ROZMOWA

LEPIĆ ŻYCIE

klaudia_gawin1

Dla mnie przede wszystkim fakt, że robisz coś chętnie nie z obowiązku, a z pasji. Duża ciekawość i wyobraźnia, potrzeba realizowania się przez to co robisz i to że jesteś w stanie zawrzeć indywidualny komunikat w swej pracy, to wówczas może być sztuka.

ROZMOWA Z KLAUDIĄ GAWIN

Kierunek był artystyczny w twoim życiu?

Tak. Na studiach moim kierunkiem była tkanina i od razu się okazało, że to kompletnie nietrafiony wydział. Właściwie wiedziałam to już na pierwszym roku, ale zostałam na tych studiach, bo nie miałam wtedy innego pomysłu. Ceramika urodziła się dopiero rok po studiach. Zawsze gdzieś była, ale miałam poczucie, że to jest alchemia, że nie ma szans, żeby to zacząć robić tak po prostu. Gdzieś wciąż moje myśli krążyły wokół ceramiki, ale nie na tyle intensywnie żeby coś z tym zrobić dalej. Nie było tak, że od początku wiedziałam, że to „to” i nic innego.

Zatem, kiedy się zaczęła twoja faktyczna przygoda z ceramiką?

Zaczęło się w Akademickim Ośrodku Inicjatyw Artystycznych w Łodzi, była tam możliwość zorganizowania pracowni i kupienia pieca. Zaczęło się od tego, że wiedziałam niewiele. Miałam pół roku na zorganizowanie pracowni i to była najbardziej intensywne i owocne pół roku ceramiczne w moim życiu. Musiałam się nauczyć dużej ilości rzeczy przez ten krótki czas. Świadomość, że mam szansę, aby zająć się na co dzień ceramiką dawała mi ogromną motywację i mocnego kopa. Spotkałam też osoby, które bardzo mi pomogły. Na samym początku pomogło mi również to, że mój partner Marcin bardzo się wkręcił i uczyliśmy się razem. To było osiem lat temu.

Później już poszło bardzo szybko, bo jak się uczy ludzi, to trzeba się samemu uczyć, żeby zawsze być te parę schodków wyżej. Ten aspekt jest bardzo rozwojowy. To nie pozwala na powtarzalność i rutynę, tylko zmusza do poszukiwań wciąż nowych rozwiązań. Kolejnym etapem był Uniwersytet Ludowy Rzemiosła Artystycznego i przedmiot ceramika, który zaczął się dopiero na drugim roku a ja już wtedy musiałam się sporo sama nauczyć. Później uczyłam się już od konkretnych Mistrzów do których jeździłam na warsztaty poznając techniki, które mnie interesowały…

Skąd się bierze w ludziach chęć lub niechęć, aby się dzielić? Miałaś momenty zwątpienia?

Myślę, że to jest kwestia bardzo indywidualna. Jedni lubią się dzielić, inni wolą zostawić doświadczenia dla siebie, każdy ma wybór. Dużo jednak daje to, jak ktoś na początku wyciągnie rękę, podpowie jakie książki warto przeczytać, gdzie i jaką kupić glinę, jaki piec, szkliwa, czy do kogo się wybrać by się nauczyć podstawowych rzeczy. To już jest bardzo duża pomoc. Jeszcze ani razu nie zwątpiłam, że ceramika to jest moja droga. Miałam momenty zatrzymania, głównie jak pracowałam w Akademickim Ośrodku Inicjatyw Artystycznych, pracownia była mała i nie miałam możliwości wypalania w piecach plenerowych , które z czasem zaczęły mnie coraz bardziej interesować. Były wówczas takie momenty, kiedy myślałam sobie: „kurcze zaczyna być ciągle tak samo” i wtedy starałam się znaleźć sobie coś nowego co mnie interesowało. Ceramika jest dziedziną bardzo szeroką i głęboką, życia nie starczy żeby wszystko poznać, bo jest tak wiele technik i możliwości, dlatego nie mam obaw, że mi zabraknie nowych wyzwań. Im dalej w to idę, tym więcej możliwości się pojawia, a tym samym widzę ile jeszcze przede mną.

Teraz jest taki moment po ośmiu latach, kiedy mam poczucie, że mniej więcej zaczynam ogarniać ogólnie temat i gdybym miała świadomość tego na początku mojej drogi pewnie by mnie to przerosło. Strasznie dużo czasu i doświadczeń trzeba w ceramice, żeby się swobodnie w niej poruszać . Wtedy nie miałam tej wiedzy i świadomości i tak bardzo na świeżo do tego podeszłam na zasadzie: „no nie umiem, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby się nauczyć”. A kiedy pracujesz z ludźmi to się bardzo szybko uczysz, ponieważ to jest wymiana i ich doświadczenia i eksperymenty dają również korzyść i możliwość nauki tobie samemu.

Co odróżnia twoim zdaniem rzemieślnika od artysty?

Dla mnie przede wszystkim fakt, że robisz coś chętnie nie z obowiązku, a z pasji. Duża ciekawość i wyobraźnia, potrzeba realizowania się przez to co robisz i to że jesteś w stanie zawrzeć indywidualny komunikat w swej pracy, to wówczas może być sztuka. Jednak przede wszystkim bardzo dużo pracy aby nie mieć ograniczeń technicznych przy realizacji pomysłów. Kiedyś moja warsztatowiczka przeczytała gdzieś zdanie, że trzeba robić coś tysiąc godzin żeby być w tym mistrzem i jeżeli chodzi o ceramikę to się zgadza. Każda godzina własnej praktyki jest wymierna, natomiast teoria jest ważna ale jako dodatek do tej praktyki. Praca, praca i własne doświadczenia, każdy ma inne – tutaj się nauczysz tak, później pojedziesz gdzie indziej i ktoś pokaże ci coś troszkę inaczej. To jest nauka. Ja się uczyłam od tak zwanych „nieszkolnych” ceramików, czyli nie od tych, którzy kończyli studia ceramiczne i są tak zwanymi magistrami sztuki, tylko od tych, którzy zaczęli to robić z pasji. Ich wizytówką są ich prace.

Uczyłam się od Marty Kędzierskiej i Jacka Tratkiewicza, Jurka Szczepkowskiego, zobaczyłam ich prace, oczarowały mnie, pracują w technikach, które bardzo mnie interesują (kamionka wypalana w piecu na drewno, raku), pojechałam na plener, za rok na następny, później znów. Oni robią ceramikę autorską, sami zbudowali piece, sami robią szkliwa, toczą naczynia, obrabiają, potem siedzą przy piecu w nocy ileś tam godzin, uzyskują piękne, niepowtarzalne efekty, dzięki zaangażowaniu…Teraz sama namawiam swoich warsztatowiczów żeby jeździli do innych, uczyli się też gdzie indziej, poznawali nowe techniki, innych ceramików i inne metody pracy.

Po efekcie pracy można ocenić, że to jest prawdziwa pasja?

Praca ma to „coś”, albo nie ma. To „coś” nie musi być we wszystkich pracach, jednak zobaczysz „to” w kilku i już wiesz, że dany człowiek jest do tego zdolny i to wystarczy. Każda praca nie musi być idealna, to wiadomo. To są próby i poszukiwania.

Istnieje coś takiego jak talent do ceramiki?

Serce i cierpliwość do ceramiki tak. Talent do ceramiki to zbiór kilku elementów. Ważna jest pokora do materiału i umiejętność zaakceptowania faktu, że czasami to co wychodzi nie koniecznie pokrywa się z pomysłem jaki się miało na początku. Charakterologicznie nie każdy się do ceramiki nadaje. Reakcje osób na różne ceramiczne sytuacje, związane z technologicznymi aspektami pracy, z tym co wyjdzie a czego się spodziewali – bardzo się przekładają na życie.

Można powiedzieć, że każde rękodzieło wydobywa, lub konfrontuje te cechy w nas z którymi się zmagamy? To jest również pociągające w tej pracy?

Tak, zdecydowanie tak. Jest to pociągające i też bardzo pewne rzeczy pokazuje. Można się bardzo dużo dowiedzieć o sobie, zobaczyć z czym w danym momencie mamy trudność na czym ta trudność polega i bardzo widać w pracach ceramicznych kiedy „mamy dość”. Osoby których ceramika nie wycisza i nie uspokaja nie kontynuują swojej przygody. Innych pociąga właśnie to poczucie sprawstwa, że własnymi rękoma mogą zrobić coś co realnie istnieje, choć nie zawsze jest to to czego się spodziewali.

Ceramika jest bardzo pierwotna.

Człowiek lepił od zawsze, odkąd zauważył, że glina się klei, a później jeszcze kawałek wpadł do ogniska zrobił się twardy i tak powstała ceramika. Właśnie ta pierwotność i taka powszedniość, fakt, że glina była od zawsze i używano jej do tak zwanych bardzo prozaicznych celów w codzienności powoduje, że tym może zając się każdy i nie trzeba nie wiadomo jakich maszyn i urządzeń żeby móc lepić. Od zawsze tak czułam, że w ceramice wystarczą minimalne środki żeby móc coś stworzyć. Oczywiście potrzebny jest piec, koło garncarskie jako te podstawowe urządzenia….

Pojawiło się więcej prostoty i przestrzeni, kiedy postanowiłaś stanąć na własnych nie glinianych nogach i podjąć wyzwanie życiowe by spróbować swoich sił tworząc swoją pracownię?

Pojawiło się bardzo dużo przestrzeni. Pracując u siebie i dla siebie jest dużo więcej wolności i mniej stresu. To co mnie zaskoczyło, to fakt, że jest dużo więcej pracy. Ja nie oddzielam życia od pracy – pomału to tworzy wolność. Mam swoje miejsce, mogę przyjść do niego kiedy chcę i pracować jak chcę i z kim chcę. Nie mam problemu, że muszę się zmuszać, aby wstać i coś zrobić albo że ktoś mi coś każe…

Nie sprzedawanie więcej niż się ma, to zjawisko deficytowe w naszych czasach. Co sądzisz?

Jak naprawdę lubisz coś robić i sprawia ci to przyjemność i realizujesz się w tym, to ludzi to przyciąga i ludzie to kupują. To jest naturalne i autentyczne a to ile się rzeczywiście ma do podzielenia bardzo szybko się weryfikuje.

Większość ludzi nie ma miejsca w życiu są jedynie „funkcyjnymi” wykonują funkcje, które nie są w zgodzie z nimi, to tworzy wiele nieszczęścia w fundamentalnym wymiarze naszego życia i naszej wspólnoty. Czasem nie da się ratować „wyszarpywaniem” tych minut by poświęcić je na naszą pasję czy ukochaną osobę. Czy jak zaczynasz robić swoje dostajesz wsparcie, świat ci pomaga?

Na tą chwilę mam jasność, że to tak działa. Zobaczymy jak to będzie za rok, czy ja będę w stanie się utrzymać z mojej pracy. Nie zarzekam się, że będę robić ceramikę do końca życia, ponieważ nie wiem co będzie i mam też kilka innych tematów, które mnie bardzo interesują i nie wiadomo jak to się wszystko dalej potoczy. Choć czuję, że jeszcze nie czas zmieniać zajęcie:).

Jakiego materiału potrzeba, żeby sobie ulepić szczęśliwe życie?

Nikt chyba tego nie wie, dla mnie to wygląda tak: kontaktu ze sobą i ze swoimi potrzebami, świadomości własnych ograniczeń i uwarunkowań. Mnie pomogło to, że mam bardzo dużo szczęścia w życiu. Nic tak do końca nie jest przypadkowe. U mnie to jest kwestia ciekawości, która mnie osobiście w różne miejsca pcha. Ciekawość ludzi, tego co robią, chęć słuchania ich historii powoduje, że zawiązuje się jakaś interakcja, z której czasem a nawet często coś fajnego wynika. Moim „czynnikiem” pchającym do przodu jest zdecydowanie człowiek.

Co cię przyciąga do ludzi?

Ciekawość. Bardzo lubię ludzi, którzy lubią życie i wszelkie jego objawy, taką „żywość”, energię. Z bliskimi bardzo łączą wspólne wartości i podobny rdzeń wrażliwości i doświadczeń. Ważne jest także by nie traktować zbyt serio ani siebie, ani tego co ludzie o nas mówią. Dobrym sposobem jest odpuszczanie. W razie konfliktów, problemów, najczęściej rozwiązanie przychodzi samo.

http://przychodniaceramiczna.blogspot.com

Zwykły wpis
ROZMOWA

NA NIEŚWIADOMCE

 

ROZMOWA Z DZIENNIKARZEM KONRADEM STACHINO

Sam nie wiem, czy nie wolałbym żyć na nieświadomce i w poczuciu komfortu. To jest bardzo wygodna opcja, a ja lubię wygodę. Z drugiej strony ta opcja ‘działa’ tylko do momentu, gdy tzw. ‘rzeczywistość’ którą przecież non stop ktoś modeluje nie dotknie bezpośrednio w negatywny sposób twojego życia. Wtedy może zacząć się robić problematycznie. Ten wybór lub obecne gloryfikowanie nieświadomki lub zgody na bycie manipulowanym jest bardzo widoczne w ruchu typu hipsterzy, który z bycia ofiarą manipulacji ‘uczynili’ swoją ‘cnotę’. Ten proces prowadzi do coraz większej alienacji i atomizacji ludzi i całych grup społecznych na tych, którzy zawsze mają pozytywnie na fejsie i tych, których życie doświadcza w inny sposób.

Pracowałeś w kuchni, teraz jesteś głównie dziennikarzem. Zatem jaki pokarm przyrządzasz i czy zastanawiasz się czy jest strawny dla twoich odbiorców? Czy widzisz jakieś analogie pomiędzy tymi dwoma profesjami? Ja osobiście bardzo często spotykam się z piszącymi kucharzami czy gotującymi dziennikarzami – co sądzisz?

Strawne jest dla mnie wszystko, co jest prawdą. Oczywiście nie znaczy to, że chce epatować odbiorców non stop hardkorem, nawet jeśli jest to w 100% prawda. To też nie przejdzie, nawet ‘najfajniejsza’ prawda, jeśli jest zbyt częsta to po jakimś czasie jest nie do przejścia dla odbiorcy, staje się rutyną, przyzwyczajasz się do niej. Dlatego najlepsze agencje informacyjne jak np. obecnie RT raporty z zagazowanymi dziećmi z Syrii przeplatają śmiesznymi filmikami o tym, jak np. kotek przyjaźni się z małym jeżykiem.

Jeżeli np. piszę o polityce to zupełnie nie interesuje mnie czy pokarm będzie ‘strawy’ dla odbiorców. ‘Strawność’ w tym wypadku umieszczam w ‘formie’ która musi być pociągająca i musi mieć tzw. „pierdolnięcie” z tym, że głównie dla mnie. Po prostu wkładam martwe dziecko np. z Bliskiego Wschodu, lub z jakiejś nieznanej i dogasającej dziury w Polsce, do najnowszej wersji Porsche zaparkowanej w ‘fency’, restauracyjnej dzielnicy miasta. Tam gdzie nikt się tego nie spodziewa. W miejscu gdzie ‘nie ma’ takich tematów. A nawet jeśli są to jako rozrywka to dobrze spienionej Late lub ‘wyśmienitego’ wina od ‘lokalnego’ dostawcy. Nie robię tego oczywiście z altruizmu czy dobroci serca. Moją motywacją jest niechęć do apoteozy ściemnionego indywidualizmu i zimnej przemocy zatomizowanego społeczeństwa w którym żyjemy.

Podkładam miny i cieszę się, gdy wybuchają w samochodach pułapkach w tych tzw. ‘miłych dzielnicach’ miast. Czy jest to dbanie o odbiorców i ich strawność? Dbam tylko o dobry ładunek, jeśli wiem, że dany tekst jest dobry interesuje mnie wtedy tylko i wyłącznie niestrawność odbiorców. Sam osobiście lubię japońską kuchnię prostotę, ducha i kontemplację. W takiej kuchni się odnajduję. Gordon Ramsey jest dla mnie symbolem wypaczenia – choć osobiście uwielbiam oglądać to jako tzw: entertainment. Gloryfikacja takich trendów jest dla mnie jednak oznaką procesów gnilnych w społeczeństwie – jedzeniem lunchu w płonącym budynku. Ludzie obecnie budują sobie całe swoje życie i ‘społeczności’ wokół tego, jak odpowiednio spienić Late. Tworzą wokół tego cały swój świat – swoją strefę komfortu. Dzięki takiemu skanalizowaniu uwagi możesz z nimi robić co zechcesz, oni nawet nie będą świadomi – tego procesu, dopóki mogą robić zdjęcia swojemu lunchowi i dawać to na fejsa wszystko jest ok.

Ludzie w ten sposób nie muszą wychodzić ze swojej strefy komfortu, bo inni też tak robią. Dobrze to opisał Zygmunt Bauman w wywiadzie: „Social media are a trap” i Zbigniew Brzeziński w książce „Between Two Ages: America’s Role in the Technetronic Era”. Jednym słowem dochodzi do sytuacji, gdy nie widzisz nic więcej poza swoją sałatką, aż w końcu wsadzasz z nią nos, twarz i na końcu widzisz tylko sałatkę i sam się nią dusisz.

Jaka jest geneza twoim zdaniem tej krótkowzroczności zachodnich społeczeństw, skąd i kiedy wytworzyło się w nas to hodowlane i gloryfikowane zabawianie się banałem, ten polukrowany poster życia jako odpowiednika hollywodzkiego filmu?

Wiesz co, jakiś czas temu rozmawiałem z takim moim znajomym, który też przy okazji jest twórcą dwóch kultowych polskich filmów. Mówię to, aby przedstawić specyfikę sytuacji. On bardzo siedzi w kabale. Przedstawił mi całe swoje opracowania o tym, jak to wszyscy pochodzimy od Lucyfera, czyli pierwotnego kosmity, który wbrew woli Boga robił eksperymenty genetyczne między kosmitami a zwierzętami no i tak powstał człowiek. Za co ów kosmita został na wieki strącony do piekieł. Teraz każdy człowiek nosi jego część. Według znajomego jedyną drogą, aby coś zmienić na ziemi to zniszczyć hodowlę, czyli nas. Według tej teorii człowiek z natury jest zły, a na dodatek brakuje mu ważnej części mózgu, w którą obdarzeni są kosmici-stwórcy. Jakkolwiek nieprawdopodobny byłby ten scenariusz coraz częściej trafia on do szerszej opinii publicznej poprzez filmy, w tym wypadku już nawet hollywoodzkie.

Tak czy inaczej, kiedy patrzy się na obecną ludzkość czasem ciężko nie odnieść wrażenia, że jesteśmy jakąś hodowlą na dodatek hodowlą, która sama żeruje na sobie i sama siebie wyniszcza produkując w ten sposób niezliczoną ilość cierpienia. Obecne trendy społeczne to właśnie odzwierciedlają. W polskim społeczeństwie jest to coraz bardziej wyraźne. Coraz większa staje się przepaść miedzy bardzo bogatymi a bardzo biednymi. Symptomem tego społecznego wypaczenia są pojawiające się nowe zawody typu „kołcz”, które żerują na coraz bardziej rozkładającym się społeczeństwie. Ludzie są albo tak zrobotyzowani i wyalienowani, że trzeba ich uczyć nawet najbardziej idiotycznych rzeczy lub tak zdesperowani i zmarginalizowani, że potrzebują kogoś, kto sprawi, że ‘znów’ uwierzą.

W tym wypadku dochodzimy do kolejnego narzędzia manipulacji tzw. ‘pozytywnego myślenia’. Wystarczy bowiem myśleć pozytywnie, zrobić parę kursów i Bang! Wszystko będzie ok, ułoży się i ty też będziesz mógł brać udział w tym balu. Ten rodzaj wypaczenia sprawia, że winę za wszelkie niepowodzenia i obiektywne warunki społeczne, w których żyjesz odnosisz do siebie, a nie do świata zewnętrznego, który jest obecnie urabiany w taki sposób, że nawet nie masz o tym pojęcia. Na koniec i tak za wszystko obwinisz sam siebie, bo przecież nie jesteś ‘wystarczająco dobry’, pójdziesz do kołcza, który za odpowiednią opłatą powie ci jak żyć i co zrobić, aby było dobrze.

W ten sposób niezależnie jak spierdolona jest sytuacja na zewnątrz ty nie zajmujesz się jej naprawą z innymi ludźmi, lecz wynajmujesz kołcza i się ‘rozwijasz’. To kwintesencja atomizacji społeczeństwa. Ludzie obecnie manipulowani są na skalę przemysłową, będąc dumnymi z tego, że są ofiarami tej manipulacji. Pokuta za grzechy bycia ‘niewystarczająco dobrym’ jest uwewnętrzniona tak jak kiedyś pokuta za grzechy w chrześcijaństwie. Rolę księdza przejmuje teraz kołcz. Jednak w tej opcji nie ma Boga albo jest czymś zupełnie innym, pytanie czym?

Poruszasz tutaj ten czerwony przycisk tego „automatu” czyli poczucia winy na którym bazuje cała ta „oświecona” cywilizacja i jej urojona misja „gospodarczego rozwoju”. Ile ten rozwój naprawdę kosztuje? Jaki jest prawdziwy „grzech pierworodny” i czy istnieje? I wreszcie dotykamy tego alternatywnego sloganu: „Prawda cię wyzwoli” prawda jakiej szukasz i o jakiej piszesz rzeczywiście potrafi wyzwalać?

Jest taki tekst Sokoła: „Czasami wolałbym nie wiedzieć. Czasami wolałbym nie rozumieć. Żyć sobie w hermetycznym świecie. Jak dobrze urodzeni ludzie”.

Prawda jest raczej rodzajem przekleństwa. Mam np. znajomych, którzy wybrali sobie tzw. ‘opcję pozytywną’ na życie i doskonale sobie z tym radzą, innymi słowy, ‘to się im opłaca’. Z drugiej strony mój obecny zawód nie daje mi tego komfortu, po prostu muszę być w tym, czego inni nie chcą widzieć, lub nawet częściej przewidywać to, co się wydarzy. Sam nie wiem, czy nie wolałbym żyć na nieświadomce i w poczuciu komfortu. To jest bardzo wygodna opcja a ja lubię wygodę. Z drugiej strony ta opcja ‘działa’ tylko do momentu, gdy tzw. ‘rzeczywistość’, którą przecież non stop ktoś modeluje nie dotknie bezpośrednio w negatywny sposób twojego życia. Wtedy może zacząć się robić problematycznie. Ten wybór lub obecne gloryfikowanie nieświadomki, lub zgody na bycie manipulowanym jest bardzo widoczne w ruchu typu hipsterzy, którzy z bycia ofiarą manipulacji ‘uczynili’ swoją ‘cnotę’. Ten proces prowadzi do coraz większej alienacji i atomizacji ludzi i całych grup społecznych na tych, którzy zawsze mają pozytywnie na fejsie i tych, których życie doświadcza w inny sposób. Powstaje rozdźwięk i jest on coraz bardziej wzmacniany, o czym może świadczyć rosnąca przepaść pomiędzy bardzo bogatymi w Polsce a ledwo zipiącymi ‘statystami’. Jest to nakręcane przez samych ludzi którzy żyjąc w sposób zapośredniczony przez tzw. ‘social media’ tworzą sobie swoje strefy komfortu zamknięte na wszystkie ‘niekorzystne treści’.

W tym ujęciu social media są pułapką jak celnie to określił Prof. Zygmunt Bauman. Nie rozwijają ludzi, ale jeszcze bardziej zamykają ich w ich bardzo ograniczonych wizjach na temat tego, jak wygląda rzeczywistość. Jednak jak chyba wszystko na tym świecie także ignorancja ma swoją cenę, o czym zazwyczaj przekonują się np. mieszkańcy miejsc, w których ‘nagle’ wybucha jakaś wojna. Dobrze to spuentował Orwell:

„Ludzie, którzy głosują na nieudaczników, złodziei, zdrajców i oszustów nie są ich ofiarami. Są ich wspólnikami.”

018640b6aebc7ba5ce6f084642df1dcb-bpfull

Prawda może wyzwalać ale tylko, gdy nauczysz się ja wykorzystywać w praktyce. W sytuacji, gdy bycie i świadomość się równoważą – tak jak tego celnie nauczał Gurdzijew. Z drugiej strony, jeśli twoja świadomość jest znacznie wyższa niż twoje bycie wtedy możesz po prostu ześwirować albo w lepszym wypadku zatrzymać się na chłonięciu i epatowaniu ludzi informacjami, których oni nie chcą usłyszeć.

KONRAD STACHINO

Dziennikarz zajmujący się tematami społecznymi, geopolityką i analizą trendów politycznych i globalizacją. Współpracuje z mediami w Polsce i anglojęzycznymi min: New Eastern Outlook: http://journal-neo.org/author/konrad-stachnio/

Zwykły wpis
ROZMOWA

O WOLNOŚCI

ROZMOWA Z KONRADEM SZLENDAKIEM TWÓRCĄ MAGAZYNU “MAGIVANGA”

 

IMG_2450-001Czy fakt, że stworzyłeś i prowadzisz magazyn Magivanga, opisując w nim ten mniej popularny wymiar rzeczywistości i jej alternatywnych tuneli daje poczucie bycia wolnym?

Wiesz, tworzenie i prowadzenie czegoś alternatywnego, odmiennego, niestandardowego – w tym przypadku magazynu internetowego – może być faktycznie jakimś sposobem na mówienie veto i potwierdzam, że w moim przypadku tak właśnie jest. Jednak sam fakt skupienia się na nieznanych lub mało znanych przestrzeniach kultury, wyciągania ich na wierzch, nie gwarantuje OCZYWIŚCIE poczucia wolności. I tu mały aneks, jeśli rozbierzemy ideę wolności na czynniki pierwsze, nie ma ona moim zdaniem żadnego korzenia, rdzenia czy esencji.

Powiedzmy sobie bowiem szczerze: wolność cywilna jest wolnością fikcyjną, istniejącą jedynie na papierze i w przemówieniach politycznych – ograniczona bywa ona zazwyczaj ramami ekonomiczno-społecznymi – zaś wolność personalna jest w praktyce nie do osiągnięcia, gdyż realizacja jej potencjału zostaje zablokowana przez czynniki psychologiczne (czy też etologiczne impulsy habitatu). Pozostaje oczywiście kultowa w pewnych kręgach wolność duchowa (kosmiczna, totalna, niedualistyczna), która nie ma żadnych związków z doświadczeniem codziennym – pozostaje poza ramami społeczno-kulturowo-politycznymi – jednak jeśli zaczniemy ją rzutować na pozostałe, lepiej zwerbalizowane inkarnacje wolności, nie tylko nie otrzymamy czystego, holograficznego obrazu (4D + psylocybina), ale zanurzymy się w otchłani utopijnego eskapizmu.

A dzieje się tak z kilku powodów: „na szczycie piramidy” wciąż musimy jeść, porozumiewać się z ludźmi, płacić rachunki za energię i podatki (choć doradzam unikanie tego ostatniego). Jakakolwiek wolność ostateczna nie może oznaczać utraty kontaktu z „niższą rzeczywistością”, gdyż w innym wypadku wpadamy w pułapkę dualizmu i samozachwytu. Reasumując, nie stajemy się wolni robiąc COŚ DUCHOWEGO, ale osiągając zrozumienie własnej misji w połączeniu ze stanem ekstazy, miłości i zrozumienia wartości istnienia innych żyjących istot, a także wszystkich niezbędnych połączeń. W tym sensie MGV i inne „tunele wolności” mogą być jedynie drogowskazami na bardzo osobistej, skalistej drodze, którą każdy musi przejść sam.

CZYTAJ CAŁOŚĆ:

Zrzut ekranu 2018-11-27 o 16.29.38

logo

Zwykły wpis