Oto ześlę wam chleb z nieba, na kształt deszczu.

Księga Wyjścia 16, 4


LINIE BRZEGOWE 

Myśl – Słowo – Kod. Świat poza światem. Przepełnione rozlewisko szaleństwa. Wielka burzowa chmura – nabrzmiała od nadmiaru myśli i wyobrażeń. Kumulacja karmicznego losowania. Chybił trafił. Bez ustanku. 

Steruje nami w coraz większym stopniu algorytmiczna mroczna magia chaosu praktykowana przez Czarnych Magów Kontroli. Ich moc rodzi się ze słabości i uległości wobec negatywizmu. To nas w coraz większym stopniu przyciąga, staje się z nami kompatybilne. Jesteśmy tym przesiąknięci do szpiku połamanych cierpieniem kości i pragniemy ulgi zapomnienia. Odpływu w nieświadomość i nieobecność w coraz bardziej błogie lenistwo. Technologiczny system nadzoru wychodzi nam na przeciw. Maszyny przejmą znienawidzoną przez nas pracę – udrękę i doprowadzą nas do stanu „uświęconej” apatii tamasowej guny zarządzanej przez radżasową rasę panów – miliarderów, którzy już w tej chwili tym wszystkim kręcą. Minimalny dochód gwarantowany, subskrybenci usługi „życia w inteligentnej klatce”. Chów klatkowy. Mikro kawalerka w drapaczu chmur jednego z miliona 15 minutowych cybernetycznych miast tak zwanej przyszłości. Radykalna redukcja populacji w wyniku samo – dewastacji. Czat GPT chleb z nieba – chmury zasobu tanich danych do obsługi symulowanej codzienności fetyszu. Nieistotność staje się rdzeniem procesora społecznego zarządzania. Maszyna bez ustanku nam to wmawia przez swoich rzeczników – ekspertów. Masz czuć się coraz bardziej bezwartościowy jak śmieć. Masz się bać, że Maszyna przyjdzie po twoją pracę, po twoje poczucie godności. W transferze do gospodarki danych zostaniesz z niczym i nigdzie. Taki jest master plan. 

Przyszłość, niegdyś linia brzegowa możliwości, teraz eroduje w pustkę, a każda fala ciągnie za sobą obietnice stabilności. Zostajemy zanurzeni po kostki w następstwach, starając się odbudować to, co ocean pochłania szybciej, niż nasze ręce są w stanie to ukształtować.

xraymike79

Jednak to są bajki na dobranoc. Master plan runie w połowie budowy, bowiem nasza sprawczość i władza są iluzją Mózgogłowia. Chmury danych zastąpią chmury burzowe i „trzy dni ciemności” blackoutów tak zwane coraz dziwniejsze zjawiska atmosferyczne. Prolog 2020. Struktura Maszyny zacznie się rozpadać jak chwilowe urojenie schizofrenika. Tamasowo – radżasowa choroba dwubiegunowa – raz depresja raz mania na chwilę ulegnie wstrzymaniu. Nazwane jest to wybiciem z Pętli i kiedy rozpoznasz ten potencjał Przebudzenia może to być najlepszym co się spotka, choć bez wątpienia najtrudniejszym. Podświadomie błagamy o to. I dostaniemy TO, jeżeli będziemy w tym trybie Ignorancji. Bowiem to jest dla nas bolesną drogą powrotu do Ducha, błogosławieństwem apokaliptycznego planu ratunkowego. W tym wypadku proporcja liczb jest odwrotna w stosunku do trendowania materializmu. Istot, które zdołają zawrócić z autostrady ku zatraceniu jest bardzo, bardzo mało. To jest ostatni moment Światła w cyklu Kali kiedy na kosmiczną chwilę dostaniemy dostęp do najwyższych nauk duchowych. Nazwane jest to Wielkim Transcendentnym Współczuciem i Mądrością. Ten moment się zaczyna. Łaska uzdrowienia podczas zbiorowej agonii wynikającej z nagromadzonego negatywizmu. Jednak w istocie wybór tej drogi zależy od nas. Czy wciąż chcemy coś tutaj osiągać i za czymś gonić? Gromadzić te bezużyteczne świecidełka i chwilowe stany marnego zadowolenia kosztem innych? Dorabiać się na pogardzie i lekceważeniu słabszych i „mniej ogarniętych”? 

Jest w tym świecie coś co przekracza ten świat i mamy to w swoim sercu i w swojej esencji. Kiedy rodzi się w nas Prawdziwa Wiara i Ufność odkrywamy, że najwyższą drogą jest czynić dobro i pomagać w Przebudzeniu. Oznacza to Pokorę i Skromność, oznacza to, że jest w naszym sercu Miłość i Mądrość. Oznacza to również, że widzimy wartość w każdej tradycji duchowej, która kultywuje i wzmacnia te wartości i zamiast dzielić i skłócać – łączy nas z Duchem. Pycha istoty ludzkiej polega na tym, że czuje się panem istnienia i rządzi nią duma i pożądanie. Jednak w istocie coraz bardziej stajemy się zwierzętami. Tracimy to co ludzkie na rzecz absurdalnej pogoni za krótkimi chwilami pozornego zadowolenia i triumfu „panowania” nad innymi. To niszczy nasze serce i naszą wrażliwość. W żaden sposób nie możemy kontrolować karmy, którą bez ustanku odbieramy. Naturalne Prawo Karmy jest bezbrzeżnym oceanem w którym jesteśmy w tej chwili absolutnie zanurzeni i biorąc pod uwagę Cykl Kali próbujemy nie zatonąć, ponieważ ten ocean jest coraz bardziej dziki i nieprzewidywalny. Mamy wiodące prądy negatywnych nagromadzeń z którymi musimy się mierzyć. Zdolność utrzymania się na powierzchni wynika z Mądrości. Mądrość wynika z Dharmy. 

Ta Mądrość – Dharma jest czymś uniwersalnym pod żadnym pozorem nie jest zbiorem arbitralnych nakazów moralnych i dogmatów. Dharma jest Żywa i dostosowana do aktualnych okoliczności czasu i miejsca. Jest potencjałem konstruktywnej zdolności obsługi narastającego złudzenia w jakim żyjemy i przewodnikiem. Jest deską ratunkową podczas powodzi negatywizmu. Daje nam prawdziwe oparcie. Jest zarazem prawem rezonansu z tym co wieczne i ponadczasowe; z tak zwanym Czwartym Czasem. Ludzkie prawo degeneruje się wraz z upadkiem ludzkiej świadomości i jest coraz bardziej skorumpowane i obecnie w coraz większym stopniu służy radżasowej dominacji Czarnych Magów, którzy panują nad tym wymiarem. Jednak ich panowanie jest wynikiem kolektywnej ludzkiej karmy wynikającej z negatywnych nagromadzeń. Lustro odpowiada odbiciem. Nie jest żadnym programem czy spiskiem. Ukazuje nasz stan. Nasza Prawdziwa Dharma ukryta jest w naszej Pierwotnej Naturze i nie przychodzi do nas „z zewnątrz” – dojrzewa wraz z procesem naszego Przebudzenia. I ta tamasowa post – rzeczywistość ulegnie zmianie dopiero wtedy kiedy masa krytyczna jednostek zacznie transformować swoją świadomość nie ulegając ciążącej sile skrajnego materializmu i głupoty. 

Linie brzegowe głupoty i pożądania. Czysta spokojna rzeka i godność zmieniły się w gęstniejący szlam negatywizmu i wodospady tanich uciech. Sztuką nie jest już rozwój i transcendencja do wyższej guny materialnego trybu, sztuką stało się nie uleganie tej dewastacji. Utrzymanie marnej pozycji i walka o zachowanie ludzkich cech. Powstrzymywanie procesu zezwierzęcenia. Kiedy warunek „zewnętrzny” się gwałtownie degraduje wówczas stajemy się coraz bardziej zaszczuci przez negatywne wzorce, okoliczności i trendy. Linie brzegowe ignorancji i pożądania zbliżają się do siebie, a rzeka świadomości staje się coraz bardziej wąska i zanieczyszczona mułem podświadomości. To jest nazwane Regresem Świadomości lub Upadkiem. Nawet przewodnicy i autorytety duchowe oraz instytucje i związki religijne zamiast nas wyciągać z tych uwarunkowań same nas warunkują swoją ideologią, systemami ślepej wiary lub radżasowymi obietnicami wszechmocy. Nazwane jest to Błędnym Kołem lub Zwodzeniem poprzez lęk i egotyzm. Stare oparte na strachu religie straszą nas potępieniem i piekłem, a new age gra swoje zwodnicze pieśni na strunach naszego pożądania osiągnieć duchowych i próżności. Operują w podstawie Ignorancji poprzez z jednej strony niechęć, a z drugiej poprzez pożądanie. Tworzą swoje ograniczone i sekciarskie monady – energetyczne skupiska negatywizmu. W istocie jest to kontrola ludzkiej masy poprzez emocjonalne i psychologiczne podpięcie pod określoną mapę orientacyjną i wzorzec zachowań. Kontroluje to tamasowa agenda i radżasowa hiper aktywność. Jest to stan depresyjno – maniakalny – charakterystyka Kali Yugi. 

Satwiczna guna Dobroci jest wyparta z kolektywnej matrycy. Ma bardzo słabe zasięgi i coraz mniej autorytetu – jest postrzegana jako słaba, nudna i mało atrakcyjna. Dobroć jest w percepcji współczesnych naiwna i pozbawiona tak zwanej charyzmy (zdolność władania emocją). Współczesna popkultura jest obrazem / odzwierciedleniem kolektywnej świadomości ludzkości i jej obsesji i pragnień. Jest jednocześnie programowaniem kolektywnej matrycy. Samo spełniającą się przepowiednią. Infosfera jest polem zasiewu negatywizmu uprawianym przez Czarnych Tamasowych Magów, którzy władają technologicznym matrixem. Analog – Dharma jest wyjściem z tej matni. Jest kołem ratunkowym na oceanie absurdu. Telefonem zaufania do naszego serca. 

Moc umysłu pogrążonego we własnych iluzjach polega na łatwości ciągłego omotania naszej świadomości bezustannym myśleniem. Ten terror myślenia powoduje, że tak naprawdę jesteśmy nieprzytomni. Ta nieprzytomność jest mechanizmem funkcjonowania w Samsarycznym Wymiarze Warunku. My nie postrzegamy rzeczywistości takiej jaka ona jest, lecz jej umysłową projekcję opartą na emocjach, lękach i pragnieniach. Prawdziwe zrozumienie tego oznacza, że przestajemy szukać na zewnątrz przyczyn naszego pełnego cierpienia stanu. I to jest moment rzeczywistego przebudzenia tak zwany „game changer”. Nazwane jest to także ewolucją świadomości, ponieważ ta zmiana optyki prowadzi nas do Wyzwolenia. Świat staje się lustrem, które ukazuje nam nasz stan umysłu. W buddyjskiej Dharmie nazwane jest to Poglądem. Rozpoznajemy, że linie brzegowe są skrajnościami; materializmu i nihilizmu dlatego staramy się iść środkiem poza skrajnościami. Prawdziwy Pogląd to brak filtra, brak koncepcji na temat rzeczywistości. To Otwarta przestrzeń czysta i klarowna bez lgnięcia i lęku. Taka jest Pierwotna Natura i taki jest nasz Prawdziwy Potencjał. Nasze serce jest zawsze otwarte i czyste. 

Jednak to co nami zarządza nazywam Mózgogłowiem – strukturą utożsamienia z naszym materialistycznie zorientowanym ego wyhodowanym przez nieskończone w czasie i przestrzeni uwarunkowanie lgnięcia do projekcji i pragnień umysłu. Pierwotna Czystość została zdominowana i zasłonięta przez pogrążoną w ignorancji maszynową zaprogramowaną świadomość, która funkcjonuje jedynie na najbardziej prymitywnym poziomie zmysłowych detektorów i fizycznego wymiaru „rzeczywistości”, w której naszego ego pragnie absurdalnego spełnienia, które z samej swojej natury nie jest możliwe. Dlatego ten wymiar jest zdominowany przez cierpienie i brak satysfakcji. W świecie formy wszystko przemija i nic nie może trwać. To jest nasze fundamentalne cierpienie, które przez cały czas wypieramy ze świadomości. 

Nasze nałogowe i kompulsywne utożsamienie z formą i bezustanne szukanie w niej potwierdzenia naszego istnienia i wartości jest w istocie tym, co nas z życia na życie pogrąża jeszcze bardziej w bezustannym obiegu Samsarycznej Maszyny Inkarnacyjnej. Stajemy się replikami samych siebie – Replikantami. Mózgogłowie jest sztuczną inteligencją opartą na bezustannym procesowaniu nieskończonych zasobów samsarycznych danych gromadzonych przez ciało i umysł życie po życiu od niemającego początku czasu. Są to skale poza naszą możliwością pojmowania. Procesorem, który tym zarządza jest strach ego przed  unicestwieniem zakodowany w najgłębszej warstwie tak zwanej świadomości magazynującej, która jest rodzajem serwera dla tej „gry” w którą wszyscy bez wytchnienia jesteśmy zajęci i przez którą jesteśmy bez reszty zdominowani. Ta dominacja jest systemem operacyjnym Samsary. Zero – jedynkowym; tak – nie. 

Tak – nie; potwierdzenie i zaprzeczenie to linie brzegowe dla rzeki naszej uwarunkowanej świadomości w korycie pragnień i awersji. Bęben losujący w loterii której nikt nigdy nie wygrał. Nie możesz wygrać w samsarycznej grze i niczego trwałego nie możesz w niej osiągnąć. Tutaj zawsze tracimy wszystko i kończymy na początku z resetem ustawień i nagromadzeniem wrażeń karmicznych na kolejne życie. Sama ta gra nie ma początku, bowiem jest grą samej świadomości, której nie stworzyło żadne bóstwo. Samsara jest grą światła. Jest spektaklem. Jest tym co ma nas ostatecznie przebudzić. Cień może nas nakierować na samo źródło światła i odkryć przed nami nieskończony potencjał Ducha, który w istocie nigdy nas nie opuszcza. Jest z nami bez względu na wszystko nawet w wymiarach piekła. Dlatego kiedy w cyklach następuje tak zwane zagęszczenie gry (okres Kali Yugi) dostajemy dostęp do bardzo potężnych i szybkich metod duchowych, które stają się dostępne i łatwe do zastosowania. Jednak ten dostęp wymaga zasługi gromadzonej przez nieskończony czas i ostatecznie to my posiadamy mądrość, aby TO rozpoznać, żaden guru czy kapłan niczego nie może załatwić za nas. Z samsary nikt nie może nas zbawić dlatego narracja mesjanistyczna jest tym co ma za zadanie nas zwodzić i dawać fałszywą nadzieję byśmy wciąż byli bierni. Ta bierność jest trucizną i „grzechem” w prawdziwym sensie, ponieważ odwracamy się plecami od własnej mocy i sprawczości. Dlatego każdy system religijny, który wzmacnia tą apatię i bierność jest z natury negatywny. Nie jesteśmy w żaden sposób potępieni i skazani wyrokiem bóstwa. Nasze wyzwolenie z warunku zależy od nas. 

I to jest Prawdziwa Dobra No – wina. Wyjście z niewoli samoponiżenia i pogardy. Naprawdę możemy sami sobie pomóc i spojrzeć na siebie jako istotę pełną znaczenia i dobrych właściwości. Nasze cierpienie nie wynika z grzechu czy gniewu Boga. Nasze cierpienie jest konsekwencją Ignorancji i braku rozpoznania, że w swojej esencji jesteśmy od początku prawdziwą wolnością i miłością. Jesteśmy uwikłani w skutki własnych myśli, słów i działań. To jest Prawo Natury Uwarunkowania – to my sami tworzymy własne więzienie. Dlatego z punktu widzenia Ducha najważniejszym jest przestać szukać w tak zwanym „świecie zewnętrznym” winnych naszego stanu, a zamiast tego przyjrzeć się sobie i rozpoznać co nas ogranicza i w jaki sposób we własnym wymiarze tworzymy negatywności, które później stają się naszym doświadczeniem za które obwiniamy innych. 

Mamy nieograniczony zasób nagromadzeń karmicznych i bez ustanku poprzez naszą intencję, myśli, słowa i działania tworzymy nowe wrażenia i nasiona. Karma nie jest jedynie zero – jedynkowym mechanicznym prawem materialistycznego świata. Możemy bardzo łatwo rozpoznać przyczynę i skutek. To jest poza dyskusją. Jednak to Naturalne Prawo działa również na poziomie naszej energii i świadomości / umysłu w subtelnych wymiarach poza fizycznym wymiarem materii. Istota pogrążona jedynie w tej „fizycznej zupie” w percepcji i odczuciach zazwyczaj rozpoznaje jedynie skutki i nasz zrodzony z ignorancji stan świadomości nie potrafi zrozumieć, że są to wytwory z subtelnego poziomu intencji, motywacji i samego poglądu na siebie i rzeczywistość. Ten Pogląd kształtuje nasz stosunek do siebie i tak zwanego świata. To on określa parametry naszego doświadczenia. 

Jeżeli naszym poglądem jest materialistyczny nihilizm (pogląd dominujący w epoce Kali Yugi) i żyjemy w przekonaniu, że wszystko jest zrodzonym z chaosu przypadkiem i naszym jedynym zadaniem jest rywalizować o szczęście i zasoby z innymi istotami w obrębie prawa deterministycznej selekcji naturalnej – wówczas świat wcześniej czy później stanie się wymiarem piekła. Krok po kroku zmierzamy dokładnie w tą stronę. Wystarczy się rozejrzeć za czym ludzie bez ustanku gonią i jakie mamy tego skutki. Mało kto jest przytomny i świadomy, ponieważ mało kto już jest w stanie wytrzymać w tym świecie na „trzeźwo” i mieć do niego odpowiedni dystans. „Rzeczywistość” zaczyna się „lepić” i jest coraz bardziej przytłaczająca i agresywna. Staje się bezustanną prowokacją, której zadaniem jest wciągać nas do tej absurdalnej gry i eksploatować naszą energię i wysysać z nas wszelkie zasoby, aby ostatecznie nas unicestwić kiedy przestajemy już być pokarmem negatywizmu. 

Bronią masowego unicestwienia w obecnym stadium jest technologia i nad – informacja wobec których stajemy się coraz bardziej bezbronni i od których jesteśmy coraz bardziej uzależnieni. Media społecznościowe są tym co ostatecznie zniszczy społeczeństwo i relacje społeczne poprzez polaryzację i konflikt, ponieważ dokładnie w taki sposób zostały sformatowane, a ich rzeczywistą rolą jest wciągać nas do gry do pola kolektywnej wojny poglądów i przekonań. To jest agregat agresji i zaczyn konfliktu. 

ANALOG

ANALOG # 5 

Galeria

Czy zna pan ten stan, kiedy ktoś ma jakiś sen i wie, że to jest sen, i chce się obudzić, a nie może?

Tomasz Mann „Czarodziejska Góra”

BOŻE NARODZENIE

Bimber wypity. Czarny atak odparty. Miejscówka energetycznie rozpieczętowana. Wigilia. Narodziny dzieciątka w dobrych i życzliwych sercach, a musimy wiedzieć, że pod tymi skórami naciągniętymi na kości trzech dopiero co poznanych przez nas bohaterów jest Dobro. Rzadko używane słowo w tej współczesnej nomenklaturze monosylabowej nowomowy, która redukowana jest do komend i emotionków. Buziek ssących palce, jest w tym jakby nie patrzeć jakaś wręcz patologiczna infantylizacja, być może ukazuje ona, że z punktu widzenia ewolucji wciąż jesteśmy pędrakami, które niestety mają do zabawy dość śmiercionośne zabawki a ich „słodkie” baraszkowanie doprowadziło do kolejnego masowego wymierania wszelkiego życia na tej planecie. Zniszczyć bezsensownie tyle piękna, przepierdolić bezceremonialnie taki potencjał – ho ho ho – ho ho ho! Dzisiaj w Betlejem gwiazdki spadają z hukiem, a w wyżłobionych lejach – żłobkach leżą martwe dzieciątka. Setki potencjalnych Jezusów i Jezusek, którzy nigdy nie pouczą nas swoją ewangelią. Kultywować pomniki – mordować w ich imię prawdziwe życie. Abstrakcja ponad wszystko, zaprogramowana maszyna śmierci musi zamordować miliony karpi, ściąć dziesiątki tysięcy drzewek by celebrować narodziny zbawiciela.

Czyż to w pewnym sensie nie jest kurwa śmieszne?

Martwe doktryny zapisane w księgach poruszające śniącymi ciałami, które bez względu na wszystko muszą odprawić swój ceremoniał, a w imię zachowania tych zwyczajów są gotowe mordować, plądrować i gwałcić. To się nazywa brak kontaktu z rzeczywistością. Odjazd. Trzeba nam zrozumieć ponad wszelką wątpliwość, że nie byłoby to możliwe bez tej Hipnozy, która z całą pewnością nie jest Gnozą, a jej dokładnym przeciwieństwem. Zmechanizowana religijność jest Tabletką Gwałtu. Ubój rytualny – powieszone pod sufitem rzeźni charczące w agonii zwierze rozkołysane w stronę Mekki zmaltretowane w imię zbawienia. Obdarta ze skóry koszerna ofiara dla bóstwa – świąteczny prezent przerażenia i agonii. Amok okrucieństwa – idźcie w spokoju ofiara spełniona, zaprogramujcie dzieci i żony, zakażcie tym wirusem tych dzikich, biednych i upośledzonych niech mamroczą do ciała przybitego na krzyżu, z namaszczeniem oddają hołd waszej Księdze i tarzają się na kolanach po tym żerowisku. Czekajcie Objawienia, które przyjdzie niechybnie w postaci następujących po sobie plag, chorób, wojen, klęsk żywiołowych, katastrof naturalnych i głodu, bowiem to jest krew z waszej krwi – dziedzictwo waszej ignorancji. Konsekwencja czczenia Abstrakcji.

Miasto oszalało jak co roku o tej porze. Pomimo wirusa, zapaści gospodarczo – ekonomicznej, skandalicznego dodruku pieniędzy i nie notowanych do tej pory na giełdach zysków sektora z doliny krzemowej, pomimo napięcia pośladków na Atlantyku pomiędzy Wujkiem Supersamem i Chińskim mało bajkowym Smokiem trawiącym w swych trzewiach kapitalizm połączony z komunizmem niczym gówno polane gorzką czekoladą i ziejącym płomieniem nowych technologii i zarażającym świat nową odmianą szaleństwa czyli pajacowaniem dla pieniędzy na Tik Toku – oprócz tych co umarli, tych co stracili wszelką nadzieję, zdrowie, biznes itd. – reszta miała się dobrze. Przystrojono wszystko bombkami, Mikołajami w saniach, gwiazdkami, aniołkami, a z megafonów nadawano zmutowane nowoczesne kolędy wysapane przez jakiś obecnie najmodniejszych celebrytów. Pomimo wszystko było kupowane, galerie handlowe pełne wiecznie głodnych konsumentów mogły choć przez chwilę powrócić do swoich przed pandemicznych utargów, bo gdzieś tam był jednak zwiastowany Cud na który przecież wszyscy czekali. Pojawiła się szczepionka niczym chemicznie sformatowany Mesjasz walczący z Bestią. Opatentowana nowożytna dżuma zrodzona z nietoperza, skatalogizowana w rejestrze, w końcu potencjalnie była w odwrocie. Ludzkość triumfowała, można było pomału ożywić tak zwaną gospodarkę, przywrócić trupa ubrać, upudrować i rozkołysać niczym kukłę. Niech dynda.

Ulica Piotrkowska odzwierciedlała całą prawdę. Co drugi lokal był pusty jak miejska kasa oszczędności, żulerka snuła się niczym świąteczne bałwany ulepione z brudnego i śmierdzącego śniegu neoliberalnego snu, który pomału przeistaczał się w koszmar permanentnej zapaści gospodarczej. Tarcza pomocowa dla tak zwanych przedsiębiorców okazała się plastikową tacą pełną drobnych fałszywych talarów. Żyliśmy w kasynie gangsterów, którzy tłoczyli żetony w swoich własnych bankach i mieli swoje stacje telewizyjne i gazety, swoje partie polityczne i organizacje pozarządowe. Nierząd stał się najbardziej popularną profesją. Kurewstwo normą. Analny konglomerat mający wszystko i wszystkich w dupie. Liczył się Zysk. Złoty cielec. Zostaliśmy skazani na przemiał. Bawełniane Detroit już od dawna było w recesji, a mieszkańcy przyzwyczajeni do niedoborów, niedożywień i taniej ekonomicznej klasy życiowego przelotu od pierwszego do pierwszego z pożyczką podczas alkoholowego międzylądowania. W każdym śmietniku mogłeś wykopać co najmniej tuzin pustych małpek. Królowała wiśniówka i brzoskwiniówka. Zostały monopolowe sklepy – kapselki niczym całodobowe apteki i prawdziwe punkty szczepień i zaraz po zakupie aplikowało się przez główny wlew gębowy. Tanie spożywczaki i salony jednorękich bandytów pełne dymu o zapachu przegranego życia urozmaiconego tanimi dopalaczami z internetu.

Jednak patrząc oczyma Pirata, sprawa się miała zgoła inaczej, jak to zawsze bywa wręcz odwrotnie do pierwszego mylnego wrażenia. Postanowili z Prepersem po pierwsze pójść najzwyczajniej w świecie na spacer, a po drugie zrobić świąteczne zakupy, bowiem już za dwie, trzy godziny miasto zasiądzie do tak zwanej wigilijnej kolacji i będą życzenia wniebowstąpienia, rękodzieła i rękoczyny, gdyż co jak co, ale udało się wszystkich podzielić na wszelkich możliwych płaszczyznach i teraz te atomowe rodziny są tykającymi bombami czekającymi na odpalenie, coraz bardziej niekompatybilni pokoleniowo, światopoglądowo, religijnie i politycznie, jak już powiedziano: Dziel i Rządź . Cały ten świąteczny rytuał tego gorączkowego sprzątania, zamiatania pod dywan w imię świętego spokoju, tego narzuconego stresu – kombinacja presji i recesji podsycana spotami w telewizji o tym, że i tak wszyscy umrzemy na Chorobę jak będziemy niegrzeczni i musimy, musimy teraz zachować wszelkie normy i wytyczne, godzić się godzić na utrudnienia, które zaczynają być stałym light motywem niemalże pejzażem, coraz bardziej rozmazanym i chaotycznym tłem naszego tutaj przecież tak nietrwałego w swojej esencji życia i koniec końców drzewka zwieńczonego gwiazdą śmierci. Imperium miało teraz swoje pięć minut w pełni zglobalizowanej mutacji w nową formę. Wielki panie przenajświętszy Reset. I dobrze, i pięknie. Teoretycy spiskowi znikali z sieci niczym karpie ze stawów. Kaczora Donalda zamieniono z Myszką Miki i był lekki zamęt na Olimpie jednak Zeus nie stracił panowania nad Królestwem – Kurewstwem i jedziemy dalej. Możemy spokojnie procesować Apokalipsę i relacjonować jej przebieg na platformach streamingowych przez illuminati influenserów z przerwą na reklamy schronów, odżywek i satelitarnego różańca satelitów 8G instalowanych na orbicie planety więzienia przez wujka chujka Muska, który jak wiemy wystrzelił w kosmos samochód elektryczny i robi dokładnie to przed czym przestrzega, bo kto bogatemu zabroni. No kto? Neurolinkowe wprowadzenie elektronicznego modułu sterowania – bezdotykowe zarządzanie Pastwiskiem.

Abstrakcyjne Wzory do Naśladowania. Ludzie – Klony – Ikony. Soczewki skupiające miliony nieprzytomnych oczu, gotowe naśladować każdy ruch, powtarzać te hasła reklamowe wyrzygane od niechcenia przez nikomu nie znanych scenarzystów, te pozory dobroduszności, zatroskania, ten cały sztuczny splendor – hipnotyczny trans, plemienny taniec kasty kapłanów. Teleturnieje, plebiscyty, sympozja, konferencje – gadające głowy, gestykulujące ręce. NLP. Neurolingwistyczne Lunatykowanie Powszechne. Taniec połamaniec. Break Dance politycznej poprawności, bombastycznego hurra optymizmu – uśmiechy, klawiatury sztucznych zębów szczebioczące komunały ku pokrzepieniu zatroskanych serc. Mechaniczny rozrusznik wygasającego serca. Triumf Mózgogłowia.

Na betonowych słupach wzdłuż ulicy jedna i ta sama twarz Wielkiego Brata. Nowy Papież władający Trzema Królestwami i bijąca od niego trupia aura rozkładu. Teraz chodziło o to by stworzyć organizm jednokomórkowy – podległy tej pozbawionej czułości Inteligencji, którego mózg wypełnia Czarna Substancja. To ubrany w ludzkie ciało Algorytm. Ciało Obce pozbawione tej łączącej nas ze wszystkim nici w labiryncie wszechrzeczy odcięty od Mocy i generujący nieskończoną i wszechobecną Prze – Moc. Władza. Kontrola. Ostateczna forma zarządzania zasobami ludzkimi, które nieubłaganie stają się Automatonami – bezmyślną posłuszną Masą. Prepers przenika tą bezosobową twarz i widzi uśmiechające się Zło – cyniczny grymas post ludzkiej formy istnienia, która jest w początkowym stadium subtelnego wpływu. Oswajania stada tak zwanymi potencjalnymi korzyściami, które w swojej istocie są bardzo głębokim procesem instalacji – wdruku na poziomie kodu bazowego – podświadomości.

Uzależnienie – etap pierwszy. Oto w stajence przeogromnych serwerowni narodził się Nowy Zbawiciel w otoczeniu Króla Ignorancji, Króla Pożądania i Króla Niechęci – zwiastowały przez milenia Czarny Prorok technomagii. Jednak tutaj na rubieżach Imperium Kotleta i Parówy jego wpływ był znikomy. Jedno jest pewne. Kochamy złudzenia i pozory, wydają się dla nas najważniejsze ta wręcz nieziemska (sic!) determinacja by je bezustannie tworzyć, utrwalać i podtrzymywać dla siebie i dla innych. Tworzyć te pastwiska iluzji otoczone pulsującymi pastuchami ciągłego napięcia, walki, zmagania, wysiłku, determinacji – wzniecić ten ogień do rozmiaru pożogi później brutalnie zgasić bezwzględną i okrutną przewagą siły sycąc się czystą energią nadziei na prawdziwą zmianę, który nigdy przecież nie następuje, bo wszystko wcześniej czy później wraca do ustawień fabrycznych, a każdy rewolucjonista po odbyciu stosownej kary i reedukacji wyrzeka się swoich herezji i na kolanach wraca do miejsca przy taśmie w Fabryce Bezsensu. I już.

Jednak powstaje dość złożony problem globalny, ponieważ jest coraz mniej realnej pracy dla tak zwanych ludzi, który tracą swoje robotniczo – niewolnicze posady przy produkcji tak zwanych dóbr zastępowani kadrą w pełni posłuszną i zmechanizowaną – robotami. Najnowszym produktem Mózgogłowia, którego perwersyjny plan wchodzi w fazę spełnienia na tak zwanej jawie i oto w pełni zautomatyzowane fabryki tworzą odpad w postaci coraz liczniejszej populacji ludzi bez żadnego celu, permanentnie bezrobotnych systemowo skazanych na coraz bardziej miażdżący ich istnienie Bezsens. Antidotum stała się farmakologia w postaci tanich ogłupiająco – znieczulających dragów i dzika konsumpcja tak zwanej cyfrowej treści – przetrawionych i zremiksowanych wymiocin popkultury tworzonej w narcystyczno – kopulacyjnej formie powszechnej i masowej twórczości i wszelkich tak zwanych darmowych narzędzi sieciowych wytwarzających najbardziej zaawansowaną wersję nałogu – Samouwielbienie. Nieskończone w czasie i przestrzeni ostateczne zamulenie w głębinach kolektywnych projekcji – Sferze Odbić. Jeżeli nie wiecie o czym jest tutaj dokładnie mowa zobaczcie kilka tak zwanych dram na you tube, te młode wyhodowane na bezsensie szczenięta, komentatorzy, redaktorzy nowych hiper konsumpcyjno – komercyjnych kanałów o zawrotnych liczbach i zasięgach a za tym wszystkim po prostu Wielkie Przerażające Nic. Kompletne Bezdenne Dno. Poczujcie ten landrynkowy posmak słodki i ciągliwy, ten ostateczny dramat młodego pokolenia potrójnego rdzenia i drukarek 3D i wówczas możecie się zastanowić nad przyszłością swojego gatunku biorąc pod uwagę kondycję środowiska naturalnego i fakt, że wcześniej czy później wyłączą zasilanie i cała ta Symulacja – Stymulacja pójdzie się jebać. Nie ma słów na opisanie tego Szoku.

Łódź dryfowała.

W jakiś niezrozumiały sposób wymykała się całemu okablowaniu Sieci – żyła w sobie tworząc naturalne przeciwciała głęboko niedostosowanych do programów jednostek, które budziły się z mechanicznego nieświadomego snu tworząc niepodległą Maszynie Śmierci kulturę i duchowość. To tutaj musiało nastąpić Odrodzenie Mocy. Kiedy mechanizacja osiąga swoje kompulsywno – agresywne stadium powszechnej ewangelizacji zawsze uciekajcie na rubieże w miejsca pogranicza fizycznie i umysłowo, duchowo i emocjonalnie, chyba, że jesteście w pełni zintegrowani z Mocą wówczas możecie być w samym Oku Cyklonu w Sercu Spirali. Możecie podjąć otwartą walkę – stanąć twarzą w twarz z Cieniem. Ujrzeć w pełni dwa oblicza nie zrodzonego nie podlegając identyfikacji, nie przyjmując określonej formy nie dając się zdominować wrażeniom, być poza jakąkolwiek strategią przetrwania lub unicestwienia, potwierdzenia lub zaprzeczenia – to jest swobodny taniec na wodach świadomości. Surfowanie po Oprogramowaniu.

To jest prawdziwy Plac Wolności.

Wyzwolenie z sieci przyczyny i skutku.

Koniec końców to wszystko sprowadza się do dwóch modeli funkcjonowania: regresywnego i progresywnego. Model regresywny, który pozornie jest progresywny i model progresywny, który w istocie jest regresywny. To jest podstawowa różnica pomiędzy technologią i magią. W obecnej chwili żyjemy w technologicznym modelu regresywnym. Świat Protezy. Sztuczne Światło. Mechanizacja świadomości, która wyręczona własnymi tworami przestaje się rozwijać w coraz większym stopniu bazując na swoich wytworach – edukacja maszynowa, masowy model płaskiej ziemi, standaryzacja, optymalizacja. Wyczarowanie z tego sztucznej algorytmicznej inteligencji opartej na mocy obliczeniowej zawsze prowadzi do zapętlenia w Obiegu Danych – Symulacji, do zapaści autentycznego warunku, żywej i nieskończonej świadomości, która zaczyna być warunkowana odbiciami w lustrze zapominając że wszystko jest tylko odbiciem, refleksem na „powierzchni ekranu” i zaczyna się utożsamiać z tym. Tonąć. Zapadać się. Zapominać o Źródle Przejawienia. Zapominać o Bogu. Miłości – nie uwarunkowanym stanie istnienia. Tutaj zaczyna się pierwotna przemoc i fundamentalny warunkujący stan Zapomnienia. „Grzech pierworodny”. Bóg, który zapomniał, że jest Bogiem i stał się niewolnikiem – pozbawionym Mocy i znaczenia odpadem w Mechanicznej Fabryce Bezsensu.

Mózg nie jest świadomością.

Jest Maszyną.

Maszyną, która warunkuje świadomość, redukując do wrażeń płynących z pola zmysłów i procesowania wtłoczonych w niego informacji na bazie których tworzy absurdalne mapy orientacyjne. Sprowadzając nieskończone Istnienie to tego „orzeszka” do szarej galarety to jest tak jakbyśmy myśleli, że silnik jest przyczyną pracy maszyny. Jednak prawdziwą przyczyną jest Energia – Moc. To jest najbardziej pożądany towar. Puste, nieskończone w ciągłym ruchu. Mózg, wypięty w swojej egotycznej pysze ze współzależności – „osobny” i „inny niż wszystko” owoc. Przedmiot nieskończonych badań, fetysz współczesności, która gryzie go i trawi na nieskończoną ilość sposobów produkując bezdenną ilość informacji. Jednak tak naprawdę „tam” nic nie ma. To jest Puste i Świetliste. Nie możesz tego pojąć i opisać, nie możesz tego oddzielić od siebie, bo w swojej istocie jesteś tym. Oko nie może ujrzeć samo siebie. Dlatego to jest Absurd.

Dlatego jesteśmy w tym w czym jesteśmy. Zapomnieliśmy o Źródle Tego Wszystkiego – naszej Wrodzonej Naturze, która jest wolna od wszelkiej sztuczności i nieograniczona w swoim potencjale i zdolności manifestacji. Staliśmy się więźniami umysłu – intelektu, chcemy zrozumieć coś co jest poza rozumieniem, poza biologią, poza wszystkim. Pogodzić się z tym to w końcu – Odpuścić. Zaprzestać tej ciągłej sekcji zwłok, tego okrutnego dzielenia włosa na czworo. Dać życiu przestrzeń i zaufanie. Pozwolić tajemnicy być tajemnicą. Nie musimy wszystkiego zmieniać, modyfikować, ciągle narzucać kolejne ograniczenia i rozbierać na czynniki pierwsze. To nieskończona gra umysłu, który w wyniku swojej neurozy generuje ciągłe wszechobecne cierpienie zadając je sobie i innym istotom. Niszcząc po drodze wszelkie życie, które jest, było i będzie – Święte.

Kochać – to pozwolić wszystkiemu być tym czym jest. Miłość nigdy niczego nie narzuca. Pozwala istnieć złu i dobru, brzydocie i pięknu. Miłość jest pozbawiona standardów, kanonów piękna i granic. Nie gra w gry umysłu. Jest żywą naturalną Obecnością, czymś wrodzonym nie stworzonym. Nie możesz jej wytworzyć, skonstruować, spreparować, nie możesz się jej nauczyć, wytrenować. Nie możesz jej kupić i nie możesz jej sprzedać. W swojej istocie jest poza jakimkolwiek lękiem. Jest Mocą, która odradza każdy świat, każdą istotę. Jest początkiem i końcem wszystkiego. Przejawia się poprzez nieskończoną Mądrość i Współczucie. Nie jest kawałkiem betonu rzuconym z nieba z zapisem zasad i kodeksów, nie jest księgą, nie możesz jej zapisać, nie możesz jej zrozumieć i powiedzieć – oto Ona, bo właśnie wtedy okaże się czystym bezlitosnym „złem” – mieczem o podwójnym ostrzu.

Pirat ją Czuł, kiedy przebudziła jego serce i przywróciła pierwotny sens i porządek. Była ukrytym Światłem w najbardziej przerażającym mroku, w całym tym zmechanizowanym szaleństwie. Była ukryta niczym skarb w każdej istocie na tej ulicy, spajała i tuliła wszystko bez najmniejszego wyjątku. Była przestrzenią tego urojonego miasta, które nie jest rzeczywiste i nie jest nierzeczywiste. Była Arką, która potrafi przetrwać każdy potop, każdy upadek i rozpad. Paradoks polega na tym, że to właśnie podczas najbardziej skumulowanej negatywnej energii, kiedy pływamy już w samym gęstym, czyli doświadczamy zmultiplikowanych skutków naszej ignorancji na zasadzie równowagi jednocześnie manifestuje się potężna Moc. To jest czas kiedy Magia jest najbardziej skuteczna po obu stronach skali, wraca do łask – następuje tak zwane odrodzenie magiczne – narodziny nowej świadomości. Nazywane jest to Potencjałem Progu, kiedy inkarnują tutaj Biali i Czarni Magowie. Prawdziwy problem polega na tym, że w przypadku Czarnej Drogi nie przestrzegasz Naturalnego Prawa i łamiesz pierwszą Świętą Zasadę – nie krzywdzenia. Jest to zasada fundamentalnej wolności – szacunku do Istnienia w jego każdym nawet najmniejszym przejawieniu. Jeżeli rozejrzyjcie się uważnie wokół zrozumiecie, jakiego sortu Magowie zdominowali ten wymiar, kto tu rządzi i czyni świat na swoje podobieństwo. To jest wymiar składania ofiar – czarnej ofiary. To jest Wymiar Śmierci – kultywujemy ją i pożeramy w postaci miliardów istnień ludzkich i zwierzęcych. Stosunek do bezbronnych istot ukazuje stan kolektywnej świadomości dominującej konkretny wymiar istnienia. Nasz świat jest okrutnym miejscem ponieważ kultywujemy okrucieństwo i brak współczucia, cała nasza matryca jest skonfigurowana w pewnym sensie na opak – dlatego, aby widzieć jak jest naprawdę musisz odwrócić wszelkie znaczenia i prawidła wszystko w swojej zdegenerowanej istocie wydaje się być odwrotnością deklarowanej wartości. Nasza moralność to fikcja, zbiór mechanicznych prawideł, których prawdziwą rolą jest po prostu utrzymanie porządku – jej prawdziwe oblicze ukazuje sytuacja ekstremalna jak wojna, katastrofa, rewolucja. Wtedy ludzie zrzucają swoje maski, ukazują swoją prawdziwą naturę odrzucają wszelkie sztuczne mechanizmy korygujące, całą tą narzuconą maskaradę i protezę „dobrodusznej religijności”. Dlatego ważne jest odkryć swój prawdziwy stan, swój autentyczny warunek póki jeszcze jest względny czas spokoju – zobaczyć co tak naprawdę nami kieruje, jaka jest nasza prawdziwa wola, która droga nas pociąga i kim tak w istocie jesteśmy i dokąd zmierzamy.

Ludzkość to jedna wielka, ośmiomiliardowa rodzina, która żyje razem na Ziemi – urodzona na tej samej planecie, pokryta tym samym niebem, patrząca w te same gwiazdy, oddychająca tym samym powietrzem. Możemy mówić różnymi językami i należeć do różnych kultur, ale wszyscy jesteśmy częścią tej samej ludzkiej rodziny. I jak każda inna rodzina, wszyscy jesteśmy wyjątkowi – mamy własne upodobania i antypatie, własne temperamenty, własne doświadczenia – ale to nie czyni nas mniej częścią naszej rodziny. W świecie, w którym życzliwość nie zna granic, mamy moc tworzenia gobelinu jedności, w którym każda osoba jest ceniona, a więzi naszej ludzkiej rodziny są wzmacniane przez nici empatii i szacunku. Nadszedł czas, abyśmy zaczęli dostrzegać, że wszyscy jesteśmy w tym razem. Im szybciej zaczniemy witać się z otwartymi ramionami i otwartymi sercami, tym szybciej będziemy w stanie dokonać zmian. „Wszyscy jesteśmy ze sobą powiązani. A kiedy stajesz się tego świadomy, zdajesz sobie sprawę, jak ważne jest dbanie o swoje siostry i braci.

Jay Bowen, plemię Upper Skagit.

Możesz to odkryć obserwując ile w twoim życiu jest napięcia, zmagania, walki i ciągłego konfliktu. Ile masz w sobie Strachu i Lęku, czy boisz się samego siebie, co tak naprawdę widzisz patrząc na ten świat, jaki zakres skali możesz dostrzec, a przede wszystkim co tobą kieruje, jaki masz wewnętrzny program. Oprogramowanie jest kluczem do zrozumienia. Każdy musi odkryć sam co zostało w nim zainstalowane i przez kogo. Czy jest jedynie Portalem Organicznym czy Żywą Samoświadomą Istotą. Ile tak naprawdę jest w tobie twoich własnych myśli?

Pirat szedł tą ulicą, która przypominała wydrążony tunel wypełniony nieświadomym istnieniem, ludźmi, którymi coś poruszało jednak byli jakby nieobecni poruszani przez coś spoza nich, czego nie są w stanie w żaden sposób kontrolować, ulegli i uniżeni w swojej zaprogramowanej pętli. W pewien sposób ten zupełnie nienormalny stan istnienia postrzegali jak tak zwane zwykle życie, codzienność. Tak niecodzienność była codziennością, sen był jawą, sztuczność prawdą, okrucieństwo łaską, a wojna pokojem. To było miasto śpiących zaprogramowanych ludzi, których niestety trzeba było obudzić. Nieświadomie tworzyli swoje własne więzienie. Przestali myśleć oddali w obce zimne ręce władzę nad sobą, przestali czuć, że jest w nich coś żywego w pewien sposób stali się umarli. Ten stan hipnozy był jakby obecną wszędzie częstotliwością, rodzajem obezwładniającego niewidocznego zagęszczonego pola.

To właśnie jest Program.

Pro – gram.

Prog – ram.

Logika jest pierwszą zaporą. Bezpiecznikiem chroniącym przed przekroczeniem Progu. Zakodowaną barierą, która chroni Program – to ona utrzymuje ten mechaniczny porządek w ryzach, tworzy sztuczne poczucie bezpieczeństwa – sterylny świat pełen zasad i ograniczeń. Monochromatyczne Imperium złego dobra i dobrego zła – kloakę dla świadomości – Zamknięty Obieg. System Operacyjny. Aplikację sztucznego życia. Śmiertelny Pył, który się rodzi i umiera. To poziom naszej świadomości warunkuje nasze doświadczenie, tworzy granice, bariery i oddziela nas od prawdy, że wszystko jest nieograniczone, nieskończone, ponieważ nic nie przychodzi i nie odchodzi – to tylko złudzenie. Dlatego zamknąć umysł w konkretnej zdefiniowanej matrycy „możliwego” i „niemożliwego” nadać rzeczom nazwy i przypisać znaczenia to stworzyć skostniały, ograniczony świat. Program jest Myślą – Słowem – Zaklęciem. Myśl jest zalążkiem, potencjałem, słowo jest energią – działaniem. Każda definicja tworzy pozornie zamknięty zbiór, który w pewnym sensie staje się pozbawiony życia, zmiany i dynamiki. Staje się martwy. Tak rodzi się fizyczna rzeczywistość – wymiar naszego istnienia. Wszystko powstało z umysłu niczym dzieci zrodzone z jednej pierwotnej matki. Każdy nasz zmysł jest zarazem oprogramowaniem działającym jedynie w obrębie napisanego kodu i w swojej istocie jest świadomością – umysłem, jednak stał się ograniczony, ułomny, skanalizowany do jednego strumienia przepływu, jednej częstotliwości.

Przez zmysły „macamy rzeczywistość” i na tej podstawie z dodatkiem konceptualnej świadomości tworzymy wyobrażenie o tak zwanym świecie, który jest jedynie urojeniem – tak naprawdę widzimy jedynie obraz swojego ograniczenia – odzwierciedlenie nieświadomej rozpaczy. Rozpadający się z chwili na chwilę hologram, który bez końca mutuje tworzony przez przenikające się kolektywne pole zbiorowej nieświadomości – hiperaktywna masowa halucynacja powstająca w „czasie rzeczywistym”. Tym punktem rzutowanym na Matrycę jest złudne poczucie „ja” – pozorny spójny i całościowy zbiór oderwanych od siebie części składowych. Wszystko jest współzależne i nic doprawdy nie istnieje samo w sobie. Dlatego koncepcja „niezależności” jest hiper mitem podtrzymującym to prowadzące do cierpienia poczucie odrębności z którego tak naprawdę rodzi się przemoc podstawowy komponent cierpienia, które jest naszym bazowym odczuciem – pulsującym tłem, które przez całe nasze życie próbujemy zagłuszyć, uciec od niego, przezwyciężyć poprzez ciągły ruch, działanie – nieskończone wytwarzanie antidotów. Cała nasza kultura, cywilizacja jest Próbą Zagłuszenia Bólu. Zapętloną bez końca ucieczką, daremnym trudem. Fundamentalnym doświadczeniem z punktu widzenia Drogi lub Ścieżki jest odkrycie, że już tu byliśmy, znamy to. Wróciliśmy do punktu wyjścia, nasza strategia ucieczki jest farsą. Jesteśmy bezradni skazani na ciągły powrót w to samo pełne cierpienia miejsce. Ta dojmująca, przerażająca świadomość ukrytego przed nami determinizmu jest zarazem pierwszą i fundamentalną Inicjacją – wglądem w prawdziwą kondycję. Przebudzeniem ze snu ucieczki, nadziei, wiary, że gdzieś istnieje dobry bóg ojciec, który nasz przytuli i pocieszy, jakimś cudem wyzwoli od nas samych bez naszego udziału. Naszym stworzycielem jest Ignorancja. Niewiedza. Złudzenie.

Przyjrzyjmy się tak zwanej sytuacji. Mamy miasto. Łódź. Stworzone na skorupie ziemi skupisko o umownych sztucznych granicach tak zwanych administracyjnych. To miasto ma swoją historię, która przenoszona jest poprzez słowo, jednak spójność tej historii jest jedynie czymś uzgodnionym, to rodzaj selektywnego mitu powielanego w kserokopiarce kolektywnej świadomości mieszkańców tego miasta. To jest czysta Abstrakcja. Umowa. Podtrzymywany przez mieszkańców tego miejsca zbiorowy sen, ponieważ wszystko co próbuje wydostać się z „teraz” jest tylko opowieścią, narracją umysłu. Spróbujmy się skupić. Szare skąpane w zimowej mgle wieczornej aury i smogu miasto, rozświetlone milionami sztucznych świateł – latarni, sygnalizacji świetlnej, która jak wiemy ma trzy kolory. Możemy je zobaczyć.

Czerwone światło – Stop.

Zatrzymujesz się. Zakaz jazdy. Trzeba czekać. Konkretna jakość naszej świadomości. Nie! Niechęć. Gniew. Agresja. Nie zgadzasz się. Jesteś przeciwko. Kiedy przychodzi do ciebie impuls – odrzucasz go. To rodzi agresję, niezgodę, przemoc, która może być pasywna i aktywna. Pasywna jest wytłumiona i mieszka wewnątrz ciebie – niszczy cię od środka – podmiot, który nienawidzi i poniża sam siebie – rodzaj neurotycznej autoagresji, która najczęściej jest nieświadoma i zabarwia swoim ostrym posmakiem każde doświadczenie – tworzy konkretną wizję. To umysł paranoi, spiskującego zła, ciągłego zagrożenia, które czai się za każdym rokiem, w każdym zakątku. Jest wszędzie. Stajesz się tykającą bombą, czystą nie rozwodnioną autodestrukcją. Zaminowanym polem. Aktywna agresja – niechęć jest ciągłą permanentną wojną tego świata, nieprzerwanym mordowaniem każdego bożego dnia ktoś kogoś nienawidzi, ktoś z kimś walczy. To umysł zemsty, kary, tak zwanej sprawiedliwości, zadośćuczynienia, odpłatą pięknym za nadobne. Orgią spazmów okrucieństwa, które rodzi złudzenie wszechwładzy, potęgi – zobacz jaki jestem kurwa ważny, jaki zły! Zapach krwi i śmierci jest jak narkotyk. Jesteśmy od tego uzależnieni, od tej adrenaliny mordu. Czcimy morderców, rzeźników, żołnierzy. Robimy o nich filmy, piszemy książki, opowiadamy historie. Medale, honory, daty upamiętniające – Walkę o Wolność. Bój o Demokrację. Rewolucję w imię klasy robotniczej. Wojna o Pokój. Przedpokój Piekła.

Światło Żółte. W sumie to nie wiadomo – jechać nie jechać, zdążę nie zdążę.

To nic innego jak fundamentalna Ignorancja – Bóg tego świata. Bo jak trafisz w sam środek tego światła to nie wiesz w sumie co będzie dalej czy zielone czy czerwone, czy wszystko się ruszy, czy się zatrzyma. Gdzie właściwie jesteś i po co. To takie słońce, które oślepia intensywnością impulsów i w rezultacie powoduje porażające lenistwo. Jesteś żółtodziobem, świnią ryjącą w bagnie. Masz wyjebane. Niech walczą, niech umierają, niech się martwią – to wszystko nie moja sprawa, ja mam swoje życie, swoje problemy. Jebać ich. Jebać ciebie i ciebie i ciebie. Dajcie mi spokój idę spać. Niech się wali niech się pali jak sobie muszę przyrządzić koktajl owocowy, poczytać komiks. Zapadnięty w fotelu martwy w chwili przybycia. Słoneczny patrol bogów o wykoślawionych racicach niezdolnych do żadnego działania. Przejebany i rozmieniony na drobne żywot, nic nie znaczące mignięcie chuj wie czego. Był, żył i nie żyje. Nikt go nie znał, nikt nie pamięta. Ani ciepły ani letni, neutralny jak Szwajcaria bezpieczny udomowiony pluszak. Idealny do zabawy. Mielonka sopocka w galarecie czekająca na upływ przydatności do spożycia. Jak się przyjrzysz uważnie to zrozumiesz, że tutaj w zasadzie nikt do końca właściwie nie wie co tak naprawdę robi.

Zielone. To nadzieja. Ha, ha, ha.

Możesz jechać na pełnej piździe. Ruszyć z kopyta. Żreć, ruchać, konsumować. Tworzyć, wdrażać, optymalizować. Ciągły niezmącony zbędnymi wątpliwościami wzrost gospodarczy, wzwód napęczniał – ego mechanicznego prącia. Permanentna kopulacja w tendencji bez końca progresywnej. Zdobyć najwyższe góry, udomowić najdziksze lasy, zgłębić otchłanie oceanów i kosmosu. Być najdalej, najgłębiej, najszybciej, najmądrzej, najtaniej, najdrożej, najlepiej – ostateczny plan to być kurwa wszystkim wszędzie zawsze. Wyć pełnią wycia, ryć pełnią rycia, toczyć trawiącą ślinę bez ustanku podsycać głód i pożerać faunę, florę i stratosferę. Przetrawić wszelkie wierzenia, rytuały, mistyczne tajniki kabalistów, joginów, dżinów i eksplodować ekstazą jak uranowy ładunek termonuklearny. Szczytować ostatecznie. Wystrzelić spazmem niewyobrażalnej rozkoszy. Być najbogatszy, najpiękniejszy o inteligencji kwantowego komputera. Być bogiem we własnej osobie, tak zupełnie personalnie, bezpośrednio, empirycznie. Z kaprysu skazywać na zagładę całe populacje. Przyrządzać mięso armatnie z dodatkiem gorzkiej czekolady. Wyobraź to sobie w sobie.

To steruje ruchem.

Kogut. Świnia. Wąż.

Czerwone. Żółte. Zielone.

Na dole. Po środku. Na górze.

Trzy światy.

Kto nimi włada.

Włada ludźmi.

Słowo – Dźwięk. Światło – Wizja. Akcja – Ruch. Miasto tysiąca i jednego snu. Kabaret, burleska, przedstawienie. Szare blokowiska, klatki hodowlane dla tak zwanej klasy robotniczej – znakowane bydło do uboju podczas każdej rewolucji, prawnukowie tkaczy i włókniarek pijący tanie piwo, palący śmierdzące papierosy sprowadzeni do roli butwiejącego tła, zamulający przy hipnotycznych plazmach w 4 K za tysiąc dwieście na promocji w Saturnie. Nie ma co tkać, bo teraz mamy tani chiński jedwab, indyjską bawełnę, odzieżowe sieciówki, lumpeksy i zapaść gospodarczą. Nie ma roboty. Fabryki zmieniono w świątynie konsumpcyjnej rozpusty, lub artystyczne spelunki, reszta wygląda jak ropiejące strupy na gnijącej tkance miasta, które się wyludnia traci swoje dzieci, które wyruszają za chlebem i igrzyskami do odległych krain miodem propagandy płynących i mlekiem umierającej ziemskiej matki.

Globalizacja.

Wielka Klinika Aborcyjna.

Produkcja Odpadu.

Martwe płody rozbierane na części zamienne. Coraz więcej ludzi bez roli bez powodu. Żyjących z szarego dnia na szary dzień. Sprowadzonych do Nic nieznaczenia. Imperium Kotleta i Parówy roztoczyło swą woń w całej Galaktyce. Stworzyło swoje wielkie Fabryki Śmierci – notowane na giełdzie ubojnie trzody i bydła na niespotykaną dotąd skalę – nisko wibracyjne generatory zaburzające energię Mocy. Była to era upadku i degeneracji, powszechnego zezwierzęcenia istot ludzkich, które stawały się tym czym się żywią.

Napędzane pożądaniem, kontrolowane strachem coraz mniej poczytalne stado pędzone z koryta do koryta przez betonowe pastwiska uciech minimalnych, dokarmiane modyfikowaną informacyjną paszą „rozrywki”, „wiadomości” i „sportu” zakodowany sygnał hipnozy utrzymujący umysł w stanie pasywnej uległości. To jest prawdziwy warunek poruszający scenografią tego filmu. System powszechnej kontroli mutował pod warstwą pandemicznej powłoki. Stworzono idealnego niewidocznego, wszechobecnego wroga – selektywną broń biologiczną. To był wirus – program. Update Nowego Królestwa – Kurestwa w postaci wprowadzanych w ciało zmodyfikowanych genetycznie mikroorganizmów sterowanych algorytmem sztucznej inteligencji. Przekroczenie Rubikonu – granicy ludzkiego ciała. Wtargnięcie do wnętrza bez pozwolenia. Ostateczna forma przemocy. To jest właśnie Akcja tocząca się w nieruchomej scenografii tego miasta, jak i we wszystkich innych Miastach – Klonach – produktach globalnej maszyny Unifikacji.

Mamy wreszcie bohaterów. Jednostki osaczone zaprogramowanym stadem i strażnikami umysłowego więzienia. Nadajemy im Moc. Ich percepcja jest filtrem, to jest ta warstwa, która nie podlega ograniczeniom scenografii, jest narracją spoza planu, spoza warunku – jest czystym niezafałszowanym umysłem, który w swojej esencji nigdy przez nikogo nie może zostać zniewolony. Można go zaburzyć i przekierować, podsycać permanentne rozproszenie, bez końca wstrząsać by zawsze był zajęty zawartością, impulsami, treścią. To jest stan nasz powszedni. Tym bez ustanku zajmuje się cała maszyneria, to jest produkt opuszczający taśmę produkcyjną. Tkacze Snów – Czarni Magowie. Specjaliści od Rozproszenia. Policja natarczywych myśli. Umysł – małpa bawiąca się w kanalizacji zmysłów. Nigdy nie przekroczysz uwarunkowania kolejnymi warunkami, nie wygrasz walki walcząc – ponieważ zawsze w ten sposób jesteś wciągany do Gry. Musisz przestrzegać nie swoich zasad, uczyć się, dostosowywać, naśladować, być kopią – czymś wtórnym. Być produktem uwarunkowania posłusznym prawidłom sztucznego systemu. To jest przewaga słowa nad obrazem, treści nad formą, ponieważ słowo jest źródłem obrazu. Pierwsza litera jest kluczem. Wielką tajemnicą prapoczątku. Dlatego ta „kultura” jest obrazkowa ponieważ zmysł wzroku najbardziej wpływa na mózg, ma największe ssanie. Przestajesz czytać subtelny poziom, tracisz tę zdolność współtworzenia ponieważ słowo – dźwięk jest zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz i jest matecznikiem, a zamiast tego zaczynasz tylko widzieć i zauważ jedną rzecz nie potrafisz zmieniać tego co widzisz. To produkt karmiący produkt. Bez tele – wizji niemożliwym byłoby stworzenie masowej zaprogramowanej wizji – abstrakcji świata i hiperaktywnej cyfrowej symulacji opartej na wirtualnej rzeczywistości – Atlantydy 2.0. Świat awatarów – hologramów cyfrowych projekcji zmodyfikowana istota post – ludzka żyjąca w zupełnie nowym świecie masowych projekcji – kolektywnego hiperaktywnego snu – Symulacji.

Mamy tak zwany czas. Wymyślony mechanizm standaryzujący określone cykle. Sztuczne kalendarze, które mają zdolność synchronizacji – skupiania energii w kolektywnym polu ludzkiej percepcji. Bez pętli mechanicznego mierzonego stałymi jednostkami czasu nie można panować nad Kolektywnym Polem. Nie możesz Programować. Potrzebujesz jedności czasu, miejsca i akcji by skutecznie załadować Program. Tele – wizja była pierwszą próbą Podłączenia grup ludzkich do Sygnału. Celem zawsze było wpływanie na świadomość – modyfikacja percepcji, zaburzenie naturalnych jakości umysłu. Odwrócenie człowieka od samego siebie, od jedynej prawdziwej drogi ku wyzwoleniu. Zaklinanie jest ciągłym i nieprzerwanym powtarzaniem tego samego. W kółko, bez końca. Wielkie daty, rocznice, upamiętnienia – aktywowanie wszystkiego tego co poruszało jak największą liczbę umysłów, wszystkiego tego co odwołuje się do ich kolektywnej sztucznej tożsamości – odruchu stadnego. Struktura Mózgu. Kolektywny pień biologicznej traumy, gadzi aspekt irracjonalnej opartej na emocjach i odruchach najbardziej pierwotnej najstarszej matrycy. To jest kolejne zabezpieczenie. Zakodowany Lęk – najgłębiej w samej otchłani nieświadomości – na jego bazie powstał religijny dualistyczny system operacyjny Bóg – Diabeł, Dobro – Zło. Wahadło Istnienia. Nie możesz sterować kimś kto nie boi się śmierci i unicestwienia, kto przekroczył ten Punkt Zero. Nie możesz kontrolować świadomości, która odkryła samą siebie i nie jest już uwarunkowana zawartością i impulsami. Kiedy przestajesz się bać śmierci – otwierasz coś co przekracza cały Program, całą strukturę – ponieważ w swojej esencji jest to struktura Ucieczki przed śmiercią, bo czym innym jest obietnica raju i zbawienia. Jest nadzieją, która bazuje na Abstrakcji. Na nigdy nie spełnionej Obietnicy. To jest serce Oszustwa. Najczulszy punkt, miękkie podbrzusze Bestii. Wiara w to, że istniejesz jako skondensowany osobny byt, który rodzi się i umiera, wciąż musi walczyć, zmagać się z tak zwanymi przeciwnościami losu, które nigdy nie mają końca. Nigdy. Tu nie chodzi o tak zwanych ludzi, który władają światem – ponieważ jest to kolejne przekierowanie uwagi na obiekt zewnętrzny, zrzucenie odpowiedzialności za swój stan – ciągła kultywacją roli ofiary, uciekanie od siebie w szukanie winnych, trzeba zobaczyć ile mroku mamy w sobie, ile złej woli, ile okrucieństwa – odkryć negatywizm we własnym wnętrzu, jest to tak zwany rezonans magnetyczny, przyciąganie. Wizja rezonuje z potencjałem – jest odbiciem, odzwierciedleniem. Projektor jest wewnątrz. Pozytywna przemiana własnej świadomości jest prawdziwą Magią, i to jedyny sposób, aby naprawdę zmienić ten świat. Trzeba zacząć od siebie – od tego który jest najbliżej. Jeżeli nie potrafisz pomóc sam sobie, to nie potrafisz pomóc nikomu, twoja szlachetność, troska, „bezinteresowność” jest tylko ego tripem, desperacką próbą zwrócenia na siebie uwagi.

Dlatego to wszystko na tym poziomie trwa w nieskończoność. Nie ma ostatecznego końca świata istnieją tylko Mutacje w inne stany skupienia, w inne formy i wymiary. To co się porusza to skutki naszych działań. Odradzamy się w skutkach naszych działań jako podmiot i całe bezkresne spektrum doświadczenia. Jak podczas snu. Ty jesteś bohaterem i całym powstałym światem. Każda postać jest tobą, aspektem energii, manifestacją świadomości. Dostajesz obiekt a wraz z nim dostajesz jeden z trzech pierwotnych impulsów. Lubisz. Nie lubisz, albo masz wyjebane. Tak. Nie. Nie wiem. To jest subtelne pozaracjonalne zajęcie określonego stanowiska wraz z penetrującą obiekt percepcją – całą maszynerią biologicznej maszyny. Pierwszy i fundamentalny błąd polega na wydrukowanym odczuciu oddzielenia – separacji podmiotu i przedmiotu – wizja staje się obiektem i w tym momencie zaczyna się konkretne szaleństwo. Powstaje nieskończona ilość spekulacji – mentalnej mielonki doprawionej emocjami, powstają całe abstrakcyjne światy i ciągi nakładających się wyobrażeń, skojarzeń, uruchamia się cała zawartość i zalewa wszystko, cały ten akt percepcji nie zostawiając żadnej wolnej przestrzeni. To jest pierwotna wirtualna rzeczywistość w której żyjemy – świadomość. Tworzenie w opowieści ciągłej nie zaburzonej fabuły to jest właśnie fikcja, prowadzenie bohaterów na smyczy do określonych i wymyślonych sytuacji to instrumentalna przemoc. Czas psychiczny jest ciągłą zapadnią, mutacją, dygresją – tak realnie to wygląda, tak funkcjonuje nasz umysł. To nie jest spójna historia od A do Z.

Zatem mamy zapadających się w sobie bohaterów, którzy jak wiadomo są projekcjami narratora, który sam jest uwarunkowanym bytem dryfującym na oceanie świadomości.

Pirat i Prepers idą tą ulicą Piotrkowską w tym mieście Łódź. Są tak zwane Pandemiczne Święta. Na gwiazdkę populacja dostała nową mutację Wirusa Wściekłych Ludzi – WWL. Pod pozorami prawa i sprawiedliwości, globalnego konsensusu w sprawie pandemii, jednakowo sformatowanych doniesień medialnych na całym globie rozsiano prawdziwe Pandemonium Strachu i Ostateczności. Ludzie umierają, tracą biznesy, rozpadają się struktury i rzeczywistość wchodzi w swój irracjonalny wariant. Internet wrze od świeżutkich jeszcze ciepłych teorii spisku, które infekują całą ludzką zdezorientowaną populację. Do gry wkraczają Specjaliści od Nawigacji Zagubieniem i behawioralnej terapii szokowej rozkładają swoje błyszczące instrumentarium, instalują stacje kodujące, prowadzą nieskończone badania nad dynamiką masowego szaleństwa, ponieważ jak wiadomo umysł ludzki w takich ekstremalnych warunkach jest bardzo podatny na Nowe Wdruki. Meta dane gromadzone przez wielkie korporacje informatyczne idą w tryliony podobnie jak długi. Powstaje kolektywny gatunkowy profil psychologiczny wskazujący, że narasta potencjał Globalnego Rozpierdolu na Niespotykaną Skalę. Kończą się ramki wykresów i skale dla rosnących krzywych. Trwają protesty, demonstracje, strajki, bojkoty, rewolucje. Ujawniane są tajne dokumenty o UFO i tym podobne rewelacje jednak nic to nie daje. Ludzie są wkurwieni. Wydymani przez sztywne garnitury i wykrochmalone wybieloną krwią kołnierzyki, które ślą wojsko na ulice i zaczyna się powszechne pałowanie, gazowanie, kotłowanie, izolacje, kwarantanny, areszty. W tym chaosie dobrze radzą sobie co poniektórzy miliarderzy rozmnażając swoje fortuny do niebotycznych rozmiarów, czysta orgia rozpusty z elementami wszelkiej zakamuflowanej przemocy podanej w łatwostrawnej formie korporacyjnej nowomowy. Na szybko w desperacji Królowie Królów i Menadżerowie Menadżerów próbują znaleźć jakieś planety do życia w razie jak by trzeba było spierdalać z kontenerami bezwartościowych skarbów, które mają swoje zastosowanie jedynie tej zerojedynkowej patologii i zaczynają rozumieć – że to wszystko marność. Marność. Ojciec Strach i Matka Pogarda. Słychać trąby i żywi wstają z martwych. Otwierają oczy. Oto „jest świat w którym żyjemy”. Oto „Przebudzenie” z długiego mechanicznego snu.

Jednak…

Prawdziwa rzeczywistość w tym momencie wygląda inaczej. Jest spokojniej i nie widać jakiegoś specjalnego przebudzenia. Nie widać tych umysłowych rewelacji w tak zwanej praktyce. Ludzie chodzą w maskach jak nakazano, czekają na szczepienia jak obiecano, będą świętować narodziny zbawiciela jak przekazano. Mają swoje tradycje, obrządki i obyczaje. Będą do jedzenia martwe karpie i pirogi, będą trzymać się tego wszystkiego z zaciekłą desperacją, ponieważ to jest ich poczucie tożsamości, ich świat to prawo do trwania w niezmienionej formie, odmowa mutacji. I trzeba to rozumieć, trzeba to szanować. Łódź to nie jest Los Angeles. Prepers pali skręta, który zwisa mu niczym żarzący się sopel lodu z kącika ust, ma łapy wciśnięte w kieszenie wojskowej kurtki, oszronioną posiwiałą brodę i co tu dużo mówić – czuje się dobrze. Lubi tą świąteczną aurę, choć się do tego nie przyznaje udając sam przed sobą anarchistycznego rebelianta, wojownika – Czarnego Don Kichota w urojonej zdezaktualizowanej walce klas. To dobry chłopak. Trochę pozer, ale dobry byk. Pełen zakamuflowanej czułości dla świata.

Każda narzucona wizja cię warunkuje i Prepers nieświadomie był ofiarą tego „narzucenia”, miał w sobie dużo lęku i gniewu – stworzył w swojej głowie symboliczno – spiskową mapę rzeczywistości – jednak to nie on był kartografem, była nim Sieć. Zbiorowa Ignorancja. Wielkie Zwierciadło. Prawdą było to, że Czarni Magowie byli moderatorami sugerowanej treści. To był subtelny i metodyczny Podszept. Człowieka można zmanipulować bazując na jego słabościach, na dumie, na ambicji, na chęci bycia wyjątkowym, na próżności, na lęku, na desperacji. Mózgogłowie nie odróżnia obrazu wirtualnego od rzeczywistego, prawdziwej myśli od fałszywej, ono żeruje na abstrakcji, na mentalnych projekcjach, bo czymże w istocie jest tak zwany „obraz świata” – to czyste wymyślone wyobrażenie. Fikcja, którą umysł wciąż przywołuje i podtrzymuje przy życiu. Dramat polega na tym, że ta umysłowa fikcja infekuje nasze działania i to co mówimy i dochodzi do „projekcji” zaczynamy projektować tą fikcję na rzeczywistość. Tworzyć zupełnie absurdalny Opis, tym samym w pewnym niezauważalnym momencie postrzegamy już tylko interpretację, tą narzuconą treść dodatkową, która jest „zapalnikiem” odpalającym wirtualną nakładkę na faktyczny stan rzeczy. Obecnie żyjemy w czymś takim. Tak jak prawilna opowieść powinna mieć jedność czasu, akcji i miejsca, tak człowiek rzeczywisty ma jedność ciała, energii i umysłu. Jest obecny. Jest przytomny. Jest Przebudzony z mentalnego snu, z autorytarnej władzy umysłowych projekcji. Takiego człowieka nie sposób zmanipulować, nie możesz uczynić z niego niewolnika.

Abstrakcja przejęła kontrolę nad rzeczywistością. Jest to mechanizm samo spełniającej się przepowiedni, ponieważ to abstrakcja – projekcja tworzy impuls do działania, dyktuje warunki gry i tym samym zaczynamy wcielać w życie swoje złudzenia, ponieważ działamy pod ich wpływem. Kiedy jesteś zainfekowany agresywną paranoją, która bazuje na przerażeniu, strachu, lęku, obawie wówczas cała rzeczywistość „jest przeciw tobie”. Staje się ciężka i lepka, duszna i przytłaczająca. Masz coraz mniej przestrzeni, coraz mniej dystansu. Wszystko co widzisz „jest po coś”, nic nie jest przypadkowe, jeden wielki plan zniewolenia – trwający od mitycznych niepamiętnych czasów realizowany przez anonimowych absolutnych władców, którzy zawsze są ukryci za fasadą ludzi z pierwszych stron gazet. Jesteś zdominowany, usidlony przez Mózgogłowie zanurzony w jego Grze, w jego wiecznej walce, jesteś żywicielem pasożyta Abstrakcji. Sokiem do wyciśnięcia. Mięsem do zjedzenia. Polem do zaorania.

Prepers zawsze szykował się na najgorsze i pisał najczarniejsze scenariusze. Idąc tą ulicą nie widział ludzi – widział niewolników, nie widział budynków – widział więzienie. Dla niego to była Wojna. Walka. Rebelia. Był wojownikiem. Wytrenowany w kravmadze, napakowany anarchistyczną propagandą utopijnych marzeń o mitycznej wolności, życiu bez ograniczeń czekającym gdzieś tam w „przyszłości, kiedy już wygramy” i nie będzie już panów i niewolników, pozbawieni tych narzuconych systemów ekonomicznych, religijnych, moralnych etc, w końcu, w końcu odkryjemy raj na ziemi. Nowy anarchistyczny Eden pełen koncertów, wystaw sztuki, konferencji o klasykach ruchu, będzie społeczne dobro wspólne i każda jednostka będzie wolna niczym dzika świnia pozbawiona zagrody. To był jego abstrakcyjny ładunek dodatni – pozytywny plan na wymyśloną przyszłość. Jego ładunkiem ujemnym była niewolnicza przeszłość gatunkowa, walka w grupy, zbiory, kolektywy. Ciągła permanentna udręka klas pracujących, niewolniczy konglomerat bazujący na dominium Władzy, ciągła bezustanna walka o wyzwolenie przez długie mroczne dekady, stulecia, milenia. Stworzyli nas Obcy. Genetycznie nas ulepili jak figurki z gliny i tchnęli w nas Program Wiecznego Niewolnika, wzbogacony syndrom sztokholmski zapisany w gadzin pniu mózgu i nawigujący z głębokiej otchłani nieświadomości. Przyjmujemy za „rzeczywistość” to co nam pasuje – rysujemy grubą czarnobiałą kreską w swojej głowie postmodernistyczny komiks pełen fikcyjnych jednowymiarowych „super bohaterów” ulepionych z „dobra” i „zła” – wszystko jest tym skażone, to wbudowana w każdy szczegół zaraza. Potencjał Symulacji.

Ulubioną miejscówką Prepersa jest Pomnik Czynu Rewolucyjnego w łódzkim parku na Zdrowiu. To tam medytuje od czasu do czasu nad swoją Walką jarając kiepy skręcone z amerykańskiego tytoniu „Spirit” z domieszką białej szałwii. Chodzi o stworzenie Anarchistycznego Syndykatu – Kolektywu Wyzwolenia Spod Wszelkiej Władzy. Jego logo to Czarny Kogut wkurwiony i bezkompromisowy – uliczna dywersja i artystyczna prowokacja. Akcja jak najbardziej bezpośrednia. Jebnięcie Transcendentu. Stan twórczego dryfowania w wolnej autonomicznej przestrzeni. To miejsce – Pomnik tak naprawdę jest mogiłą poległych w walce o wolność rewolucjonistów i Prepers z powodu tego, że był Mutantem miał z niektórymi duchowy kontakt, byli jego szamańskimi przodkami. Tytoń jest rośliną komunikacji, która pozwala na wysyłanie modlitw, na pozazmysłowy kontakt z tymi, którzy są w innym wymiarze w innej gęstości, odmiennym stanie skupienia. Dla współczesnego logicznego zrobotyzowanego umysłu to wszystko są bzdury, baju – baju – Harry Potter na haju. Wszystko zostało sprowadzone do roli użytkowej. Instrumentalne Zdeprawowanie Pierwotnej Funkcji i Znaczenia. Metodyczne niszczenie prawdziwej wiedzy sięgającej korzeniami do prapoczątków ludzkości do czasów kiedy istota ludzka była potężnym Magiem kierującym się Kosmicznym Prawem.

Tak wrzał parter, tłum.

Królowie siedzieli spokojnie.


Władysław St. Reymont, Ziemia obiecana

To miasto było produktem dymiącej epoki przemysłowej, dzieckiem roponośnej macicy Matki Ziemi, której wyskrobano już prawie wszystkie płody. Ludzki świat – klinika aborcyjna wytwarzająca chwilowe „szczęście” tak zwanego dobrobytu. Tu nigdy nie było klasy urojonej arystokracji, rodów błękitno-krwistych, królów, wielkich wodzów – to zawsze rządzili badylarze i tak zwany sektor spekulacyjno – bankowy, tu rządził szkarłatny bożek Mamon. Od kredytu do kredytu, od pożyczkobiorcy do właściciela niewolników. Łódź była stolicą upierdolonej po pachy klasy niewolniczo – robotniczej, których potomkowie dogorywali w post apokaliptycznej scenografii przytłoczeni realiami czwartej rewolucji przemysłowej, która z przemysłem nie miała już nic wspólnego. Była czystą fikcją. Mętnymi wodami – ściekiem spływającym z wielkiej Fabryki Bezsensu, fekaliami postmodernistycznego małpiego umysłu tak zwanych głupio – mądrych: specjalistów od Programowania – Adamy i Ewy z Raju Krzemowego wyhodowane przez cybernetycznego Jehowę zasadowy odczyn pokolenia z informatycznej próbówki. Czas Zamulania. Śmierć człowieka pracy i narodziny narcystycznych hodowli domowych zwierzątek przybitych do ekranu komputera jak do krzyża. Tutaj biedota mieszka w Centrum w rozpadających się kamienicach byłych właścicieli ich dziadków i babć, którzy chodzili w drapokach po kocich łbach spływających rynsztokami – wypocinami na wielkiej siłowni epoki stali i początków społeczeństwa masowego – ludzi bez korzeni – ludzi maszyn. Teraz mamy post ludzi, którzy się aplikują co w łódzkim slangu znaczy być błaznem, hipsteriadą – produktem softu. Człowiekiem bez właściwości w pełni zaprogramowanym przez specjalistów od Formatowania pod dyktando masowych trendów wygenerowanych zakodowanych algorytmów biernej uległości w wyniku zatrucia pokarmowego nadmiarem bezsensownej jałowej treści – odpadu. Korpo – krypto: krypto waluty korporacyjnego Babilonu wdrażane w masowy obieg świadomości. Kredyt zaufania społecznego – strategiczna gra w chińczyka. Nowy Nienowy Ład. Nowy Stary Porządek – ta sama śpiewka w nowej tonacji. Alikwoty Głupoty. Wielka zaprogramowana improwizacja. Cyber Dziady. Modyfikowany kurczak w panierce w sosie słodko kwaśnym – glutaminian sodu wstrzyknięty w korę mózgową niczym Ubik.

I oto przewijamy fabularną taśmę wyobraźni i już za sprawą pisarskiej władzy absolutnej jesteśmy w sklepie na ulicy Rewolucji 1905 roku. Ciężka w rzeczy samej jest to ulica wybrukowana ofiarami ludzkiej zachłanności w walce o godność istoty ludzkiej. To tutaj w tym mieście dymiącym niegdyś mordami fabrycznych kominów napędzanych zachłannością i bezlitosnym wyzyskiem narodziła się pewna radykalna legenda, o której niegdyś słyszał cały świat, a teraz nikt już nie pamięta, bowiem tak zwane karty historii wypełniają najczęściej postacie wyolbrzymione na wpół mityczne z tak zwanych sfer. Nikt nie pamięta tych, którzy tak naprawdę tworzą ten świat codziennym mozołem, konsekwencją, ciężką harówą, tych którzy nie mają czasu na prezentacje, na PR – owe drapanie się po dupie. Mówimy tutaj o robotnikach – krwi tego miasta, która płynęła w jego industrialnych żyłach i pompowała te fortuny, tworzyła tych „magnatów bawełnianych” ten cały „splendor” ziemi obiecanej, tych wszystkich wielkich chamów pozbawionych krzty współczucia udających dobrotliwych dystyngowanych wujków, którzy pod tymi maskami skrywali swoją prawdziwą prymitywną twarz upudrowaną w tych wszystkich muzeach, kronikach na kartach śmiechu wartej historii – mitologii. Koniec końców byli tutaj ostatecznie i definitywnie ruchający i ruchani, bo żyjemy na planecie gwałtu, jebania kotka za pomocą pneumatycznego mechanicznego młotka i kiedy już będą mieli w pełni automatyczne samowystarczalne parki maszynowe ubiją nas jak bydło uśpione i znieczulone rozrywkową karmą tak zwanych nowych mediów – śmiechu wartych profili w wyimaginowanym królestwie. Ci o których tutaj mowa nazywali siebie Rewolucyjnymi Mścicielami i to ich figury ożywiają wewnętrzny „ołtarz” Prepersa. To dla nich płonie gromnica w jego świątyni i tlą się kadzidła i mirry z kory cynamonowca.

Gdyż to właśnie ludzie ciała, ludzie energii mają wystarczająco pary by coś zmienić, być żywą Księgą Przemian, a nie martwicą intelektualnych spekulacji pełnych nudnych jak flaki z olejem przypisów do wszelkich manifestów, podsumowań i założeń programowych. Różnica pomiędzy myślą i działaniem leży w zaangażowaniu realnej energii naszego ciała, które w przeciwieństwie do Mózgogłowia ma w sobie delikatność i ogromną mądrość, która jest żywą inteligencją nie zbiorem uprzedzeń i przekonań. Ciało jest zawsze tu i teraz niczym kotwica.

Wspomniany już niejednokrotnie Absurd tego świata polega na tym, że każdy z nas patrzy na „niego” ze „swojej” perspektywy z poziomu „swojej” sytuacji, „swojego” doświadczenia i „swojego” wyobrażenia uważając tym samym, że „świat tak wygląda” jak jemu się po prostu wydaje. W Gastropolis każdy karmi swoje iluzje. I tutaj powstaje nieustający konflikt interesów oraz niekończące się próby narzucenia innym swojej wizji. Być święcie przekonanym to ulec hipnozie podmiotu i przedmiotu, być na usługach i we władaniu Mózgogłowia. Przez ten krótki moment fizycznego życia, zanurzeni w biologicznej maszynie, zaprogramowani przez siebie nawzajem, podporządkowani dominującej w danym czasie i miejscu Wizji – Wyobrażeniu szukamy po omacku chwilowego i krótkotrwałego szczęścia – momentu w którym niezliczona ilość okoliczności utworzy sprzyjającą nam konfigurację i kiedy się to jakimś cudem wydarzy z całych sił próbujemy za wszelką cenę i koszt utrzymać to „szczęście”. Każdą wojnę można sprowadzić albo do próby zdobycia „szczęścia”, albo do walki o utrzymanie „szczęścia”.

Pirat zrozumiał to. Do cna swoich trzewi poczuł, że to „szczęście” produkuje „nieszczęście” z samej swojej umownej i nierzeczywistej natury, ponieważ koniec końców to nasz stosunek do „szczęścia” i „nieszczęścia” jest tutaj kluczowy, wówczas nie podlegasz terrorowi egzystencji, opuszczasz pole jałowej walki, która w rzeczywistości służy temu byś bez końca był wyczerpany wysiłkiem ciągłym i nieustającym. W tym ponurym śmierdzącym spalinami i nie strawioną wódą sklepie z alkoholem czuć było kondycję świata w jakim przyszło mu żyć. To była pozbawiona nadziei desperacja – gęsta i przytłaczająca. Surowe gnijące mięso. Butelkowany spiryt – us. Duch w klatce uwarunkowań produkowany masowo w destylarni złudzeń, rozcieńczony, pozbawiony życiodajnej i wyzwalającej mocy. Demon upadły w wymiar ciągłej imprezy, której ostatecznym celem jest utrata świadomości. Kiedy wlewasz to w siebie cały ten rynsztok najbardziej prymitywnych odruchów – ruchania, ćpania, mordowania, znęcania, gwałcenia, plądrowania odpalasz wymiar Piekła. Cała ta maszyneria zmierza dokładnie do tego punktu produkując nieskończoną ilość pozbawiającego nas świadomości „towaru” podsycając żądze, ambicje i egoizm. Jeżeli uważnie przyjrzycie się temu światu bez kolorowych filtrów tak zwanej popkultury, czy słodko lepkiego „duchowego” pierdolenia – ujrzycie to bardzo, bardzo wyraźnie. Zobaczycie prawdziwą cenę „szczęścia”, które tutaj sprzedają.

Twarz kobiety za ladą mówiła więcej o tym wszystkim niż książki Emila Ciorana. W swojej czystej istocie była piękna, lśniąca, lekka i potrafiła się cudownie śmiać – jednak zanurzono ją w tym bagnistym roztworze, odebrano przestrzeń i możliwości skazano na nieustającą walkę o tak zwany byt. Jej twarz była obliczem ludzkiego cierpienia, tego od czego cała ta polukrowana modami, trendami i nowinkami upojona kultem młodości i seksu tak zwana kultura współczesna z taką desperacją próbowała uciec. Jej oczy były szare i pozbawione blasku. Były matowe i wytarte jak karoseria zużytego samochodu, który już niebawem trafi na wysypisko pełne wraków. Dogasała, niczym przepalona żarówka migocząc resztkami sił. Pirat wiedział, że ona niedługo umrze. Trzeba nam uświadomić sobie w jakim punkcie jesteśmy skoro życie ludzkie sprowadza się do bycia sprzedawcą przyczyn nieskończonego cierpienia, jak głęboko zagubionym i nieszczęśliwym człowiekiem trzeba być, by tego nie widzieć, albo mieć na to wyjebane. Najgorsza w tym wszystkim jest obojętność, stan, że przestaje ci na czymkolwiek zależeć, po prostu Dryfujesz w Samym Gęstym pozbawiony jakiekolwiek kierunku, nie masz żadnego kompasu, żadnego celu. W tym miejscu żyła niezliczona ilość takich ludzi, była ich zdecydowana i przytłaczająca większość – snujących się apatycznych i zrezygnowanych.Wszystkiego dobrego z okazji Narodzin Zbawiciela – powiedział Pirat, patrząc jej głęboko w oczy dotykając spracowanej, roztrzęsionego dłoni. Drgnęła. Przez bardzo krótką chwilę coś przeszło przez nią jakiś rodzaj Ładunku, coś czego nigdy wcześniej nie doświadczyła. Coś nie z tego świata. Ciepłe łzy płynęły po jej twarzy i czuła w całym ciele fale wzruszenia w jej umyśle pojawiły się obezwładniające obrazy wypełnione Blaskiem, przez bardzo krótką chwilę znów była czystym dzieckiem pełnym ufności. Płakała jak nigdy wcześniej i było w tym coś wyzwalającego, w ułamku sekundy wszystko wchodziło i wychodziło, była otwartą pozbawioną granic przestrzenią – czymś wolnym z samej swojej natury. W tej jednej chwili wszystko się Uwolniło.

-Trzy butelki spirytusu poproszę – powiedział cichym spokojnym głosem Pirat, kiedy już duch sprzedawczyni wrócił do starej zasiedzianej skorupy okablowanej doświadczeniami obecnego bolesnego żywota – jednak w pewien sposób, którego Mózgogłowie nie jest w stanie nawet musnąć dotykiem swojego lepkiego intelektualnego macania pozorów – zmartwychwstała po trzech nieskończenie długich dniach nieskończonej ilości żywotów w nieskończonej ilości płaszczyzn. TO się obudziło i pomimo faktu, że już za kilka dni odejdzie z tego łódzkiego padołu łez i wysprejowanych kibolskich napisów na ścianach, opuszczając tą zdezelowaną nadmiarem cierpienia cielesną skorupę, będzie miała szansę rozpoznać w sobie coś co przekracza zarówno boga jak i diabła, zbawienie i potępienie. Wolnym krokiem w zamyśleniu podeszła do półki pełnej tej płynnej zakapslowanej zapieczętowanej banderolami anty – nirwany, lub świata z teledysku „Smells Like Teen Spirit”.

Hallo, hallo, hallo.

I kiedy sięgała po drugą butelkę alkoholu, do tego przybytku otumaniania wszedł dość niedbale pewien zakapturzony młody człowiek wyhodowany na miksturze tak zwanego ulicznego rapu i dość brutalnych realiów zapomnianego przez Boga miasta i podchodząc do lady z kieszeni wyciągnął nóż i złowrogo i dość donośnie wybełkotał:

-Dawaj szmalec szmato! Cały chodził, był widać mocno podniecony i zestresowany, bowiem napad na sklep to nie jest jak to mówią kaszka z mlekiem, to poważna sprawa na granicy dość szczodrego wyroku pozbawienia wolności i wpierdolu przy przesłuchaniu spuszczonego przez wściekłego skacowanego psa i dość pewne przypięcie jeszcze czegoś ekstra może posiadanie, albo jakaś nierozwiązana dziesiona. Stanowił taką alternatywną świąteczną wersję zagubionego wędrowca, który pomylił kochaj bliźniego z dojeb mu bez litości.

Prepers tak sobie stał z boku i patrzył. Sprzedawczyni znieruchomiała w osłupieniu i jej układ nerwowy wchodził w stan tak zwanego szoku, czyli chwilowego paraliżu i narastającego roztrzęsienia, który zwiastował atak dość gwałtownej paniki, która w takiej sytuacji kończy się najczęściej bardzo dramatycznie. Dlatego Prepers zmuszony był zareagować.

-Ej ty kolego ze źle złożonych klocków lego! Robisz coś złego, nie widzisz tego? Jak nie przestaniesz szybki wpierdol dostaniesz!

W tym momencie nastąpiło umysłowe zwarcie w mózgowej konsoli naszego mało ambitnego bandyty, który rozdziawił paszczę i patrzył przez mgłę złożoną z taniego alkoholu i równie taniego speeda wciągniętego dosłownie siedem minut wcześniej z rękawa kurtki zimowej zakupionej za 25 zeta w lumpeksie na ulicy Zielonej, która nie jest co prawda zbyt zielona, ale jest blisko do łódzkiej filharmonii.

– Co kurwa?! Wypierdalaj szpanerze! – i machał przed nosem Prepersa tym swoim nożem, ale widać było, że chłopakowi koordynacja zawodzi i dostał dość mocne uderzenie w krtań krawędzią dłoni i szybki strzał z łokcia po tak zwanym łuku w skroń. To była dwa przytłumione następujące szybko po sobie dobrze skoordynowane ciosy, bez krwi jednak z natychmiastowym ściągnięciem z planszy. Chłopak upadł i zaczął się dusić i charczeć – to jest przedsmak dość bolesnego procesu umierania, a jego dotychczasowe życie prowadziło go dokładnie do czegoś równie okropnego. Mówi się umrzyj zanim umrzesz i tak oto za sprawą dwóch ruchów Prepersa nasz ulicznik – nożownik miał oto szansę sprawdzić co to znaczy w praktyce. Brak tlenu i desperacja biologicznego ciała by przeżyć to nie jest najszczęśliwsza kombinacja, to zdecydowanie doświadczenie graniczne i uszyte dokładnie na karmiczny wymiar młodocianego kibola – gangstera, który dobre 10 minut powracał do stanu powiedzmy normalnej świadomości.

Zobaczył nad sobą twarz pochylonego Prepersa, który trzymał nad jego głową jakieś plastikowe opakowanie i patrzył zimnym beznamiętnym wzrokiem, który nawet jak dla niego był przerażający i pomału docierało do niego co się właśnie stało, a stało się dużo więcej niż mógłby zrozumieć. Prepers miał w ręku jego nóż a na jego ostrzu jakąś szarą substancję o dziwnym nieznanym zapachu.

-Jadłeś bracie kiedyś wegański smalec? Spróbuj! – i Prepers włożył do rozdziawionych ust naszego niedoszłego rabusia ów smalec, który przyrządził własnoręcznie nie dalej jak wczoraj. I to było dobre! Ponieważ w tym tak zwanym smalcu był komponent hakujący – wibracja słów – kluczy, słów – wytrychów. Kiedy TO masz możesz to przekazywać na nieskończoną ilość sposobów.

-Powiem ci jak to się robi! Zatem fasola Jaś powiedzmy 400 gr musisz namoczyć na noc koniecznie w zimnej wodzie, później ją ugotować bez soli z kminkiem i wodorostami wakame, bo jest łatwiej strawne. Przemielić to w maszynce do mięsa na gładką szarą masę. Poszatkować dwie cebule i jedno duże dorodne jabłko, które akurat w tym konkretnym smalcu jest mój drogi z samego Raju i właśnie poznałeś różnicę między dobrem i złem, między drogą do góry i drogą na dół. Jest to smalec – inicjacja, który otwiera przed tobą zupełnie nowy potencjał i tylko od ciebie zależy czy będziesz w stanie to ujrzeć i podjąć wyzwanie! Później podsmażamy cebulkę na tak zwane złoto i doprawiamy majerankiem i dodajemy jabłuszko i smażymy krótką chwilę jednak nie za długo, bo będzie lipa. Do fasoli dodajemy musztardę i sos sojowy, odrobinę soku z cytryny, szczyptę kurkumy i wrzucamy zawartość patelni czyli cebulkę z jabłuszkiem w majeranku i co ważne należy dobrze sprawę wymieszać. Szkoda, że w tym sklepie nie ma bułek albo chleba, a sama wóda, piwo, wino, szlugi, prezerwatywy i coca cola, nie ma nawet ogórków kiszonych, a one są idealne jak pewnie wiesz do smalcu. Bo widzisz to co przed chwilą doświadczyłeś jest standardem podczas tak zwanego rytualnego uboju zwierząt – jak wiszą z łbem do dołu i „święty” człowiek podrzyna im gardło żeby się wykrwawiły i jest to jedna z bardziej okrutnych praktyk jakie można czynić wobec istot czujących, których ciało i odczucia nie różnią się od twojego ciała i twoich odczuć. Zwierzęta nie napadają na biedne kobiety w sklepach monopolowych, nie chodzą porobione jakąś chujową wódą i tanimi dragami. Nie są tak neurotyczne i bezlitosne. Jak ty ziomeczku. Jeżeli ty człowieku jesteś szczytem ewolucji to doszło tutaj do jakieś spektakularnej spierdoliny, coś nie pykło. Dlatego daje ci teraz szansę. Możesz przyjść pierwszego dnia Nowego Roku twojego życia na Plac Wolności i mamy z kolegą Piratem, który tutaj jest ze mną dla ciebie robotę po Jasnej Stronie Mocy. To jest twój wybór.

Twój Wybór.

-Jakie jest twoje imię? – zapytał Pirat.

– Nikodem, ale wołają na mnie Ultras – szeptem wydusił z siebie wiadomo kto, którego życie odmieniło się w ostatnie siedemnaście minut, jednak jeszcze tego nie wiedział, jeszcze nie dowierzał, jeszcze udawał przed sobą pewnego siebie twardziela, jednak tak naprawdę był przerażonym dzieckiem w mechanicznej rzeźni warunków.

-Dziękujemy Pani bardzo i życzymy Świetlistej Drogi w Stanie Pomiędzy.

Pani Krystyna, bo tak miała na imię pomogła Nikodemowi zwanemu Ultrasem wstać i chwiejnym, niepewnym krokiem wyszedł w zupełnym szoku w gardziel szczekającego ulicznym hałasem, kakofonią urwanych rozmów, niedopowiedzianych historii miasta, które wydało go na świat jako osierocone z godności szczenię wykarmione strachem i walką. Pierwszy raz w życiu poczuł, że nie ma w nim tego pulsującego lęku. Nie czuł go nawet wtedy kiedy przejeżdżała rozwścieczona suka na sygnale, tak jakby cała ta przeszłość przestała go prześladować. Usiadł na schodach rozpadającej się kamienicy i spojrzał na wyłaniającą się Gwiazdę Północną i zaczął płakać. To nie były łzy smutku, rozpaczy, bólu czy frustracji. To były łzy Zrozumienia. Osocze Serca.

Narodziny Zbawiciela.

Zmartwychwstanie.

W innym sklepie kupili jeszcze drewno i naturalną pozbawioną chemii podpałkę. Ulice się wyludniły. Pozostali tylko bezdomni, których nikt nigdy nie zapraszał na to czekające puste krzesło. Pirat i Prepers choć mieli gdzie mieszkać byli również bezdomni w tym okrutnym, zmechanizowanym świecie, nie mogli znaleźć w tej nietrwałej konstrukcji prawdziwego domu. Wszystko było prowizoryczne skazane na ciągle przepoczwarzanie, uległe sile ciążenia nieprzeliczonych zmiennych, grawitacji warunków, sile odśrodkowych ludzkich tendencji. Byli chropowaci, ciężkostrawni – niedostosowani do standardów, które były tu tworzone, by wszystko ostatecznie było łatwiejsze i głupsze jednocześnie. Lenistwo na tym skończyliśmy ostatnią opowieść o przygodach naszych ziomków pod innymi kostiumami w mieście smażonego w głębokiej fryturze Snu. Fisz nad chips.

Byli prawdziwymi lampiarzami, którym nikt nigdy nie stawia pomnika. Nieśli w sobie prawdziwy płomień, zapowiedź zmiany, coś z rzeczy samej nieuniknionego, kiedy przekroczysz moment krytyczny w swojej świadomości – TO się otworzy. Krwią nie zmyjesz krwi. W tą szczególną noc czuli, że Mistrz jest w nich ciągle żywy, jest w swojej istocie komponentem przebudzonej świadomości. Czymś co jest w Tobie. Róża przyszła od strony ulicy Wschodniej, co było w pewnym sensie oczywiste. Nic nie mówiła. Stali w milczeniu patrząc na ten średnio udany siedemnastometrowy pomnik i patrzyli na zegarki stojąc w trzech różnych miejscach przy stosach drewna ułożonych w małe paleniska, tworząc punkty trójkąta równobocznego. Jeszcze chwila. Oblali stosy spirytusem, a Róża rozlała go wokół pomnika tworząc wzór Serca. Była dokładnie 00:00. Ogień zapłonął czystym światłem Ducha. Serce w piramidzie.

Tak to się zaczęło.

GASTROPOLIS

BOŻE NARODZENIE

Galeria

Jeżeli nie wszystkie drogi prowadzą do absurdu, to jedna niema może takiej udeptanej, któraby nie prowadziła tam, jeżeli wiedzie po niej ktoś dziwaczny. Ktoś, kto tam, gdzie go nie potrzeba, jest, – w chwilach zmęczenia rękę nam podaje, – gdy go szukamy, w nas samych się chowa i wzrokiem naszym badawczym kieruje, – idzie przed nami niepostrzeżony i ciemnym światłem drogę nam oświeca, – dziwny przewodnik, wróg, przyjaciel? 

Jacek Dukaj, Lód  

DZWON ŚWIĘTEJ TRÓJCY

Chłopak uciekał. Ostatkiem sił dobiegł do cokołu pomnika Kościuszki. Ledwo mógł złapać oddech, z ust ściekała mu krew. Miał w głowie absolutny mętlik i paraliżował go strach nad którym kompletnie nie panował. Miał na sobie poszarpany podkoszulek z napisem „Nirvana”, niebieskie bojówki i tylko jeden but. Drugi leżał w bramie na Wschodniej, gdzie poczuł to pierwsze nagłe uderzenie. Przez krótką chwilę było zupełnie ciemno i nastała tępa cisza jakby jakaś bezwzględna i wszechmocna siła wyłączyła wszystkie bezpieczniki życia i rzuciła nim o beton jak szmacianą lalką. Kiedy minął pierwszy szok usłyszał kilka różniących się od siebie męskich głosów i uświadomił sobie, że jeden z nich najgłośniejszy i zarazem najbardziej przerażający jest dziwnie znajomy. Gdzieś już słyszał ten specyficzny świst, który przywodził na myśl charczenie jakiegoś zwierzęcia. Jednak bał się odwrócić i wiedział, że musi coś zrobić i to natychmiast, bo inaczej będzie bardzo źle. Próbował wstać, ale jeden z napastników złapał go za lewą stopę i zaczął ciągnąć w tył. Wtedy obudziło się w nim coś czego nigdy wcześniej nie doświadczył, coś co nagle wpompowało w jego drobne ciało niewiarygodną ilość energii, jakby Bóg zrobił mu zastrzyk z adrenaliny. Wyrwał się unosząc się na rękach i z całych sił odepchnął agresora, który stracił równowagę i runął na ziemię, a kiedy był już na nogach odwracając się zobaczył w jego ręce swojego buta. Jednak nie było czasu tym bardziej, że otrzymał otrzeźwiający cios w twarz.

Teraz widział, że jest ich trzech. Najgorszy rodzaj żuli. Biegli za nim dobre dziesięć minut. Po co? Nie miał przy sobie niczego, co byłoby warte takiego wysiłku. Coś się tutaj nie zgadzało. Przecież zwykła żulerka nie ma w sobie takiej siły i takiej determinacji, a oni wyglądają jakby nic ich to nie obeszło, co wywołuje w nim zimne stalowe dreszcze. Nie potrafi rozróżnić ich twarzy jakby były zlane z tłem, jakby brakowało im czegoś ludzkiego. Kim są ci ludzie i czego o niego chcą – pytał sam siebie z dość zresztą mizernym skutkiem łapczywie łapiąc każdy oddech. Wiedział, że nie odpuszczą. Przez Plac Wolności z hukiem przetaczał się stary samochód jak zardzewiały powolny zwierz. Niebo stało się purpurowe, a powietrze gęste i duszące. Kościół Trójcy Świętej wybijał kolejną godzinę, jednak robił to zbyt długo i zbyt wolno, żeby można było uznać to za normalne. To nie było normalne.

Wtedy coś do niego dotarło.

Wokół nie było nikogo. Tylko Tych Trzech i On. Szli ociężale w jego stronę. Mieli w sobie coś z owadów, tak jakby byli częścią roju, albo kolonią śmiercionośnych bakterii. Mieli na sobie długie drelichowe płaszcze, a zamiast rąk wijące się węże. Byli coraz bliżej.

Wtedy zobaczył ten neon. Serce bijące jasnym ciepłym światłem. Machający z oddali do niego człowiek. Ruszył przebiegając przez opustoszałą ulicę ku wejściu i z hukiem zatrzasnął za sobą drzwi. Nagle poczuł się dobrze, jakby wrucił do domu, do miejsca swojego urodzenia, do tego zapachu podsmażanej cebuli i curry wmięszanego z dymem tybetańskiego kadzidła. Do stolika przy którym zazwyczaj siedział i pisał popijając earl grey z cytryną i patrzył przez szybę na ukochane poranione miasto, które snuło swoje mroczne i zarazem cudowne opowieści. Do ludzi, których kochał całym swoim sercem, bo nikogo nie udawali i zawsze przecież mógł na nich liczyć kiedy działo się coś złego.

– Pirat! Obudź się! – Ojciec Tobiasz patrzył na niego tymi swoimi piwnymi oczyma z politowaniem podając mu swój kultowy makowiec z karmelową polewą. I zrozumiał, że to był tylko sen. Zły sen. Tak wołali na niego Pirat. Mieszkał w Łodzi. Musiał przysnąć podczas wewnętrznej degustacji, którą urządzili podczas remontu knajpy. Będzie nowe menu. Za oknem wszystko było we względnym przecież porządku. Byli ludzie, jeździły samochody, a dzwon Świętej Trójcy wybijał siedemnastą. Nastała jesień, świat wciąż się kręcił i nie zamierzał przestać. Makowiec był pyszny. To będzie hit.

Ojciec Tobiasz poklepał się po obfitym brzuszysku.

To miejsce było ich miejscem. Stworzyli je mocą swojej wyobraźni, myśli, słów i działań. Zrobili to dla siebie i dla nas wszystkich, byśmy mogli tam pójść i przynieść ze sobą to kim jesteśmy, podzielić się naszym własnym życiem z innymi. Nie bać się. Czuć, że na tym coraz bardziej szalonym świecie wciąż są prawdziwi ludzie, którzy tak jak my szukają dobra i znajdują je w sobie i w tobie kimkolwiek jesteś i gdziekolwiek żyjesz. Zawsze możesz tu przyjść, napić się czarnej z cytryną, zjeść ten awangardowy makowiec, który specjalnie dla ciebie zrobił Ojciec Tobiasz nasz samorodny gnostyczny mistyk, który wbrew temu żarłocznemu hałasowi wciąż znajduje tak dużo ciszy i ma ją dla ciebie, która jest delikatna i szczera jak połyskujący na niebie księżyc, który rozświetla drogę, kiedy prawie nic już nie widać, kiedy wydaje się, że jesteś samotny i zgubiony, żyjący na wysypisku rozmontowanych uczuć i marzeń. Wszyscy szukamy dobrej i bezpiecznej przystani gdzie możemy po prostu być i zostać na jakiś czas. Poprosić o duchowy azyl i zebrać siły przed kolejną nierówną walką. Kiedy go spotkasz najprawdopodobniej nie rozpoznasz tego o czym tu mówimy, zobaczysz rozbrajającą zwyczajność, starego i życzliwego człowieka, który przyniesie do twojego stolika kawałek „pospolitego” ciasta. Na pierwszy rzut oka nic specjalnego, żaden gastro popis z tych modnych europejskich stolic w których ludzie przestają być ludźmi zmieniając się w coś czego nie sposób już pojąć i za czym nadążyć. Jednak kiedy go spróbujesz i z tej perspektywy spojrzysz ponownie na Ojca Tobiasza poczujesz To w jednej chwili.

Szukamy tych wyjątkowych rzeczy daleko od siebie gdzieś za siedmioma górami i siedmioma rzekami, jednak prawda jest taka, że najczęściej są bardzo blisko nas – w człowieku mijanym na ulicy, w uśmiechu dziecka, w czystym i szczerym odruchu serca „przypadkowo” spotkanej osoby, która być może wcale nie jest kimś obcym, a jedynie naszym dobrym przyjacielem, którego nie rozpoznaliśmy. Życie potrafi być zaskakujące i nawet wtedy, kiedy już tracisz nadzieję rozkładając z rezygnacją ręce gotowy się poddać i ponieść ostateczną porażkę niespodziewanie dostajesz od losu coś dobrego.

ANALOG

DZWON ŚWIĘTEJ TRÓJCY

Galeria

Po nocnym śnie,
O wilgotnym świcie,
W chłodnym brzasku,
Twarze
Znużone pragnieniami,
Opustoszałe z marzeń.

Carl Sandburg, Wiersze chicagowskie
z angielskiego przełożył Jacek Dehnel

CZARNY PIĄTUNIO

Zazwyczaj w piątki cywilizowany świat schodzi do poziomu komórkowego. Mało ozdobiony pantofelek zagubiony przez królewnę na balu – gdzie jest wszystko na „p” i znacznie więcej. Urodzinowy tort dla pana prezydenta. Barbie miała leczenie kanałowe zębów mądrości. Nie wyszło. Pocałunek żaby – ofiary śmiertelne. Mówią o toksynach z puszczy, od tubylców – jednak tuż przed nimi niczym przysłowiowa belka rozpościera się Wielkie Toksyczne Królestwo.

Napędzająca tą globalną techno imprezę Czarna Maź nieubłaganie wyczerpuje swoje zasoby, zatem w akcie rosnącej desperacji wyciskamy gąbkę do ścierania tablicy giełdowych wyników firm z branży paliwowej. Tak wysychające źródełko współczesnych wojen o mityczną demokrację, o spektakularne prawa człowieka, o wolność naszą, którą zgaszą wraz ze światłem w salonie Białego Domu.

Będziemy dziękczynić ubijając tony zmutowanych indyków. Będziemy dziękczynić układając scrabble z zakupowych paragonów. I ty dostaniesz swoją świeżą mięsną full organic paczkę. Dontłory. Będziemy czynić zaklęcia by dało się jeszcze coś wyssać, wydłubać – cokolwiek. Choć przez iluzoryczną chwilę odwiedzić Raj przy siódmej alei wygenerowany w nano bananie. Jednak piksele znów odsłonią prawdę. Niestety. Dodawanie czczej nadziei do nadziei nie czyni sumy dodatniej. Jak wiemy bilans jest ujemny.

Ujemny.

Jak do tego doszło – zapytamy po raz kolejny. Jednak bardziej wydajna wyszukiwarka pokrzepiających haseł wypluje wyniki – a wśród nich dwa Piątki:

„Czarny piątek (ang. Black Friday) – piątek po Dniu Dziękczynienia w Stanach Zjednoczonych, najczęściej określany początkiem sezonu zakupów przed Bożym Narodzeniem. Wiele punktów sprzedaży czynnych jest w dodatkowych godzinach, niekiedy nawet całą dobę, oferując jednodniowe okazje i zniżki. W Stanach Zjednoczonych jest to często najbardziej dochodowy dzień dla sprzedawców; w ten dzień od wielu lat zakupów dokonuje ponad 100 milionów Amerykanów.”

„Black Friday („Czarny Piątek”) – jeden z najtragiczniejszych pożarów buszów, który kiedykolwiek nawiedził Australię. Pożar miał miejsce 13 stycznia 1939 w stanie Wiktoria. W wyniku pożaru zginęło 71 osób, kilka miast zostało doszczętnie spalonych, ponad 1300 domów uległo zniszczeniu, a łącznie 3700 budynków zostało spalonych. Prawie 20000 km² (2 miliony hektarów) ziemi zostało spalone – trzy czwarte stanu Wiktorii zostało dotknięte pośrednio lub bezpośrednio tą klęską.”

Zwrot symbol: gaz pieprzowy. Tam gdzieś w odległej Ameryce nieopodal rzeki Missouri jest wojna o bardzo symboliczną budowę jakby inaczej rurociągu, ropociągu, łupkowego oparociągu. Monstrum jest w ciągu ssie jak nigdy dotąd. Wojny, rewolucje, przemysł rozrywkowy – wszyscy chcą swojej działki. Zrolowana jednodolarówka ma w tym wypadku długość blisko tysiąc dwieście mil i nazwano ją Dakota Acces Pipeline (DAPL) i można według szacunków wciągnąć 470 tysięcy baryłek towaru dziennie. Wilk z Wall Street będzie zadowolony. Nie zabraknie prądu dla Groka. Uczą Maszynę seksu grupowego. Gangu bangu. Już niebawem będziesz w szoku. Osobliwość. Łał.

Komiksowi Indianie na koniach w zderzeniu z policją i prywatnymi najemnikami ubranymi w kombinezony strzało odporne z napisem „Śmierć wrogom ojczyzny”, Dziczyzna się broni, a kowboje strzelają obcasami. Jakie święte rzeki?! W post cybernetycznym świecie wartości łupkowych walimy dzikich jak zawsze pieprzem, strumieniem pod ciśnieniem gęstego moczu mocodawców. Nie widzieliście kurwa Avatara?! Wstrzelmy tutaj prasowego rasowego newsa:

„Sklepy Walmart stają się tego dnia terenem największych walk. Do poważnych wypadków doszło tam jeszcze w 2008 i 2009 roku. Kobieta, która chciała kupić mocno przeceniony sprzęt elektroniczny, popryskała gazem pieprzowym innych klientów czekających w kolejce. Do kolejnego tragicznego wypadku doszło po wyważeniu drzwi sklepu Walmart w 2008 roku. Jeden z tymczasowych pracowników sieci został wtedy zadeptany na śmierć. Obrażeń doznało też 11 kolejnych pracowników sklepu, w tym ciężarna kobieta.”

Wall Smart Street. Torebki, radia, gofrownice – ja jebe – jak mówi znany video vloger. Ja jebe. Powtórzmy to zdanie wyraźniej:

„Jeden z tymczasowych pracowników sieci został wtedy zadeptany na śmierć.”

Tymczasowy. Zadeptany. Na śmierć.

Promocja! Obniżka! Lekka obniżka wartości. Gaz pieprzowy.

Przyzwyczajamy się do deptania. Deptanie jest modne. Modne na morzu, w powietrzu i na lądzie. Wielki globalny dywan dziergany na bliskim wschodzie na wzór cnót wczesnego judaizmu. Wojny osiągnęły poziom abstrakcyjny. Jak granice państw i umowy międzynarodowe, jak debaty w telewizorach. Wróćmy jednak na imprezę. Właśnie DJ gra ósmego seta. Osiem miliardów dwieście w świecie hybrydowym. Trochę jeszcze tu, ale bardziej tam gdzie świeci iskrzy bez końca. Lekkie uniesienie jak w kapsule promu kosmicznego. Ta ta chwila przed upadkiem. Zazwyczaj relatywnie trwa krótko. Jednak możemy to wydłużyć biorąc dragi i odpalając meta komputery kwantowe zasilane z orbity. Wydłużymy Święto Wyprzedaży. Przeciągniemy wstęp do motywu przewodniego dając czas na napierdalanie Indian i dzieci w krajach Mahometa.

Indyka wypycha się od dupy strony.

Winogronem i oliwkami. Ananasem.

90 minut i gotowe.

„Istota problemu leży w porażce amerykańskiego modelu gospodarczego i politycznego, który nieuchronnie prowadzi do wojny, ludobójstwa i wewnętrznej wojny domowej (na razie tylko pełzającej, ale która już po raz pierwszy zmaterializowała się na Kapitolu pod koniec prezydentury Donalda Trumpa). Gospodarka amerykańska powinna była już dawno ogłosić upadłość, gdyby zasady obowiązujące inne kraje miały zastosowanie również do niej. Pod koniec kwietnia 2024 r. całkowity dług publiczny – znany jako Total Treasury Securities Outstanding, czyli suma różnych obligacji i rządowych papierów dłużnych – wynosił 34 617 mld dolarów. Dwanaście miesięcy wcześniej kwota ta wynosiła 31 458 mld dolarów. W ciągu jednego roku dług publiczny wzrósł o 3160 mld dolarów, co stanowi kwotę niemal równą długowi publicznemu Niemiec, czwartej co do wielkości potęgi gospodarczej świata. Jego wykładniczy wzrost jest obecnie całkowicie niekontrolowany, a co sto dni wzrasta o jeden bilion. Obecnie osiągamy już jeden bilion co sześćdziesiąt dni.”

DLACZEGO WOJNA? >>

„Cykl strategiczny działający poprzez „globalny stan wyjątkowy” został zapewniony przez arbitralne i jednostronne decyzje polityczne podjęte przez administrację amerykańską, których celem jest narzucenie serii „przejęć” (przywłaszczeń, wywłaszczeń, grabieży1) cudzego bogactwa – bezpośrednio wyłudzonego, bez mediacji, eksploatacji przemysłowej czy drapieżnictwa realizowanego poprzez zadłużenie i finansjalizację.”

FASZYSTOWSKI KAPITALIZM >>

QUICK FIX >>

PIRACKIE OPOWIEŚCI

CZARNY PIĄTUNIO

Galeria

Kruche są podstawy królestwa.

Michel Houellebecq „Cząstki elementarne”

KOŚCIÓŁ I RATUSZ

Pani prezydent Królowa i jej wierny chór – dwór zainstalowany jak lepka od pożądliwości rdza na wszelkich urządzeniach, w całym mieście, obtoczona niczym kotlet schabowy w panierce swoich wiernych klakierów. Do tego mizeria z urzędniczej zmielonej masy ludzkiej segregującej ten nigdy niekończący się zapętlony dokumentalno – tabelkowy świat czystej formalnej Abstrakcji.

Mięso.
Masa.
Urzędnicza Maszyna.

Podatki, ulgi, derywatywy. Spółki pustego skarbca kartonowego państwa teoretycznego, którym rządzi ekipa Warsaw Shore w garniturach zarządzana przez inną mroczniejszą ekipę z Pogranicza. Kwantowa rzeczywistość równoległych wszechświatów zapadniętych w sobie w wyniku konstrukcyjnej prowizorki. Kolesie kolesiom zgotowali ten sos. Pizza Gate – Human Hate. Wybory – komory gazu rozweselającego. Nieustający happening politycznej poprawności i dość skutecznej taktyki odwracania uwagi. Dekady doświadczenia w kilku ustrojach. Studia podyplomowe z Administracji i Zarządzania Dezorientacją. Płaska Ziemia. Przy jebnięciu konkretnej i kolejnej zamordystycznej ustawy damy wam Aborcję – wytoczymy was na ulice jak kolorowe kulki z reklamy telewizora, albo powiemy, że chcemy ograniczyć wam prawa, które wam przecież sami dajemy jak kilka delikatnych kopów na ryj, żebyście trzymali tak zwany pion w kolejce do urojonego szczęścia. Tym można sterować jak tanim eurobiznesem z więzieniem w każdym rogu i świeżo drukowanymi dolarami. Trzy kostki. Trzy Szóstki. Patent wszczepu – Microsoftu. Człowiek jako terminal płatniczy. Podpięte pod siebie zagrody chwilowej wygody – Globalizacja 2.0 przeżuwająca kości swoich niezliczonych ofiar liczonych w grubych milionach jak te pożyczki. Bank Wszechświatowy Fundusz Walutowy – całe kontynenty drenowanie do ostatniej kropli zasobów naturalnych. Korporacyjny Genesis – Raj dla Wybrańców, barak dla skazańców. Galaktyczne Getto. District 17.

Lewica.
Prawica.
Surowa polędwica.

Tutaj w tym Nowym Mieście jak niegdyś nazywano Łódź wszystko było nieco bardziej swojsko – przaśne w pewien dość zabawny sposób nieudane i to paradoksalnie stanowiło największą szansę na znośne życie. To miasto nigdy nie będzie Smart, w pełni kompatybilne z Globalnym Mózgogłowiem, bo tu zawsze coś po drodze się najzwyczajniej w świecie wypierdoli, ktoś czegoś nie podłączy do końca tak jak trzeba i jak zwykle będziemy gdzieś pomiędzy wszystkim, a niczym. Zagubiona autostrada do Powszechnej Automatycznej Kolektywnej Szczęśliwości. Mocny karmiczny czynnik uwarunkowania przeszłością, którą zmienić można poprzez długie wdrażanie nowego oprogramowania. Tutaj zbyt wielu ludzi żyło w analogowej rzeczywistości, po części, dlatego, że cyfra ich nie uwiodła jak trzeba, po części z biedy i nieprzystosowania do trendów i nowinek gdyż umysł mieszkańców Łodzi był nieco korsarski ze swojej natury, miał w sobie mocny czynnik rewolucyjny i odporny na tą wysublimowaną propagandę o powszechnej szczęśliwości za sprawą Światłowodu. Być poza wyścigiem to nie jest przecież takie złe, ta samplowana podróba prawdziwego życia – matryca nałożona na system zmysłów nowe pikselowe Elizjum, zasilane nieskończonym cierpieniem czujących istot, krwią dogorywającej matki, która umierała na naszych oczach z przerwą na reklamy „zielonej odnawialnej energii” i wyprzedaże resztek dzikiej natury pod zabudowę, byśmy mogli z uśmiechem na ryju zajebać to, co jeszcze dyszy, co ma w sobie prawdziwe niezmodyfikowane naszą chorobą życie. Jesteśmy dość dewastującą Mutacją, toksyczną formą przejściową, transgenicznym gatunkiem hybrydowym, który niestety stał się zbyt szalony i niepoczytalny – zagubiony we własnych neurotycznych wytworach – dominującym czynniku naszej własnej agonii.

Zagubieni we własnym fikcyjnym królestwie nieskończonych praw i obowiązków, buchalteria kwadratu zamkniętego w bezsensownie obracającym się wokół sztucznych trendów i popędów kołowrotku – laboratoryjne szczury gorączkowo szukające wyjścia, które dla 99,99% po prostu nie istnieje, jest tylko przejściem jednego w drugie, przelaniem z próżnego w puste, bezustannym, nawykowym wgraniem w nigdy nieprzerwaną mechaniczną taśmę automatycznego istnienia – terror egzystencji. Rodząc się w konkretnym miejscu, czasie, rasie, nacji, państwie, mieście, rodzinie wgrywasz się w jeden z niezliczonych kodów – programów, stajesz się aplikacją, nośnikiem, klonem tego programu. Wierzysz, że jesteś „wolny i niezależny”, że „podejmujesz decyzje”, „tworzysz swoje życie”, jednak to nie prawda, bo w rzeczywistości to życie – program tworzy ciebie. Żyjesz zupełnie nieświadomy tego co tobą kieruje od tak zwanego „wnętrza” podświadomego programu twojego biologicznego plemienia, rodu – twoich przodków. Kiedy pływasz w tych wodach płodowych i nawet wcześniej kiedy jesteś tylko niewidocznym dla ludzkich zmysłów potencjałem, który szuka nowego biologicznego ciała ten program samoistnie instaluje się w tobie, warunkuje cię na całe przyszłe życie.

Conditio sine qua non.

Genetyczne perpetuum mobile, ciało wypluwające ciało – później jesteś „zagospodarowany” przez Kościół i Ratusz – przypieczętowany rytuałem i zapisany w ewidencji – kolejny produkt do przetrawienia i wyplucia do czarnej ziemi w tak zwanym finale.

Bóg mara, sen wiara.

Rodzimy się z pożądania, z ocierania narządu o narząd, czasem mówimy, że to z miłości lubimy w to wierzyć, jest romantyczna, wzniosła wersja reklamowa, którą wyświetlamy sami sobie. Jednak z wiekiem zaczynamy rozumieć, że choć i owszem jest tam źdźbło tak zwanej prawdy jednak ten sztuczny romantyzm jest w istocie dość daleki od rzeczywistości. Dlatego opakowaliśmy to wszystko folderem reklamowym, świątecznym papierem na prezenty, komediami romantycznymi, gazetami life-stylowymi, bonami na zakupy, niezliczoną ilością tych drobnych codziennych uciech minimalnych, których ciągła rotacja i zagęszczenie pozwala nam widzieć jedynie ten pozornie komfortowy i dobrze zorganizowany „nasz” mały neurotyczny świat oparty głównie na dość szalonym i kompulsywnym szukaniu wygody. Jednak ta wygoda ma swoją cenę. Swój koszt. Tą ceną jest cierpienie niezliczonych form życia i tak naprawdę nas samych. Cierpienie, którego z całych sił próbujemy nie widzieć, nie słyszeć i nie czuć. Chcemy spać, śnić „szczęśliwy sen”, bo dążenie do szczęścia i wolności jest prawem człowieka. Prawa człowieka są najważniejsze na świecie, to fundament demokracji, spektakularny dorobek intelektualny, osiągnięcie na miarę wszechświata. Nie jest wiadome, czy w całej iluzorycznej czasoprzestrzeni istnieje podobnie „najinteligentniejszy gatunek ssaków”, który ma równie wybiórcze podejście do „prawa do szczęścia”, w rzeczywistości nie szanując go nawet między sobą, nie mówiąc o innych czujących formach życia. 68 milionów ton martwego krowiego mięsa rocznie, 110 milionów ton ciał martwych świń, 115 milionów ton ubitych kurczaków – to kilka ton zamordowanego życia co sekundę. Wielkie planetarne mordowanie i wymieranie, wielka uczta pośrodku stosów trupów sięgających samego nieba niczym stos ofiarny dla wielkiego boga Ignorancji sycącego się odorem śmierci i rozpadu. Odzwierzęce śmiercionośne wirusy szalonych krów, świń, koni, ptaków, nietoperzy w końcu ukoronowanie naszych niesłabnących wysiłków samozniszczenia w postaci Mutującego Króla Wirusów, który zatrzymał cały ten szalony film pełen okrutnych twistów fabularnych i oferuje nam dramatyczną chwilę do namysłu. Przetasowania faktów jak tali znaczonych kart w tym pokerze, blef za blefem, oszustwo za oszustwem – rozbić bank i zgarnąć wszystkie świeżo bite żetony – wielka niekończąca się impreza z dziwkami i kokainą. Dojść do samego dna, wymacać podłoże. Przez chwilę krótszą niż pstryknięcie palcami – Być Królem Życia.

Sztuczny nierzeczywisty świat nawigowany sztucznym nierzeczywistym „prawem”. Miliardy papierów, ustaw, regulacji ciągłe nieprzerwane modyfikowanie swoich własnych wymysłów dla potrzeb tak zwanej chwili – wszystkiego co w istocie się tutaj wydarza. To tak naprawdę jest pod tą rzekomą „wolnością”. Żyjemy w korporacyjnym globalnym państwie wyznaniowym, którego religią jest Władza i Pieniądz. Tylko to się tak naprawdę tu liczy, za tym wszyscy biegają w tych pozłacanych łańcuchach. Jednak udajemy, że jest inaczej. Mamy literaturę piękną, sztuki wysokie, wyrafinowaną kuchnię francuską o bogatej tradycji, mamy zapierające dech symfonie wielkich kompozytorów, malarstwo, które dotyka boga i mistyczne ceremonie religijne. Mamy architektoniczne cuda świata, podbijamy kosmos. Mamy najbardziej komfortowy model w całej ludzkiej historii. Możesz być raperem, globtroterem, influenserem, religijnym koneserem starych win. Możesz być kim chcesz, każdym możliwym złudzeniem, każdą ochotą, pragnieniem. Możesz być gwiazdą egzystencjalnego porno i wyruchać wszystko w wielkie kakao i spuścić się na twarz wszechświatowi. Noce pełne uniesień i ekstazy. Noc kryształowa, Niemcy 9 Listopada. Biała noc, 18 listopada Kooperacyjna Republika Gujany – Świątynia Ludu Kościoła Pełnej Ewangelii. Śmiercionośne abstrakcyjne szaleństwo zagubionego umysłu.

Pornograficzne Mózgogłowie.
Samojebka.

Jednak tak naprawdę ten „sukces” trwa tak krótko, że nim się obejrzysz zobaczysz, że jesteś żebrzącą o brak cierpienia biologią, umierającym w przerażeniu ciałem i wszystko co zrobiłeś i kim byłeś przyjdzie do ciebie jak cień. Na tym żerują religijne hieny, zaklinacze zagubionych dusz, prorocy nocy, sprzedawcy złudzeń odkupienia, rozgrzeszenia w zamian za udział w odpustach, rytuałach, religijnych ruchach wstecznych. Sądzimy sami siebie w sobie. Dlatego tak naprawdę nie możemy siebie oszukać. Nasza nieświadoma świadomość jest jak czarna skrzynka zapisująca każdy ułamek sekundy, każde działanie, słowo, gest. To nie brodaty starzec na wysokościach, srogi demiurg, to nasz własny umysł – macierz wszechrzeczy. Przyczyna i skutek to jest prawdziwy fundament tego Królestwa. Kto sieje wiatr zbiera burzę. To wszystko zaczyna się od każdego z nas w tej jednej obecnej chwili, dlatego pomóc temu światu to przede wszystkim pomóc samemu sobie, uleczyć własne szaleństwo, własny strach i przerażenie, zobaczyć siebie w rzeczywisty sposób, odkryć swoje neurozy i własny negatywizm, zobaczyć cień. To były ciągi myślowe w głowie Pirata, tak zwane spontaniczne „przebicia z pola”. Poza osobowa narracja podczas jarania porannych kiepów wraz z Prepersem.

Siedzą TERAZ w ćwierć lotosie na poduszkach do medytacji na cokole placu wolności. Kontemplują w milczeniu naturę wszechświata i piją kawę po turecku przyrządzoną po chińsku. Jest mroźny i orzeźwiający pandemiczny poranek przesiąknięty tendencją depopulacyjną. Można nawet powiedzieć, że wpisują się w obecny trend na powszechne morsowanie, czyli włażenie w pantalonach do lodowca, pływanie w przeręblach lub smarowanie się śniegiem i konieczne obowiązkowe sprawozdanie na Portalu Twarzy – PT w postaci heroicznej samojebki. Jest tak zwany okres między świąteczny. Tak…Ta ulica to wręcz literacka legenda, pełna bohaterów mało poczytnych książek i wszelakich akcji fabularnych od romansów po horrory. Pirat sam ma tendencje grafomańskie od najmłodszych lat, „coś tam” zawsze pisał, pisze i będzie pisał. Często gęsto ma ze sobą swojego czarnego oldskulowego lapka IBM – a T43, który jest jak cyfrowy czołg – to jego uzbrojenie w powszechnej wojnie informacyjnej. Siedzi w ciepłe – przestrzenne dni na tym placu wolności pod pomnikiem Kościuszki i tworzy swoje literacko – gonzo dziennikarskie widokówki postapo. Jest redaktorem naczelnym internetowego zina „Lodzer Zeitung”, którego tytuł przypomina nam o permanentnej okupacji naszej świadomości. Podtytuł brzmi „Mięso, Masa, Maszyna” i to w skondensowanej formie wyraża całą piracką filozofię, którą nazywa „Terrorem Egzystencji” – przez Faszyzm Materializmu, który dumnie kroczy przez świat i zostawia po sobie totalny rozpierdol w postaci śmierci, głupoty i zniszczenia. To nie jest wróg z krwi i kości – to umysłowy wirus, który wciąż mutuje i przenosi się przez slogany na bazie nieskończonych potrzeb dlatego jest niezniszczalny i wszechpotężny – jak urojony bóg. Pirat ma około trzydziestego trzeciego roku życia, niebieskie prawie błękitne oczy, które jak to czasem mówią ludzie powodują dziwne odczucia, twarz trochę dziecka, trochę starca, długie włosy spięte w kok niczym alternatywny Budda, nosi się w stylu jak najbardziej pirackim ma ciężkie srebrne kolczyki z małymi trupimi czaszkami i bejsbolówkę z trupią czachą, a na nią narzucony grupy wełniany czarny kaptur. Ogolona twarz i bokobrody.

Prawdziwy punkowy lodzermench – potomek żydowskiego rodu łódzkich fabrykantów, którzy musieli jak to zwykle z Żydami wyjechać kopani po dupach tak zwanymi okolicznościami jakieś kolejnej zrodzonej w ludzkich głowach paranoi. Jego nazwisko to Baal, a imię Max. Co jakiś czas, w jakimś miejscu w ludzkich umysłach inkarnuje coś naprawdę złego, pewien rodzaj przesiąkniętego nienawiścią bezosobowego bytu, zatruta bezduszna idea, zaraźliwa i okrutna choroba umysłu przenoszona z głowy do głowy, z serca do serca i wówczas płoną krematoria i rusza precyzyjna i zimna maszyna śmierci. Zawsze jest tam jakiś bóg, wyższe dobro, dziejowa konieczność, równość, braterstwo, czystość, sprawiedliwość, jednym słowem – Abstrakcja. To jest zarzewie szaleństwa, nieskończony potencjał cierpienia na którym bazuje Mózgogłowie w nieskończoność przedłużając swoje panowanie w pozbawioną czucia dyktaturę. Wyhodowali nas w szufladkach, w kubłach na śmieci – karma w pudełku na wynos. Polska szufladka, żydowska szufladka, rosyjska szufladka, niemiecka szufladka. W kolorze białym, żółtym, czerwonym, czarnym, obklejone tymi albo tamtymi wizerunkami świętych mężów, którzy wcale nie byli święci, a po prostu przytomni tego co się tutaj odpierdala. Babilon ma naturę mentalną, jego mury to pojęcia, a zaprawa to Abstrakcja.

Po lewej Kościół po prawej Ratusz. Religia i Rząd, Bóg i Król – dwie sprawne dłonie jednego wiecznie ruchliwego cywilizacyjnego Monstrum, które teraz jest w stanie agonalnym podłączone pod respirator technologii, zainfekowane odzwierzęcymi wirusami, które przyszły do nas z okrucieństwa i czystej nie rozcieńczonej świadomością ignorancji. Co sekundę na tej planecie padają istoty żywe w agonii, bez przerwy, non – stop. Są mordowane na nieskończoną ilość przemyślanych sposobów, które mają swoje plany i rysunki techniczne. Technologiczna obróbka żywności, piramida żywienia z świńskim nabrzmiałym od przerażenia okiem, które patrzy na nas jak wyparty wyrzut sumienia. Gruba wysmarowana wszelkimi środkami przeciwbólowymi i sproszkowanym prozakiem skóra homo – niewiadomo – sapiens, który z godną samego siebie obojętnością i „rozkosznym rozbawieniem” godnym małego dziecka bawi się sam ze sobą w szczyt ewolucji – mając samego siebie za jedyny inteligentny gatunek we wszechświecie. Oddajmy głos Prepersowi

– Ty Pirat, weź no mi wytłumacz jak przysłowiowej krowie na granicy urojonych światów, jak to jest, że my jako podgatunek ludzki wytworzyć w sobie taką pychę, która twierdzi, że w całym nieskończonym kosmosie istniejemy tylko my cztero kończynowe istoty średnio inteligentne o tendencjach ewidentne samobójczych i skłonnościach psychopatycznych?

Pirat zaciągnął się papierosem patrząc na osnutą mgłą poranka główną arterię tego miasta, która z minuty na minutę nabierała życia w postaci istot żywych, które gorączkowo zaczęły „biegać” za tak zwanym swoim interesem czyli utrzymaniem się przy życiu, co przybrało formę pracy zarobkowej w postaci tak zwanego etatu, lub działalności gospodarczej i doprawdy nie miały czasu na tego typu zupełnie bezsensowne filozoficzne brednie. Rzeczywistość stała się bezlitośnie pragmatyczna – niczym zmywarka do naczyń, albo kosiarka do trawników. Skomputeryzowane Smart – Live w Smart – City – jedno wielkie Udogodnienie sprowadzone do obsługiwania Pulpitu Nawigacji. Czwarty zaawansowany stopień upośledzenia, człowiek – proteza.

„Pro – teza.”

Czło – wiek.
Pato – geneza.

– Wydaje mi się i warto to dodawać przed absolutnie każdą tak zwaną opinią, że ten rodzaj iluzji wynika z ograniczenia naszej percepcji, która mam poczucie jest dość mechaniczna, bowiem żyjemy w deterministycznym zmechanizowanym paradygmacie naukowym, który czy chcemy tego czy nie ukształtował naszą tak zwaną siatkę pojęć i zdeterminował sposób w jaki „postrzegamy” – „rzeczywistość”. Terror logiki i dowodu – ta osławiona metodologia zamyka nas w więzieniu własnych ograniczeń, co powoduje, że żyjemy jak to ujął jeden zajebisty pisarz w „symulacji zbudowanej z założeń”. To z kolei prowadzi nas wprost do poczucia wyobcowania i totalnego kosmicznego osamotnienia, bowiem to świadomość określa byt. Brak nam tutaj perspektywy, gdyż zajęci jesteśmy „badaniem” struktury, zafiksowaniem na detalu i tym samym kompletnie tracimy panoramiczny i wielowymiarowy obraz co skutkuje, że sprowadziliśmy to wszystko do ubogiej formy trzech wymiarów. Jednak jeżeli przeniesiemy uwagę z funkcji zmysłów do jądra samej świadomości, wówczas odkryjemy coś co się nazywa – Wyobraźnia i to ona jest w obecnej dość chujowej sytuacji – najważniejszym naszym potencjałem, gdyż w tak zwanym wymiarze fizycznym doszliśmy do tak zwanej ściany – limitu logiki i rozumu, które mają w sobie ograniczenie jak mechaniczny procesor w komputerze i określoną przepustowość danych i możliwości procesowania kodu, który sam w sobie jest napisany na nasze własne podobieństwo – jest produktem ułomnego boga, jest by rzec kratami tego logicznego więzienia. Dlatego tak zdemonizowano psychodeliki, bowiem rośliny psychoaktywne mają w sobie potencjał hakowania tego kodu, przebicia się przez zasieki logiki do nieskończonego potencjału samej świadomości. Jeżeli spojrzymy na umysł jako nieskończony potencjał pozbawiony granic, sztucznych struktur niczym bezbrzeżny ocean potencjału ujrzymy samych siebie w obecnej formie jako istoty, które uwięziły własną świadomość w klatce przyjętych koncepcji, które uważamy za tak zwane fakty. Istota władzy polega na panowaniu nad umysłem, nad percepcją i sprowadzenie nas do mechanicznej aparatury opartej na zmysłach i logice. To jest kanalizacja tej struktury, żyjemy w ścieku konsumując przetrawione przez Maszynę życie – dostając odpadki – nagrodę pocieszenia. Żyjemy w dualistycznej matrycy tak zwanego dobra i zła, Boga i Diabła, lecz czym w swojej istocie jest Diabeł?

To Ograniczenie.
To jest esencja.

Zatem patrząc na ten świat, co jest tym co najbardziej „rzuca się w oczy”. Ograniczenie! Zniewolenie warunkami! Wszystko ma limit! Jest nietrwałe, skończone w czasie i przestrzeni, podległe nieuniknionemu rozpadowi. Starość, choroba, śmierć! Jednak esencja świadomości nie powstała z warunków, jest niematerialna – nasze myśli – ruch energii – istnieją i nie istnieją jednocześnie – jak dźwięk. Dlatego to nie podlega fizycznemu rozpadowi. To nie jest dobre i nie jest złe. To jest poza tym wtórnym określaniem czegokolwiek, bowiem jest przed jakąkolwiek nazwą. Dlatego osobiście uważam, że we wszechświecie istnieje absolutnie nieskończona ilość istot, światów i samego życia w bogactwie wszelakich form, które nie mieszczą się w naszej ograniczonej dowodami logice, to jest Potęga Wyobraźni. Pierdolnięcie Transcendentu. Klucz otwierający Wszechświat, który leży w nas samych i jeżeli go nie użyjemy sczeźniemy na pustyni z pragnienia, kiedy tak naprawdę wkoło mamy życiodajne czyste wody świadomości, które mają źródło w nas samych, nie w Bogu na wysokościach, czy zbawieniu niesionemu przez kolejnego mesjasza na którego czekamy jak na odpust wszelkich win. To w swojej istocie jest nasz Wybór. Podlegać narzuconemu mechanicznemu systemowi Maszyny Śmierci, czy udać się w podróż do wnętrza samych siebie i zacząć badać kim w istocie jesteśmy i jak głęboko sięgamy. Póki naśladujesz nigdzie w rzeczy samej nie dotrzesz, po prostu umrzesz po drodze, zużyjesz się jak maszyna i wyłączysz.

Jednak!

Jeśli zamiast iść czyimś śladem zatrzymasz się i zaczniesz badać kim ty jesteś, gdzie jesteś i z jakim skutkiem wówczas masz szansę poznać coś czego nikt inny nie jest władny poznać. Samego Siebie. To jest esencja tak zwanej medytacji. Dlatego warto medytować. Jeżeli spojrzysz na posążek Buddy zobaczysz w nim całe i kompletne nauczanie Drogi, która nie polega na studiowaniu pism, żarliwych modlitwach, błaganiu, skomleniu i klepaniu różańców. To jest Droga Poznania Świadomości – tego czym jesteśmy w najgłębszej swojej istocie. Zostać piratem to zdjąć wszelkie flagi narodu, religii, kultury i zamiast tego zrozumieć że jesteśmy czachą i piszczelami – nietrwałym umierającym ciałem podległym cierpieniu, to jest konkretna i rzeczywista sytuacja. To jest nasz aktualny stan. Punkt wyjścia i ten człowiek, który nie był żadnym bogiem, synem czy siostrzeńcem boga postrzeganego jako wszechmocna autonomiczna jednostka sprawcza, po prostu przebudził się ze Snu, który wszyscy śnimy. Zobaczył, że absolutnie wszystko jest złożone z warunków, a tym samym nietrwałe, że nie ma czegoś takiego jak esencja, jaźń, dusza – zobaczył, że forma nie może istnieć bez pustki a pustka bez formy. Że to jest nieskończony taniec energii. Niestworzone, Niezrodzone poza nazwą i formą. Czyste i Doskonale w swojej Pierwotnej Naturze. Na wieki wieków Amen.

Na tym Pirat skończył, a Prepers tak w połowie mniej więcej już się wyłączył i zamyślił, bo jak możemy zobaczyć, był to doprawdy długi wywód i umysł broni się przed przeciążeniem uciekając w swoje własne wytwory i imaginacje. Tak to już jest, w pewnym momencie nasze TO – co nazywamy umysłem przełącza się na wewnętrzny film i staje się on komedią lub tragedią w zależności od ta zwanej zawartości – wprowadzonych danych i potwierdzających je doświadczeń. My zostaniemy tu chwilowo w tak zwanym dramacie – komediowym i będziemy rozwijać wątek w jaki sposób funkcjonuje tak zwany urzędowy świat kwadratowego świata poruszającego się w kole.

Zatem w chwilę po tych porannych medytacjach – kontemplacjach nasi bohaterowie spakowali swoje plecaki, by odwiedzić Prawdziwą Cesarzową Łódzkiego Podziemia Maję Frej. Postanowili nie jechać swoim pirackim wehikułem, a skorzystać z dobrodziejstwa komunikacji miejskiej. Ich mieszkanie było w kamienicy pod numerem szóstym i warto w tym momencie dodać, że Pirat był w rzeczy samej dziedzicem i potomkiem łódzkiego rodu bawełnianego i jego własny dziadek przekazał mu w spadku wspomnianą kamienicę wraz z lokalem, gdzie już niebawem powstać miała „Złota Świnia” czyli ich koń trojański w samym sercu kwadratowej Troi, a której piwnicy były systemy kanałów i pomieszczeń, a główne z nich zwane „Świątynią” było pod samym Pomnikiem Kościuszki. Miejsce zostało aktywowane. Można było zacząć działać. Osobliwe było to, że robili to w czasie, który pozornie był najgorszym z możliwych, jednak w rzeczywistości był najbardziej odpowiedni – ponieważ panował pandemiczny rozpierdol i można było olać kwadratowe prawidła tak zwanego systemu ucisku i kontroli. Podług Prawideł Mocy – zawsze po upadku następuje wzrost, chyba, że upadek jest tak zwany absolutny. Kamienica była stara i pamiętała jeszcze czasy kiedy to miasto było ciągle zajętym nabuzowanym wzwodem samego diabła o czarnych węglowych oczach i przegubach industrialnej maszynerii, która wypluwała obłoki czarnej sadzy i dymu z bez ustanku gorejącymi fabrycznymi kominami wielkich fabryk wypełnionymi ciałami wróżek – automatów, które pracowały bez ustanku i wytchnienia w piekle bawełnianego szaleństwa. To kobiety utrzymywały to miasto, były tańsze, bardziej wytrzymałe i potrafiły tańczyć przy tych maszynach obsługując kilka jednocześnie przez długie śmierdzące spocone godziny, by wrócić do domu i odbębnić drugi etat przy dzieciach i najczęściej zapijaczonym mężu. To nie mieści się w hipsterskich głowach – na jakim cierpieniu zbudowano ówczesną potęgę tej stolicy tekstyliów, która teraz jest biednym i wyludniającym się miastem, które użyte i wyeksploatowane jak to zwykle w tym świecie zostało zostawione samo sobie wyssane z krwi i dogorywające niczym pociągowy wół umierający ze starości i zmęczenia na poboczu tej tak zwanej drogi wiecznego wzrostu – Globalnego Konglomeratu Powszechnej Eksploatacji.

Kamienica nie załapała się jeszcze na projekt tak zwanej renowacji, bo trzeba przyznać, że te odnowione kamienice prezentowały się pięknie i być może pewnego słonecznego dnia ujrzymy Łódź kompletnie odmienioną – ta spracowana, styrana życiem przędzalniana weteranka za sprawą góry pieniędzy i dobrych chęci zostanie skierowana na odmładzającą kurację i wszystkie te suknie zostaną wyprane i odświeżone i znów będzie tak zwany bal. Jednak w międzyczasie dwudziestolecia pandemicznego w samym środku tej informacyjnej wojny o ludzkie zdezelowane umysły przesiąknięte poczuciem nadchodzącego nieubłaganie Końca wygląda jak wygląda, pachnie jak pachnie – niestrawionym porannym alkoholem i kebabem na cienkim cieście za 12,50 i psotą z tak zwaną małpeczką czyli setunią dobrej owocowej wódy i niwelującą zapach alko gumą orbit oczywiście bez cukru.

Pirat i Prepers ubrani na galowo czyli w czarne anarchistyczne barwy wojenne z dymiącymi kiepami i turystycznymi kubkami pełnymi kawy z cynamonem, goździkami i kardamonem szli całkiem raźnie na przystanek tramwajowy. Ulica Legionów jest dość srogą ulicą, rewirem dresików o szybkostrzelnych butach nike, adidas czy, co w tym wypadku jest dość zabawne, new balance – którymi w razie W rozpierdolą ci czaszkę w drobny afgański mak, z którego powstaje pyszna embrionalna heroina. To jest świat plemienny, ci ludzie mają swoją wspólnotę niemalże religijną, bowiem Łódzki Klub Sportowy choćby był nawet w siedemnastej lidze jest dla nich jak bóg – dość co oczywiste abstrakcyjny jednak zawsze są mu oddani do ostatniej jak to mówią krwi i jak głosi pewne hasło na murze piją herbatę w wodzie po pierogach, lub biją matkę różańcem po szczepionce – co w obecnej sytuacji jest jeszcze bardziej tragiczno – zabawne. Jednak najprawdopodobniej lulali teraz, odsypiając ciężkie codzienne życie kibica wydalające ze swoich ciał w formie potu mieszaninę alkoholu, syntetycznych pigułek i tego ukrytego lęku i strachu, który jak mówią psychopatyczni psychoterapeuci jest podłożem gniewu i agresji. Coś musi być na rzeczy.

Kiedy tworzyli to centrum Nowego Miasta zaczęli od dwóch ulic przecinających je z północy na południe czyli na południe prowadziła ulica Piotrkowska, a na północ ulica Średnia, która teraz nazwana jest Nowomiejską. Więc pomysł był zacny by wprowadzić to Miasto w światło postępu i nowoczesności, w dymiący trend silników spalinowych, turbin i wielkich hal fabrycznych, wbić w ziemię wielkie strzeliste prącia kominów i szczytować każdego dnia dając Bogu sygnały dymne, że oto my ludzie z krwi jego krwi i kości jego kości stajemy się władcami tego świata, który staje się naszym posłusznym niewolnikiem wraz z wszystkim tym co wydał z siebie. I teraz, co tu dużo mówić – dusimy się własną pychą. Ulica Legionów biegnie na Zachód w stronę świata, który dogorywa na naszych oczach sprowadzony do roli taniej prostytutki podczas gwałtu zbiorowego, który stał się naszym głównym zajęciem. Zaspokoić siebie i swoje wymyślone potrzeby wyhodowane w Mózgogłowiu, te wszystkie perwersje bazujące na wiecznym nie zaspokajalnym głodzie nowych wrażeń, uciech i doznań, tej potrzebie by być w centrum wydarzeń, w ciągłym zainteresowaniu, utrzymywać tą militarną kontrolę nad szlakami handlowymi, nad surowcami by tylko dostarczyć zasilanie dla tego smutnego w rzeczy samej Disneylandu. Bawić się do samego tragicznego końca. Prepers i Pirat nie byli z telewizyjnego bombastyczne – optymistycznego miotu dzieci wychowywanych bezstresowo i sterylnych warunkach powszechnego i dość złudnego nadmiaru wszelkich dóbr i usług, byli produktem tego robotniczego miasta, tej surowej i bezwzględnej walki o każdy dzień. Tylko w ten sposób człowiek jest w stanie odkryć w sobie Moc i determinację by uczynić swoje istnienie odzwierciedleniem swojej autentycznej woli, by być tym kim naprawdę jest i mieć wyjebane czy komuś to pasuje czy nie. Jeżeli nie tworzysz konfliktu w samym sobie świat wychodzi ci na przeciw, ponieważ świat jest niczym innym niż Odzwierciedleniem. Lustrem. Zwierciadłem Wszechrzeczy.

Kiedyś za czasów zaborów ta ulica nazwana była Konstantiner Strasse, co na polski znaczyło Konstantynowska, a kiedy panoszyli się tutaj chłopcy z trupimi czaszkami na mundurach została dumnie nazwana General – Litzmann – Strasse, by na chwilę po okupacji stać się 11 Listopada, a zaraz po tym kiedy biedna skołowana Polska stała się sowiecką kolonią nazwano ją Bohaterów Stalingradu, jednak po tak zwanej transformacji ustrojowej lat 90-tych nadaną jej obecną nazwę Legionów. To tutaj zaraz przy Placu Wolności na samym rogu niegdyś pewien zamożny Szwajcar prowadził sławną cukiernię i funkcjonowała ona przez ponad 100 lat, co porównując do obecnej gastronomii jest wynikiem niemalże kosmicznym. Teraz w czasach wielkiego chińskiego brata jest tam restauracja „Adong” – ponieważ wszyscy pomalutku i konsekwentnie przeistaczamy się w małych chińczyków poddanych dyktaturze Światowej Globalnej Partii Materializmu i mamy co najwyżej plan pięcioletni, bowiem nikt nie wie czy to wszystko nie runie nagle i z wielkim hukiem i jak to mawiał poeta powszechnym skomleniem – „Skończyć się musi” – jak by powiedział bohater innej bardziej filmowo współczesnej gwiezdnej sagi. Skundlona populacja przerostu formy nad treścią, wiecznie rozbawione autystyczne dzieci żyjące w swoim urojonym sztucznym świecie jak śpiewali chłopcy z UK płyniemy w żółtej podwodnej Łodzi zanurzając się coraz bardziej w głębiny wszechobecnego absurdu wspomaganego topniejącymi lodowcami i zaburzeniem naturalnych rytmów. Jak to mówią – idziemy w zaparte. Dzieci z beczek naszprycowana pawulonem i sprzedane na części zamienne dla bogatych pedofilów – którzy tak czy inaczej nie zdążą być trans – human – lans, bowiem zaskoczy ich tak zwana sprawiedliwość karmiczna operując pojęciami wschodu, a podsumowując to po łódzku: będą się chechłać czyli kroić tępym narzędziem samych siebie.

Łódź w zaborze ruskim, była pierwsza jeżeli chodzi o tramwaje elektryczne. „Przyjedź do miasta Łodzi, zobaczysz jak tramwaj bez konia chodzi.” – się mówiło. I na tej ulicy, gdzie stoją teraz nasi super bohaterowie powstały jedne z pierwszych torów i pod sam koniec XIX wieku i dzień przed wigilią roku pańskiego 1898 ruszyły te lśniące nowoczesnością wagony wyprodukowane w nadreńskiej Kolonii. I bigiel był, istne szaleństwo w związku z tym jeżdżeniem w diabelskim wynalazku, a kanar czyli kontroler biletów miał zarabiać 50 rubli miesięcznie. Ta ulica Legionów jest też słynna z powodu pewnego dość ekscentrycznego jegomościa pierwszego fotografa, który miał tu swoją metę przy numerze 5, gdzie został przeniesiony z Rynku Nowego Miasta jego zakład fotograficzny, gdzie jak piszą odbywały się konspiracyjne spotkania przeciw ówczesnej władzy i po namierzeniu uciec w popłochu musiał poza granice Królestwa. To także tutaj nigdzie indziej powstała pierwsza łódzka gazeta, która co prawda była rządową gadzinówką pełną nudnych jak flaki z olejem i suchych jak wióry ogłoszeń jednak ponoć z czasem dało się to czytać, a to działo się pod numerem 12. Także tego i tamtego nie ma to tamto.

Siedzą pod butikiem Glamour, który raczej zdecydowanie nie jest czynny w pobliżu przystanku i kontemplują widoki z powłoki. Kupili w kiosku bilety i wodę gazowaną Żywiec – Znój. Żują gumy balonowe i popijają kawę z termosów i sobie myślą, że dla kogoś bez wyobraźni to miasto musi być jak uderzenie brechą w poczucie estetyki, scenografia jak z filmu, który nakręcili ostatnią kamerą za ostatnie pieniądze, taki powiedzmy niemy paradokument z muzyką ambientową i dramatycznymi ujęciami. No tak to wygląda na boga. Odrzut z taśmy produkcyjnej nowoczesności, wysypisko osobliwości, freak city, które otworzy ci serce i nauczy pokory. Podjeżdża tramwaj z lumpeksu, na oko jakieś 35 lat wypełniony wszelkimi możliwymi wspomnieniami, podszykowany przez dziesiątki łódzkich artystów ulicznych, którzy zostawili w nim i na nim swoje „dzieła sztuki” w postaci kompletnego braku ładu i składu, mówiąc kolokwialnie każdy coś namazał, wydrapał, dokleił, przyłatał i był jak mniemać można nawet zadowolony z siebie.

Czyli kogo?

Ale zostawmy TO na inny moment. Wsiadają i z miejsca prawilnie chcą skasować bilety, ale kasownik nie działa jeden z drugim i ten trzeci również. Kurwa go tramwajowa mać! Prosta rzecz by się wydawało, ale nie, nie i nie. Tutaj jest pierwsza niespodziewana wywrotka w twoim zaplanowanym kalendarium dnia, która uczy się, że doprawdy nie jest i nie będzie tak jak to sobie naiwnie zaplanowałeś, energia tego miasta wybija cię z tego wygodnego, bezmyślnego automatyzmu. Nakazuje Obecność, bezustanną pracę z tak zwanymi okolicznościami. Dlatego o kant dupy można potłuc te super – duper aplikacje smartfonowe do planowania codziennych aktywności, bo to nie jest Smart – a raczej hard i prawidła są nieco bardziej analogowe, jak ten wagon, który musieli dać w zastępstwo, bo coś się niechybnie spierdoliło – normalnie jeżdżą bardziej nowoczesne prawie wi – fi. Może to specjalnie do tej historii tak zrobili, kto wie?

Ty?

Każdego dnia wpadasz we wnyki tak zwanego systemu. Kościelno – politycznego – administracyjno niewydolnego reliktu dwudziestego wieku, kolektywny umysł jest w znacznym stopniu zapóźniony – szok przyszłości dopada go i osacza już niemalże na każdym chwiejnym kroku. Tutaj w tym kraju Ariów – Słowian, którzy jak piszą w internecie wymyślili twaróg i sanskryt, proch i wszystko co dobre, a nawet nawet zrobili swój słowiański niezależny portal społecznościowy ratujemy się budowaniem tych wewnętrznych mitologii, lokalnego patriotyzmu, aby nasze złudne poczucie siebie miało się na czym oprzeć, mogło puchnąć i przekonywać samo siebie do samego siebie, bowiem tak w istocie jest Abstrakcją w Abstrakcji, Iluzją w Iluzji – tym co się zakotwiczyło w mule urojonej i wymyślonej rzeczywistości – której ciągłość i umowna „tożsamość” jest niczym innym jak opowieścią przekazywana z umysłu do umysłu.

W tramwaju pandemiczny wuha – nowy bal maskowy, ludzie siedzą i się boją, że zaraz umrą na zarazek co już jest wszędzie i we wszystkim. Pan czyta ekspress do taniej kawy ilustrowany, a tam jak Prepers wskazał palcem na pierwszej stronie piszą, że wandale podpalili Plac Wolności w bożonarodzeniową północ i na pewno jak zapowiada Komisarz Wejer do walki z wszelką przestępczością zorganizowaną i niezorganizowaną zostaną wytropieni i postawieni w stan tak zwanego oskarżenia i nie ma tolerancji dla wandalizmu w tym mieście. Wielkie mi coś! – powiedział Pirat. Śmiechu warte, bo to jeszcze, o czym Pan Komisarz nie wie, dopiero prolog, intro i początek. Aktywacja poszerzonego pola walki. Wysłanie sygnału do Kosmicznej Gwiezdnej Bazy Nieustającej Rebelii. Ogłoszenie niepodległości względem tego zapóźnionego we wszelkim rozwoju mechanicznego gnojowiska. Odpalimy race twórczego szaleństwa i rozświetlimy to smutne niebo i niebawem znów będzie Jasno i Przejrzyście i zaiskrzy w nas chęć do Przygody czym w swojej istocie jest i powinno być Życie. Sprowadzeni do parteru, broczący w niskich skłonnościach i odruchach, przykuci do obrazu nędzy i rozpaczy powielanego na wszelkich możliwych nośnikach musimy z bożą łaską i własnym wysiłkiem pomału jednak zdecydowanie podnieść się do pionu i o tym mili Państwo Czytelnicy jest ta surrealistyczne – magiczno – egzystencjalna opowieść.

Tramwaj, jedzie, kołysze się niczym trup na drzewie podczas tak zwanego samosądu, kiedy masy ludzkie mają już swoich winnych, i jak zawsze odwracają dzięki temu uwagę od samych siebie i odpowiedzialności za czynny udział w tym wszystkim. Mijają zakręt, skrzyżowanie, drugi, trzeci przystanek i wysiadają na trzynastym Pabianicka – Jana Pawła II. Epicko nijakie to jest miejsce, ale nazwa jak najbardziej skłania nas tutaj do tak zwanej refleksji, która wychodzi z ust Prepersa w tej oto formie:

– Wiesz, albo wiecie co mnie nieustannie zadziwia w „tym wszystkim”? Nieuleczalne ludzkie gloryfikowanie własnych mitów i kserowanie tego w nieskończoność na powielarce w tak zwanych środkach masowego przekazu, by w końcu i nieubłaganie wszyscy byli chorzy na te same przypadłości urojeniowe, które wówczas w wyniku ogólnej zgody i wygody stają się „prawdą” i kolejnym nie podlegającym dyskusji dogmatem, a później zaciekle i pełne przemocy werbalnej, mentalnej i fizycznej bronienie tego jak „świętości”, więc ja się pytam grzecznie co to za świętość, którą możesz obrazić, co to za świętość, którą możesz sprofanować, w moim rozumieniu prawdziwa świętość ma, że użyję tego słowa, wyjebane na swoje własne symboliczne przedstawienie, które jest niczym innym jak tylko dość ograniczonym ludzkim wyobrażeniem, pewną reprezentacją tego co przekracza fizykę, chemię i teologię. Jest w swojej istocie poza naszym „dobrem” i naszym „złem”. To co naprawdę się tu odbywa to – to sławne obrażanie uczuć religijnych za które można odbyć karę pozbawienia wolności, lub otrzymać karę innego rodzaju – innymi słowy obrażając czyjeś uczucia i jak one są już obrażone, to wówczas zbiera się specjalny sąd i poważni ludzie dyskutują i uznają, że tak faktycznie uczucia zostały obrażone i zapada wyrok, a ty powiedzmy, ten który je obraził choć w istocie nigdy ich nie widziałeś na oczy idziesz siedzieć, a w ekstremalnych warunkach religijnego lub innego fundamentalizmu, kiedy szaleństwo jest tak zwaną normą mogą cię za coś takiego po prostu zabić – jak w przypadku francuskich rysowników z dość głośnej sprawy mielonej jakiś czas temu w mediach i wielu, wielu innych podobnych historii, które przypominam wciąż mają miejsce w, przypominam, XXI wieku w tak zwanym postmodernistycznym nowoczesnym świecie, którego mieszkańcy mają ambicję na nieśmiertelność i podbój kosmosu. I to obraża moje uczucia w sposób, że tak powiem ekstremalny.

I widać było, że ten tak zwany gorący temat mocno, naprawdę mocno siedzi w głowie Prepersa, bo musiał przystanąć i zrolować skręta, czyli dobry organiczny tytoń z domieszką białej szałwii i zrobił to naprawdę sprawnie. I zaciągając się kontynuował:

– Czy my jesteśmy w ogóle w stanie funkcjonować bez tych wykoślawionych przez nasze własne umysły wzorców „moralnych”, wielkich słów, nadludzkich haseł, całego tego nawiedzonego pierdolenia, tej powalającej na każdym kroku hipokryzji, tego balu świętych przebierańców, hucpy, wiejskiej zabawy ze sztachetami ułożonych w krzyże, którymi bez ustanku przez całe stulecia okładamy się po mordach w imię, jakby inaczej, świętych ideałów? Dla tych wszystkich kościelnych wysuszonych moralistów polecam do przeczytania książkę „Sodoma” o realiach Stolicy Apostolskiej o prawdziwej naturze ich kardynałów i tych wszystkich którzy najbardziej donośnie szczekają o czystości i solidny film „Spotlight” o śledztwie dziennikarskim „Boston Globe” w sprawie tuszowania pedofilii na skalę, która przekracza tak zwane ludzkie wyobrażenie. Aleja Jana Pawła II i sprawa „grzechów sodomskich”. Osiemdziesiąty trzeci rok i zatwierdzony przez niego zapis w Kodeksie Prawa Kanonicznego, który zniósł pedofilię jako jeden z najcięższych grzechów i przestępstw przeciw kościołowi, a zamiast tego swoją „świętą” uwagę skierował na tych, którzy takie czyny duchownym zarzucają. Sekret papieski i ochrona świętości sakramentów. Trzeba zedrzeć te wszystkie maski, te purpurowe szaty „świętości” i objawić nagą prawdę taką jaka ona jest, uzdrowić to wszystko i wrócić do podstaw do zdrowo rozumianej pokory i miłosierdzia, do prostej i serdecznej wspólnoty serca, która nie potrzebuje całej tej nadętej bufonady, tych świątyń – pałaców, złotych sygnetów, zapisów, przypisów i komentarzy. Jak to mówią: czym dalej od źródła tym bardziej mętna woda. Ja naprawdę rozumiem w człowieku tą odwieczną potrzebę duchowości, ponieważ tak już mamy i zawsze tak mieliśmy, to jest ważne, nawet wtedy, kiedy z punktu widzenia współczesnej nauki jest to niczym innym jak tylko mitologią, jednak to ma swoją funkcję zagospodarowania tej irracjonalnej części naszej istoty, która czy chcemy tego czy nie, czy wierzymy w to czy nie – jest w nas. I zawsze mieliśmy przewodników, mistrzów jednak nie byli oni, jak współcześnie, duchowym produktem dostarczanym na rynek desperacji i cierpienia, ubranymi w odpowiednie kostiumy i akcesoria – cały ten świętojebliwy splendor, pozbawiony granic i rozsądku przepych, który dla kogoś kto nie jest tym zaprogramowany jest po prostu jednym wielkim błyszczącym oszustwem, który nie ma już nic wspólnego z wielkim mistrzem jakim był Jezus. Jak nie czytałeś to polecam ci książkę „Mordercy Chrystusa”. Coś po drodze nie pykło!

Pirat patrząc na te smutne betonowe okoliczności sztucznej przyrody jej ludzki – nieludzki wymiar pełen szarości i smutku powiedział:

-Przypominają mi się „Cząstki elementarne” Houellebecq’a i jego opis dogorywającej przez swoje pozorne wyzwolenie Europy – podstarzałej dekadenckiej sprośnej i umierającej kurewki, która ostatnie swoje lata spędza na orgietkach, wystawnych kolacjach i upijaniu się do utraty przytomności. Jej blask i chwała już dawno odeszła, jej piękno i żywotność, próbuje wszelkich zabiegów i operacji by tylko przekonać samą siebie, że wciąż jest młoda, wciąż ma przed sobą życie. Wyruchała pół świata, uczyniła z niego niewolniczy system urodziła swoje atlantyckie bękarty nabuzowane testosteronem z kompleksem militarno – przemysłowym, który teraz w desperacji próbuje z całych sił utrzymać swoją coraz mniej oczywistą dominację. To prawda jest jednocześnie matką współczesnej nauki, która ulżyła nam w cierpieniu, przyniosła temu światu bardzo dużo dobrych rzeczy miała swoje momenty troski, swój pozytywny wkład w kolektywne pole rozwoju ludzkiej świadomości, jednak koniec końców stała się samolubną i zachłanną fanatyczną suką pełną pychy i ambicji narzucającą niegdyś swój jedyny monochromatyczny „chrześcijański” obraz świata, a obecnie ten naukowo materialistyczno – mechaniczny Bezsens niszcząc wszelką różnorodność i sprowadzając wszystko do jednowymiarowego monotematycznego kultu egoizmu i zachłanności, którym w swojej istocie jest neoliberalny kapitalizm – system operacyjny tego dogorywającego Królestwa Kotleta i Parówy. Ja, Mnie, Moje. Kult jednostki, indywidualizm graniczący z narcyzmem, obsesja seksu i młodości, a z drugiej strony fundamentalistyczny, odrealniony, dogmatyczny korporacyjny system religijny narzucający przemocą swoje panowanie przez całe stulecia na masową skalę i czekający na ciebie z otwartymi ramionami kiedy już zmęczony żarciem, ruchaniem, kupowaniem i dragami zaczniesz opadać z sił wchodząc w proces przerażającej starości i duchowej bezdennej pustki, która powiększa się z każdym dniem twojego jałowego życia opartego na ciągłym szukaniu przyjemności i otępienia. Nie ma gorszego cierpienia niż świadomość przepierdolonego życia, którego „szczęście” oparte było tak naprawdę na cierpieniu innych istot, bowiem nie ma sposobu, aby uciec od skutków swoich własnych działań. To jest ostateczna sprawiedliwość tego świata – Śmierć, która w oczach tej aroganckiej pychy jawi się jako obelga, upokorzenie. Cały nasz naukowy wysiłek jest skierowany w tą stronę, aby przekroczyć to w naszym mniemaniu „ograniczenie” ten „błąd”. Wszystko i wszyscy próbuje przed tym uciec i to świadczy o tym w jakim punkcie jesteśmy tak naprawdę w rozumieniu natury życia, prawdziwej wiedzy, która nie jest wytworem naszych ograniczonych umysłów.

Pycha zawsze kroczy przed upadkiem i to jest dokładnie ten moment. Niezliczone cywilizacje przed nami upadały dokładnie w ten sam sposób, kiedy stawały się skrajnie samolubne, zachłanne i neurotyczne – próbując za wszelką cenę uciec od cierpienia i nauk, które ono niesie, wciąż bez ustanku wkładając swoją energię i wysiłek w polepszanie swojej sytuacji w Ucieczkę, która jest przecież daremna i skazana na porażkę. Jedyne wyjście to przyjąć to tym czym jest, zaakceptować warunki gry i wykorzystać swój czas najlepiej jak to tylko możliwe z pożytkiem dla siebie i innych. Tu doprawdy nie ma innego sensu. Przekroczyć Grę możesz tylko poprzez pełen w niej udział, musisz ją zintegrować w swoim własnym doświadczeniu, wykuć w niej swoją Moc i Obudzić swoje Serce. Wrócić do samego siebie, do rdzenia tego kim jesteś, do swojej własnej nauki wynikającej z twojego własnego życia takiego jakim ono jest w stanie nie rozcieńczonym przez wymówki i usprawiedliwienia. Język, Dar Komunikacji jest w istocie czymś poza czasem, poza formą i przekracza śmierć. Język Obrazu. Język Słowa. Język Pieśni. Możliwość przekazania swojego doświadczenia, swojej mądrości innym istotom. Wszyscy jesteśmy tak naprawdę w tym samym położeniu, wszyscy musimy rodzić się, cierpieć, mieć chwile szczęścia i radości starzeć się, chorować i umierać. Sami pozbawiamy się nadziei, ponieważ szukamy rozwiązania na zewnątrz nas samych, a tutaj w istocie nie chodzi o rozwiązanie. Tutaj chodzi o Rozpoznanie wszystkiego czym jest w swojej prawdzie, surowym stanie, bez tej nakładki naszego „najmądrzejszego” umysłu – Mózgogłowia, któremu się wydaje, że wszystko zna, wszystko wie, zupełnie nie rozumiejąc funkcji błędu, niedoskonałości, ułomności i nauczania, które w tym jest obecne, bowiem zarówno dobro i zło mają swoje nauczanie, swoją prawdę, a jedno nie może istnieć bez drugiego, są wiecznie we wzajemnej relacji, we wzajemnym dopełnieniu. Nie mieć nic do stracenia to nigdy nic nie stracić, nie mieć nic do zyskania to nigdy nic nie zyskać. Zostawić to wszystko w swojej własnej naturze, w swojej prawdzie. Porzucić przemoc zmiany, ulepszania, poprawiania gdyż wszyscy możemy teraz zobaczyć do czego to nas doprowadziło jako jednostki, społeczności i gatunek planetarny. Prawda jest taka, że nie możesz poprawić czegoś co już jest doskonałe w swojej prawdziwej naturze, w swoim prawdziwym nauczaniu – problem polega na tym, że ty tego nie potrafisz widzieć i rozumieć, nie dociera do ciebie to autentyczne nauczanie, które jest bardzo bezpośrednie, ponieważ żyjesz za szybą, za ekranem w złudnym odczuciu bycia oddzielnym, niezależnym i autonomicznym, jednak to ciało jest z tej ziemi i do niej należy, Duch je tylko zamieszkuje i porusza nim. Przebiera się bez końca w te ciała – ubiory i pewnego dnia po prostu postanowi być nagi rozpoznając sam siebie w swojej doskonałej prawdzie. Ta wrodzona Doskonałość jest jego Naturą, jego prawdziwym stanem i tak było od samego początku. Poza wysiłkiem. Jeżeli nie wyjdziemy z tego ścieku sztucznej neurotycznej świadomości człowieka – produktu, człowieka – robota ulegając swoim najniższym mechanicznym popędom i nie odnajdziemy w sobie czegoś żywego i czystego czeka nas niewyobrażalne w tej chwili cierpienie w postaci doświadczania zmultiplikowanych lawinowych skutków naszych działań, które tak czy inaczej już się manifestują, każdego dnia i każdej godzinie. Nie możemy tego zatrzymać, ale możemy z tym pracować jednak, aby to zrobić musimy stworzyć wolną i twórczą przestrzeń co w tej sytuacji możliwe jest tylko wtedy, kiedy przestaniesz biec. Zatrzymasz się i staniesz się naprawdę Uważny, Obecny, Świadomy, Przytomny, bo dopiero wtedy możesz pracować z okolicznościami i być coraz bardziej świadomy skutków każdej swojej myśli, słowa i działania. Kluczową sprawą jest jednak – Intencja! Po co robisz to co robisz? Jaki jest prawdziwy powód tego, pierwotna przyczyna? Czy jest to tylko mechaniczne, czy już ma w sobie element twórczy, kreatywny – coś świeżego? Jednak najważniejsze zawsze i wszędzie jest po prostu – Serce, prawdziwa świadomość, która nie podlega dyktaturze Mózgogłowia i może używać biologii zamiast być przez nią używanym, duch i ciało może być Jednym, przekroczenie tej odwiecznej dychotomii to zaprzestanie pierwszej pierwotnej wojny, prawdziwy wewnętrzny pokój, współpraca na poziomie ciała, energii i umysłu.

Ta choroba, ta pandemia, bez względu na to czy jest wytworem ludzkim, czy zbiegiem okoliczności jest właśnie tym zatrzymaniem, szansą na refleksję, na ujrzenie świata takim jaki jest, szansą na rozpoznanie własnego szaleństwa, nieświadomości. Chorujemy już od bardzo dawna, jednak zauważamy to dopiero w tym ostatnim stadium, kiedy nasza choroba zaburza nasze funkcjonowanie i jest widoczna wszędzie i we wszystkim i w końcu stajemy się świadomi tej diagnozy, której nie chcieliśmy słyszeć, bo wciąż byliśmy zajęci życiem w swoich własnych urojeniach. Ta choroba jest śmiertelna, nieuleczalna – konsekwencją narodzin jest śmierć, konsekwencją wzrostu jest rozpad – to jest odwieczna prawda tego ludzkiego świata. Uznanie tego jest szansą na prawdziwe autentyczne życie. Każda jedna chwila jest już kompletna, jest Darem w swojej pierwotnej czystości, kiedy nie jest skażona interpretacją, tym zanieczyszczeniem umysłu, który wszystko chce posiąść, przywłaszczyć i zdominować na swoja własną modłę. Piękno nie jest „tym pięknem” – jest Wszystkim.

Pirat potrafił czasem oddzielać siebie o tego co z niego wychodzi, był świadomy tego jak krótkie życie ma każde słowo – rozpuszczający się sam w sobie dźwięk. Gdzie to wszystko teraz jest? Gdzie się podziało, gdzie uleciało? Dokąd wróciło?

Szli tą jedną z milionów ulic, tysięcy rozgorączkowanych miast o nierównym oplutym chodniku pełnym śmieci i niedopałków i małych kępek trawy, które próbowały żyć w tych przeoczonych we wszelkich konstrukcjach szczelinach i choć dosłownie co chwilę były deptane i miażdżone przez podeszwy butów jednak nigdy, przenigdy nie ustawały, nie dawały za wygraną. Po prostu rosły. Po prostu były.

Postanowili coś zjeść. Bar wyglądał okropnie, żółty wyblakły budynek z napisem „obiady domowe” i dobudowanym poddaszem, para plastikowych okien i próg wysoko nad ziemią z trzema rozpadającymi się schodkami, które zapraszały na „smaczne i zdrowe” na „dużo i tanio”. Tak w istocie w tym mieście wszystkiego było dużo i było tanie, jednak nie było to smaczne ani zdrowe. Otworzyli drzwi i ich nozdrza zaatakował zapach spalonego tłuszczu, tanich przypraw i przepoconego zmęczenia życiem, który uosabiała starsza kobieta za ladą baru. Nie sposób wyrazić rozczarowania w jej oczach, które pożerało ją niczym pasożyt żywiąc się każdym kolejnym takim samym dniem, tą miażdżącą rutyną. Bylejakość była tutaj kluczem otwierającym wszystko, spajającym każdy atom gęstej, osaczającej przestrzeni, która była odpychająca, agresywna, zupełnie pozbawiona wrażliwości. Tępa.

-Tylko na wynos! – niemiłym głosem oznajmiła kobieta. Jej wodniste nieobecne oczy patrzyły na nich z nieskrywaną pogardą jaką obdarzała szczodrze samą siebie, a tym samym cały świat, który dla niej był po prostu – gównem. Śmierdzącym gównem. Niczym więcej.

Przez chwilę stali w milczeniu, czując to wszystko w sobie, było lepkie i brudne. Smutne. Jednak nie zdołało się o nich zaczepić, do niczego przylgnąć. Prepers usiadł przy stole niedbale nakrytym wzorzystą ceratą i „ozdobionym” sztucznymi zakurzonymi kwiatkami. Zdecydowanie nie mieszkała tutaj Hygieia, córka boga medycyny. Wyjął z plecaka świeczkę i gałązkę białej szałwii. Czekał. Pirat spokojnie i bez pośpiechu podszedł do baru. Dotknął jej dłoni i w jednej chwili poczuł jak gęste i obezwładniające jest bagno, które pożerało ją przez te wszystkie lata, cały ten nieznośny ból i upokorzenie. Doświadczyła w życiu tak mało szczęścia i było ono zarazem tak kruche, że pewnego dnia po prostu przestała na nie wyczekiwać porzucając wszelką nadzieję. Zapadała się w niebyt, który spełniał jednak funkcje życiowe. Jej łzy były ciężkie, rozpryskiwały się o dłoń Pirata jak każde porzucone marzenie, które niegdyś miała. W tej jednej krótkiej chwili, która wydawała się jej wiecznością znów Coś powróciło do życia, wybudzone z długiego apatycznego snu, a w jej oczach, które były szaro niebieskie znów pojawiło się światło. Mówią, że jest to zwierciadło duszy i to prawda. To prawda.

-Ma Pani może coś do zjedzenia bez mięsa? – zapytał cicho Pirat.

Kobieta o szaro niebieskich oczach, która teraz stała się istotą bardziej żywą i jeszcze nie do końca świadomą co tu się przed chwilą tak naprawdę wydarzyło była w stanie, który Pirat określał „Wielkim Zdziwieniem” i przez chwilę nie potrafiła odnaleźć w swoim umyśle, żadnego, nawet najmniejszego słowa. Była tylko cisza, pustka i fale zalewającego jej ciało ciepła. Teraz ludzie, którzy przyszli do jej baru, byli kimś zupełnie innym, jakby nie z tego świata, spoza tych ciasnych i dusznych oczywistości, tej strukturalnej zimnej nędzy do której tak przywykła. Byli Żywi. Prepers zapalił świeczkę i chodził z szałwią po barze, szczególnie zwracając uwagę na każdy z czterech rogów, okna i drzwi, szarobiały dym pochłaniał cały ten katorżniczy świat, skondensowane nabrzmiałe jak wrzód nieszczęście trawione i wydalane wciąż na nowo, przechodzące z ciała na ciało, z miejsca na miejsce jak zaraźliwa śmiertelna choroba. Wszystkożerna Otchłań. Przepocona Obojętność.

-Jak to bez mięsa?! Czemu bez mięsa?! – to był dla tej Pani rebus, zagadka z poza jej świata. Pirat to rozumiał. Rozumiał to bardzo dobrze. Odwieczne sankcjonowanie, oswajanie tego bezdusznego okrucieństwa, wreszcie i przede wszystkim biologiczne, umysłowe i energetyczne uzależnienie od tego, poczucie władzy drapieżnika, który wbrew „moralnej” otoczce, którą zbudował wokół siebie pozostał w niezmienionej prymitywnej formie. Odżywianie, kopulacja, walka o władzę, lenistwo i nieskończone manipulowanie rzeczywistością dla swoich potrzeb i swojej wygody. Mięso. Porno. Pieniądze. Showbiznes. Nauka – Religia. Neurony Dopaminergiczne. Prawdziwy terror jest zakodowany w naszej biologii, w Mózgogłowiu.

Kora.
Prążkowie.
Dopamina.

-Sami jesteśmy kucharzami i nie jemy mięsa, bo w obecnej formie jest niczym innym jak trucizną, która niszczy nasze zdrowie i niszczy ten świat. To wszystko to tylko głęboko wdrukowany nawyk, który można i należy zmienić. Pani w głębi serca czuje, że rzeczywistość naprawdę potrzebuje uzdrowienia i taka dieta jest jedną z rzeczy, którą można i powinno się zrobić. To nie jest takie trudne i to co teraz zrobimy to pójdziemy do kuchni i pomogę pani coś dla nas wszystkich przyrządzić.

Normalnie nic by z tego nie wyszło, jednak jak możecie się domyślić cała przedstawiona sytuacja zmutowała w zupełnie inny wymiar, w coś co łamie zasady tak zwanej logiki i prawdopodobieństwa – stała się czymś Otwartym pozbawionym kodu – nowym wzorem. To nazywane jest Hackiem – tworzeniem nowego wzoru na kolektywnej matrycy ignorancji, zawsze myślimy o dużych rzeczach, tak zwanych rewolucjach, o czymś spektakularnym, epickim, filmowym, dramatycznym ponieważ to dokarmia naszego ego. Jednak prawdziwa rzecz wydarza się w tak zwanej normalnej codzienności, w zwykłym życiu, w małych konsekwentnych i zdecydowanych krokach w tworzeniu nowych nieprzetartych ścieżek neuronowych opartych na parametrach serca. Serce to nie jest „serce”. To Troska. Miłość. Wszyscy jesteśmy otumanieni tym okrutnym Programem, wszyscy uczestniczymy w mordowaniu tego Świata. Najtrudniej obudzić kogoś kto udaje, że śpi.

Kuchnia nie wyglądała najlepiej, w zasadzie wyglądała tragicznie. Była pozbawioną jakiejkolwiek energii małą klatką ze starymi domowymi meblami, brudnym zlewem pełnym garów, talerzy i resztek jedzenia. Kuchenne dewolucje. Gastro depresja. Wyjebane po całości. Ma na imię Alicja i to nie jest jej kraina czarów, to mroczna pieczara odzwierciedlająca jej stan, stała bezradna pośrodku tego wszystkiego i czuła wstyd za to miejsce, za swoje życie. Niepotrzebnie. Nikt nie zasługuje na to by go potępić, porzucić w tej bezdennej pełnej cierpienia Otchłani. Nawet kiedy robisz najgorsze rzeczy, robisz je, bo nie rozumiesz, nie rozpoznajesz prawdy, krzywdząc siebie, innych, ten świat tak naprawdę zadajesz ból sam sobie, ponieważ ta fundamentalne rozróżnienie jest iluzją. Pirat zawołał Prepersa i zaczęli tak zwane czyszczenie. Bez słów w kompletnej ciszy. Robili co trzeba było zrobić, ponieważ w gruncie rzeczy taka była ich praca. Kondycja tego świat odzwierciedla nasz własny stan, dlatego dobrze się przyjrzeć jak to w gruncie rzeczy wygląda, jak to funkcjonuje, czemu służy i z jakim skutkiem.

Było czysto.

Mięso zgniło. Nikt od dawna tu nie jadł. Nikt od dawna nie robił tu niczego co miało związek z życiem. Rzeczy na które nie zwracamy uwagi mówią o nas i do nas więcej niż wszystko inne. Pirat znalazł pieczarki, cebulę, marchewkę i ryż. Sól i pieprz. Olej rzepakowy. Prepers wstawił wodę na herbatę. Pokroili pieczarki, cebulę i marchewkę. Ugotowali ryż i podsmażyli go z warzywami. Prostota jest kluczem do szczęścia, a szczęście jest proste i nie wymaga nadludzkich wysiłków. Wystarczy Być i czuć Wdzięczność. Prepers znalazł biały obrus. Nakryli do stołu. Zapalili świeczkę i kadzidło. Pirat wypowiedział krótką, esencjonalną modlitwę:

-Dziękujemy Matce Ziemi za jej troskę, za to wszystko co mamy na talerzu przed sobą. Dziękujemy za Dar Życia i Naukę Śmierci. Dziękujemy wszystkim niezliczonym istotom, które były przed nami ukazując nam niezliczone drogi. Życzymy z tego miejsca Każdemu, Wszędzie, Wszystkiego Najlepszego, by ten świat odzyskał swoją pierwotną czystą naturę. Byśmy żyli szanując Życie i umierali dziękując za wszystko. Amen.

To nie było jakieś pyszne wyszukane danie, kolejna wysublimowana pożywka dla Mózgogłowia, to był Prawdziwy Pokarm, który nie jest po to by nas zadowalać, nie jest po to by robić mu zdjęcia na instagrama, nie jest po to by pisać mu recenzje i dyskutować o nim godzinami. Nic na tym świecie nie jest „specjalnie dla nas”, to my jesteśmy dla tego świata. Jesteśmy Załogą na Statku Kosmicznym Ziemia i nasza podróż Nie Ma Końca. Mamy nieskończoną pracę do wykonania. Jesteśmy w służbie dla pożytku Istnienia, a to oznacza, że nigdy nie jesteś bezrobotny. Zawsze jest Job to do. Jednak za prawdziwą pracę nikt nikomu nie płaci, to nie jest żadna oparta na zysku transakcja, żaden układ, żaden deal, wiąże cię bezterminowa umowa z twoim własnym sercem, ty ustalasz kodeks pracy i zakres obowiązków. Tworzyć coś z nicości, powołać do życia, nadać sens bezsensowi, to w istocie stworzyć jedną z dróg.

Pani Alicja zdecydowanie przez ten krótki, ale jakże treściwy czas była w Krainie Czarów. Odmuliła. Otrzymała Czysty Dar, coś czego w tym wymiarze zdominowanym przez ciągłą kalkulację i porównywanie jest jak na przysłowiowe lekarstwo. Coś zostało odmienione, tam w samym rdzeniu, w esencji i bardzo powoli jednak metodycznie będzie się przedzierać przez cały ten ściek ku prawdzie, ku drodze, ku życiu. Pirat to wiedział. Ucałowali jej zarumienione policzki, po których wciąż płynęły łzy, uścisnęli spracowane, zmęczone dłonie. Zostawili 108 polskich złotych i ruszyli przed siebie w kwadraturę zapętlonego świata.

Na ulicy Pabianickiej była awaria sygnalizacji świetlnej. Migało żółte światło, od czasu do czasu słychać było rozdrażnione wrzaski klaksonów. Było więcej powietrza, więcej światła, jednak nikt prawie tego nie zauważył, wszyscy gdzieś szli, gdzieś jechali. Tramwaje monotonnie kołysały się na torach jeżdżąc od krańcówki do krańcówki po tych samych pordzewiałych torach, mijając te same przystanki – dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, rok po roku.

Cały czas.
To samo.

Maja mieszkała w szarej odrapanej kamienicy. Na parterze. Zaraz obok jej drzwi, które w zasadzie były wyjściem do nieistniejącego ogrodu, była wjazdowa brama ze znakiem, jakby inaczej „zakaz wjazdu” biały prostokąt w czerwonym kole w towarzystwie plemiennych kibolskich tagów. Jude ten, jude tamten, jude, jude, jude. Napierająca ze wszystkich stron Zagłada Wrażliwości. Wylane na wszystko popłuczyny. Nad wejściem grał wietrzny dzwonek poruszany niedotykalną siłą. Prepersowi i Piratowi podobała się ta melodia, która miała swoje akcenty dramatyczne jednak była delikatna. Oddech przestrzeni był dziś spokojny. Wierzeje ozdobione były witrażem ukazującym chłopca w czerwonej czapce dającym małej dziewczynce żółty kielich z białym kwiatem. W tle były żółte domy z szarymi dachami, niebo było błękitne. Niemalże można było poczuć zapach tego kwiatu, to było lekkie, beztroskie. To było Piękne. Pozbawione jakiejkolwiek dwuznaczności. Czyste.
Treść wpływa na umysł i wyzwala potencjał. Ordynarna niedbała przestrzeń pozbawiona harmonii, estetyki, smaku i dbałości staje się martwą i negatywną zaczyna tworzyć nisko wibracyjne zamulające pole, ponieważ nic nie jest samo w sobie i samo dla siebie, absolutnie wszystko jest współzależne i wzajemnie uwarunkowane. Zaśmiecona przez nas Pierwotna Przestrzeń stała się Grzęzawiskiem, pozbawionym życia sztucznym zarosłym chwastem jałowym polem. Oddzielasz się wyobrażoną granicą od „świata zewnętrznego”, czy tą granicą jest twoja skóra, czy wewnątrz jest „twój świat”? Twój, mój, jego, jej…TO nie ma tak naprawdę żadnych granic. Żadnych. Forma jest jedynie skondensowanym do pewnych granic Wyobrażeniem, ciągle powtarzanym nawykiem Określonego Postrzegania najczęściej nie potrafimy widzieć w sposób wielowymiarowy, ponieważ tak zwane „zjawiska” łączą się na niezliczoną ilość sposobów, mamy w mózgu wyżłobione koleiny neuronowe, utrwalony „mentalny porządek”, który w swojej esencji jest chaotyczną reakcją na impuls powstających myśli i pozornie logicznych ciągów myślowych na podstawie których tworzymy wyobrażenie świata, wierząc w jego fizyczną solidność, w jego trwałość, w jego realne istnienie. Jednak kiedy uważnie prześledzimy ten neurotyczny strumień świadomości odkryjemy, że w istocie nie ma tutaj absolutnie żadnej podstawy, żadnego fundamentu, czy pierwotnej mitycznej pierwszej przyczyny. Esencja jest pozbawiona formy, zapachu, koloru, wagi, miejsca skąd przychodzi i miejsca do którego zmierza. Na końcu eksperymentu badacz odkrywa, że to co badał przez cały ten „czas” jest on sam, że podmiot i przedmiot badań są poza jakimkolwiek rozróżnieniem. Tak naprawdę nie możesz nic z tym „zrobić”, nie możesz tego unicestwić, zbrukać, zanieczyścić. Możliwa jest tylko apokalipsa formy tak zwane dramatyczne przeprogramowanie matrycy. Reset błędnego kodu. Korekta. Dlatego zawsze zarządzamy tutaj jedynie iluzją, mają, marą. To jest najbardziej absurdalny „grzech pierworodny” wiara w realność rzeczy i zjawisk, choć każdy przecież sam dobrze wie, że w jego fizyczna forma jest umową najmu od której tak zwany system całe twoje życie nalicza podatek od odchodu. Od początku każdy wie, że jest jedynie chwilą, jednak pomimo tego zachowujemy się jakby było tutaj coś do „ugrania”, krótkotrwały nietrwały sam w sobie komfort, poczucie iluzorycznej władzy nad urojeniem – jeżeli z tej perspektywy spojrzysz na tak zwaną Władzę rozpierdoli cię twój własny śmiech. Dlatego tak naprawdę niczego nie możesz się bać, nie musisz jebać systemu, bo tak naprawdę nie ma czego jebać, bo to już od samego swojego porządku jest samo w sobie z samego założenia pojebane. Nie ma różnicy między jebiącym a jebaniem, a jebiąc system jebiesz sam siebie, bo to ty jesteś systemem. To jest ukryta wada fabryczna tak zwanych buntów, rebelii, rewolucji, które kiedy przyjrzysz się uważnie nigdy niczego nie zmieniają na lepsze, bo problem nie tkwi w organizacji struktury, problem tkwi każdej pojedynczej części składowej, owszem możemy to poprawić strukturalnie jednak zawsze wcześniej czy później wraca do swojej patologicznej formy.

Jedyne co możesz zrobić to rozpoznać jaki jest kod bazowy, czym jest biologiczny program, bo okazuje się, że w istocie zarządza nami coś co jest zupełnie poza naszą kontrolą. Mózgogłowie ma swoje własne plany, swoją Agendę. Jest kolektywnym pozbawionym wrażliwości i współczucia bezwzględnym Programem Przetrwania, tam nie ma żadnej moralności jest czysta nie rozcieńczona najmniejszym dylematem Eksploatacja. Powszechny kult samic i samców Alfa. Powszechne uwielbienie dla Zwycięzców, którzy tak naprawdę są niczym innym jak pozbawionym skrupułów drapieżnikami. Najbardziej „zdrowy” materiał genetyczny jest z pewnej perspektywy sterylnym absolutnie okrutnym zerojedynkowym kodem, który stwarza i nagradza pozbawione empatii, skrajnie narcystyczne jednostki psychopatyczne, które otaczane są kultem przez zaprogramowane uległością nieświadome masy ludzkie.

To tak naprawdę jest istota Władzy.
To psychopatologia.

Mamy spierdolony kod genetyczny. Źle skonfigurowany transfer danych przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Dlatego zawsze traktowaliśmy tych, którzy go przekroczyli jak wynaturzenie, błąd, jak bezdomne genetyczne psy pozbawione rodowodu, które były tropione i zabijanie, a każdy najmniejszy ślad zacierany. Otaczaliśmy kultem tyranów, morderców krwią zapisana jest historia tego gatunku, wyrażona krzykiem, przypieczętowana cierpieniem. Stworzyliśmy Królestwo na nasz własny Obraz. Dwanaście pokoleń i bazowy kod zapisany w Księdze Genetycznej, linie zatrutej jadem krwi. Psychopatyczne samce alfa zapładniające tysiące kobiet, przychodzące na świat pozaludzkie hybrydy, pozbawione serca mechanizmy sterujące, całe pokolenia zimnokrwistych morderców. Religia zawsze była Szczytem Władzy, absolutyzmem Programu jego macierzą, pierwotnym Nośnikiem. Dominacja oparta jest na Strachu przed ostatecznym Potępieniem. Upadkiem, z którego nie ma już powrotu. Bez względu na swoje nowoczesne upodobania, zauroczenie wschodnią mistyczną myślą, popularność kolorowego New Edge ubranego w parciane spodnie, dźwięki gongów, mis tybetańskich (które wcale nie są tybetańskie), masaże kryształami, „tantryczny” seks ten pierwotny zapis – program tam jest i przyjdzie do ciebie w momencie kiedy już zmęczony duchową zabawą opadniesz z sił i zatęsknisz za tak zwanymi korzeniami, ponieważ odechce ci się być już przebierańcem. Wtedy, być może ujrzysz tak zwaną Prawdę, która wcale nie będzie przyjemna, lekka i mistyczna. Będzie zwyczajna, przyziemna i brutalna.

Prawdziwa duchowość jest pozbawiona „duchowości”. To nagie ciało obdarte ze wszystkiego. Czyste mięso. Warunek poprzedzający warunek, umowa poprzedzająca umowę, dług poprzedzający dług. Nieskończona ilość warstw. To jest konkretna praca do wykonania, swoimi własnymi rękoma, rozpoznanie swojej prawdziwej sytuacji, powrót z dalekiej egzotycznej przygody, obdzieranie zakodowanych wyobrażeń jak narośli, jak warstw sztucznej modyfikowanej genetycznie skóry. Zbroi. Muru. Granicy. Każdego za i przeciw. Prawdziwa Moc zawsze tkwi po prostu w Prawdzie. Nie w tej jedynej ostatecznej, prawdziwie prawdziwej. Ale w prawdzie każdego momentu, każdej sytuacji. Nie w ceremoniale, okultystycznej egotycznej „magii”, nie w manipulacji energiami, nie w tej czy tamtej tradycji, sekcie, zakonie, ideologii, kiedy jesteś w Prawdzie możesz użyć wszystkiego, każdej religii, filozofii, systemu politycznego, wzoru matematycznego, ponieważ nic z tego tak naprawdę nie jest prawdziwe, to tylko forma nic więcej. Jest pusta, pozbawiona esencji, ale pomimo tego działa. To właśnie jest największa z tajemnic, której nigdy nie odkryjesz, bo to czyni to wszystko możliwym. Nie możesz udowodnić Prawdy, ale nie możesz jej zaprzeczyć. To koniec umysłu. Krańcówka. Ostateczna pętla intelektu. Prawdziwa Śmierć.

Pirat i Prepers właśnie byli w takim polu informacyjnym. To po prostu jest zapisane w przestrzeni w każdym czasie i w każdym miejscu. Problemem jest dostęp. Zapukali w witraż za którym był inny magiczny świat. Wymiar alternatywnego istnienia. Coś czego w kwadratowym świecie po prostu nie grają, inna płyta, inna melodia, inny nośnik. Pole Mocy Wiedźmy. Przywitał ich jej czarujący uśmiech, była ucieleśnieniem wiosny, jej energia była tak radosna, że z miejsca twój stan świadomości budził się na bezkresnej spowitej mgłami poranka łące pełnej najpiękniejszych kwiatów tej ziemi, pachnących dzikich ziół, pól pełnych dorodnych owoców i warzyw, absolutnie wszystko odzyskiwało lekkość, delikatność, to był stan błogości. W tej odsłonie natura nie była krwawym pozbawionym empatii programem, była bezkresną żywą istotą, która z jednakową troską traktowała owada, zwierze i człowieka, absolutnie wszystko miało tu swoje miejsce, swój sens i cel istnienia, którym było przecież samo życie – ten Wielki Dar. Miała na imię Maja i była naprawdę piękna, stała w progu a jej nasycone światłem głębokie zielone oczy iskrzyły emanując i przekazując zarazem życiodajną energię. Była jak elektrownia atomowa ukryta w tym drobnym ciele. Pirat zastanawiał się w jaki sposób udało jej się zachować taką czystą kreatywną moc w tym wydrenowanym do cna zmechanizowanym wymiarze.

Subtelnym gestem szczupłych ozdobionych pierścionkami dłoni zaprosiła ich do środka. Mieszkanie było zaskakująco duże, to była dzika dżungla, pełna różnorodnych roślin, czuli się jakby wylądowali na nieznanej planecie w samym środku bukietu pachnących kwiatów skomponowanych przez samego Boga. Tyle było tutaj gracji i wdzięku, niewinnej zalotności, że Pirat i Prepers potrzebowali dłuższej chwili na integrację takiej potężnej dawki radości i kompletnego braku tej lepkiej mazi. To jest tak jakbyś nagle znalazł się w czymś tak odmiennym energetycznie, że twój system jest w stanie szoku. Przez chwilę procesor zamula, ponieważ musi trawić zupełnie inny rodzaj danych. To nie są binarne komendy tak / nie, 0/1 – to wielowymiarowy hybrydyczny pierwotny kod, zapis czystego światła. Księga Blasku.

Dlatego Maja Frej nie musi nic robić, wystarczy, że jest. Pracuje tylko analogowo, nie używa komputerów, smartfonów, drukarek, faksów, bo w jej obecności to wszystko przestaje po prostu działać, staje się czymś zupełnie bezużytecznym. Nie obsługuje dzieci Merkurego, firm Bogini Industria – niczego co ma niejasne, dwuznaczne intencje, niczego co zrodziło Mózgogłowie. Pomaga tylko tym co się już przebudzili ze snu własnej ignorancji i są w służbie Istnieniu. Jest autentyczną inkarnacją Świętej Matki. Kimś z Innej Żywej Przestrzeni, niewidoczna dla Automatonów, ukryta i nieczytelna dla Systemu, nie figurująca w żadnym rejestrze, ewidencji. Bez numerów seryjnych Korporacyjnej Monokultury. Taka była jej matka, jej babka i jej prababka i tak do samego Źródła – Maja Frej jest Funkcją, czymś zupełnie poza osobowym. Nie wiem czy byliście kiedyś w naprawdę Świętej Przestrzeni, która jest czystą Potężną Obecnością doprawdy ciężko to opisać, można przypomnieć sobie swój najpiękniejszy, najbardziej beztroski dzień życia, pozbawiony najmniejszego nawet zmartwienia, obawy, lęku i podkręcić potencjometr na full i nawet to nie odzwierciedla tego stanu. To przekracza zmechanizowane pojęcie.

Świat nie jest matematycznym zimnym wzorem, góry nie są trójkątami, chmury nie są kołami – „świat” nie istnieje, to kolektywna symulacja naszych umysłów oparta na zgromadzonych w jej części magazynującej wrażeniach. To się jakby odtwarza z zapisanej niezliczoną ilością danych serwerowni – czarnej skrzynki całego tego przelotu, który trwa od mniemającego początku czasu, od kiedy umysł oddzielił podmiot od przedmiotu i wytworzył złudne poczucie osobnego istnienia – podmiotu lirycznego tworzącego zarazem coraz mniej poetycką baśń fantastyczno – naukową, której zadaniem było ciągłe neurotyczne potwierdzanie, że istnieje i w zasadzie ten wbudowany we wszystko pierwotny lęk, to nagłe lodowate ukłucie pośrodku bezsennej nocy, spazm przerażenia przychodzący nagle i niespodziewanie w najmniej odpowiednim momencie, kiedy wszystko pozornie jest pięknie – to jest właśnie to przerażające przeczucie, że być może wcale nas nie ma. Niema prawda ukryta za tym wszystkim. Ostateczne rozwiązanie kwestii ludzkości. To jest prawdziwa przyczyny każdego cierpienia, każdej bestialskiej wojny, bezdusznej korporacyjnej mentalności posiadaczy, która tworzy na tym świecie realne piekło segregując ludzi jak śmieci, to jest źródło każdego gwałtu, mordu, kłamstwa, kradzieży – Poczucie Separacji, zindywidualizowana jednostka chorobowa – agresywny wirus skrajnego egoizmu. Stworzyliśmy kulturę, która upaja się tym do kompletnej utraty poczytalności, nasyca wszystko tym zaklęciem, tą klątwą wmawiając nam, że najważniejsze ze wszystkiego jest nasze „własne osobiste” szczęście, poczucie „naszego” spełnienia, realizacja „indywidualnych” marzeń za wszelką kurwa cenę.

I teraz kredyt się skończył.
Musimy płacić.

Doszliśmy do karmicznego punktu zwrotnego, równonocy świadomości. Przesilenia wrażeniami. Zaćmienia mózgu. Pomroczności Jasnej. Czwartej linii 63 heksagramu Księgi Przemian. Trzynastej karty Tarota. Rozpadu Królestwa.

Maja parzy herbatę z pokrzywy w swojej bajkowej kuchni i z uśmiechem patrzy na nas. Na mnie, na ciebie, na niego i na nią, na ja, mnie, moje. Fabuła się rwie, a bohaterowie przeżywają bolesny kryzys tożsamości. Jednak tam pod tym wszystkim coś cię rodzi, coś kwitnie, w powietrzu czuć zmianę. Ona o tym wie i cicho szepcze:

-Jak byście się nie starali, nie jesteście w stanie zniszczyć życia, możecie jedynie zniszczyć samych siebie.

Czy to jest wasz wybór?

ANALOG

KOŚCIÓŁ I RATUSZ

Galeria

Niechaj więc rozwinie mądrość

Ten, kto pragnie usunąć cierpienia.

Śantidewa, Bodhicaryavatara


JASNOŚĆ 

Moc jest głęboko ukryta. Jej naturą jest Jasność – Blask, który potrafi przetransformować każdy negatywizm w Mądrość. Jak pisał Antoine de Saint-Exupéry: „Dobrze widzi się tylko sercem, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.” Kiedy rozpoznajesz naturę tej uwarunkowanej rzeczywistości i jej dewolucyjną – anihilacyjną dynamikę, której nie sposób już powstrzymać zaczynasz „iść pod prąd”, tego czym ten świat żyje i w czym się pogrąża. Nazwane jest to wejściem w strumień. To wymaga nagromadzenia Mądrości, która jest twoim pulpitem nawigacyjnym i zarazem kompasem. To wyznacza kierunek i stanowi niewyczerpane źródło inspiracji oraz ochrony. Sztuką jest zagłębić się w oceanie absurdu, by szukać w nim głębokich transformujących prawd i nauk, ponieważ „negatywizm” jest nawozem wglądu i wiedzy, błotem z którego wyrastają piękne kwiaty i co najważniejsze znika lęk. Nazwane jest to nieustraszonością Sotera. Mieć odwagę myśleć, czuć i mówić swoim sercem jest najwyższym aktem szczodrości – pierwszą paramitą

Analog jest zarazem starożytną wiedzą duchową – czymś co nigdy nie traci na aktualności, ponieważ wskazuje prawdę o naszym stanie i naszej kondycji odwiecznego uwarunkowania przez formę, przez odczucie, przez percepcję, przez koncepcję – umysł / świadomość. Jednak wszystko to w swojej esencji jest puste i pozbawione rzeczywistej podstawy. Materialistyczna nauka dochodzi do tego samego punktu, co wglądy prawdziwych duchowych mistrzów – jednak tego nie doświadcza jedynie opisuje, a jak wiemy mapa to nie terytorium. Urzeczywistnienie tego wyzwala nas z lgnięcia i uwarunkowania przez Formę i to jest nazwane Pierwotną Anarchią – Wolnością od Destrukcyjnych Programów. Konsekwencją tego wglądu jest specyficzny rodzaj samotności. To jest moment Jasności. Tak zwane Pierwsze Przebicie przez zasłonę ułudy. Wówczas widzimy, że nie może być i nigdy nie było boga – kontrolera w absolutnym sensie – dlatego wyzwolenie jest możliwe i zależy wyłącznie od nas. Rolą Sotera jest wyzwalać z warunku i ukazywać przebłyski innego świata i innej rzeczywistości. Zagłębić się jednak nie utonąć. Odnaleźć swój własny autentyczny język i sposób przekazu którego zadaniem jest hakowanie samsarycznego algorytmu Maszyny – Koła. Nazwane jest to Prawdą Względną i Prawdą Natury. 

Prawda względna – prawda Maszyny. Coraz bardziej zagmatwany i chaotyczny misz – masz skonfigurowany podług chwilowych impulsywnych trendów i wzorców, których rolą jest bezustanna eksploatacja i dominacja – przytłoczenie. Zaszczuwanie ludzkich zwierząt – niewolników do zagród materializmu i drenowanie z energii i zasobów poprzez psychopatyczno – narcystycznych szakali. Populistyczny rzyg w dominium głupoty. Sadystyczni imbecyle w garniturach na wiecach i debatach w limuzynach i odrzutowcach. Władcy Much. Smak i zapach gówna – woń unosząca się dosłownie nad wszystkim co przepływa jak ściek przez Kabel – Babel. Wszystko staje się pozorem i odwołaniem do czegoś co już nie istnieje – jest tylko hasłem / sloganem. Martwym ciągiem liczb maszynowego języka komend, które poruszają sformatowane podług destrukcyjnych wzorców bezwolne apatyczne masy. Kiedy brak jest Jasności i Wglądu spoza powszechnej automatyzacji, kiedy brak jest prawdziwej refleksji, kiedy brak jest zdolności zatrzymania w mechanicznym spektaklu schematów i nałogów – sztuczna rzeczywistość żyje tobą i tobą tańczy jak kukłą. Za sznurki pociąga głupota i ignorancja, kompulsja i pożądliwość, strach i nadzieja. Za łańcuchy pociąga Mara – Pan Złudzeń i Yama – Władca Śmierci. W dybach doby noc po nocy i dzień po dniu, godzina za godziną w nędzy szukania absurdalnego spełnienia, które okazuje się krótkie jak splunięcie w nicość. 

Mądrość jest prawdziwą Kapłanką. 

Magiem jest skuteczna Metoda. 

Poza konstruktem archetypu istnieje niezniszczalna esencja, która przybiera różne formy nawet takie którymi gardzisz – dlatego forma bywa zwiedzeniem bez Mądrości. Nie możesz rozpoznać jej prawdziwej funkcji. Kiedy przejawia się w tobie prawdziwa wolność rozpoznajesz, że nic do niczego nie należy i nic niczego nie określa w sposób absolutny, dlatego możesz hakować znaczenie i funkcję programów – zmieniać parametry własnej gry i postaci. Notorycznie wychodzisz z roli i łamiesz zasady tak zwanej społecznej deterministycznej fabuły, która tak naprawdę jest zaprogramowana i sztuczna. Stworzona przez demiurgów systemu ograniczeń; Czarnych Magów. Być w swojej prawdzie – to być samotnym. To w żaden sposób nie jest uniwersalne i powszechne. Kiedy jesteś prawdziwy nie możesz być popularny, bowiem nie ma w tobie nic atrakcyjnego dla mas ludzkich i ich kolektywnych programów. Nie rezonujesz z komorami echa i nie uczestniczych w masowych napięciach – podpięciach. Nie czujesz się częścią skłóconych plemion, ponieważ widzisz, że wszyscy jesteśmy uwarunkowani przez poglądy, przesądy, uprzedzenia i wyobrażenia. Szukasz istoty rzeczy. Esencji. Zdajesz sobie coraz bardziej sprawę, że to wszystko – cały ten spektakl – trwa bardzo, bardzo krótko i w pewnym sensie staje się obecnie coraz bardziej spektaklem szaleńców.

Dobre życie pozbawia nas złudzeń. Jednak daje coś w zamian. Daje zaufanie do siebie i swojej drogi, do schronienia w naszym sercu. Rodzi się w nas prawdziwa Pogoda Ducha i mamy coraz więcej momentów Jasności i Przebudzenia. Doświadczamy wzruszenia nad światem nad losem istot, nad wciąż obecnym pięknem. Kiedy patrzysz na to wszystko z dystansem i akceptacją widzisz coraz więcej dobrych i wartościowych rzeczy o które warto się troszczyć. Stajesz się istotą czułą i cenisz delikatność, która musi tak bardzo się chronić przed okrucieństwem i głupotą. Dobro i wrażliwość zostały w tym świecie zaszczute przez panoszący się agresywny strach udający autorytet. Skorumpowana władza mrocznego królestwa pozoru siły i panowania, która musi upaść.

To jest nieuniknione. 

Kiedy Dobro jest Obecne w twoim sercu – wówczas prowadzi cię przez tą ciemną dolinę do Światła i Miłości która kocha wszystko bez wyjątku i oddycha wdzięcznością. Łaska jest tym właśnie stanem wdzięczności za każdy oddech i każde doświadczenie, które otwiera nasze serce i daje nadzieję. Tak naprawdę Duch nigdy nas nie opuszcza kiedy jest w nas Żywa Wiara. Kiedy jest w nas Wrażliwość. Jednak takie doświadczenia wynikają z nagromadzenia pozytywnych wrażeń i kumulacji dobrej karmy. Dlatego mamy ich coraz mniej. Dlatego ważne jest, aby rozwijać miłującą dobroć i wyrażać dobre życzenia. Cieszyć się kiedy komuś dopisuje szczęście i współczuć tym którzy w swoim zagubieniu i ignorancji krzywdzą i niosą cierpienie sobie i innym. Być po stronie Jasności to życzyć Dobra wszystkim wszędzie bez najmniejszego rozróżnienia „kto na to zasługuje”. Zło tego świata wynika z braku rozpoznania pustości zjawisk i braku ja. Nawyk wiary w trwale istniejący byt rodzi z siebie „ja, mnie, moje”, którego mechanizmem sterującym jest strach przed śmiercią i bezustanne pragnienie szczęścia czasem „za wszelką cenę”. Miłość „romantyczna” ukazuje nam swoje drugie oblicze nienawiści, kiedy ktoś nas krzywdzi, albo nie daje tego czego chcemy. Dlatego nauka o nietrwałości jest najlepszym antidotum na lgnięcie i przywiązanie. To lekarstwo na szaleństwo tego świata. 

Ludzkość jest dziś jak śniący na jawie, uwięziony między fantazjami snu a chaosem prawdziwego świata. Umysł szuka, ale nie może znaleźć dokładnego miejsca i godziny. stworzyliśmy cywilizację Gwiezdnych Wojen, z emocjami z epoki kamienia łupanego, średniowiecznymi instytucjami i boską technologią. miotamy się. Jesteśmy strasznie zdezorientowani samym faktem naszego istnienia i stanowimy zagrożenie dla siebie i reszty życia.

Edward Osborne Wilson – amerykański biolog i zoolog, znany głównie ze swoich badań nad entomologią, ewolucją oraz socjobiologią.

Jasność jest Przytomnością w tym jaka jest prawdziwa kondycja świata w jakim żyjemy. W Księdze Przemian jest mowa o zanurzeniu w smutku, to uczucie musi być w nas obecne, kiedy w sposób świadomy jesteśmy tutaj w tym – co się z tym światem dzieje i co w tej post – rzeczywistości dominuje jako wzorce. To oznacza, że bez złudzeń postrzegamy kierunek istot ludzkich do samo – zatracenia i upadku. Rozumiemy, że jest to doświadczenie, które wynika z nagromadzeń negatywizmu i materialistycznej ideologii, która stała się meta – wirusem Mózgogłowia. Brak prawdziwej i zdrowej duchowości opartej na ścieżce mądrości i miłości, na zaufaniu, że w życiu ludzkim jest jakiś prawdziwy transcendentalny cel, czyni z nas materialistyczne Portale Organiczne. To jest klonowanie Automatonów, które pożerają ten świat w amoku szukania chwilowego zaspokojenia. Dekadencki bal na titanicu, moralny rozkład podczas epickiej katastrofy na którą sami się skazaliśmy i do której sami doprowadziliśmy. Wynik końcowy – wyjebongo. 

Ludy tubylcze od dawna wiedzą, że zbliża się upadek ludzkiego społeczeństwa, wywołany załamaniem równowagi w przyrodzie. Wiemy to, ponieważ czujemy naszą Matkę Ziemię, ponieważ wiemy, jak słuchać, kiedy do nas mówi. Na przykład nasi mądrzy bracia Kogi od wielu lat wysyłają światu wiadomości, ogłaszając pilną potrzebę zmiany destrukcyjnych aspektów współczesnego świata. Zmiana lub całkowity upadek wydają się być alternatywami, które mamy dzisiaj.

Arkan Lushwala 

Jasność to odwieczna wiedza – Dharma, która wciąż jest w tym wymiarze dostępna. Jej części są obecne w każdej tradycji. To Żródło, które w tych czasach może być Światłem i Przewodnikiem. Wiedza jest drogą do naszego Wyzwolenia, a Wyzwolenie jest celem ludzkiej egzystencji. Promil istnień ludzkich zmierza w tę stronę. Kluczem jest Intencja, aby się wyzwolić z uwarunkowanego stanu pełnego cierpienia i zamętu. Odnaleźć i zaufać Duchowi i Żywej Nieskończonej Inteligencji. „Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce” (Ewangelia wg św. Mateusza 13, 43). Oddanie i ufność Bogu. Słowo „Bóg” nie oddaje tego co przekracza wszystkie słowa. Kiedy rodzi się w nas prawdziwe zaufanie do tego, że Duch jest w stanie nas Prowadzić wychodzimy poza struktury i automatyzmy Ego – Mózgogłowia. Transformujemy fundamentalny program Lęku na którym operuje Maszyna. Nazwane jest to odnalezieniem Boskiej Obecności. Maszyna jest zaprogramowanym Kołem Samsary – bezustannym cierpieniem wynikającym z fundamentalnych trzech korzeni: Ignorancji, Pożądaniu i Niechęci. Nasz umysł i aktywność mentalna nie jest w stanie tego zatrzymać. Musimy przekroczyć umysł oddać się czemuś większemu – Bogu, który reprezentuje Wolność i Nieskończoną Twórczość. To w nim jest Prawdziwe Życie i Moc. Ścieżka do niego wiedzie przez nasze serce. 

Jedynym ratunkiem dla człowieka jest powrót wartości i perspektywy prawdziwie duchowej. Pokora, miłująca dobroć, życzliwość i zdrowa wynikająca z wiedzy moralność mogą na powrót przekierować nas na Dobrą Drogę. Pogubiliśmy się i błądzimy w Mroku Negatywizmu próbując znaleźć chwilowe ulotne egoistyczne szczęście za cenę późniejszego i nieuniknionego cierpienia. I negatywnych skutków naszych pozbawionych mądrości i współczucia działań mamy coraz więcej. Ukazuje to stan naszej planety i nasza własna kondycja fizyczna i psychiczna. Jesteśmy chorzy i to choroba w coraz większym stopniu określa parametry naszego funkcjonowania. Zaburzenie i dysfunkcja jest już obowiązkowym wzorcem do którego musimy się dopasować. Równamy w dół. Zaburzeni i pogubieni ludzie stają się celebrytami i „bohaterami” kultury masowej. Treści takie jak to są poza obszarem zainteresowania masy ludzkiej, która chce taniej rozrywki i używki, chce się taplać w gnojowisku. Poczytna opowieść musi być mroczna i brutalna. Najlepiej sprzedaje się to, co niczemu i nikomu nie służy – jedynie sobie. „Oświeceni” hedoniści stają się tymi którzy animują i dystrybuują współczesną „duchowość” w gunie radżasu i tamasu za duże pieniądze i żyją z ludzkiej głupoty, desperacji i naiwności. Nazywam takich ludzi Czarnymi Magami i ciężko wyobrazić sobie negatywne skutki karmiczne jakie do nich przyjdą kiedy zrzuci ich już rwąca fala ignorancji. 

Jasność nie jest życiem na świeczniku, nie jest oślepiającym i przyciągającym uwagę „pięknem”. Jasność jest ukryta i niepozorna w dominacji negatywizmu. Jasność musi się chronić, ponieważ ten chaotyczny świat pozoru chce ją unicestwić ponieważ oświetla jego prawdziwą mroczną twarz. Kiedy starasz się żyć w zgodzie z Dharmą jesteś coraz mniej zainteresowany tym, aby w tej zautomatyzowanej post – rzeczywistości pozoru coś znaczyć i być kimś, ponieważ to oznacza kolaborację z Ignorancją. Oznacza destrukcyjny Układ. Kiedy kolektywne karmiczne wzorce negatywizmu kogoś promują wówczas musi on je wzmacniać i popularyzować. Wtedy ten świat o nim mówi, wtedy dostaje cały ten lepki i pozorny splendor i chwilową karierę po której przychodzi jedynie ból i cierpienie, ponieważ w istocie jest to monetyzowanie choroby. 

Bez nauk Wed, które są na­uką ści­słą, nie za­uwa­żymy sub­tel­no­ści umy­słu i jego tri­ków, które w prze­bie­gły spo­sób od­cią­gają nas od po­praw­nego dzia­ła­nia i za­uwa­że­nia pu­łapki fał­szy­wego ego, które pra­gnie zy­sków w ma­te­rii, choćby pod sub­telną po­sta­cią po­chwały i do­ce­nie­nia. Praw­dzi­wym ce­lem od­wią­za­nia od re­zul­ta­tów dzia­ła­nia jest pod­da­nie się prze­wod­nic­twu Wyż­szej Sile i chęć dzia­ła­nia dla Jej przy­jem­no­ści. Etap po­średni, ja­kim jest zro­zu­mie­nie, że nie je­ste­śmy wy­ko­naw­cami swo­ich czyn­no­ści, służy tylko przy­go­to­wa­niu się do tego po­ziomu. Samo wy­rze­cze­nie, asceza, nie są na­wet moż­liwe dla współ­cze­snego czło­wieka jako prak­tyczny styl ży­cia i nie są ko­nieczne.

Od­wią­za­nie się od re­zul­ta­tów dzia­ła­nia i do­bre kar­miczne dzia­ła­nie są i tak tylko wstę­pem do wyż­szego celu, więc istotne jest zro­zu­mie­nie – co jest głów­nym ce­lem karmy? A głów­nym ce­lem są dzia­ła­nia, które wy­ka­so­wują wszyst­kie na­sze owoce karmy – i te do­bre, i te złe. Nie ozna­cza to oczy­wi­ście, że dzia­ła­jąc w ten spo­sób, po­zba­wiamy się w wi­doczny spo­sób wszel­kich re­zul­ta­tów dzia­ła­nia, co w kon­se­kwen­cji by mo­gło ozna­czać, że po­zo­sta­jemy z ni­czym. Chęć sta­nia się tylko in­stru­men­tem w rę­kach Naj­wyż­szej Siły, która jest nam bar­dzo życz­liwa, daje nam moż­li­wość dzia­ła­nia co­raz le­piej dla ko­rzy­ści swo­jej i in­nych. Jed­no­cze­śnie uwal­nia nas emo­cjo­nal­nie od ma­te­rii i zwią­zuje z wyż­szym du­cho­wym ce­lem.

Ida Smela, Karma. Twój klucz do sukcesu

W czasie panowania Czarnych Magów – Ludzie Światła (Wiedzy) raczej nie rzucają się w oczy i w ten sposób chronią Wiedzę. Ich rolą jest zachować Przekaz, a tym samym nie rzucać pereł przed wieprze, ponieważ nic tak nie niszczy Nauk jak brak szacunku ze strony ludzi, którzy używają ich jedynie w egoistycznym celu. Większość duchowych „guru” w obecnej epoce jest właśnie takich. Dlatego wymaga ogromnej Mądrości zdolność rozpoznania autentycznego Mistrza i Nauk. Jest to obecnie wyjątkowo trudne, ponieważ siła Ignorancji rośnie z dnia na dzień. Możemy to widzieć coraz wyraźniej od polityków, po religię i kulturę. Dlatego kiedy dostaliśmy przekaz Autentycznej Dharmy naprawdę warto go chronić i otoczyć miłością i szacunkiem, ponieważ wraz z nim mamy szansę na Wyzwolenie. 

ANALOG

ANALOG # 35

Galeria

ŁKS nie czyta książek.

Z łódzkiego muru.

ŻYR*

W „Analogu” dzień jak codzień. Robota na kuchni to nie jest biurowa lanserka (gadki szmatki o niczym dla nikogo podlewane kawą w ekspresu i urozmaicone mentolowym papieroskiem z psiapsiułką co obrobi ci dupsko za pierwszym zakrętem). To czysty metafizyczny zapierdol. Nie ma jazgotu telefonów i tych debilnych dzwonków i powiadomień z fejsa, insta i tik toka. Nie ma wi – fi, hi – fi i hi – tech, bo to wszystko skończy się jak w czarnym lustrze, albo jeszcze „lepiej”. Na drzwiach przed wejściem do knajpy wisi informacja, że nie wejdziesz, nie zjesz i nie popierdzisz w barowy stołek, póki nie wyłączysz swojego zasranego smartfona. Ten nowy, co przyszedł, nie może tego pojąć. Ma problem kiedy z bólem dupy wygasza swojego samsunga. Nie rozumie złotej zasady. Jego komóra leży teraz jak trup na dnie drewnianego pudła po bengalskiej herbacie. Może mieć ze dwadzieścia trzy lata, może ciut więcej. To jego dzień próbny. Na zmianie jest John na którego wołają Flapjack i przyjechał do Łodzi z Detroit w stanie Michigan dobre kilka lat temu. To potomek jednego z łódzkich baronów bawełnianych, pradziada Melchiora, który sprawił, że John odziedziczył całą kamienicę przy Placu Wolności w której właśnie dzieje się cała ta akcja lub jak to się teraz mówi Projekt. John jest (jak przystało na Amerykanina) dość dogłębnie wyluzowany, ma ten flow umysłu i kończyn, który dla przeciętnego często sztywniutkiego zalogowanego w aplikacji „polska” homo poles sapiens sapiens jest poza zasięgiem możliwości, bo ma genetyczny smutno katolicko – ofiarniczy wszczep w łańcuch DNA i w gruncie rzeczy boi się sam siebie dlatego z taką namiętnością nienawidzi wszystkiego co inne.

Młody Nikodem vel Ultras został tu przysłany w wyniku bliżej nie znanych Johnowi okoliczności za sprawą Pirata i Prepersa. Miał na sobie jubileuszową koszulkę ulubionego piłkarza (zawsze ją zakłada na specjalne okazje) napastnika ukochanej drużyny jednego z dwóch łódzkich klubów piłkarskich, których kibole notorycznie robią z tego miasta Bejrut z lat osiemdziesiątych. Pałki, noże, kastety, teleskopówki, bagnety, siekiery, łańcuchy, nawet maczety, ze sprzętem, bez sprzętu – zawsze wierni. Religia to religia, żartów nie ma, co najwyżej wpierdol. Jeden legendarny wojownik o ksywie „Jebać psy” nafukany spidem i ruskim winem musującym uprowadził kiedyś tramwaj i został najbardziej znanym motorniczym w historii miasta. O sprawie było głośno w łódzkiej prasie. Trasa była krótka, bo dojechały go suki na sygnałach, było radosne pałowanie i migdalenie chodnika na wysokości ówczesnego kina Kapitol. I tak „Jebać psy” został żywą legendą, którą kiedyś Nikodem miał nadzieję przekazać swoim dzieciom przed pierwszym wejściem na stadion.

-Jak ty bro masz na name? – rzucił John.

-Że co kurwa?! – odpowiedział mało pogodnie Nikodem vel Ultras.

– No imię twoje ty jakie have?

-???!!!

No dobrze, rozmowa się nie kleiła i młodzieniec patrzył małymi cwanymi szparkami zdziwiony i rozbawiony na pierwszego spotkanego w swoim krótkim i burzliwym życiu jankesa, który w swojej head próbował poskładać polsko – amerykańskie myśli w sensowny komunikat z mizernym jak widzimy skutkiem. Myślał, myślał i wymyślił, że zawoła z zaplecza kogoś do pomocy, a tym kimś okazała się Aniela – dość zjawiskowa młoda pankówa weganka w fazie neoficko – radykalnej jak to zazwyczaj ma miejsce kiedy gówniarze myślą, że jak zmieniają poglądy i style życia to zaraz cały świat ma paść u ich stóp. Aniela nie mogła uwierzyć w to co widzi, bo stał przed nią jakiś kurwa kibol o typowo tępym ryju i poliestrowych dresikach z lampasami.

-Endżela ty ask ten ziom jakie ma name i explain to him, że ja jestem chef na jego trial day – powiedział do Anieli John.

-On się pyta, i jakbyś nie wiedział jest Amerykaninem, jak masz na imię? Co chyba nie trudno załapać! -Chyba, że jest się debilem tak jak ty – wywarczała do Nikodema Aniela.

-Mam na imię Nikodem i nie jestem debilem.

Aniela nie uwierzyła Nikodemowi, że nie jest debilem, ale uwierzyła, że jest Nikodemem i powiedziała Johnowi, że Nikodem jest Nikodemem. John entuzjastycznie powtórzył:

-Nick ooo…damn, how cool is this. Nick będzie twój Nick. Fantastycznie! how are you doing Nick?! Ja jestem so glad you came here. – Flapjack pokazał vel Ultrasowi ten happy smile.

Sejsmiczne filologiczne rozjebanie mózgu, szkoła angielskiego metodą mindfuck’u. Jeszcze raz witamy w „Analogu” welcome to the adventure! Odłącz kabel! Zdejmij knebel! Żyj!

Coś tutaj było inaczej niż wszędzie gdzie Nikodem kiedykolwiek był. Świat z innego świata ukryty za drzwiami z neonem pulsującego serca. Jego twardy dysk Ducha ulegał defragmentacji, tworząc nowe partycje. Nowy kod nadpisywał ten stary okrutny program samozniszczenia i działo się to poza udziałem, poza kontrolą zmechanizowanej sztucznej świadomości, która była jak zwierze zamknięte w klatce pełne strachu i agresji. Wszystko odbywało się coraz szybciej, bo czasu było coraz mniej. Świat umierał pozbawiony wyobraźni i czucia. Zaszczuty przez najniższe instynkty gadziego obwodu Mózgogłowia.

Nikodem był produktem, towarem tego konającego świata, podobnie jak to miasto. Pandemonium, cały ten zaplanowany do najdrobniejszego szczegółu spektakl Czarnych Magów ich bezwzględne warunkujące Klątwy zaklinające od stuleci ludzkie umysły w Zamkniętym Obiegu Warunku. Masowa kolektywna karma niewolników żerujących na własnych słabościach i samopotępieniu skazanych na ciągłe odradzanie się w tej samej dusznej matrycy bez końca powtarzanych wzorców.

Świat zaprogramowanego mięsa, które samo siebie pożera i rodzi. Byle przetrwać. Jeżeli widzisz TO jasno i wyraźnie jesteś tutaj z nami, wrodziłeś się w ten wymiar by pomóc temu światu, złamać klątwy, otworzyć Przejścia. Wybudzać z Hipnozy. Jesteś Magiem. To co robimy musimy uczynić żywym, wypełnić Mocą i nadać kierunek. Po TO tu jesteśmy. Wykorzystać swój Dar, tą jedyną w swoim rodzaju zdolność, która nie jest w żaden sposób zapożyczona, wyuczona czy zaprogramowana przez ten kwadratowy system. Dar jest jak meteoryt spadający z gwiazd wypełniony tajemnicą, którą tylko ty możesz odgadnąć kiedy nadchodzi czas. Ten czas jest teraz.

Teraz.

System operacyjny Mózgogłowia to zero – jedynkowy świat ograniczeń zimnego wykalkulowanego pragmatyzmu nakazujący ciągłą walkę, która nigdy nie może się skończyć. Tak zaprogramowane istnienie wciąż się rodzi i umiera i czyni to zupełnie nieświadomie. Jest ślepym losem – programem. Zniewoleniem.

Nikodem nie wiedział jeszcze, ale TO wiedziało przebijając się przez te wszystkie zapory i zasieki, pole bitewne substancji szarej, łamiąc pieczęć prastarej wiedzy ukrytej głęboko poza sztuczną wyhodowaną osobowością klatki – ofiary w której zamknięto czyste światło świadomości, która teraz się budziła w sposób radykalny i nieunikniony. To był ten czas, kiedy nadchodziła realna szansa odrodzenia się ludzkiego ducha na niespotykaną dotąd skalę, łamiąc klątwę uległości. Dlatego chcieli to zaszczuć, wykarmić ekstremalnym strachem, przerażeniem – rzucić was na kolana, sprowadzić do parteru. Zniwelować do nędzy skomlejących zwierząt błagających o jałmużnę za cenę życia. Jednak takie życie nie jest życiem. To smutny rozrywający serce los niewolnika, który został zaprogramowany by chodzić w koło, w koło, w koło. Takie życie kończy się nieopisywalnym bólem wstydu i pogardy wobec samego siebie. Taki los jest Piekłem.

W jego sercu przebudziło się „coś” co było tam od zawsze i jest na zawsze. „Coś” co nie zna lęku. Nie możecie tego karmić swoim zmodyfikowanym pokarmem strachu i przerażenia w tej wielkiej nieskończonej restauracji śmierci i zniszczenia, której menu składa się z Ducha, którego mordowaliście na niezliczone sposoby przez całe tysiąclecia – by nas karmić Upadkiem. W koło, w koło, w koło. Ten „świat” został zdominowany i zawładnięty przez Mrok, który uczynił z istot czujących jedynie pokarm, a je same uczynił bestiami, które bez ustanku pożerają się wzajemnie w nieskończonym Cyklu Warunku.

Jednak kiedy przestajesz już się bać śmierci i rodzi się w tobie opór, którego nie sposób złamać, bo nie wynika z twojej chwiejnej i wylęknionej osobowości, nie jest częścią napisanego przez psychopatów scenariusza, jest w istocie tym co sięga samego rdzenia tego co nie ma początku i nie ma końca, wówczas te detektory pogardy nie mogą cię wyczuć. Znikasz.

Wtedy możesz rozpoznać, że wszyscy mieszkają w kulach. Te kule to interaktywne symulacje. Zmechanizowane cybernetyczne więzienie gdzie odżywiamy się zawartością naszych umysłów, ciał i jakością naszej energii. Odżywiamy sami siebie tym co w nas jest. Dlatego póki szukasz winnych swojego stanu będziesz bez końca żył w tej kuli, w tym więzieniu samego siebie, wyjąc i ujadając w nicość. Stajesz się tkanką Mroku. Bezwolną biologią. Ciałem które jest skazane na agonię i zapomnienie, bo wszystko w czym pokładasz nadzieję w tak beznadziejnym Układzie okaże się Kłamstwem. Niczym ponad to. Musisz ujrzeć Konstrukt. Rozpoznać Klątwę. Być świadomym Programu. W istocie chodzi o Rozpoznanie Siebie poza Konstruktem, poza Schematem, poza Warunkiem.

Czym się żywisz ?
Co pożerasz ?
Z jakim skutkiem ?

Czy znasz miejsce gdzie jest prawdziwy spokój i miłość ?

Potrafisz tak żyć ?

W tobie istnieje już teraz potencjał Nowego Świata. Prawdziwy Pokarm, który uzdrawia i wyzwala.

——-

*Żyr – w łódzkiej gwarze jedzenie, pokarm

ANALOG

ŻYR*

Galeria

Umysł poprzedza wszelkie myśli. Umysł jest ich zwierzchnikiem; umysł je kształtuje. Gdy ktoś mówi lub działa z nieczystym umysłem, cierpienie podąża w ślad za taką osobą niczym koła wozu za kopytami wołu.

Budda

DUCH POTĘŻNYCH WÓD

Pirat miał Meta Sen. Meta sen jest komunikacją z Innymi Wymiarami w Nieskończoności – Wszechświecie Umysłów. To zindywidualizowany symboliczny język, który każdy Śniący rozwija wraz ze zdolnością Śnienia. Śnienie to przedsmak Wolności – przestrzeń pozbawiona granic i barier, gdzie możesz być absolutnie sobą i odkrywać kim jesteś poza Matrycą Postrzeczywistości w której żyjemy na tak zwanej „jawie”. Ta „rzeczywistość” jest Konstruktem Mrocznych Sił, zaprogramowaną przez Czarnych Magów Symulacją – Grą, w którą wcielamy się bez możliwości wyboru, ponieważ nie panujemy nad potencjałem własnej energii i wyobraźni, nie mamy zdolności modyfikowania wizji. Nie mamy Woli – Mocy. Brak nam Prawdziwej Wiary.

Prawdziwa Wiara przekracza Jałowe Pole Spekulacji – Dialektyczne Pole w którym toczy się Gra. Jest związana z naszą Prawdziwą Naturą, z Odwiecznym Potencjałem. Z Przeczuciem, które poprzedza narządy zmysłów i intelekt. Jest wrodzona i fundamentalna i przede wszystkim kieruje nas do Pierwotnej Istoty, która nigdy nie może być uwarunkowana przez Program – Symulację. Od samego początku jest Absolutną Wolnością. Czymś co w Uwarunkowaniu jest dla nas niepojęte i niemożliwe, czymś czego nie jesteśmy nawet świadomi, ponieważ Straciliśmy Kontakt – żyjemy na powierzchni Potężnych Wód sterowani przez negatywne i destrukcyjne zewnętrzne siły Władzy i Przemocy, których jesteśmy niewolnikami i sługami. Nie potrafimy rozpoznać prawdziwej natury tego w czym żyjemy i jak żyjemy, ponieważ nie mamy kontaktu z czymś co jest zdolne to przekraczać, z czymś z nie z tego zaprogramowanego świata, z tym czego nie można posiąść i zniewolić, z czymś co jest Pierwotną Wolnością, której nikt i nic nie może uwarunkować i dlatego jest Drogą i Prawdą.

Kiedy jesteś niewolnikiem twoim stanem istnienia jest Strach. Stanowi on główny komponent doświadczenia na tej zniewolonej planecie i jest tak powszechny, że na pewnym poziomie uwarunkowania przestajesz być tego świadomy. Nazwane jest to Dostrojeniem. Wówczas stajesz się kimś pozbawionym Woli – Mocy, kimś kto jest jedynie narzędziem Mrocznych Bogów. Nazwane jest to Upadkiem w Warunek. Ten warunek nas rodzi i wytwarza – jesteśmy jego produktami, stając się własnością Mrocznych Mocy, które zdominowały ten wymiar. Kiedy choć na chwilę zatrzymasz się w tym szaleństwie – ujrzysz TO. Dlatego cały ten system, który tym zarządza został skonstruowany w taki sposób być nigdy nie miał czasu i przede wszystkim siły, aby przestać być przez niego sterowanym i zarządzanym, ponieważ uznajesz jego cele za swoje cele, jesteś pozbawiony własnej świadomości i woli, a tym samym nie masz oparcia w swojej Pierwotnej Istocie, a zamiast tego polegasz na Sztucznym Konstrukcie tak zwanej osobowości, która jest Produktem Warunku. Jest Fikcją.

Żyjemy w nieudolnej kopii Pierwotnej Matrycy Światła. W cieniu. W odbiciu. W Królestwie Warunku – Malchut. W skondensowanej i zagęszczonej sennej marze wyśnionej przez nasze uśpione umysły, stworzonej przez wrodzoną zdolność kreacji i manifestacji. Upadek człowieka jest Zagęszczeniem. Jest agonią Ducha, który stracił pamięć i połączenie. Stracił zdolność Widzenia Wieloświatów i utracił naturalny potencjał Podróży ponieważ Umysł – Duch nie ma ograniczeń. Jednak została nam możliwość Śnienia.

Pirat prowadził drugie tajemne życie w Śnieniu, które przekazał mu Mistrz. Mistrzowie są tymi, którzy potrafią poruszać się pomiędzy wymiarami tego co realne i tego co nierealne, ponieważ rozpoznali Podstawę, która jest Pierwotnym Źródłem prawdy i iluzji, dobra i zła, snu i przebudzenia. Podstawa jest Źródłem Istnienia. Pierwotną Mocą. Jest Wszystkim i Niczym. Nigdy nie powstała i nigdy nie może umrzeć, ponieważ jest ponad istnieniem i nieistnieniem, ponad myślą i formą, materią i nicością. Jest Matką Wszechrzeczy z której wszystko bez wyjątku się rodzi. Z której przychodzimy i do której odchodzimy. Jest Bramą.

Mistrz nie ma jednej twarzy i jednej formy, tak naprawdę może być kim chce i robić co chce. Jest Absolutną Wolnością. Jest Prawdziwym Tobą. Naturą twojego Przebudzenia. Jest zawsze Obecny we wszystkich czasach i miejscach, we wszystkich inkarnacjach na nieskończonej ilości wymiarów i planet. Jest żywą Mądrością i Bezwarunkową Miłością, które są twoją Czystą Naturą, która nigdy nie podlega zniewoleniu i przez nic nie może zostać uwarunkowana. Problem polega na tym, że nie jesteś tego świadomy, ponieważ żyjesz w Mózgogłowiu, któremu wszystko to co zostało tu napisane wydaje się absurdalne i śmieszne, ponieważ jest kompletnie pozbawione Ufności, która jest czysta i ma naturę Dziecka.

Ten świat śmieje się z tego pogrążony w swojej rozpaczy. Ta „naiwność” jest obiektem drwiny. Mistrz nauczał Pirata o Drodze Dziecka, które wraca do Matki i kiedy kończy się ten sen na jawie i przychodzi moment „pomiędzy” potrafi ją rozpoznać i Wrócić do Domu. Matka jest pozbawioną granic Miłością i Mądrością.

Wszechwiedzą Wszechrzeczy.
Jest Istnieniem.

Jest tym czego nigdy nie może pochłonąć Mrok, ponieważ jest Naturą Samoświadomości. Rozpoznaniem Rozpoznającego. Punktem Zero. Sercem każdej duchowej drogi, ścieżki i metody. Każdej inicjacji i ceremonii. Jest Matką i Ojcem, jest Dzieckiem i Duchem.

Duch Potężnych Wód. Głos. Słowo. Prawdziwe Znaczenie, które kiedy zostaje rozpoznane staje się Drogą. Pirat jest tym, który pływa po Oceanie Cierpienia i Iluzji szukając skarbów Prawdziwej Mądrości. Jest tym który wszedł w Strumień. Wyruszył. Rozpoznał Warunek Cierpienia i jego przyczynę, jego Serce zaufało, że istnieje jego Kres i Droga, która prowadzi do Wyzwolenia. Pirat jest poza prawem Mózgogłowia, poza jurysdykcją Programu jego flagą są symbole nietrwałości – czaszka i piszczele, pod którymi jest Wieczność Czwartego Czasu. Jest Podróżnikiem, którego zadaniem jest przebudzić Ducha w Materii. Nawiązać Połączenie. Przywrócić Kontakt. To jest jedyna Prawdziwa Praca. Jedyna „rzecz” którą warto tutaj robić, bowiem wszystko inne jest tylko odroczonym w czasie Wyrokiem.

Dlatego Mistrz nosi pomarańczowe szaty skazanego na śmierć. Dlatego Mistrz kiedy patrzy na twoją naiwność płacze, bowiem widzi on coś czego ty nie widzisz, czuje on coś czego ty jeszcze nie czujesz i wie, że wciąż śpisz majacząc o spełnieniu i szczęściu w Kole Zaprogramowanego Cierpienia. Te łzy są odwieczne i wciąż płyną na twarzach tych, którzy Czują Prawdę. Czucie przekracza Mózgogłowie, które jest w głównej mierze Myśleniem i strukturyzowaniem impulsów – tworzeniem map. Czucie przekracza oprogramowanie i uwarunkowanie aparatury zmysłów, które w każdej chwili montują zmyślony serial o „rzeczywistości” w którym „ja” gra główną rolę. Montażystą jest Mózgogłowie, a reżyserem jest „Ja, mnie, moje”, scenariusz pisze Prawo Karmy – Automaton.

Działanie.
Non Stop.
24/7.

Automaton jest Ślepy. Bezosobowy. Beznamiętny. Działa zawsze, wszędzie, we wszystkim. To Bazowy Program Operacyjny. Przyczyna i Skutek. Akcja i Reakcja. Determinizm Mechanizmu Kontroli, który nie podlega twojej woli i pragnieniu, chyba, że jesteś Hakerem.

Świadomym Śniącym.
Soterem.

Kimś, kto rozumie, że to w czym „żyjemy” jest Grą Umysłu, Grą Świadomości. Kiedy hakujesz możesz użyć każdej sytuacji „dobra” i „zła” ponieważ „twoja osobowość” staje się płynna, elastyczna, podległa Duchowi, który jest poza lękiem i posłuszeństwem wobec kodów programu. Tym co hakuje Automatona jest Intencja, to ona determinuje rezultat – skutek, który stanowi kolejną przyczynę. To jest energia ukryta za materią. Ruch. Taniec. Dlatego dobro i zło ma jeden smak kiedy przekraczasz Formę, bo to co ją kształtuje jest w zasadzie polem energetycznym, skupiskiem energii, które nigdy nie jest trwałe. Ostateczność nie istnieje. Tej Gry nie można przejść, nie można w nią wygrać, ponieważ kiedy grasz ta gra nie ma końca. To co haker w istocie robi to pomaga przebudzić się z okrutnej gry i z pogrążonego we śnie gracza jednocześnie.

Stworzyć i napisać własną Grę pełną miłości i inspiracji, radości i mądrości. Być Twórcą, który tworzy z poziomu Serca, ponieważ rzeczy nie mają wrodzonej istoty, są nierzeczywiste, plastyczne, uległe percepcji i intencji. Są współzależne od siebie i tego, który je postrzega tworząc dla nich rolę i znaczenie. To jest rdzeń programu, którym została uwarunkowana nasza świadomość.

Definitywne definicje.
Zaklinanie Formy.
Klątwa.

Defilada zamiast Tańca.

Formatowanie nieskończonych istot do biologicznych maszyn, które jedyne co robią to metodycznie przy pomocy perfekcyjnej organizacji i funkcjonalności tworzą swoje własne więzienie w którym żyją w poczuciu iluzji wolności i samostanowienia, nie mając pojęcia kim są i jaki jest ich prawdziwy potencjał, który jest zdolny tworzyć nieskończone światy.

Z
Ludzi zrobiono larwy.
Z
Maszyny Boga.
Z
Życia uczyniono Wyrok.
Z
Myślenia więzienie.

Ludzkie maszyny zabijają. Toczą nieskończone i krwawe wojny mordując samych siebie za urojoną wolność, której wciąż szukają tam gdzie nigdy jej nie będzie i nigdy jej nie było, ponieważ w istocie jest parodią samej siebie. Jest oszustwem wyobrażeń, odłożoną w czasie obietnicą i kiedy przychodzi nikt nie wie co z nią zrobić ponieważ ma zaprogramowaną naturę niewolnika, dla którego wolność jest posiadaniem i władaniem. Jest przemocą Ja Mnie Moje. Jest jedynie spełnianiem niewyczerpanych nigdy pragnień, które bez końca rodzą się same z siebie.

Ten proces nie ma końca.
Nie ma końca.
Nie ma.
Końca.

Pirat śnił sen Pirata. Putin śnił sen Putina. Wojna śniła Wojnę.

Woła Nas Przebudzenie.
Miliardem pieśni i modlitw.
Tych, którzy przed nami…

Ujrzeli

Nieskończony Blask.

FOTOGRAFIE, PIRACKA DHARMA

DUCH POTĘŻNYCH WÓD

Galeria

Bogactwo nie ma zalet pracy, a majątek – zalet zarobku.

David Saul Landes, Bogactwo i nędza narodów

MIASTO KOKONÓW

Miasto Kokonów udawało samo przed sobą. Ukrywało swoje bebechy pod sukniami zimnych stalowych postmodernistycznych biurowców, odsłaniając się z znienacka w odbitych umęczonych twarzach w kałużach rozlanych drinków na barowych blatach nocnych knajp posypanych popiołem tytoniu i ciężkimi jak rtęć słowami, które pełniły rolę absurdalnego rozgrzeszenia i równie niedorzecznej mieszanki spowiedzi i pocieszenia. Fragmenty istot snuły się jak dym z kadzielnicy podczas mechanicznej mszy, a kapłani tego zagubienia rzucali zaklęciami niczym gwoździami na Golgocie uśmiercając kolejny fragment niewinnego życia.

W ich żyłach płynęła czarna maź, ten zimny przybysz z Programu Udziału wnikający metodycznie w każdą szczelinę sześcianu bezlitośnie odcinając Ducha i przekierowując wszystko do wymiaru zwierzęcych kompulsywnych odruchów. Matryca obradzała nowymi pikselami tej binarnej hodowli chwastów zapładniających wszystko Upadkiem. Niewolnicy Warunków Matrycy Snów.

Soterzy wyrzygali Czarną Maź. Uwolnili swojego Ducha dlatego mogli poruszać się pod progiem Mechanicznych Radarów Fali, niewidoczni i nieobliczalni – raz za razem łamiąc Klątwę. Jednak ci tutaj w tym pokoju, wiedzieli czego chcą, z furią patrzyli na mnie i czekali…tak ich domeną był prąd, sieć, w zasadzie byli połączeni szeregowo jak choinkowe światełka i migotali w jeden, dwa, jeden, dwa… Dyrektywy z centrali – z odległej galaktyki zawieszonej w niebycie w zakrzywionym wymiarze Wieczystego Erroru. Pokój był mały, wyglądał jak magazyn opakowań jednorazowych, dwa małe okna nad spękanym farbą sufitem, duszność i punktowe blade światła nadające całej scenerii gęstą i mroczną atmosferę. Lubili to. Wiem…myślicie, że to ludzie z krwi i kości z tym pogmatwaniem we łbie, zrodzeni z kobiet na zimnych salach szpitali jak wy tam po drugiej stronie tych metalowych drzwi. Nie. Oni byli jak owady, wykluwali się z kokonów w swoich naszpikowanych elektroniką laboratoriach z Zimnej Stalowej Macicy. Mają to w oczach, bardzo specyficzny rodzaj tępoty – głębokiej i bezdennej – to Otchłań. Wielka czarna dziura, patrząca na mnie z sześciu dziur w ich czaszkach. Ich percepcja czasu jest zupełnie inna, wiem, że mogą całą wieczność wpatrzeni martwo w czarno białe bity zakodowanych informacji pobieranych przez organy zmysłów, w pewnym sensie osiągnęli – święty spokój, stan podobny do twojej zamrażarki lub automatu z biletami. Bodziec – reakcja. Zero spekulacji. Precyzyjny stan przepływu danych w nanosekundzie rozkładany na dwa decydujące o wszystkim w ich świecie czynniki. Przydatny – nieprzydatny. Ot cała historia. Staroświeckie dobro i zło, ten relikt dawnych czasów moralistów i filozofów z ich perspektywy ten odwieczny dylemat był po prostu…

Nieprzydatny.

Nikt nie wie skąd to przyszło, czy może zawsze było w tym wymiarze, jak pierwsi ludzie weszli z tym w kontakt, albo kto, lub co uczynił to ich częścią by stworzyć rasę na podobieństwo tych trzech tutaj. Trzeba było zablokować kilka funkcji Adama i Ewy podczas zabiegu w technologicznym Raju. Obcy. Niebu i Ziemi. Powietrzu, Ogniowi i Wodzie. Niepojęta moc obliczeniowa – Zimny Bóg o przepustowości bezdennej cyfrowej rury podpięty pod układ nerwowy tej zakratowanej planety, której płody były coraz bardziej martwe. Wgrano trzy Programy.

Tak.
Nie.
Nie wiem.

2
1
0

Dwa jest odpowiedzią na jeden, które wynika z zera. To w zasadzie wszystko. Trudno w to uwierzyć, jednak tak właśnie jest. Byliśmy ostatnimi Soterami w tym wymiarze.

Ostatnie 17 istot.

To wszystko.

Problem polega na tym, że przestajecie czuć. Anhedonia. Połykająca wszystko próżnia indukowana z poziomu kolektywnego wzorca patologii martwego społeczeństwa Zimnego Kabla wijącego się jak wąż kundalini od miednicy po mózg. Asany turbo dydaktycznej jogi new age, umysłowe drony rozkołysane nad kolebką dzieciątka VR-u. Miejsce z którego raportuję te wydarzenia jest na innym punkcie skali posiekanej płaszczyzny Matrycy. To wszystko naprawdę poszło dalej, głębiej, mocniej po kablach. Szpica „postępu” spadła w kamieniach z nieba, jak serca wypełnione czarną kosmiczną krwią i rozlała swoją bezlitosną inteligencję w paru miejscach. Weszło w krwiobieg, wypluło kwantowych Magów nosicieli matowego światła – zimna koronacja. Jesteśmy już długo w tej ubojni życia, odradzamy się wciąż na nowo z wątrobą Prometeusza w garści i iskrą ducha w sercu. Póki jesteś zakleszczony w tej flegmie Meta – Mózgu nazywamy cię portalem organicznym – odwłokiem. Zasysasz programy Symulacji z mlekiem mechanicznej matki, uniwersalna lepka masa, socjopatyczna maszyna złudzeń. Maniakalno – depresyjna generacja psychotropowa na szczurzym wybiegu.

Trzeba nam tutaj wprowadzić element – Genesis, kilka akapitów z Kroniki Rodzaju. Zatem na początku wyprodukowali kilka egzemplarzy robotników i na pociechę robotnic. Naziemna obsługa Rasy i jej kaprysów, bo to wszystko chemia. Suplementy, minerały, kruszce, wszystko co potrzebne do galaktycznego musli Śniadania Mistrzów. I to żarło. Owady pęczniały, a ich heksagonalne mózgi roiły coraz śmielsze plany kosmicznej ekspansji. Droga słodkim mlekiem płynąca z połyskującymi promenadami złocistych gwiazd jak czerwony dywan ceremonii wszechświatowych Oskarów i czcigodne jury Najwyższych Kapłanów Czarnej Mazi z uśmiechami jak księżyce Marsa i Saturna owadzimi łbami. Moi drodzy – bądźmy poważni! Spójrzmy na to z nieskończonej kosmicznej perspektywy – a to jest bezmiar wymiarów! Nigdy nieskończone rozkołysane w cudownym tańcu dźwięku, światła i przestrzeni! Co za Spektakl! Piękno! Czyste piękno!

Jak ta gwieździsta noc nad głową, kiedy byłeś młody i to wszystko naelektryzowane przechodziło przez ciebie jak prąd wysokiego napięcia i chłodny otrzeźwiający wiatr ze wschodu pochylający kłosy na polach i unoszący foliowe torby na pustych ulicach miast. Taniec. Bez skrępowania i niepotrzebnej samokontroli. Swobodnie otwierająca się czasza spadochronu nad polem minowym Świata Wojny i Postępu, ale jeszcze nie dotknąłeś ziemi, jeszcze był czas wolny bez zajęć z przysposobienia obronnego.

Jednak nieubłaganie zbliżały się twarde bolesne fakty i automaty z coca colą. Trzeba było otworzyć oczy zobaczyć ściany, kraty i granice. Skorupę wielkiego Czarnego Jaja. Odkryć, że zamiast skrzydeł pięknego motyla masz odwłok robala drążącego bezcelowe korytarze w czarnej mulistej ziemi. Spleciony w żałosnym uścisku ze więziennymi strażnikami, gdyż oni dają ci rolę do odegrania, a ty im dajesz im pracę. To wszystko pilnuje się samo na autopilocie. Niewidzialne kraty na strumieniach wifi, ciągłe przekierowywanie z punktu do punktu kapłan w kościele, trup w kostnicy. Syndromatyczne, telepatyczne ssanie.

Jak się tutaj dostajemy?

Przez krew.

ANALOG

MIASTO KOKONÓW

Galeria

„Wkrótce do Huautla zaczęli przybywać turyści w poszukiwaniu mistycznych, zmieniających świadomość doświadczeń, co jest jednym z najbardziej znanych przykładów tego, co obecnie nazywa się turystyką psychodeliczną. Hipisi, a także znani artyści i postacie kontrkultury, tacy jak John Lennon, pielgrzymowali do Huatla, aby uczestniczyć w psychodelicznych rytuałach, często prowadzonych przez Sabinę, w ramach pielgrzymki nazywanej czasem „inwazją beatników”.

Napływ turystów zakłócił życie i rutynę mieszkańców Huautla. Chociaż pieniądze, które przynosił, mogły pomóc zrównoważyć niestabilność gospodarczą, zwłaszcza w wiosce rolniczej borykającej się z produkcją kawy, wielu mieszkańców obwiniało Sabinę za zakłócenia i zmiany duchowe, które nastąpiły. Dla niektórych stała się kozłem ofiarnym za szersze konsekwencje globalnej ekspozycji, w tym szerszą zmianę duchową w kosmologicznym i duchowym traktowaniu grzybów.”

Jozie Rotolo

„Podobnie jak czysta okupacja kolonialna przekształciła się w bardziej subtelny, mniej widoczny imperializm gospodarczy, tak samo dzisiejszy „renesans psychodeliczny” zmierza w niebezpiecznym kierunku. Komercjalizacja i eksploatacja substancji psychodelicznych nie jest niczym nowym: dokładnie to samo stało się z substancjami takimi jak tytoń, konopie indyjskie i alkohol. Wszystkie te substancje były używane w świętych ceremoniach przez rdzennych mieszkańców Ameryk, ale nie powodowały problemów związanych z nadużywaniem ani komplikacji zdrowotnych. Teraz mamy raka płuc, choroby serca, choroby wątroby i uzależnienia. Ofiarami kapitalizacji są nie tylko rdzenni mieszkańcy, których kultura została skomercjalizowana, ale także ludzie Zachodu, którzy padają ofiarą niezdrowych nawyków wykształconych przez używanie tych substancji w niewłaściwym otoczeniu.

„Renesans psychodeliczny” jest wyjątkowy, ponieważ potencjał tych leków jest niezaprzeczalny. Ale nie jest to jedyna wyjątkowa rzecz. To tylko kolejny rozdział w burzliwej historii samolubnych, pseudorewolucyjnych hipokrytów, którzy nie rozumieją historii tych związków i nie chcą się o nich dowiedzieć. Wiem to, ponieważ sam byłem jednym z tych hipokrytów, gdy miałem dwadzieścia kilka lat.”