem jest dobrem, czasem jest złem. Wszystko zależy od tego kim jesteś.
To rośnie tam w tym Czarnym Punkcie, gdzie jest najwięcej trupów. Na cmentarzu poległych bohaterów. Nakarmi cię kiedy stracisz nadzieję, jednak musisz je odkryć w akcie ostatecznej desperacji, kiedy wyczerpiesz już wszystkie możliwości. Poddasz się. Zrozumiesz daremność przemocy, tej odwiecznej wojny dobra ze złem. Zrozumiesz, że musisz zapłacić. Ponieść konsekwencje. Przyznać się do tego, że nic nie wiesz, że jesteś tak samo zagubiony jak wszyscy, że nie chcesz cierpieć, a cierpisz i nie wiesz dlaczego. Wtedy poczujesz ten świat, ujrzysz ten ból. W prawej komorze serca rośnie to ziarno i otwiera wszystkie drogi żył w mieście snu. Podróż w odwrotną stronę do samego rdzenia więzienia.

Do środka.

JA MNIE MOJE

Jest autostrada zaspokajania prosta i mechaniczna – tutaj wystarczy mieć trzewia i bezwzględność. Być przytomnym i wywąchać każdą szansę, uderzyć mocno z całą siłą kiedy trzeba. W tym wypadku nie trzeba mapy wystarczy instrukcja obsługi. Prosty, rzeczowy język. Żadnego metafizycznego pierdolenia. To jest droga „Moje”. Moje jest wszędzie, na każdym kroku, w każdej szczelinie, wszystko już prawie sprzedane, mało zostało, naprawdę mało. Eony ciemności rozświetlone sztucznym światłem. Roponośne Eldorado, ziemia oddychająca krwią. Nauka – upiorna matka, która jest za zimna na odruch serca, chce wyhodować swoje dzieci jak komórki bakterii, klonować geniusz i uczynić świat uległym jak potulne szczenię. Tą ziemię, ten wiatr, ogień i wodę. Jednak kiedy w Miasto Snu uderza niewyobrażalna, nieokiełznana siła – odwieczna furia – staje się bezradna i skołowana. Nie wie. Nie może pojąć, ponieważ dotyka tylko powierzchni lustra, analizuje odbicia, manipuluje refleksami. Jest ślepa. Kiedy nadchodzi prawdziwa burza świat się rozpada, a wszystkie mechanizmy zawodzą. Odsłania się coś co jest spoza układu, nigdy nie brane pod uwagę meta dane, których skala zaburza wszystkie instrumenty pomiaru. Jest w nas coś o czym nie wiemy. Coś co nie ma końca, coś co nie ma początku. Coś co nie jest czymś i nie jest niczym. Coś tak żywego, że za nic ma śmierć, za nic ma słowo, za nic ma myśl.

„Mnie” to przyczyna wszystkich wojen, każdej jednej, która jest, była i będzie. Stopniowane we wszystkich rangach i tytułach. Wtopione w każdy medal za honor i odwagę. Mnie rzuciło świat na kolana. Mnie pamięta każdy ból, krzywe spojrzenia i upokorzenie. Mnie rośnie w pamięci krzywd, które pielęgnuje z psychopatyczną dokładnością. Mnie prowadzi dzienniki i rejestry, wszystko zapisuje, obwąchuje jak wściekły pies. Ma listy nieskończonych przyszłych ofiar, które muszą zapłacić. Zadość uczynić. Dlaczegoż to mnie uczynił? Dobry Boże.

Dlaczego „ja”?

Magnez, który wszystko przyciąga.
Soczewka, która wszystko skupia.
Czarny Punkt.
Pełen Trupów.

Kamień węgielny więzienia.

Zwykły wpis