GASTROPOLIS OPOWIEŚCI, PROZA

O TYCH, KTÓRZY UDAJĄ

W owym zaszłym czasie trzeba powiedzieć, że Pirat był w kropce. To była zdecydowanie czarna gęsta egzystencjalna czarna dziura, każdego dnia opadał coraz głębiej i głębiej w Otchłań w której, o czym również trzeba wspomnieć, rozgościł się w sposób w jaki normalnemu tak zwanemu człowiekowi ciężko sobie wyobrazić, bo normalnie to nie jest normalne. Zresztą co jest ? „Normalność” jest absurdalną umową podpisaną przez szaleńców w akcie fundamentalnej niepoczytalności, spektaklem, który rozpada się każdego bożego dnia na naszych własnych oczach. Normalność jest fikcją umysłu. Z pozoru wszystko jest „normalnie” i to „normalnie” zaszło w swoje nienormalności aż tak daleko do XXI wieku do dzisiaj, do mitycznego tu i teraz, do Cyber Zenu – Antyoświecenia, Pseudonirwany. Pirat żył w swojej małej kajucie na planetarnym Titanicu, gdzie orkiestra mediów rżnęła ostatniego walca, który już jechał dosłownie po wszystkim, ugniatając różnorodność w jedną szarą toporną masę, której schlebiano, którą adorowano, którą mielono bez przerwy w tej Wielkiej Bezdusznej Maszynie i wypluwano jak odpad w Niebyt. Psychopatyczna Gra. Teraz Jezus wisiał na Wielkim Znaku Zapytania i zaczął się śmiać w głos dla tych, którzy mieli uszy aby słyszeć. Zamiast pordzewiałych gwoździ miał wszczepy, a dobra nowina była zakodowana w Matrycy i czekała na Nowy Rozdział, który musimy napisać, kiedy już obudzimy go w sobie, zamiast czekać na wyświetlenie kolejnego hologramu.

Czarna dziura nie jest dla wszystkich. Jest dla Nie Wybranych. Być Nie Wybranym i uświadomić to sobie to ho, ho, ho. Pirat mieszkał w Łodzi – Mieście Pogranicza dryfującym pomiędzy jawą i snem, na eksterytorialnych wodach kolektywnej świadomości, która stawała się coraz bardziej zatruta i zaśmiecona. Trzeba było zejść naprawdę głęboko by pojawiła się jakakolwiek klarowność i spokój. Jakikolwiek sens i powód. Jednak wtedy Pirat jedynie unosił się na powierzchni popychany chaotycznymi wiatrami. Zderzał się z Absurdem.

Jednak był czujny. Miał instynkt.

Rzeczywistość była dla niego psychosferą, nie postrzegał jej w ciągach przyczynowo – skutkowych w kategoriach praw dynamiki, biologicznego determinizmu czy spektaklu społecznego, widział ją jako gęsty zaludniony fantomami sen. Miał tak od dziecka, ponieważ jego wyobraźnia była pierwotnym jego światem, który go zrodził i ukształtował. Pirat został wysłany na misję do Świata Warunku, misję trzeba przyznać dość samobójczą, bowiem w Świecie Warunku wyobraźnia jest skazana wykrokiem dożywotniego więzienia bez odwołania. W Świecie Warunku podstawowym stanem istnienia jest Agonia. W tamtym czasie Pirat nie miał pojęcia o czym my tutaj mówimy, po prostu próbował przetrwać w Tym Czymś, w źle skonfigurowanej grze w której nikt nie wiedział po co w ogóle ma w to grać jednak grał, bo grali wszyscy i wszyscy przegrywali oszukując samych siebie do samego końca. Pirat nigdy nie zaczął tak naprawdę grać w tą Grę jedynie tylko udawał zainteresowanie, udawał udział, udawał zaangażowanie.

I rozpoznawał tych, którzy też udają.

Rozkołysane wahadło pozornego życia poruszało się w nadziei i rozpaczy, poruszało się w cierpieniu i szczęściu, na zmianę. Nikt nie wiedział kto wprawił je w ruch, choć rzecz jasna było wiele teorii naukowych i religijnych w które ludzie wierzyli, bo ludzie, drodzy ludzie potrafią uwierzyć we wszystko. Tacy są. Ta przypadłość uczyniła Grę możliwą. W Wymiarze Warunku cierpimy na Brak Pamięci, na Krótkotrwałość, cierpimy na życie, które kończy się śmiercią, na śmierć która udaje życie. W Wymiarze Warunku zatrzaśnięto wszystkie drzwi, uniemożliwiono ucieczkę. Bebechy maszyny losującej bez wygranych wypluwającej złudzenie za złudzeniem. Najczęściej orientujesz się wtedy, kiedy jest już za późno, prawie na sam mało wesoły koniec, kiedy brak ci już sił i patrzysz na swoją grę z perspektywy realnego doświadczenia, bezlitosnej weryfikacji wszystkich tych obietnic, zapewnień i bajek dla dzieci. Jednak tak naprawdę realne życie jest w istocie mało realne, jest ciągiem przelatujących obrazów wokół nas, z których nie zostaje nic co możesz złapać jak woda na powrót wracająca do oceanu. Jest ruchomym tłem za którym próbujesz nadążyć, choć to niemożliwe. Tym co jednak zawsze jest obecne jesteś Ty – Nie Ty.

TO.

Ty przepływający przez to wszystko, ty zanurzający się w gęsty roztwór wyobrażeń, koncepcji, teorii, które nigdy się nie kończą, bowiem tak to już jest. Jednak kiedy na powrót zamieszkasz wewnątrz samego siebie, wewnątrz tego, który chce gdzieś dopłynąć, bo wierzy, że tam czeka go coś czego jeszcze nie ma tu, możesz w końcu poczuć, że w tym co bez końca się rusza istnieje coś co wydaje się spokojne i nieruchome, coś na co naprawdę możesz liczyć, coś co jest bliżej niż twoja własna skóra. Pirat miał to przeczucie, nie był go wtedy świadomy jednak ono było tak czyste. Niewymyślne. W tamtym czasie wciąż się gubił na każdym skrzyżowaniu wielkiego Miasta Snu, które zbudowano na chybił trafił, bo świątynią postępu była wtedy Produkcja wypluwająca ludzkie życie przez wielkie strzeliste kominy, mieląca ich w Maszynie. Żyjemy w istocie w snach innych ludzi, którymi sami byliśmy, a my teraz śnimy sny dla nas, którzy przyjdą kiedy my odejdziemy. Sen przyszłości skrapla się w każdej sekundzie i tworzy potencjał Mutacji z której powstaje kolejna zmodyfikowana wersja rzeczywistości, kolejny wariant Psychosfery do którego wypluje nas terror egzystencji i będziemy po raz kolejny trawić samych siebie.

Zrodzeni sami z siebie doświadczamy swojego własnego świata.

Potencjalność jest nieskończona. Dlatego nic nie może się wyczerpać, nic nie może dotrzeć do końca, bo koniec jest tylko kolejnym początkiem. „Koniec” jest pocieszeniem dla nieświadomego umysłu, nie możemy zatrzymać strumienia wrażeń, możemy jedynie nauczyć się współpracy i obecności, możemy odkryć, że w istocie to wszystko jest po prostu piękne i fascynujące nawet wtedy kiedy jest okrutne, tragiczne i pozbawia nadziei, bo ostatecznie nie ma miejsca docelowego, nie ma zbawienia, nirwany, nie ma niebytu, a Piekłem jest Warunek. Nikt nie potrafi zgasić światła świadomości nawet sam bóg nie ma pojęcia gdzie jest wyłącznik. Ten „prąd”, który przez nas przepływa jest energią życia. Wystarczy spojrzeć na dzieci. Dlatego świat bez dzieci stał by się światem nie do wytrzymania, stałby się zimny i okrutny. To one przynoszą tutaj Żywość, zasilają to pole. Jednak co my im czynimy, kiedy chcemy, aby upodobniły się do nas, by były kolejnymi automatami do obsługi karmicznego długu wtłaczając je w nasz kwadratowy mechaniczny świat, przyuczając je do bycia biernym, posłusznym i zlęknionym, warunkując swoimi okrutnymi doktrynami pozbawionymi radości i światła, rzucając na kolana przed oblicze wymyślonego okrutnego małego pedantycznego boga, który zarzygał ten świat niewinną i czystą krwią z której ulano naszą „wolność”, która w istocie jest czystą nie rozcieńczoną Ignorancją.

Czarna dziura.
Kropka pod znakiem zapytania.
Otchłań Nieświadomości.

Ci, którzy udają, że są z tego świata, są tymi którzy tu przyszli by go odmienić, by być wtedy kiedy potencjometry są rozkręcone na maxa, kiedy wiek bogini Kali rozpruwa rzeczywistość na strzępy, jednak wtedy możliwy jest radykalny skok świadomości w takim stopniu jak nigdy wcześniej, ponieważ potencjał negatywizmu ma swoją twórczą i jasną stronę. W swojej esencji jest czystą niepohamowaną Mocą – Energią Istnienia. To jest ten czas. Ten Moment. Może cię wystrzelić lub pogrzebać – wszystko zależy od ciebie, nie od miliarderów i polityków tej całej zgrai napuchniętych schorowanych istnień ludzkich, którym się wydaje, że są bożkami w małym prowincjonalnym kościółku na obrzeżach nieskończonej galaktyki i dostąpią technologicznego zbawienia od choroby i śmierci, a koniec końców będą nawozem z gnojowiska dla pięknych kwiatów, które już rosną głęboko pod zdewastowaną sztucznymi nawozami Matką Ziemią – Istotą Która Czuje. Ta pschosfera ma nieskończoną ilość wcieleń, nieskończoną ilość wariantów, nieskończone opcje gry co na tą pokraczną chwilę nie mieści się nam w głowach, bo staliśmy się głównie głowami pełnymi spiskowego myślenia, głowami, które wciąż się martwią – jak to będzie, głowami które wciąż bolą, bo nie mogą przestać myśleć, głowami, które dają sobie tytuły wielkich głów za najbardziej błyskotliwe i inteligentne bicie w mur swoich własnych ograniczeń. Doszliśmy do ściany i Pirat odkrył to tamtego dnia, kiedy schodził po schodach do Podziemia zaraz przy Centralu.

Odkrył TO ponad wszelką wątpliwość. Zapalił śmierdzącego rakiem papierosa usiadł na oplutych wnętrznościami schodach, które w istocie prowadzą donikąd. Słuchał bicia swojego serca, każdego jednego uderzenia.

To Coś mówiło.

Słuchał.

Zwykły wpis
GASTROPOLIS OPOWIEŚCI, PROZA

POTEM

Dlaczego przebiłeś się przez przejście?

Dzieje Judy i Tamar

Pirat w ostatnich dniach był spokojny. Więcej było ciszy, więcej przestrzeni. Coś się zmieniło, jakby Duch otworzył w nim jakieś tajemne drzwi, które do tego momentu były zamknięte. Czuł, że tworzy się w jego życiu zupełnie nowy rozdział, że stał się bardziej dojrzałym człowiekiem. Nagle zrzucił starą skórę. Odważył się postawić kolejny krok na tej zadziwiającej drodze jaką jest życie i zrobił to delikatnie – tak dla odmiany. Rzadko tak bywało, raczej bywał gwałtowny, impulsywny, kąpany w gorącej wodzie emocji. Teraz stygł. Otwierał się. Przestał zagłuszać rzeczywistość i słuchał zdając sobie sprawę, że jest ona opowieścią, która wcale nie toczy się tak szybko jak mu się zdawało. Przede wszystkim jest warta uwagi, jest warta obecności i kiedy nie zagłusza jej jego własny chaotyczny umysł odsłania się jakby po raz pierwszy i jest zupełnie czymś innym o tego co zwykł postrzegać jako „rzeczywistość”. To była jedynie jego wersją wydarzeń. Sen.

Myśli się zmieniły. Były lżejsze. Miały w sobie więcej światła i przecież od początku były puste – pozbawione istnienia. Jednak zawsze przychodziły i zawsze odchodziły. Rodziły się i umierały jak gwiazdy. Pisząc Pirat próbował je zatrzymać, jednak zapisane były oszustwem, iluzją czegoś żywego. Na czym polegał sekret by tchnąć w nie życie, by stały się prawdziwym pokarmem, czymś co ma moc budzenia ze snu?

Był na cmentarzu. W miejscu do którego ciągle wracał, w którym była wciąż cisza i tajemnica. Trójprzymierze wylęknionych dusz przy zbiegu ulicy Ogrodowej i Srebrzyńskiej. Siedział przy pomniku małego anioła śpiącego na poduszce zaraz za kaplicą Scheiblera. Wszystko skąpane było w czerwieni, bo tylko jesień potrafiła wydobyć takie intensywne barwy. Purpura, cynober, pąs jak rozbudzone namiętnością ciało, które tak chciało żyć i kochać jednak czas był nieubłagalny, wszystko zaciskał w swojej pięści zostawiając jedynie esencję.

Światło.

Przymierze Formy i Pustki.
Przymierze Snu i Jawy.
Przymierze Życia i Śmierci.

Być żywym i wdzięcznym, choć przecież to takie trudne, zwłaszcza wtedy kiedy to co do ciebie przychodzi jest bolesne i rozszarpuje ci serce na strzępy. Jednak wciąż oddychasz, wciąż żyjesz. Jak zaśpiewał pewien człowiek:

„Czy coś jest nie tak”, powiedziała, oczywiście, że tak.
„Jeszcze żyjesz”, powiedziała, a czy zasługuję na to, żeby żyć?
Czy to jest pytanie?
A jeśli tak, to kto na nie odpowie?
Kto odpowie?

To jego życie nie było łatwe, nie było dobrym snem pełnym kolorów, lekkości i wdzięku, bo koniec końców rzadko, które życie takie jest. Raczej jest inaczej, wciąż przebijasz się przez mrok gubiąc po drodze wszystko co wydawało ci się cenne i ostatecznie przecież jesteś nagi i bezbronny w obliczu prawdy, która dla każdego jest inna. Jak klejnot obserwowany z wielu stron. Rozświetlający pryzmat ukryty głęboko w samym rdzeniu i nigdy nie możesz odgadnąć jak to jest możliwe. Jak to się stało. Pirat często myślał o tej niebywałej arogancji, która pyszniła się i nadymała, która przelewała z pustego w próżne, katalogowała każde z tych ludzkich urojeń jakby warte były tego całego wysiłku odkrycia wszystkich tajemnic niczym znaczonych kart w rozgrywce oszustów, która trwa od niemającego początku czasu i wciąż jednak daje złudzenie końca. Jednak koniec nie przychodzi, chociaż wszyscy wydają się czekać i myśleć, że oto oni żyją w tym właśnie rozstrzygającym rozdziale, który przecież ma wszystko ostatecznie wyjaśnić. Koniec przychodzi do każdego z osobna i odkrywa przed świadomością jej własną tajemnicę. Pirat miał taką nadzieję i w to właśnie wierzył, na to szczerze mówiąc liczył, bo w przeciwnym razie po co to wszystko?

Przecież niemożliwym jest aż tak monumentalny przypadek. Niemożliwym jest tak oszałamiająca skala, obezwładniający rozmach. Niemożliwym jest, aby taka rzecz była na rozum ludzki. Tego nie sposób pomieścić nawet w wyobraźni. Kiedy człowiek w samotności otwiera w sobie te pytania i uchyla tajemnicze drzwi słysząc ten podszept, który dodaje mu odwagi i otuchy stawia pierwszy nieśmiały krok i przekracza próg tajemnicy. W monotonnej płaszczyźnie uregulowanej przytłaczającym pragmatyzmem egzystencji ludzi – robotów to pragnienie wolności poprzedza ten niespodziewany wrzask, który budzi cię brutalnie ze stanu hipnozy w której żyje większość ludzi. Nagle budzisz się w nowym nieznanym świecie, który choć wydaje się tym samym przecież światem nie jest nim. Jest inny. Wytrącony z tej bezpiecznej rutyny na powrót uczysz się żyć. Jak dziecko.

Świat dorosłych umiera. Po części z ich własnej winy. Gęstnieje, staje się coraz cięższy i cięższy od wspomnień, błędów i nadziei tego ciągłego błądzenia po omacku w ciemności w zaludnionych do granic korytarzach, które doprawdy nigdzie nie prowadzą. Zajmują jedynie czas – najcenniejszą z walut. Nim się obejrzysz twój czas przeminie i nie wróci go żadna modlitwa. Bicie zegara usypia nas zamiast budzić. Odkładamy wszystko na potem i pewnego dnia to „potem” staje się naszym ostatnim teraz.

Nikt nie wie co jest dalej.

Zwykły wpis
GASTROPOLIS OPOWIEŚCI, PROZA

KOŚCIÓŁ I RATUSZ

Kruche są podstawy królestwa.

Michel Houellebecq „Cząstki elementarne”

Pani prezydent Królowa i jej wierny chór – dwór zainstalowany jak lepka od pożądliwości rdza na wszelkich urządzeniach, w całym mieście, obtoczona niczym kotlet schabowy w panierce swoich wiernych klakierów. Do tego mizeria z urzędniczej zmielonej masy ludzkiej segregującej ten nigdy niekończący się zapętlony dokumentalno – tabelkowy świat czystej formalnej Abstrakcji.

Mięso.
Masa.
Urzędnicza Maszyna.

Podatki, ulgi, derywatywy. Spółki pustego skarbca kartonowego państwa teoretycznego, którym rządzi ekipa Warsaw Shore w garniturach zarządzana przez inną mroczniejszą ekipę z Pogranicza. Kwantowa rzeczywistość równoległych wszechświatów zapadniętych w sobie w wyniku konstrukcyjnej prowizorki. Kolesie kolesiom zgotowali ten sos. Pizza Gate – Human Hate. Wybory – komory gazu rozweselającego. Nieustający happening politycznej poprawności i dość skutecznej taktyki odwracania uwagi. Dekady doświadczenia w kilku ustrojach. Studia podyplomowe z Administracji i Zarządzania Dezorientacją. Płaska Ziemia. Przy jebnięciu konkretnej i kolejnej zamordystycznej ustawy damy wam Aborcję – wytoczymy was na ulice jak kolorowe kulki z reklamy telewizora, albo powiemy, że chcemy ograniczyć wam prawa, które wam przecież sami dajemy jak kilka delikatnych kopów na ryj, żebyście trzymali tak zwany pion w kolejce do urojonego szczęścia. Tym można sterować jak tanim eurobiznesem z więzieniem w każdym rogu i świeżo drukowanymi dolarami. Trzy kostki. Trzy Szóstki. Patent wszczepu – Microsoftu. Człowiek jako terminal płatniczy. Podpięte pod siebie zagrody chwilowej wygody – Globalizacja 2.0 przeżuwająca kości swoich niezliczonych ofiar liczonych w grubych milionach jak te pożyczki. Bank Wszechświatowy Fundusz Walutowy – całe kontynenty drenowanie do ostatniej kropli zasobów naturalnych. Korporacyjny Genesis – Raj dla Wybrańców, barak dla skazańców. Galaktyczne Getto. District 17.

Lewica.
Prawica.
Surowa polędwica.

Tutaj w tym Nowym Mieście jak niegdyś nazywano Łódź wszystko było nieco bardziej swojsko – przaśne w pewien dość zabawny sposób nieudane i to paradoksalnie stanowiło największą szansę na znośne życie. To miasto nigdy nie będzie Smart, w pełni kompatybilne z Globalnym Mózgogłowiem, bo tu zawsze coś po drodze się najzwyczajniej w świecie wypierdoli, ktoś czegoś podłączy do końca tak jak trzeba i jak zwykle będziemy gdzieś pomiędzy wszystkim, a niczym. Zagubiona autostrada do Powszechnej Automatycznej Kolektywnej Szczęśliwości. Mocny karmiczny czynnik uwarunkowania przeszłością, którą zmienić można poprzez długie wdrażanie nowego oprogramowania. Tutaj zbyt wielu ludzi żyło w analogowej rzeczywistości, po części, dlatego, że cyfra ich nie uwiodła jak trzeba, po części z biedy i nieprzystosowania do trendów i nowinek gdyż umysł mieszkańców Łodzi był nieco korsarski ze swojej natury, miał w sobie mocny czynnik rewolucyjny i odporny na tą wysublimowaną propagandę o powszechnej szczęśliwości za sprawą Światłowodu. Być poza wyścigiem to nie jest przecież takie złe, ta samplowana podróba prawdziwego życia – matryca nałożona na system zmysłów nowe pikselowe Elizjum, zasilane nieskończonym cierpieniem czujących istot, krwią dogorywającej matki, która umierała na naszych oczach z przerwą na reklamy „zielonej odnawialnej energii” i wyprzedaże resztek dzikiej natury pod zabudowę, byśmy mogli z uśmiechem na ryju zajebać to, co jeszcze dyszy, co ma w sobie prawdziwe niezmodyfikowane naszą chorobą życie. Jesteśmy dość dewastującą Mutacją, toksyczną formą przejściową, transgenicznym gatunkiem hybrydowym, który niestety stał się zbyt szalony i niepoczytalny – zagubiony we własnych neurotycznych wytworach – dominującym czynniku naszej własnej agonii.

Zagubieni we własnym fikcyjnym królestwie nieskończonych praw i obowiązków, buchalteria kwadratu zamkniętego w bezsensownie obracającym się wokół sztucznych trendów i popędów kołowrotku – laboratoryjne szczury gorączkowo szukające wyjścia, które dla 99,99% po prostu nie istnieje, jest tylko przejściem jednego w drugie, przelaniem z próżnego w puste, bezustannym, nawykowym wgraniem w nigdy nieprzerwaną mechaniczną taśmę automatycznego istnienia – terror egzystencji. Rodząc się w konkretnym miejscu, czasie, rasie, nacji, państwie, mieście, rodzinie wgrywasz się w jeden z niezliczonych kodów – programów, stajesz się aplikacją, nośnikiem, klonem tego programu. Wierzysz, że jesteś „wolny i niezależny”, że „podejmujesz decyzje”, „tworzysz swoje życie”, jednak to nie prawda, bo w rzeczywistości to życie – program tworzy ciebie. Żyjesz zupełnie nieświadomy tego co tobą kieruje od tak zwanego „wnętrza” podświadomego programu twojego biologicznego plemienia, rodu – twoich przodków. Kiedy pływasz w tych wodach płodowych i nawet wcześniej kiedy jesteś tylko niewidocznym dla ludzkich zmysłów potencjałem, który szuka nowego biologicznego ciała ten program samoistnie instaluje się w tobie, warunkuje cię na całe przyszłe życie.

Conditio sine qua non.

Genetyczne perpetuum mobile, ciało wypluwające ciało – później jesteś „zagospodarowany” przez Kościół i Ratusz – przypieczętowany rytuałem i zapisany w ewidencji – kolejny produkt do przetrawienia i wyplucia do czarnej ziemi w tak zwanym finale.

Bóg mara, sen wiara.

Rodzimy się z pożądania, z ocierania narządu o narząd, czasem mówimy, że to z miłości lubimy w to wierzyć, jest romantyczna, wzniosła wersja reklamowa, którą wyświetlamy sami sobie. Jednak z wiekiem zaczynamy rozumieć, że choć i owszem jest tam źdźbło tak zwanej prawdy jednak ten sztuczny romantyzm jest w istocie dość daleki od rzeczywistości. Dlatego opakowaliśmy to wszystko folderem reklamowym, świątecznym papierem na prezenty, komediami romantycznymi, gazetami life-stylowymi, bonami na zakupy, niezliczoną ilością tych drobnych codziennych uciech minimalnych, których ciągła rotacja i zagęszczenie pozwala nam widzieć jedynie ten pozornie komfortowy i dobrze zorganizowany „nasz” mały neurotyczny świat oparty głównie na dość szalonym i kompulsywnym szukaniu wygody. Jednak ta wygoda ma swoją cenę. Swój koszt. Tą ceną jest cierpienie niezliczonych form życia i tak naprawdę nas samych. Cierpienie, którego z całych sił próbujemy nie widzieć, nie słyszeć i nie czuć. Chcemy spać, śnić „szczęśliwy sen”, bo dążenie do szczęścia i wolności jest prawem człowieka. Prawa człowieka są najważniejsze na świecie, to fundament demokracji, spektakularny dorobek intelektualny, osiągnięcie na miarę wszechświata. Nie jest wiadome, czy w całej iluzorycznej czasoprzestrzeni istnieje podobnie „najinteligentniejszy gatunek ssaków”, który ma równie wybiórcze podejście do „prawa do szczęścia”, w rzeczywistości nie szanując go nawet między sobą, nie mówiąc o innych czujących formach życia. 68 milionów ton martwego krowiego mięsa rocznie, 110 milionów ton ciał martwych świń, 115 milionów ton ubitych kurczaków – to kilka ton zamordowanego życia co sekundę. Wielkie planetarne mordowanie i wymieranie, wielka uczta pośrodku stosów trupów sięgających samego nieba niczym stos ofiarny dla wielkiego boga Ignorancji sycącego się odorem śmierci i rozpadu. Odzwierzęce śmiercionośne wirusy szalonych krów, świń, koni, ptaków, nietoperzy w końcu ukoronowanie naszych niesłabnących wysiłków samozniszczenia w postaci Mutującego Króla Wirusów, który zatrzymał cały ten szalony film pełen okrutnych twistów fabularnych i oferuje nam dramatyczną chwilę do namysłu. Przetasowania faktów jak tali znaczonych kart w tym pokerze, blef za blefem, oszustwo za oszustwem – rozbić bank i zgarnąć wszystkie świeżo bite żetony – wielka niekończąca się impreza z dziwkami i kokainą. Dojść do samego dna, wymacać podłoże. Przez chwilę krótszą niż pstryknięcie palcami – Być Królem Życia.

Sztuczny nierzeczywisty świat nawigowany sztucznym nierzeczywistym „prawem”. Miliardy papierów, ustaw, regulacji ciągłe nieprzerwane modyfikowanie swoich własnych wymysłów dla potrzeb tak zwanej chwili – wszystkiego co w istocie się tutaj wydarza. To tak naprawdę jest pod tą rzekomą „wolnością”. Żyjemy w korporacyjnym globalnym państwie wyznaniowym, którego religią jest Władza i Pieniądz. Tylko to się tak naprawdę tu liczy, za tym wszyscy biegają w tych pozłacanych łańcuchach. Jednak udajemy, że jest inaczej. Mamy literaturę piękną, sztuki wysokie, wyrafinowaną kuchnię francuską o bogatej tradycji, mamy zapierające dech symfonie wielkich kompozytorów, malarstwo, które dotyka boga i mistyczne ceremonie religijne. Mamy architektoniczne cuda świata, podbijamy kosmos. Mamy najbardziej komfortowy model w całej ludzkiej historii. Możesz być raperem, globtroterem, influenserem, religijnym koneserem starych win. Możesz być kim chcesz, każdym możliwym złudzeniem, każdą ochotą, pragnieniem. Możesz być gwiazdą egzystencjalnego porno i wyruchać wszystko w wielkie kakao i spuścić się na twarz wszechświatowi. Noce pełne uniesień i ekstazy. Noc kryształowa, Niemcy 9 Listopada.
Biała noc, 18 listopada Kooperacyjna Republika Gujany – Świątynia Ludu Kościoła Pełnej Ewangelii. Śmiercionośne abstrakcyjne szaleństwo zagubionego umysłu.

Pornograficzne Mózgogłowie.
Samojebka.

Jednak tak naprawdę ten „sukces” trwa tak krótko, że nim się obejrzysz zobaczysz, że jesteś żebrzącą o brak cierpienia biologią, umierającym w przerażeniu ciałem i wszystko co zrobiłeś i kim byłeś przyjdzie do ciebie jak cień. Na tym żerują religijne hieny, zaklinacze zagubionych dusz, prorocy nocy, sprzedawcy złudzeń odkupienia, rozgrzeszenia w zamian za udział w odpustach, rytuałach, religijnych ruchach wstecznych. Sądzimy sami siebie w sobie. Dlatego tak naprawdę nie możemy siebie oszukać. Nasza nieświadoma świadomość jest jak czarna skrzynka zapisująca każdy ułamek sekundy, każde działanie, słowo, gest. To nie brodaty starzec na wysokościach, srogi demiurg, to nasz własny umysł – macierz wszechrzeczy. Przyczyna i skutek to jest prawdziwy fundament tego Królestwa. Kto sieje wiatr zbiera burzę. To wszystko zaczyna się od każdego z nas w tej jednej obecnej chwili, dlatego pomóc temu światu to przede wszystkim pomóc samemu sobie, uleczyć własne szaleństwo, własny strach i przerażenie, zobaczyć siebie w rzeczywisty sposób, odkryć swoje neurozy i własny negatywizm, zobaczyć cień. To były ciągi myślowe w głowie Pirata, tak zwane spontaniczne „przebicia z pola”. Poza osobowa narracja podczas jarania porannych kiepów wraz z Prepersem.

Siedzą TERAZ w ćwierć lotosie na poduszkach do medytacji na cokole placu wolności. Kontemplują w milczeniu naturę wszechświata i piją kawę po turecku przyrządzoną po chińsku. Jest mroźny i orzeźwiający pandemiczny poranek przesiąknięty tendencją depopulacyjną. Można nawet powiedzieć, że wpisują się w obecny trend na powszechne morsowanie, czyli włażenie w pantalonach do lodowca, pływanie w przeręblach lub smarowanie się śniegiem i konieczne obowiązkowe sprawozdanie na Portalu Twarzy – PT w postaci heroicznej samojebki. Jest tak zwany okres między świąteczny. Tak…Ta ulica to wręcz literacka legenda, pełna bohaterów mało poczytnych książek i wszelakich akcji fabularnych od romansów po horrory. Pirat sam ma tendencje grafomańskie od najmłodszych lat, „coś tam” zawsze pisał, pisze i będzie pisał. Często gęsto ma ze sobą swojego czarnego oldskulowego lapka IBM – a T43, który jest jak cyfrowy czołg – to jego uzbrojenie w powszechnej wojnie informacyjnej. Siedzi w ciepłe – przestrzenne dni na tym placu wolności pod pomnikiem Kościuszki i tworzy swoje literacko – gonzo dziennikarskie widokówki postapo. Jest redaktorem naczelnym internetowego zina „Lodzer Zeitung”, którego tytuł przypomina nam o permanentnej okupacji naszej świadomości. Podtytuł brzmi „Mięso, Masa, Maszyna” i to w skondensowanej formie wyraża całą piracką filozofię, którą nazywa „Terrorem Egzystencji” – przez Faszyzm Materializmu, który dumnie kroczy przez świat i zostawia po sobie totalny rozpierdol w postaci śmierci, głupoty i zniszczenia. To nie jest wróg z krwi i kości – to umysłowy wirus, który wciąż mutuje i przenosi się przez slogany na bazie nieskończonych potrzeb dlatego jest niezniszczalny i wszechpotężny – jak urojony bóg. Pirat ma około trzydziestego trzeciego roku życia, niebieskie prawie błękitne oczy, które jak to czasem mówią ludzie powodują dziwne odczucia, twarz trochę dziecka, trochę starca, długie włosy spięte w kok niczym alternatywny Budda, nosi się w stylu jak najbardziej pirackim ma ciężkie srebrne kolczyki z małymi trupimi czaszkami i bejsbolówkę z trupią czachą, a na nią narzucony grupy wełniany czarny kaptur. Ogolona twarz i bokobrody.

Prawdziwy punkowy lodzermench – potomek żydowskiego rodu łódzkich fabrykantów, którzy musieli jak to zwykle z Żydami wyjechać kopani po dupach tak zwanymi okolicznościami jakieś kolejnej zrodzonej w ludzkich głowach paranoi. Jego nazwisko to Baal, a imię Max. Co jakiś czas, w jakimś miejscu w ludzkich umysłach inkarnuje coś naprawdę złego, pewien rodzaj przesiąkniętego nienawiścią bezosobowego bytu, zatruta bezduszna idea, zaraźliwa i okrutna choroba umysłu przenoszona z głowy do głowy, z serca do serca i wówczas płoną krematoria i rusza precyzyjna i zimna maszyna śmierci. Zawsze jest tam jakiś bóg, wyższe dobro, dziejowa konieczność, równość, braterstwo, czystość, sprawiedliwość, jednym słowem – Abstrakcja. To jest zarzewie szaleństwa, nieskończony potencjał cierpienia na którym bazuje Mózgogłowie w nieskończoność przedłużając swoje panowanie w pozbawioną czucia dyktaturę. Wyhodowali nas w szufladkach, w kubłach na śmieci – karma w pudełku na wynos. Polska szufladka, żydowska szufladka, rosyjska szufladka, niemiecka szufladka. W kolorze białym, żółtym, czerwonym, czarnym, obklejone tymi albo tamtymi wizerunkami świętych mężów, którzy wcale nie byli święci, a po prostu przytomni tego co się tutaj odpierdala. Babilon ma naturę mentalną, jego mury to pojęcia, a zaprawa to Abstrakcja.

Po lewej Kościół po prawej Ratusz. Religia i Rząd, Bóg i Król – dwie sprawne dłonie jednego wiecznie ruchliwego cywilizacyjnego Monstrum, które teraz jest w stanie agonalnym podłączone pod respirator technologii, zainfekowane odzwierzęcymi wirusami, które przyszły do nas z okrucieństwa i czystej nie rozcieńczonej świadomością ignorancji. Co sekundę na tej planecie padają istoty żywe w agonii, bez przerwy, non – stop. Są mordowane na nieskończoną ilość przemyślanych sposobów, które mają swoje plany i rysunki techniczne. Technologiczna obróbka żywności, piramida żywienia z świńskim nabrzmiałym od przerażenia okiem, które patrzy na nas jak wyparty wyrzut sumienia. Gruba wysmarowana wszelkimi środkami przeciwbólowymi i sproszkowanym prozakiem skóra homo – niewiadomo – sapiens, który z godną samego siebie obojętnością i „rozkosznym rozbawieniem” godnym małego dziecka bawi się sam ze sobą w szczyt ewolucji – mając samego siebie za jedyny inteligentny gatunek we wszechświecie. Oddajmy głos Prepersowi

– Ty Pirat, weź no mi wytłumacz jak przysłowiowej krowie na granicy urojonych światów, jak to jest, że my jako podgatunek ludzki wytworzyć w sobie taką pychę, która twierdzi, że w całym nieskończonym kosmosie istniejemy tylko my cztero kończynowe istoty średnio inteligentne o tendencjach ewidentne samobójczych i skłonnościach psychopatycznych?

Pirat zaciągnął się papierosem patrząc na osnutą mgłą poranka główną arterię tego miasta, która z minuty na minutę nabierała życia w postaci istot żywych, które gorączkowo zaczęły „biegać” za tak zwanym swoim interesem czyli utrzymaniem się przy życiu, co przybrało formę pracy zarobkowej w postaci tak zwanego etatu, lub działalności gospodarczej i doprawdy nie miały czasu na tego typu zupełnie bezsensowne filozoficzne brednie. Rzeczywistość stała się bezlitośnie pragmatyczna – niczym zmywarka do naczyń, albo kosiarka do trawników. Skomputeryzowane Smart – Live w Smart – City – jedno wielkie Udogodnienie sprowadzone do obsługiwania Pulpitu Nawigacji. Czwarty zaawansowany stopień upośledzenia, człowiek – proteza.

„Pro – teza.”

Czło – wiek.
Pato – geneza.

– Wydaje mi się i warto to dodawać przed absolutnie każdą tak zwaną opinią, że ten rodzaj iluzji wynika z ograniczenia naszej percepcji, która mam poczucie jest dość mechaniczna, bowiem żyjemy w deterministycznym zmechanizowanym paradygmacie naukowym, który czy chcemy tego czy nie ukształtował naszą tak zwaną siatkę pojęć i zdeterminował sposób w jaki „postrzegamy” – „rzeczywistość”. Terror logiki i dowodu – ta osławiona metodologia zamyka nas w więzieniu własnych ograniczeń, co powoduje, że żyjemy jak to ujął jeden zajebisty pisarz w „symulacji zbudowanej z założeń”. To z kolei prowadzi nas wprost do poczucia wyobcowania i totalnego kosmicznego osamotnienia, bowiem to świadomość określa byt. Brak nam tutaj perspektywy, gdyż zajęci jesteśmy „badaniem” struktury, zafiksowaniem na detalu i tym samym kompletnie tracimy panoramiczny i wielowymiarowy obraz co skutkuje, że sprowadziliśmy to wszystko do ubogiej formy trzech wymiarów. Jednak jeżeli przeniesiemy uwagę z funkcji zmysłów do jądra samej świadomości, wówczas odkryjemy coś co się nazywa – Wyobraźnia i to ona jest w obecnej dość chujowej sytuacji – najważniejszym naszym potencjałem, gdyż w tak zwanym wymiarze fizycznym doszliśmy do tak zwanej ściany – limitu logiki i rozumu, które mają w sobie ograniczenie jak mechaniczny procesor w komputerze i określoną przepustowość danych i możliwości procesowania kodu, który sam w sobie jest napisany na nasze własne podobieństwo – jest produktem ułomnego boga, jest by rzec kratami tego logicznego więzienia. Dlatego tak zdemonizowano psychodeliki, bowiem rośliny psychoaktywne mają w sobie potencjał hakowania tego kodu, przebicia się przez zasieki logiki do nieskończonego potencjału samej świadomości. Jeżeli spojrzymy na umysł jako nieskończony potencjał pozbawiony granic, sztucznych struktur niczym bezbrzeżny ocean potencjału ujrzymy samych siebie w obecnej formie jako istoty, które uwięziły własną świadomość w klatce przyjętych koncepcji, które uważamy za tak zwane fakty. Istota władzy polega na panowaniu nad umysłem, nad percepcją i sprowadzenie nas do mechanicznej aparatury opartej na zmysłach i logice. To jest kanalizacja tej struktury, żyjemy w ścieku konsumując przetrawione przez Maszynę życie – dostając odpadki – nagrodę pocieszenia. Żyjemy w dualistycznej matrycy tak zwanego dobra i zła, Boga i Diabła, lecz czym w swojej istocie jest Diabeł?

To Ograniczenie.
To jest esencja.

Zatem patrząc na ten świat, co jest tym co najbardziej „rzuca się w oczy”. Ograniczenie! Zniewolenie warunkami! Wszystko ma limit! Jest nietrwałe, skończone w czasie i przestrzeni, podległe nieuniknionemu rozpadowi. Starość, choroba, śmierć! Jednak esencja świadomości nie powstała z warunków, jest niematerialna – nasze myśli – ruch energii – istnieją i nie istnieją jednocześnie – jak dźwięk. Dlatego to nie podlega fizycznemu rozpadowi. To nie jest dobre i nie jest złe. To jest poza tym wtórnym określaniem czegokolwiek, bowiem jest przed jakąkolwiek nazwą. Dlatego osobiście uważam, że we wszechświecie istnieje absolutnie nieskończona ilość istot, światów i samego życia w bogactwie wszelakich form, które nie mieszczą się w naszej ograniczonej dowodami logice, to jest Potęga Wyobraźni. Pierdolnięcie Transcendentu. Klucz otwierający Wszechświat, który leży w nas samych i jeżeli go nie użyjemy sczeźniemy na pustyni z pragnienia, kiedy tak naprawdę wkoło mamy życiodajne czyste wody świadomości, które mają źródło w nas samych, nie w Bogu na wysokościach, czy zbawieniu niesionemu przez kolejnego mesjasza na którego czekamy jak na odpust wszelkich win. To w swojej istocie jest nasz Wybór. Podlegać narzuconemu mechanicznemu systemowi Maszyny Śmierci, czy udać się w podróż do wnętrza samych siebie i zacząć badać kim w istocie jesteśmy i jak głęboko sięgamy. Póki naśladujesz nigdzie w rzeczy samej nie dotrzesz, po prostu umrzesz po drodze, zużyjesz się jak maszyna i wyłączysz.

Jednak!

Jeśli zamiast iść czyimś śladem zatrzymasz się i zaczniesz badać kim ty jesteś, gdzie jesteś i z jakim skutkiem wówczas masz szansę poznać coś czego nikt inny nie jest władny poznać. Samego Siebie. To jest esencja tak zwanej medytacji. Dlatego warto medytować. Jeżeli spojrzysz na posążek Buddy zobaczysz w nim całe i kompletne nauczanie Drogi, która nie polega na studiowaniu pism, żarliwych modlitwach, błaganiu, skomleniu i klepaniu różańców. To jest Droga Poznania Świadomości – tego czym jesteśmy w najgłębszej swojej istocie. Zostać piratem to zdjąć wszelkie flagi narodu, religii, kultury i zamiast tego zrozumieć że jesteśmy czachą i piszczelami – nietrwałym umierającym ciałem podległym cierpieniu, to jest konkretna i rzeczywista sytuacja. To jest nasz aktualny stan. Punkt wyjścia i ten człowiek, który nie był żadnym bogiem, synem czy siostrzeńcem boga postrzeganego jako wszechmocna autonomiczna jednostka sprawcza, po prostu przebudził się ze Snu, który wszyscy śnimy. Zobaczył, że absolutnie wszystko jest złożone z warunków, a tym samym nietrwałe, że nie ma czegoś takiego jak esencja, jaźń, dusza – zobaczył, że forma nie może istnieć bez pustki a pustka bez formy. Że to jest nieskończony taniec energii. Niestworzone, Niezrodzone poza nazwą i formą. Czyste i Doskonale w swojej Pierwotnej Naturze. Na wieki wieków Amen.

Na tym Pirat skończył, a Prepers tak w połowie mniej więcej już się wyłączył i zamyślił, bo jak możemy zobaczyć, był to doprawdy długi wywód i umysł broni się przed przeciążeniem uciekając w swoje własne wytwory i imaginacje. Tak to już jest, w pewnym momencie nasze TO – co nazywamy umysłem przełącza się na wewnętrzny film i staje się on komedią lub tragedią w zależności od ta zwanej zawartości – wprowadzonych danych i potwierdzających je doświadczeń. My zostaniemy tu chwilowo w tak zwanym dramacie – komediowym i będziemy rozwijać wątek w jaki sposób funkcjonuje tak zwany urzędowy świat kwadratowego świata poruszającego się w kole.

Zatem w chwilę po tych porannych medytacjach – kontemplacjach nasi bohaterowie spakowali swoje plecaki, by odwiedzić Prawdziwą Cesarzową Łódzkiego Podziemia Maję Frej. Postanowili nie jechać swoim pirackim wehikułem, a skorzystać z dobrodziejstwa komunikacji miejskiej. Ich mieszkanie było w kamienicy pod numerem szóstym i warto w tym momencie dodać, że Pirat był w rzeczy samej dziedzicem i potomkiem łódzkiego rodu bawełnianego i jego własny dziadek przekazał mu w spadku wspomnianą kamienicę wraz z lokalem, gdzie już niebawem powstać miała „Złota Świnia” czyli ich koń trojański w samym sercu kwadratowej Troi, a której piwnicy były systemy kanałów i pomieszczeń, a główne z nich zwane „Świątynią” było pod samym Pomnikiem Kościuszki. Miejsce zostało aktywowane. Można było zacząć działać. Osobliwe było to, że robili to w czasie, który pozornie był najgorszym z możliwych, jednak w rzeczywistości był najbardziej odpowiedni – ponieważ panował pandemiczny rozpierdol i można było olać kwadratowe prawidła tak zwanego systemu ucisku i kontroli. Podług Prawideł Mocy – zawsze po upadku następuje wzrost, chyba, że upadek jest tak zwany absolutny. Kamienica była stara i pamiętała jeszcze czasy kiedy to miasto było ciągle zajętym nabuzowanym wzwodem samego diabła o czarnych węglowych oczach i przegubach industrialnej maszynerii, która wypluwała obłoki czarnej sadzy i dymu z bez ustanku gorejącymi fabrycznymi kominami wielkich fabryk wypełnionymi ciałami wróżek – automatów, które pracowały bez ustanku i wytchnienia w piekle bawełnianego szaleństwa. To kobiety utrzymywały to miasto, były tańsze, bardziej wytrzymałe i potrafiły tańczyć przy tych maszynach obsługując kilka jednocześnie przez długie śmierdzące spocone godziny, by wrócić do domu i odbębnić drugi etat przy dzieciach i najczęściej zapijaczonym mężu. To nie mieści się w hipsterskich głowach – na jakim cierpieniu zbudowano ówczesną potęgę tej stolicy tekstyliów, która teraz jest biednym i wyludniającym się miastem, które użyte i wyeksploatowane jak to zwykle w tym świecie zostało zostawione samo sobie wyssane z krwi i dogorywające niczym pociągowy wół umierający ze starości i zmęczenia na poboczu tej tak zwanej drogi wiecznego wzrostu – Globalnego Konglomeratu Powszechnej Eksploatacji.

Kamienica nie załapała się jeszcze na projekt tak zwanej renowacji, bo trzeba przyznać, że te odnowione kamienice prezentowały się pięknie i być może pewnego słonecznego dnia ujrzymy Łódź kompletnie odmienioną – ta spracowana, styrana życiem przędzalniana weteranka za sprawą góry pieniędzy i dobrych chęci zostanie skierowana na odmładzającą kurację i wszystkie te suknie zostaną wyprane i odświeżone i znów będzie tak zwany bal. Jednak w międzyczasie dwudziestolecia pandemicznego w samym środku tej informacyjnej wojny o ludzkie zdezelowane umysły przesiąknięte poczuciem nadchodzącego nieubłaganie Końca wygląda jak wygląda, pachnie jak pachnie – niestrawionym porannym alkoholem i kebabem na cienkim cieście za 12,50 i psotą z tak zwaną małpeczką czyli setunią dobrej owocowej wódy i niwelującą zapach alko gumą orbit oczywiście bez cukru.

Pirat i Prepers ubrani na galowo czyli w czarne anarchistyczne barwy wojenne z dymiącymi kiepami i turystycznymi kubkami pełnymi kawy z cynamonem, goździkami i kardamonem szli całkiem raźnie na przystanek tramwajowy. Ulica Legionów jest dość srogą ulicą, rewirem dresików o szybkostrzelnych butach nike, adidas czy, co w tym wypadku jest dość zabawne, new balance – którymi w razie W rozpierdolą ci czaszkę w drobny afgański mak, z którego powstaje pyszna embrionalna heroina. To jest świat plemienny, ci ludzie mają swoją wspólnotę niemalże religijną, bowiem Łódzki Klub Sportowy choćby był nawet w siedemnastej lidze jest dla nich jak bóg – dość co oczywiste abstrakcyjny jednak zawsze są mu oddani do ostatniej jak to mówią krwi i jak głosi pewne hasło na murze piją herbatę w wodzie po pierogach, lub biją matkę różańcem po szczepionce – co w obecnej sytuacji jest jeszcze bardziej tragiczno – zabawne. Jednak najprawdopodobniej lulali teraz, odsypiając ciężkie codzienne życie kibica wydalające ze swoich ciał w formie potu mieszaninę alkoholu, syntetycznych pigułek i tego ukrytego lęku i strachu, który jak mówią psychopatyczni psychoterapeuci jest podłożem gniewu i agresji. Coś musi być na rzeczy.

Kiedy tworzyli to centrum Nowego Miasta zaczęli od dwóch ulic przecinających je z północy na południe czyli na południe prowadziła ulica Piotrkowska, a na północ ulica Średnia, która teraz nazwana jest Nowomiejską. Więc pomysł był zacny by wprowadzić to Miasto w światło postępu i nowoczesności, w dymiący trend silników spalinowych, turbin i wielkich hal fabrycznych, wbić w ziemię wielkie strzeliste prącia kominów i szczytować każdego dnia dając Bogu sygnały dymne, że oto my ludzie z krwi jego krwi i kości jego kości stajemy się władcami tego świata, który staje się naszym posłusznym niewolnikiem wraz z wszystkim tym co wydał z siebie. I teraz, co tu dużo mówić – dusimy się własną pychą. Ulica Legionów biegnie na Zachód w stronę świata, który dogorywa na naszych oczach sprowadzony do roli taniej prostytutki podczas gwałtu zbiorowego, który stał się naszym głównym zajęciem. Zaspokoić siebie i swoje wymyślone potrzeby wyhodowane w Mózgogłowiu, te wszystkie perwersje bazujące na wiecznym nie zaspokajalnym głodzie nowych wrażeń, uciech i doznań, tej potrzebie by być w centrum wydarzeń, w ciągłym zainteresowaniu, utrzymywać tą militarną kontrolę nad szlakami handlowymi, nad surowcami by tylko dostarczyć zasilanie dla tego smutnego w rzeczy samej Disneylandu. Bawić się do samego tragicznego końca. Prepers i Pirat nie byli z telewizyjnego bombastyczne – optymistycznego miotu dzieci wychowywanych bezstresowo i sterylnych warunkach powszechnego i dość złudnego nadmiaru wszelkich dóbr i usług, byli produktem tego robotniczego miasta, tej surowej i bezwzględnej walki o każdy dzień. Tylko w ten sposób człowiek jest w stanie odkryć w sobie Moc i determinację by uczynić swoje istnienie odzwierciedleniem swojej autentycznej woli, by być tym kim naprawdę jest i mieć wyjebane czy komuś to pasuje czy nie. Jeżeli nie tworzysz konfliktu w samym sobie świat wychodzi ci na przeciw, ponieważ świat jest niczym innym niż Odzwierciedleniem. Lustrem. Zwierciadłem Wszechrzeczy.

Kiedyś za czasów zaborów ta ulica nazwana była Konstantiner Strasse, co na polski znaczyło Konstantynowska, a kiedy panoszyli się tutaj chłopcy z trupimi czaszkami na mundurach została dumnie nazwana General – Litzmann – Strasse, by na chwilę po okupacji stać się 11 Listopada, a zaraz po tym kiedy biedna skołowana Polska stała się sowiecką kolonią nazwano ją Bohaterów Stalingradu, jednak po tak zwanej transformacji ustrojowej lat 90-tych nadaną jej obecną nazwę Legionów. To tutaj zaraz przy Placu Wolności na samym rogu niegdyś pewien zamożny Szwajcar prowadził sławną cukiernię i funkcjonowała ona przez ponad 100 lat, co porównując do obecnej gastronomii jest wynikiem niemalże kosmicznym. Teraz w czasach wielkiego chińskiego brata jest tam restauracja „Adong” – ponieważ wszyscy pomalutku i konsekwentnie przeistaczamy się w małych chińczyków poddanych dyktaturze Światowej Globalnej Partii Materializmu i mamy co najwyżej plan pięcioletni, bowiem nikt nie wie czy to wszystko nie runie nagle i z wielkim hukiem i jak to mawiał poeta powszechnym skomleniem – „Skończyć się musi” – jak by powiedział bohater innej bardziej filmowo współczesnej gwiezdnej sagi. Skundlona populacja przerostu formy nad treścią, wiecznie rozbawione autystyczne dzieci żyjące w swoim urojonym sztucznym świecie jak śpiewali chłopcy z UK płyniemy w żółtej podwodnej Łodzi zanurzając się coraz bardziej w głębiny wszechobecnego absurdu wspomaganego topniejącymi lodowcami i zaburzeniem naturalnych rytmów. Jak to mówią – idziemy w zaparte. Dzieci z beczek naszprycowana pawulonem i sprzedane na części zamienne dla bogatych pedofilów – którzy tak czy inaczej nie zdążą być trans – human – lans, bowiem zaskoczy ich tak zwana sprawiedliwość karmiczna operując pojęciami wschodu, a podsumowując to po łódzku: będą się chechłać czyli kroić tępym narzędziem samych siebie.

Łódź w zaborze ruskim, była pierwsza jeżeli chodzi o tramwaje elektryczne. „Przyjedź do miasta Łodzi, zobaczysz jak tramwaj bez konia chodzi.” – się mówiło. I na tej ulicy, gdzie stoją teraz nasi super bohaterowie powstały jedne z pierwszych torów i pod sam koniec XIX wieku i dzień przed wigilią roku pańskiego 1898 ruszyły te lśniące nowoczesnością wagony wyprodukowane w nadreńskiej Kolonii. I bigiel był, istne szaleństwo w związku z tym jeżdżeniem w diabelskim wynalazku, a kanar czyli kontroler biletów miał zarabiać 50 rubli miesięcznie. Ta ulica Legionów jest też słynna z powodu pewnego dość ekscentrycznego jegomościa pierwszego fotografa, który miał tu swoją metę przy numerze 5, gdzie został przeniesiony z Rynku Nowego Miasta jego zakład fotograficzny, gdzie jak piszą odbywały się konspiracyjne spotkania przeciw ówczesnej władzy i po namierzeniu uciec w popłochu musiał poza granice Królestwa. To także tutaj nigdzie indziej powstała pierwsza łódzka gazeta, która co prawda była rządową gadzinówką pełną nudnych jak flaki z olejem i suchych jak wióry ogłoszeń jednak ponoć z czasem dało się to czytać, a to działo się pod numerem 12. Także tego i tamtego nie ma to tamto.

Siedzą pod butikiem Glamour, który raczej zdecydowanie nie jest czynny w pobliżu przystanku i kontemplują widoki z powłoki. Kupili w kiosku bilety i wodę gazowaną Żywiec – Znój. Żują gumy balonowe i popijają kawę z termosów i sobie myślą, że dla kogoś bez wyobraźni to miasto musi być jak uderzenie brechą w poczucie estetyki, scenografia jak z filmu, który nakręcili ostatnią kamerą za ostatnie pieniądze, taki powiedzmy niemy paradokument z muzyką ambientową i dramatycznymi ujęciami. No tak to wygląda na boga. Odrzut z taśmy produkcyjnej nowoczesności, wysypisko osobliwości, freak city, które otworzy ci serce i nauczy pokory. Podjeżdża tramwaj z lumpeksu, na oko jakieś 35 lat wypełniony wszelkimi możliwymi wspomnieniami, podszykowany przez dziesiątki łódzkich artystów ulicznych, którzy zostawili w nim i na nim swoje „dzieła sztuki” w postaci kompletnego braku ładu i składu, mówiąc kolokwialnie każdy coś namazał, wydrapał, dokleił, przyłatał i był jak mniemać można nawet zadowolony z siebie.

Czyli kogo?

Ale zostawmy TO na inny moment. Wsiadają i z miejsca prawilnie chcą skasować bilety, ale kasownik nie działa jeden z drugim i ten trzeci również. Kurwa go tramwajowa mać! Prosta rzecz by się wydawało, ale nie, nie i nie. Tutaj jest pierwsza niespodziewana wywrotka w twoim zaplanowanym kalendarium dnia, która uczy się, że doprawdy nie jest i nie będzie tak jak to sobie naiwnie zaplanowałeś, energia tego miasta wybija cię z tego wygodnego, bezmyślnego automatyzmu. Nakazuje Obecność, bezustanną pracę z tak zwanymi okolicznościami. Dlatego o kant dupy można potłuc te super – duper aplikacje smartfonowe do planowania codziennych aktywności, bo to nie jest Smart – a raczej hard i prawidła są nieco bardziej analogowe, jak ten wagon, który musieli dać w zastępstwo, bo coś się niechybnie spierdoliło – normalnie jeżdżą bardziej nowoczesne prawie wi – fi. Może to specjalnie do tej historii tak zrobili, kto wie?

Ty?

Każdego dnia wpadasz we wnyki tak zwanego systemu. Kościelno – politycznego – administracyjno niewydolnego reliktu dwudziestego wieku, kolektywny umysł jest w znacznym stopniu zapóźniony – szok przyszłości dopada go i osacza już niemalże na każdym chwiejnym kroku. Tutaj w tym kraju Ariów – Słowian, którzy jak piszą w internecie wymyślili twaróg i sanskryt, proch i wszystko co dobre, a nawet nawet zrobili swój słowiański niezależny portal społecznościowy ratujemy się budowaniem tych wewnętrznych mitologii, lokalnego patriotyzmu, aby nasze złudne poczucie siebie miało się na czym oprzeć, mogło puchnąć i przekonywać samo siebie do samego siebie, bowiem tak w istocie jest Abstrakcją w Abstrakcji, Iluzją w Iluzji – tym co się zakotwiczyło w mule urojonej i wymyślonej rzeczywistości – której ciągłość i umowna „tożsamość” jest niczym innym jak opowieścią przekazywana z umysłu do umysłu.

W tramwaju pandemiczny wuha – nowy bal maskowy, ludzie siedzą i się boją, że zaraz umrą na zarazek co już jest wszędzie i we wszystkim. Pan czyta ekspress do taniej kawy ilustrowany, a tam jak Prepers wskazał palcem na pierwszej stronie piszą, że wandale podpalili Plac Wolności w bożonarodzeniową północ i na pewno jak zapowiada Komisarz Wejer do walki z wszelką przestępczością zorganizowaną i niezorganizowaną zostaną wytropieni i postawieni w stan tak zwanego oskarżenia i nie ma tolerancji dla wandalizmu w tym mieście. Wielkie mi coś! – powiedział Pirat. Śmiechu warte, bo to jeszcze, o czym Pan Komisarz nie wie, dopiero prolog, intro i początek. Aktywacja poszerzonego pola walki. Wysłanie sygnału do Kosmicznej Gwiezdnej Bazy Nieustającej Rebelii. Ogłoszenie niepodległości względem tego zapóźnionego we wszelkim rozwoju mechanicznego gnojowiska. Odpalimy race twórczego szaleństwa i rozświetlimy to smutne niebo i niebawem znów będzie Jasno i Przejrzyście i zaiskrzy w nas chęć do Przygody czym w swojej istocie jest i powinno być Życie. Sprowadzeni do parteru, broczący w niskich skłonnościach i odruchach, przykuci do obrazu nędzy i rozpaczy powielanego na wszelkich możliwych nośnikach musimy z bożą łaską i własnym wysiłkiem pomału jednak zdecydowanie podnieść się do pionu i o tym mili Państwo Czytelnicy jest ta surrealistyczne – magiczno – egzystencjalna opowieść.

Tramwaj, jedzie, kołysze się niczym trup na drzewie podczas tak zwanego samosądu, kiedy masy ludzkie mają już swoich winnych, i jak zawsze odwracają dzięki temu uwagę od samych siebie i odpowiedzialności za czynny udział w tym wszystkim. Mijają zakręt, skrzyżowanie, drugi, trzeci przystanek i wysiadają na trzynastym Pabianicka – Jana Pawła II. Epicko nijakie to jest miejsce, ale nazwa jak najbardziej skłania nas tutaj do tak zwanej refleksji, która wychodzi z ust Prepersa w tej oto formie:

– Wiesz, albo wiecie co mnie nieustannie zadziwia w „tym wszystkim”? Nieuleczalne ludzkie gloryfikowanie własnych mitów i kserowanie tego w nieskończoność na powielarce w tak zwanych środkach masowego przekazu, by w końcu i nieubłaganie wszyscy byli chorzy na te same przypadłości urojeniowe, które wówczas w wyniku ogólnej zgody i wygody stają się „prawdą” i kolejnym nie podlegającym dyskusji dogmatem, a później zaciekle i pełne przemocy werbalnej, mentalnej i fizycznej bronienie tego jak „świętości”, więc ja się pytam grzecznie co to za świętość, którą możesz obrazić, co to za świętość, którą możesz sprofanować, w moim rozumieniu prawdziwa świętość ma, że użyję tego słowa, wyjebane na swoje własne symboliczne przedstawienie, które jest niczym innym jak tylko dość ograniczonym ludzkim wyobrażeniem, pewną reprezentacją tego co przekracza fizykę, chemię i teologię. Jest w swojej istocie poza naszym „dobrem” i naszym „złem”. To co naprawdę się tu odbywa to – to sławne obrażanie uczuć religijnych za które można odbyć karę pozbawienia wolności, lub otrzymać karę innego rodzaju – innymi słowy obrażając czyjeś uczucia i jak one są już obrażone, to wówczas zbiera się specjalny sąd i poważni ludzie dyskutują i uznają, że tak faktycznie uczucia zostały obrażone i zapada wyrok, a ty powiedzmy, ten który je obraził choć w istocie nigdy ich nie widziałeś na oczy idziesz siedzieć, a w ekstremalnych warunkach religijnego lub innego fundamentalizmu, kiedy szaleństwo jest tak zwaną normą mogą cię za coś takiego po prostu zabić – jak w przypadku francuskich rysowników z dość głośnej sprawy mielonej jakiś czas temu w mediach i wielu, wielu innych podobnych historii, które przypominam wciąż mają miejsce w, przypominam, XXI wieku w tak zwanym postmodernistycznym nowoczesnym świecie, którego mieszkańcy mają ambicję na nieśmiertelność i podbój kosmosu. I to obraża moje uczucia w sposób, że tak powiem ekstremalny.

I widać było, że ten tak zwany gorący temat mocno, naprawdę mocno siedzi w głowie Prepersa, bo musiał przystanąć i zrolować skręta, czyli dobry organiczny tytoń z domieszką białej szałwii i zrobił to naprawdę sprawnie. I zaciągając się kontynuował:

– Czy my jesteśmy w ogóle w stanie funkcjonować bez tych wykoślawionych przez nasze własne umysły wzorców „moralnych”, wielkich słów, nadludzkich haseł, całego tego nawiedzonego pierdolenia, tej powalającej na każdym kroku hipokryzji, tego balu świętych przebierańców, hucpy, wiejskiej zabawy ze sztachetami ułożonych w krzyże, którymi bez ustanku przez całe stulecia okładamy się po mordach w imię, jakby inaczej, świętych ideałów? Dla tych wszystkich kościelnych wysuszonych moralistów polecam do przeczytania książkę „Sodoma” o realiach Stolicy Apostolskiej o prawdziwej naturze ich kardynałów i tych wszystkich którzy najbardziej donośnie szczekają o czystości i solidny film „Spotlight” o śledztwie dziennikarskim „Boston Globe” w sprawie tuszowania pedofilii na skalę, która przekracza tak zwane ludzkie wyobrażenie. Aleja Jana Pawła II i sprawa „grzechów sodomskich”. Osiemdziesiąty trzeci rok i zatwierdzony przez niego zapis w Kodeksie Prawa Kanonicznego, który zniósł pedofilię jako jeden z najcięższych grzechów i przestępstw przeciw kościołowi, a zamiast tego swoją „świętą” uwagę skierował na tych, którzy takie czyny duchownym zarzucają. Sekret papieski i ochrona świętości sakramentów. Trzeba zedrzeć te wszystkie maski, te purpurowe szaty „świętości” i objawić nagą prawdę taką jaka ona jest, uzdrowić to wszystko i wrócić do podstaw do zdrowo rozumianej pokory i miłosierdzia, do prostej i serdecznej wspólnoty serca, która nie potrzebuje całej tej nadętej bufonady, tych świątyń – pałaców, złotych sygnetów, zapisów, przypisów i komentarzy. Jak to mówią: czym dalej od źródła tym bardziej mętna woda. Ja naprawdę rozumiem w człowieku tą odwieczną potrzebę duchowości, ponieważ tak już mamy i zawsze tak mieliśmy, to jest ważne, nawet wtedy, kiedy z punktu widzenia współczesnej nauki jest to niczym innym jak tylko mitologią, jednak to ma swoją funkcję zagospodarowania tej irracjonalnej części naszej istoty, która czy chcemy tego czy nie, czy wierzymy w to czy nie – jest w nas. I zawsze mieliśmy przewodników, mistrzów jednak nie byli oni, jak współcześnie, duchowym produktem dostarczanym na rynek desperacji i cierpienia, ubranymi w odpowiednie kostiumy i akcesoria – cały ten świętojebliwy splendor, pozbawiony granic i rozsądku przepych, który dla kogoś kto nie jest tym zaprogramowany jest po prostu jednym wielkim błyszczącym oszustwem, który nie ma już nic wspólnego z wielkim mistrzem jakim był Jezus. Jak nie czytałeś to polecam ci książkę „Mordercy Chrystusa”. Coś po drodze nie pykło!

Pirat patrząc na te smutne betonowe okoliczności sztucznej przyrody jej ludzki – nieludzki wymiar pełen szarości i smutku powiedział:

-Przypominają mi się „Cząstki elementarne” Houellebecq’a i jego opis dogorywającej przez swoje pozorne wyzwolenie Europy – podstarzałej dekadenckiej sprośnej i umierającej kurewki, która ostatnie swoje lata spędza na orgietkach, wystawnych kolacjach i upijaniu się do utraty przytomności. Jej blask i chwała już dawno odeszła, jej piękno i żywotność, próbuje wszelkich zabiegów i operacji by tylko przekonać samą siebie, że wciąż jest młoda, wciąż ma przed sobą życie. Wyruchała pół świata, uczyniła z niego niewolniczy system urodziła swoje atlantyckie bękarty nabuzowane testosteronem z kompleksem militarno – przemysłowym, który teraz w desperacji próbuje z całych sił utrzymać swoją coraz mniej oczywistą dominację. To prawda jest jednocześnie matką współczesnej nauki, która ulżyła nam w cierpieniu, przyniosła temu światu bardzo dużo dobrych rzeczy miała swoje momenty troski, swój pozytywny wkład w kolektywne pole rozwoju ludzkiej świadomości, jednak koniec końców stała się samolubną i zachłanną fanatyczną suką pełną pychy i ambicji narzucającą niegdyś swój jedyny monochromatyczny „chrześcijański” obraz świata, a obecnie ten naukowo materialistyczno – mechaniczny Bezsens niszcząc wszelką różnorodność i sprowadzając wszystko do jednowymiarowego monotematycznego kultu egoizmu i zachłanności, którym w swojej istocie jest neoliberalny kapitalizm – system operacyjny tego dogorywającego Królestwa Kotleta i Parówy. Ja, Mnie, Moje. Kult jednostki, indywidualizm graniczący z narcyzmem, obsesja seksu i młodości, a z drugiej strony fundamentalistyczny, odrealniony, dogmatyczny korporacyjny system religijny narzucający przemocą swoje panowanie przez całe stulecia na masową skalę i czekający na ciebie z otwartymi ramionami kiedy już zmęczony żarciem, ruchaniem, kupowaniem i dragami zaczniesz opadać z sił wchodząc w proces przerażającej starości i duchowej bezdennej pustki, która powiększa się z każdym dniem twojego jałowego życia opartego na ciągłym szukaniu przyjemności i otępienia. Nie ma gorszego cierpienia niż świadomość przepierdolonego życia, którego „szczęście” oparte było tak naprawdę na cierpieniu innych istot, bowiem nie ma sposobu, aby uciec od skutków swoich własnych działań. To jest ostateczna sprawiedliwość tego świata – Śmierć, która w oczach tej aroganckiej pychy jawi się jako obelga, upokorzenie. Cały nasz naukowy wysiłek jest skierowany w tą stronę, aby przekroczyć to w naszym mniemaniu „ograniczenie” ten „błąd”. Wszystko i wszyscy próbuje przed tym uciec i to świadczy o tym w jakim punkcie jesteśmy tak naprawdę w rozumieniu natury życia, prawdziwej wiedzy, która nie jest wytworem naszych ograniczonych umysłów.

Pycha zawsze kroczy przed upadkiem i to jest dokładnie ten moment. Niezliczone cywilizacje przed nami upadały dokładnie w ten sam sposób, kiedy stawały się skrajnie samolubne, zachłanne i neurotyczne – próbując za wszelką cenę uciec od cierpienia i nauk, które ono niesie, wciąż bez ustanku wkładając swoją energię i wysiłek w polepszanie swojej sytuacji w Ucieczkę, która jest przecież daremna i skazana na porażkę. Jedyne wyjście to przyjąć to tym czym jest, zaakceptować warunki gry i wykorzystać swój czas najlepiej jak to tylko możliwe z pożytkiem dla siebie i innych. Tu doprawdy nie ma innego sensu. Przekroczyć Grę możesz tylko poprzez pełen w niej udział, musisz ją zintegrować w swoim własnym doświadczeniu, wykuć w niej swoją Moc i Obudzić swoje Serce. Wrócić do samego siebie, do rdzenia tego kim jesteś, do swojej własnej nauki wynikającej z twojego własnego życia takiego jakim ono jest w stanie nie rozcieńczonym przez wymówki i usprawiedliwienia. Język, Dar Komunikacji jest w istocie czymś poza czasem, poza formą i przekracza śmierć. Język Obrazu. Język Słowa. Język Pieśni. Możliwość przekazania swojego doświadczenia, swojej mądrości innym istotom. Wszyscy jesteśmy tak naprawdę w tym samym położeniu, wszyscy musimy rodzić się, cierpieć, mieć chwile szczęścia i radości starzeć się, chorować i umierać. Sami pozbawiamy się nadziei, ponieważ szukamy rozwiązania na zewnątrz nas samych, a tutaj w istocie nie chodzi o rozwiązanie. Tutaj chodzi o Rozpoznanie wszystkiego czym jest w swojej prawdzie, surowym stanie, bez tej nakładki naszego „najmądrzejszego” umysłu – Mózgogłowia, któremu się wydaje, że wszystko zna, wszystko wie, zupełnie nie rozumiejąc funkcji błędu, niedoskonałości, ułomności i nauczania, które w tym jest obecne, bowiem zarówno dobro i zło mają swoje nauczanie, swoją prawdę, a jedno nie może istnieć bez drugiego, są wiecznie we wzajemnej relacji, we wzajemnym dopełnieniu. Nie mieć nic do stracenia to nigdy nic nie stracić, nie mieć nic do zyskania to nigdy nic nie zyskać. Zostawić to wszystko w swojej własnej naturze, w swojej prawdzie. Porzucić przemoc zmiany, ulepszania, poprawiania gdyż wszyscy możemy teraz zobaczyć do czego to nas doprowadziło jako jednostki, społeczności i gatunek planetarny. Prawda jest taka, że nie możesz poprawić czegoś co już jest doskonałe w swojej prawdziwej naturze, w swoim prawdziwym nauczaniu – problem polega na tym, że ty tego nie potrafisz widzieć i rozumieć, nie dociera do ciebie to autentyczne nauczanie, które jest bardzo bezpośrednie, ponieważ żyjesz za szybą, za ekranem w złudnym odczuciu bycia oddzielnym, niezależnym i autonomicznym, jednak to ciało jest z tej ziemi i do niej należy, Duch je tylko zamieszkuje i porusza nim. Przebiera się bez końca w te ciała – ubiory i pewnego dnia po prostu postanowi być nagi rozpoznając sam siebie w swojej doskonałej prawdzie. Ta wrodzona Doskonałość jest jego Naturą, jego prawdziwym stanem i tak było od samego początku. Poza wysiłkiem. Jeżeli nie wyjdziemy z tego ścieku sztucznej neurotycznej świadomości człowieka – produktu, człowieka – robota ulegając swoim najniższym mechanicznym popędom i nie odnajdziemy w sobie czegoś żywego i czystego czeka nas niewyobrażalne w tej chwili cierpienie w postaci doświadczania zmultiplikowanych lawinowych skutków naszych działań, które tak czy inaczej już się manifestują, każdego dnia i każdej godzinie. Nie możemy tego zatrzymać, ale możemy z tym pracować jednak, aby to zrobić musimy stworzyć wolną i twórczą przestrzeń co w tej sytuacji możliwe jest tylko wtedy, kiedy przestaniesz biec. Zatrzymasz się i staniesz się naprawdę Uważny, Obecny, Świadomy, Przytomny, bo dopiero wtedy możesz pracować z okolicznościami i być coraz bardziej świadomy skutków każdej swojej myśli, słowa i działania. Kluczową sprawą jest jednak – Intencja! Po co robisz to co robisz? Jaki jest prawdziwy powód tego, pierwotna przyczyna? Czy jest to tylko mechaniczne, czy już ma w sobie element twórczy, kreatywny – coś świeżego? Jednak najważniejsze zawsze i wszędzie jest po prostu – Serce, prawdziwa świadomość, która nie podlega dyktaturze Mózgogłowia i może używać biologii zamiast być przez nią używanym, duch i ciało może być Jednym, przekroczenie tej odwiecznej dychotomii to zaprzestanie pierwszej pierwotnej wojny, prawdziwy wewnętrzny pokój, współpraca na poziomie ciała, energii i umysłu.

Ta choroba, ta pandemia, bez względu na to czy jest wytworem ludzkim, czy zbiegiem okoliczności jest właśnie tym zatrzymaniem, szansą na refleksję, na ujrzenie świata takim jaki jest, szansą na rozpoznanie własnego szaleństwa, nieświadomości. Chorujemy już od bardzo dawna, jednak zauważamy to dopiero w tym ostatnim stadium, kiedy nasza choroba zaburza nasze funkcjonowanie i jest widoczna wszędzie i we wszystkim i w końcu stajemy się świadomi tej diagnozy, której nie chcieliśmy słyszeć, bo wciąż byliśmy zajęci życiem w swoich własnych urojeniach. Ta choroba jest śmiertelna, nieuleczalna – konsekwencją narodzin jest śmierć, konsekwencją wzrostu jest rozpad – to jest odwieczna prawda tego ludzkiego świata. Uznanie tego jest szansą na prawdziwe autentyczne życie. Każda jedna chwila jest już kompletna, jest Darem w swojej pierwotnej czystości, kiedy nie jest skażona interpretacją, tym zanieczyszczeniem umysłu, który wszystko chce posiąść, przywłaszczyć i zdominować na swoja własną modłę. Piękno nie jest „tym pięknem” – jest Wszystkim.

Pirat potrafił czasem oddzielać siebie o tego co z niego wychodzi, był świadomy tego jak krótkie życie ma każde słowo – rozpuszczający się sam w sobie dźwięk. Gdzie to wszystko teraz jest? Gdzie się podziało, gdzie uleciało? Dokąd wróciło?

Szli tą jedną z milionów ulic, tysięcy rozgorączkowanych miast o nierównym oplutym chodniku pełnym śmieci i niedopałków i małych kępek trawy, które próbowały żyć w tych przeoczonych we wszelkich konstrukcjach szczelinach i choć dosłownie co chwilę były deptane i miażdżone przez podeszwy butów jednak nigdy, przenigdy nie ustawały, nie dawały za wygraną. Po prostu rosły. Po prostu były.

Postanowili coś zjeść. Bar wyglądał okropnie, żółty wyblakły budynek z napisem „obiady domowe” i dobudowanym poddaszem, para plastikowych okien i próg wysoko nad ziemią z trzema rozpadającymi się schodkami, które zapraszały na „smaczne i zdrowe” na „dużo i tanio”. Tak w istocie w tym mieście wszystkiego było dużo i było tanie, jednak nie było to smaczne ani zdrowe. Otworzyli drzwi i ich nozdrza zaatakował zapach spalonego tłuszczu, tanich przypraw i przepoconego zmęczenia życiem, który uosabiała starsza kobieta za ladą baru. Nie sposób wyrazić rozczarowania w jej oczach, które pożerało ją niczym pasożyt żywiąc się każdym kolejnym takim samym dniem, tą miażdżącą rutyną. Bylejakość była tutaj kluczem otwierającym wszystko, spajającym każdy atom gęstej, osaczającej przestrzeni, która była odpychająca, agresywna, zupełnie pozbawiona wrażliwości. Tępa.

-Tylko na wynos! – niemiłym głosem oznajmiła kobieta. Jej wodniste nieobecne oczy patrzyły na nich z nieskrywaną pogardą jaką obdarzała szczodrze samą siebie, a tym samym cały świat, który dla niej był po prostu – gównem. Śmierdzącym gównem. Niczym więcej.

Przez chwilę stali w milczeniu, czując to wszystko w sobie, było lepkie i brudne. Smutne. Jednak nie zdołało się o nich zaczepić, do niczego przylgnąć. Prepers usiadł przy stole niedbale nakrytym wzorzystą ceratą i „ozdobionym” sztucznymi zakurzonymi kwiatkami. Zdecydowanie nie mieszkała tutaj Hygieia, córka boga medycyny. Wyjął z plecaka świeczkę i gałązkę białej szałwii. Czekał. Pirat spokojnie i bez pośpiechu podszedł do baru. Dotknął jej dłoni i w jednej chwili poczuł jak gęste i obezwładniające jest bagno, które pożerało ją przez te wszystkie lata, cały ten nieznośny ból i upokorzenie. Doświadczyła w życiu tak mało szczęścia i było ono zarazem tak kruche, że pewnego dnia po prostu przestała na nie wyczekiwać porzucając wszelką nadzieję. Zapadała się w niebyt, który spełniał jednak funkcje życiowe. Jej łzy były ciężkie, rozpryskiwały się o dłoń Pirata jak każde porzucone marzenie, które niegdyś miała. W tej jednej krótkiej chwili, która wydawała się jej wiecznością znów Coś powróciło do życia, wybudzone z długiego apatycznego snu, a w jej oczach, które były szaro niebieskie znów pojawiło się światło. Mówią, że jest to zwierciadło duszy i to prawda. To prawda.

-Ma Pani może coś do zjedzenia bez mięsa? – zapytał cicho Pirat.

Kobieta o szaro niebieskich oczach, która teraz stała się istotą bardziej żywą i jeszcze nie do końca świadomą co tu się przed chwilą tak naprawdę wydarzyło była w stanie, który Pirat określał „Wielkim Zdziwieniem” i przez chwilę nie potrafiła odnaleźć w swoim umyśle, żadnego, nawet najmniejszego słowa. Była tylko cisza, pustka i fale zalewającego jej ciało ciepła. Teraz ludzie, którzy przyszli do jej baru, byli kimś zupełnie innym, jakby nie z tego świata, spoza tych ciasnych i dusznych oczywistości, tej strukturalnej zimnej nędzy do której tak przywykła. Byli Żywi. Prepers zapalił świeczkę i chodził z szałwią po barze, szczególnie zwracając uwagę na każdy z czterech rogów, okna i drzwi, szarobiały dym pochłaniał cały ten katorżniczy świat, skondensowane nabrzmiałe jak wrzód nieszczęście trawione i wydalane wciąż na nowo, przechodzące z ciała na ciało, z miejsca na miejsce jak zaraźliwa śmiertelna choroba. Wszystkożerna Otchłań. Przepocona Obojętność.

-Jak to bez mięsa?! Czemu bez mięsa?! – to był dla tej Pani rebus, zagadka z poza jej świata. Pirat to rozumiał. Rozumiał to bardzo dobrze. Odwieczne sankcjonowanie, oswajanie tego bezdusznego okrucieństwa, wreszcie i przede wszystkim biologiczne, umysłowe i energetyczne uzależnienie od tego, poczucie władzy drapieżnika, który wbrew „moralnej” otoczce, którą zbudował wokół siebie pozostał w niezmienionej prymitywnej formie. Odżywianie, kopulacja, walka o władzę, lenistwo i nieskończone manipulowanie rzeczywistością dla swoich potrzeb i swojej wygody. Mięso. Porno. Pieniądze. Showbiznes. Nauka – Religia. Neurony Dopaminergiczne. Prawdziwy terror jest zakodowany w naszej biologii, w Mózgogłowiu.

Kora.
Prążkowie.
Dopamina.

-Sami jesteśmy kucharzami i nie jemy mięsa, bo w obecnej formie jest niczym innym jak trucizną, która niszczy nasze zdrowie i niszczy ten świat. To wszystko to tylko głęboko wdrukowany nawyk, który można i należy zmienić. Pani w głębi serca czuje, że rzeczywistość naprawdę potrzebuje uzdrowienia i taka dieta jest jedną z rzeczy, którą można i powinno się zrobić. To nie jest takie trudne i to co teraz zrobimy to pójdziemy do kuchni i pomogę pani coś dla nas wszystkich przyrządzić.

Normalnie nic by z tego nie wyszło, jednak jak możecie się domyślić cała przedstawiona sytuacja zmutowała w zupełnie inny wymiar, w coś co łamie zasady tak zwanej logiki i prawdopodobieństwa – stała się czymś Otwartym pozbawionym kodu – nowym wzorem. To nazywane jest Hackiem – tworzeniem nowego wzoru na kolektywnej matrycy ignorancji, zawsze myślimy o dużych rzeczach, tak zwanych rewolucjach, o czymś spektakularnym, epickim, filmowym, dramatycznym ponieważ to dokarmia naszego ego. Jednak prawdziwa rzecz wydarza się w tak zwanej normalnej codzienności, w zwykłym życiu, w małych konsekwentnych i zdecydowanych krokach w tworzeniu nowych nieprzetartych ścieżek neuronowych opartych na parametrach serca. Serce to nie jest „serce”. To Troska. Miłość.
Wszyscy jesteśmy otumanieni tym okrutnym Programem, wszyscy uczestniczymy w mordowaniu tego Świata. Najtrudniej obudzić kogoś kto udaje, że śpi.

Kuchnia nie wyglądała najlepiej, w zasadzie wyglądała tragicznie. Była pozbawioną jakiejkolwiek energii małą klatką ze starymi domowymi meblami, brudnym zlewem pełnym garów, talerzy i resztek jedzenia. Kuchenne dewolucje. Gastro depresja. Wyjebane po całości. Ma na imię Alicja i to nie jest jej kraina czarów, to mroczna pieczara odzwierciedlająca jej stan, stała bezradna pośrodku tego wszystkiego i czuła wstyd za to miejsce, za swoje życie. Niepotrzebnie. Nikt nie zasługuje na to by go potępić, porzucić w tej bezdennej pełnej cierpienia Otchłani. Nawet kiedy robisz najgorsze rzeczy, robisz je, bo nie rozumiesz, nie rozpoznajesz prawdy, krzywdząc siebie, innych, ten świat tak naprawdę zadajesz ból sam sobie, ponieważ ta fundamentalne rozróżnienie jest iluzją. Pirat zawołał Prepersa i zaczęli tak zwane czyszczenie. Bez słów w kompletnej ciszy. Robili co trzeba było zrobić, ponieważ w gruncie rzeczy taka była ich praca. Kondycja tego świat odzwierciedla nasz własny stan, dlatego dobrze się przyjrzeć jak to w gruncie rzeczy wygląda, jak to funkcjonuje, czemu służy i z jakim skutkiem.

Było czysto.

Mięso zgniło. Nikt od dawna tu nie jadł. Nikt od dawna nie robił tu niczego co miało związek z życiem. Rzeczy na które nie zwracamy uwagi mówią o nas i do nas więcej niż wszystko inne. Pirat znalazł pieczarki, cebulę, marchewkę i ryż. Sól i pieprz. Olej rzepakowy. Prepers wstawił wodę na herbatę. Pokroili pieczarki, cebulę i marchewkę. Ugotowali ryż i podsmażyli go z warzywami. Prostota jest kluczem do szczęścia, a szczęście jest proste i nie wymaga nadludzkich wysiłków. Wystarczy Być i czuć Wdzięczność. Prepers znalazł biały obrus. Nakryli do stołu. Zapalili świeczkę i kadzidło. Pirat wypowiedział krótką, esencjonalną modlitwę:

-Dziękujemy Matce Ziemi za jej troskę, za to wszystko co mamy na talerzu przed sobą. Dziękujemy za Dar Życia i Naukę Śmierci. Dziękujemy wszystkim niezliczonym istotom, które były przed nami ukazując nam niezliczone drogi. Życzymy z tego miejsca Każdemu, Wszędzie, Wszystkiego Najlepszego, by ten świat odzyskał swoją pierwotną czystą naturę. Byśmy żyli szanując Życie i umierali dziękując za wszystko. Amen.

To nie było jakieś pyszne wyszukane danie, kolejna wysublimowana pożywka dla Mózgogłowia, to był Prawdziwy Pokarm, który nie jest po to by nas zadowalać, nie jest po to by robić mu zdjęcia na instagrama, nie jest po to by pisać mu recenzje i dyskutować o nim godzinami. Nic na tym świecie nie jest „specjalnie dla nas”, to my jesteśmy dla tego świata. Jesteśmy Załogą na Statku Kosmicznym Ziemia i nasza podróż Nie Ma Końca. Mamy nieskończoną pracę do wykonania. Jesteśmy w służbie dla pożytku Istnienia, a to oznacza, że nigdy nie jesteś bezrobotny. Zawsze jest Job to do. Jednak za prawdziwą pracę nikt nikomu nie płaci, to nie jest żadna oparta na zysku transakcja, żaden układ, żaden deal, wiąże cię bezterminowa umowa z twoim własnym sercem, ty ustalasz kodeks pracy i zakres obowiązków. Tworzyć coś z nicości, powołać do życia, nadać sens bezsensowi, to w istocie stworzyć jedną z dróg.

Pani Alicja zdecydowanie przez ten krótki, ale jakże treściwy czas była w Krainie Czarów. Odmuliła. Otrzymała Czysty Dar, coś czego w tym wymiarze zdominowanym przez ciągłą kalkulację i porównywanie jest jak na przysłowiowe lekarstwo. Coś zostało odmienione, tam w samym rdzeniu, w esencji i bardzo powoli jednak metodycznie będzie się przedzierać przez cały ten ściek ku prawdzie, ku drodze, ku życiu. Pirat to wiedział. Ucałowali jej zarumienione policzki, po których wciąż płynęły łzy, uścisnęli spracowane, zmęczone dłonie. Zostawili 108 polskich złotych i ruszyli przed siebie w kwadraturę zapętlonego świata.

Na ulicy Pabianickiej była awaria sygnalizacji świetlnej. Migało żółte światło, od czasu do czasu słychać było rozdrażnione wrzaski klaksonów. Było więcej powietrza, więcej światła, jednak nikt prawie tego nie zauważył, wszyscy gdzieś szli, gdzieś jechali. Tramwaje monotonnie kołysały się na torach jeżdżąc od krańcówki do krańcówki po tych samych pordzewiałych torach, mijając te same przystanki – dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, rok po roku.

Cały czas.
To samo.

Maja mieszkała w szarej odrapanej kamienicy. Na parterze. Zaraz obok jej drzwi, które w zasadzie były wyjściem do nieistniejącego ogrodu, była wjazdowa brama ze znakiem, jakby inaczej „zakaz wjazdu” biały prostokąt w czerwonym kole w towarzystwie plemiennych kibolskich tagów. Jude ten, jude tamten, jude, jude, jude. Napierająca ze wszystkich stron Zagłada Wrażliwości. Wylane na wszystko popłuczyny. Nad wejściem grał wietrzny dzwonek poruszany niedotykalną siłą. Prepersowi i Piratowi podobała się ta melodia, która miała swoje akcenty dramatyczne jednak była delikatna. Oddech przestrzeni był dziś spokojny. Wierzeje ozdobione były witrażem ukazującym chłopca w czerwonej czapce dającym małej dziewczynce żółty kielich z białym kwiatem. W tle były żółte domy z szarymi dachami, niebo było błękitne. Niemalże można było poczuć zapach tego kwiatu, to było lekkie, beztroskie. To było Piękne. Pozbawione jakiejkolwiek dwuznaczności. Czyste.
Treść wpływa na umysł i wyzwala potencjał. Ordynarna niedbała przestrzeń pozbawiona harmonii, estetyki, smaku i dbałości staje się martwą i negatywną zaczyna tworzyć nisko wibracyjne zamulające pole, ponieważ nic nie jest samo w sobie i samo dla siebie, absolutnie wszystko jest współzależne i wzajemnie uwarunkowane. Zaśmiecona przez nas Pierwotna Przestrzeń stała się Grzęzawiskiem, pozbawionym życia sztucznym zarosłym chwastem jałowym polem. Oddzielasz się wyobrażoną granicą od „świata zewnętrznego”, czy tą granicą jest twoja skóra, czy wewnątrz jest „twój świat”? Twój, mój, jego, jej…TO nie ma tak naprawdę żadnych granic. Żadnych. Forma jest jedynie skondensowanym do pewnych granic Wyobrażeniem, ciągle powtarzanym nawykiem Określonego Postrzegania najczęściej nie potrafimy widzieć w sposób wielowymiarowy, ponieważ tak zwane „zjawiska” łączą się na niezliczoną ilość sposobów, mamy w mózgu wyżłobione koleiny neuronowe, utrwalony „mentalny porządek”, który w swojej esencji jest chaotyczną reakcją na impuls powstających myśli i pozornie logicznych ciągów myślowych na podstawie których tworzymy wyobrażenie świata, wierząc w jego fizyczną solidność, w jego trwałość, w jego realne istnienie. Jednak kiedy uważnie prześledzimy ten neurotyczny strumień świadomości odkryjemy, że w istocie nie ma tutaj absolutnie żadnej podstawy, żadnego fundamentu, czy pierwotnej mitycznej pierwszej przyczyny. Esencja jest pozbawiona formy, zapachu, koloru, wagi, miejsca skąd przychodzi i miejsca do którego zmierza. Na końcu eksperymentu badacz odkrywa, że to co badał przez cały ten „czas” jest on sam, że podmiot i przedmiot badań są poza jakimkolwiek rozróżnieniem. Tak naprawdę nie możesz nic z tym „zrobić”, nie możesz tego unicestwić, zbrukać, zanieczyścić. Możliwa jest tylko apokalipsa formy tak zwane dramatyczne przeprogramowanie matrycy. Reset błędnego kodu. Korekta. Dlatego zawsze zarządzamy tutaj jedynie iluzją, mają, marą. To jest najbardziej absurdalny „grzech pierworodny” wiara w realność rzeczy i zjawisk, choć każdy przecież sam dobrze wie, że w jego fizyczna forma jest umową najmu od której tak zwany system całe twoje życie nalicza podatek od odchodu. Od początku każdy wie, że jest jedynie chwilą, jednak pomimo tego zachowujemy się jakby było tutaj coś do „ugrania”, krótkotrwały nietrwały sam w sobie komfort, poczucie iluzorycznej władzy nad urojeniem – jeżeli z tej perspektywy spojrzysz na tak zwaną Władzę rozpierdoli cię twój własny śmiech. Dlatego tak naprawdę niczego nie możesz się bać, nie musisz jebać systemu, bo tak naprawdę nie ma czego jebać, bo to już od samego swojego porządku jest samo w sobie z samego założenia pojebane. Nie ma różnicy między jebiącym a jebaniem, a jebiąc system jebiesz sam siebie, bo to ty jesteś systemem. To jest ukryta wada fabryczna tak zwanych buntów, rebelii, rewolucji, które kiedy przyjrzysz się uważnie nigdy niczego nie zmieniają na lepsze, bo problem nie tkwi w organizacji struktury, problem tkwi każdej pojedynczej części składowej, owszem możemy to poprawić strukturalnie jednak zawsze wcześniej czy później wraca do swojej patologicznej formy.

Jedyne co możesz zrobić to rozpoznać jaki jest kod bazowy, czym jest biologiczny program, bo okazuje się, że w istocie zarządza nami coś co jest zupełnie poza naszą kontrolą. Mózgogłowie ma swoje własne plany, swoją Agendę. Jest kolektywnym pozbawionym wrażliwości i współczucia bezwzględnym Programem Przetrwania, tam nie ma żadnej moralności jest czysta nie rozcieńczona najmniejszym dylematem Eksploatacja. Powszechny kult samic i samców Alfa. Powszechne uwielbienie dla Zwycięzców, którzy tak naprawdę są niczym innym jak pozbawionym skrupułów drapieżnikami. Najbardziej „zdrowy” materiał genetyczny jest z pewnej perspektywy sterylnym absolutnie okrutnym zerojedynkowym kodem, który stwarza i nagradza pozbawione empatii, skrajnie narcystyczne jednostki psychopatyczne, które otaczane są kultem przez zaprogramowane uległością nieświadome masy ludzkie.

To tak naprawdę jest istota Władzy.
To psychopatologia.

Mamy spierdolony kod genetyczny. Źle skonfigurowany transfer danych przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Dlatego zawsze traktowaliśmy tych, którzy go przekroczyli jak wynaturzenie, błąd, jak bezdomne genetyczne psy pozbawione rodowodu, które były tropione i zabijanie, a każdy najmniejszy ślad zacierany. Otaczaliśmy kultem tyranów, morderców krwią zapisana jest historia tego gatunku, wyrażona krzykiem, przypieczętowana cierpieniem. Stworzyliśmy Królestwo na nasz własny Obraz. Dwanaście pokoleń i bazowy kod zapisany w Księdze Genetycznej, linie zatrutej jadem krwi. Psychopatyczne samce alfa zapładniające tysiące kobiet, przychodzące na świat pozaludzkie hybrydy, pozbawione serca mechanizmy sterujące, całe pokolenia zimnokrwistych morderców. Religia zawsze była Szczytem Władzy, absolutyzmem Programu jego macierzą, pierwotnym Nośnikiem. Dominacja oparta jest na Strachu przed ostatecznym Potępieniem. Upadkiem, z którego nie ma już powrotu. Bez względu na swoje nowoczesne upodobania, zauroczenie wschodnią mistyczną myślą, popularność kolorowego New Edge ubranego w parciane spodnie, dźwięki gongów, mis tybetańskich (które wcale nie są tybetańskie), masaże kryształami, „tantryczny” seks ten pierwotny zapis – program tam jest i przyjdzie do ciebie w momencie kiedy już zmęczony duchową zabawą opadniesz z sił i zatęsknisz za tak zwanymi korzeniami, ponieważ odechce ci się być już przebierańcem. Wtedy, być może ujrzysz tak zwaną Prawdę, która wcale nie będzie przyjemna, lekka i mistyczna. Będzie zwyczajna, przyziemna i brutalna.

Prawdziwa duchowość jest pozbawiona „duchowości”. To nagie ciało obdarte ze wszystkiego. Czyste mięso. Warunek poprzedzający warunek, umowa poprzedzająca umowę, dług poprzedzający dług. Nieskończona ilość warstw. To jest konkretna praca do wykonania, swoimi własnymi rękoma, rozpoznanie swojej prawdziwej sytuacji, powrót z dalekiej egzotycznej przygody, obdzieranie zakodowanych wyobrażeń jak narośli, jak warstw sztucznej modyfikowanej genetycznie skóry. Zbroi. Muru. Granicy. Każdego za i przeciw. Prawdziwa Moc zawsze tkwi po prostu w Prawdzie. Nie w tej jedynej ostatecznej, prawdziwie prawdziwej. Ale w prawdzie każdego momentu, każdej sytuacji. Nie w ceremoniale, okultystycznej egotycznej „magii”, nie w manipulacji energiami, nie w tej czy tamtej tradycji, sekcie, zakonie, ideologii, kiedy jesteś w Prawdzie możesz użyć wszystkiego, każdej religii, filozofii, systemu politycznego, wzoru matematycznego, ponieważ nic z tego tak naprawdę nie jest prawdziwe, to tylko forma nic więcej. Jest pusta, pozbawiona esencji, ale pomimo tego działa. To właśnie jest największa z tajemnic, której nigdy nie odkryjesz, bo to czyni to wszystko możliwym. Nie możesz udowodnić Prawdy, ale nie możesz jej zaprzeczyć. To koniec umysłu. Krańcówka. Ostateczna pętla intelektu. Prawdziwa Śmierć.

Pirat i Prepers właśnie byli w takim polu informacyjnym. To po prostu jest zapisane w przestrzeni w każdym czasie i w każdym miejscu. Problemem jest dostęp. Zapukali w witraż za którym był inny magiczny świat. Wymiar alternatywnego istnienia. Coś czego w kwadratowym świecie po prostu nie grają, inna płyta, inna melodia, inny nośnik. Pole Mocy Wiedźmy. Przywitał ich jej czarujący uśmiech, była ucieleśnieniem wiosny, jej energia była tak radosna, że z miejsca twój stan świadomości budził się na bezkresnej spowitej mgłami poranka łące pełnej najpiękniejszych kwiatów tej ziemi, pachnących dzikich ziół, pól pełnych dorodnych owoców i warzyw, absolutnie wszystko odzyskiwało lekkość, delikatność, to był stan błogości. W tej odsłonie natura nie była krwawym pozbawionym empatii programem, była bezkresną żywą istotą, która z jednakową troską traktowała owada, zwierze i człowieka, absolutnie wszystko miało tu swoje miejsce, swój sens i cel istnienia, którym było przecież samo życie – ten Wielki Dar. Miała na imię Maja i była naprawdę piękna, stała w progu a jej nasycone światłem głębokie zielone oczy iskrzyły emanując i przekazując zarazem życiodajną energię. Była jak elektrownia atomowa ukryta w tym drobnym ciele. Pirat zastanawiał się w jaki sposób udało jej się zachować taką czystą kreatywną moc w tym wydrenowanym do cna zmechanizowanym wymiarze.

Subtelnym gestem szczupłych ozdobionych pierścionkami dłoni zaprosiła ich do środka. Mieszkanie było zaskakująco duże, to była dzika dżungla, pełna różnorodnych roślin, czuli się jakby wylądowali na nieznanej planecie w samym środku bukietu pachnących kwiatów skomponowanych przez samego Boga. Tyle było tutaj gracji i wdzięku, niewinnej zalotności, że Pirat i Prepers potrzebowali dłuższej chwili na integrację takiej potężnej dawki radości i kompletnego braku tej lepkiej mazi. To jest tak jakbyś nagle znalazł się w czymś tak odmiennym energetycznie, że twój system jest w stanie szoku. Przez chwilę procesor zamula, ponieważ musi trawić zupełnie inny rodzaj danych. To nie są binarne komendy tak / nie, 0/1 – to wielowymiarowy hybrydyczny pierwotny kod, zapis czystego światła. Księga Blasku.

Dlatego Maja Frej nie musi nic robić, wystarczy, że jest. Pracuje tylko analogowo, nie używa komputerów, smartfonów, drukarek, faksów, bo w jej obecności to wszystko przestaje po prostu działać, staje się czymś zupełnie bezużytecznym. Nie obsługuje dzieci Merkurego, firm Bogini Industria – niczego co ma niejasne, dwuznaczne intencje, niczego co zrodziło Mózgogłowie. Pomaga tylko tym co się już przebudzili ze snu własnej ignorancji i są w służbie Istnieniu. Jest autentyczną inkarnacją Świętej Matki. Kimś z Innej Żywej Przestrzeni, niewidoczna dla Automatonów, ukryta i nieczytelna dla Systemu, nie figurująca w żadnym rejestrze, ewidencji. Bez numerów seryjnych Korporacyjnej Monokultury. Taka była jej matka, jej babka i jej prababka i tak do samego Źródła – Maja Frej jest Funkcją, czymś zupełnie poza osobowym. Nie wiem czy byliście kiedyś w naprawdę Świętej Przestrzeni, która jest czystą Potężną Obecnością doprawdy ciężko to opisać, można przypomnieć sobie swój najpiękniejszy, najbardziej beztroski dzień życia, pozbawiony najmniejszego nawet zmartwienia, obawy, lęku i podkręcić potencjometr na full i nawet to nie odzwierciedla tego stanu. To przekracza zmechanizowane pojęcie.

Świat nie jest matematycznym zimnym wzorem, góry nie są trójkątami, chmury nie są kołami – „świat” nie istnieje, to kolektywna symulacja naszych umysłów oparta na zgromadzonych w jej części magazynującej wrażeniach. To się jakby odtwarza z zapisanej niezliczoną ilością danych serwerowni – czarnej skrzynki całego tego przelotu, który trwa od mniemającego początku czasu, od kiedy umysł oddzielił podmiot od przedmiotu i wytworzył złudne poczucie osobnego istnienia – podmiotu lirycznego tworzącego zarazem coraz mniej poetycką baśń fantastyczno – naukową, której zadaniem było ciągłe neurotyczne potwierdzanie, że istnieje i w zasadzie ten wbudowany we wszystko pierwotny lęk, to nagłe lodowate ukłucie pośrodku bezsennej nocy, spazm przerażenia przychodzący nagle i niespodziewanie w najmniej odpowiednim momencie, kiedy wszystko pozornie jest pięknie – to jest właśnie to przerażające przeczucie, że być może wcale nas nie ma. Niema prawda ukryta za tym wszystkim. Ostateczne rozwiązanie kwestii ludzkości. To jest prawdziwa przyczyny każdego cierpienia, każdej bestialskiej wojny, bezdusznej korporacyjnej mentalności posiadaczy, która tworzy na tym świecie realne piekło segregując ludzi jak śmieci, to jest źródło każdego gwałtu, mordu, kłamstwa, kradzieży – Poczucie Separacji, zindywidualizowana jednostka chorobowa – agresywny wirus skrajnego egoizmu. Stworzyliśmy kulturę, która upaja się tym do kompletnej utraty poczytalności, nasyca wszystko tym zaklęciem, tą klątwą wmawiając nam, że najważniejsze ze wszystkiego jest nasze „własne osobiste” szczęście, poczucie „naszego” spełnienia, realizacja „indywidualnych” marzeń za wszelką kurwa cenę.

I teraz kredyt się skończył.
Musimy płacić.

Doszliśmy do karmicznego punktu zwrotnego, równonocy świadomości. Przesilenia wrażeniami. Zaćmienia mózgu. Pomroczności Jasnej. Czwartej linii 63 heksagramu Księgi Przemian. Trzynastej karty Tarota. Rozpadu Królestwa.

Maja parzy herbatę z pokrzywy w swojej bajkowej kuchni i z uśmiechem patrzy na nas. Na mnie, na ciebie, na niego i na nią, na ja, mnie, moje. Fabuła się rwie, a bohaterowie przeżywają bolesny kryzys tożsamości. Jednak tam pod tym wszystkim coś cię rodzi, coś kwitnie, w powietrzu czuć zmianę. Ona o tym wie i cicho szepcze:

-Jak byście się nie starali, nie jesteście w stanie zniszczyć życia, możecie jedynie zniszczyć samych siebie.

Czy to jest wasz wybór?

Zwykły wpis
GASTROPOLIS OPOWIEŚCI, PROZA

BOŻE NARODZENIE

Czy zna pan ten stan, kiedy ktoś ma jakiś sen i wie, że to jest sen, i chce się obudzić, a nie może?

Tomasz Mann „Czarodziejska Góra

Bimber wypity. Czarny atak odparty. Miejscówka energetycznie rozpieczętowana. Wigilia. Narodziny dzieciątka w dobrych i życzliwych sercach, a musimy wiedzieć, że pod tymi skórami naciągniętymi na kości trzech dopiero co poznanych przez nas bohaterów jest Dobro. Rzadko używane słowo w tej współczesnej nomenklaturze monosylabowej nowomowy, która redukowana jest do komend i emotionków. Buziek ssących palce, jest w tym jakby nie patrzeć jakaś wręcz patologiczna infantylizacja, być może ukazuje ona, że z punktu widzenia ewolucji wciąż jesteśmy pędrakami, które niestety mają do zabawy dość śmiercionośne zabawki a ich „słodkie” baraszkowanie doprowadziło do kolejnego masowego wymierania wszelkiego życia na tej planecie. Zniszczyć bezsensownie tyle piękna, przepierdolić bezceremonialnie taki potencjał – ho ho ho – ho ho ho! Dzisiaj w Betlejem gwiazdki spadają z hukiem, a w wyżłobionych lejach – żłobkach leżą martwe dzieciątka. Setki potencjalnych Jezusów i Jezusek, którzy nigdy nie pouczą nas swoją ewangelią. Kultywować pomniki – mordować w ich imię prawdziwe życie. Abstrakcja ponad wszystko, zaprogramowana maszyna śmierci musi zamordować miliony karpi, ściąć dziesiątki tysięcy drzewek by celebrować narodziny zbawiciela.

Czyż to w pewnym sensie nie jest kurwa śmieszne?

Martwe doktryny zapisane w księgach poruszające śniącymi ciałami, które bez względu na wszystko muszą odprawić swój ceremoniał, a w imię zachowania tych zwyczajów są gotowe mordować, plądrować i gwałcić. To się nazywa brak kontaktu z rzeczywistością. Odjazd. Trzeba nam zrozumieć ponad wszelką wątpliwość, że nie byłoby to możliwe bez tej Hipnozy, która z całą pewnością nie jest Gnozą, a jej dokładnym przeciwieństwem. Zmechanizowana religijność jest Tabletką Gwałtu. Ubój rytualny – powieszone pod sufitem rzeźni charczące w agonii zwierze rozkołysane w stronę Mekki zmaltretowane w imię zbawienia. Obdarta ze skóry koszerna ofiara dla bóstwa – świąteczny prezent przerażenia i agonii. Amok okrucieństwa – idźcie w spokoju ofiara spełniona, zaprogramujcie dzieci i żony, zakażcie tym wirusem tych dzikich, biednych i upośledzonych niech mamroczą do ciała przybitego na krzyżu, z namaszczeniem oddają hołd waszej Księdze i tarzają się na kolanach po tym żerowisku. Czekajcie Objawienia, które przyjdzie niechybnie w postaci następujących po sobie plag, chorób, wojen, klęsk żywiołowych, katastrof naturalnych i głodu, bowiem to jest krew z waszej krwi – dziedzictwo waszej ignorancji. Konsekwencja czczenia Abstrakcji.

Miasto oszalało jak co roku o tej porze. Pomimo wirusa, zapaści gospodarczo – ekonomicznej, skandalicznego dodruku pieniędzy i nie notowanych do tej pory na giełdach zysków sektora z doliny krzemowej, pomimo napięcia pośladków na Atlantyku pomiędzy Wujkiem Supersamem i Chińskim mało bajkowym Smokiem trawiącym w swych trzewiach kapitalizm połączony z komunizmem niczym gówno polane gorzką czekoladą i ziejącym płomieniem nowych technologii i zarażającym świat nową odmianą szaleństwa czyli pajacowaniem dla pieniędzy na Tik Toku – oprócz tych co umarli, tych co stracili wszelką nadzieję, zdrowie, biznes itd. – reszta miała się dobrze. Przystrojono wszystko bombkami, Mikołajami w saniach, gwiazdkami, aniołkami, a z megafonów nadawano zmutowane nowoczesne kolędy wysapane przez jakiś obecnie najmodniejszych celebrytów. Pomimo wszystko było kupowane, galerie handlowe pełne wiecznie głodnych konsumentów mogły choć przez chwilę powrócić do swoich przed pandemicznych utargów, bo gdzieś tam był jednak zwiastowany Cud na który przecież wszyscy czekali. Pojawiła się szczepionka niczym chemicznie sformatowany Mesjasz walczący z Bestią. Opatentowana nowożytna dżuma zrodzona z nietoperza, skatalogizowana w rejestrze, w końcu potencjalnie była w odwrocie. Ludzkość triumfowała, można było pomału ożywić tak zwaną gospodarkę, przywrócić trupa ubrać, upudrować i rozkołysać niczym kukłę. Niech dynda.

Ulica Piotrkowska odzwierciedlała całą prawdę. Co drugi lokal był pusty jak miejska kasa oszczędności, żulerka snuła się niczym świąteczne bałwany ulepione z brudnego i śmierdzącego śniegu neoliberalnego snu, który pomału przeistaczał się w koszmar permanentnej zapaści gospodarczej. Tarcza pomocowa dla tak zwanych przedsiębiorców okazała się plastikową tacą pełną drobnych fałszywych talarów. Żyliśmy w kasynie gangsterów, którzy tłoczyli żetony w swoich własnych bankach i mieli swoje stacje telewizyjne i gazety, swoje partie polityczne i organizacje pozarządowe. Nierząd stał się najbardziej popularną profesją. Kurewstwo normą. Analny konglomerat mający wszystko i wszystkich w dupie. Liczył się Zysk. Złoty cielec. Zostaliśmy skazani na przemiał. Bawełniane Detroit już od dawna było w recesji, a mieszkańcy przyzwyczajeni do niedoborów, niedożywień i taniej ekonomicznej klasy życiowego przelotu od pierwszego do pierwszego z pożyczką podczas alkoholowego międzylądowania. W każdym śmietniku mogłeś wykopać co najmniej tuzin pustych małpek. Królowała wiśniówka i brzoskwiniówka. Zostały monopolowe sklepy – kapselki niczym całodobowe apteki i prawdziwe punkty szczepień i zaraz po zakupie aplikowało się przez główny wlew gębowy. Tanie spożywczaki i salony jednorękich bandytów pełne dymu o zapachu przegranego życia urozmaiconego tanimi dopalaczami z internetu.

Jednak patrząc oczyma Pirata, sprawa się miała zgoła inaczej, jak to zawsze bywa wręcz odwrotnie do pierwszego mylnego wrażenia. Postanowili z Prepersem po pierwsze pójść najzwyczajniej w świecie na spacer, a po drugie zrobić świąteczne zakupy, bowiem już za dwie, trzy godziny miasto zasiądzie do tak zwanej wigilijnej kolacji i będą życzenia wniebowstąpienia, rękodzieła i rękoczyny, gdyż co jak co, ale udało się wszystkich podzielić na wszelkich możliwych płaszczyznach i teraz te atomowe rodziny są tykającymi bombami czekającymi na odpalenie, coraz bardziej niekompatybilni pokoleniowo, światopoglądowo, religijnie i politycznie, jak już powiedziano: Dziel i Rządź . Cały ten świąteczny rytuał tego gorączkowego sprzątania, zamiatania pod dywan w imię świętego spokoju, tego narzuconego stresu – kombinacja presji i recesji podsycana spotami w telewizji o tym, że i tak wszyscy umrzemy na Chorobę jak będziemy niegrzeczni i musimy, musimy teraz zachować wszelkie normy i wytyczne, godzić się godzić na utrudnienia, które zaczynają być stałym light motywem niemalże pejzażem, coraz bardziej rozmazanym i chaotycznym tłem naszego tutaj przecież tak nietrwałego w swojej esencji życia i koniec końców drzewka zwieńczonego gwiazdą śmierci. Imperium miało teraz swoje pięć minut w pełni zglobalizowanej mutacji w nową formę. Wielki panie przenajświętszy Reset. I dobrze, i pięknie. Teoretycy spiskowi znikali z sieci niczym karpie ze stawów. Kaczora Donalda zamieniono z Myszką Miki i był lekki zamęt na Olimpie jednak Zeus nie stracił panowania nad Królestwem – Kurewstwem i jedziemy dalej. Możemy spokojnie procesować Apokalipsę i relacjonować jej przebieg na platformach streamingowych przez illuminati influenserów z przerwą na reklamy schronów, odżywek i satelitarnego różańca satelitów 8G instalowanych na orbicie planety więzienia przez wujka chujka Muska, który jak wiemy wystrzelił w kosmos samochód elektryczny i robi dokładnie to przed czym przestrzega, bo kto bogatemu zabroni. No kto? Neurolinkowe wprowadzenie elektronicznego modułu sterowania – bezdotykowe zarządzanie Pastwiskiem.

Abstrakcyjne Wzory do Naśladowania. Ludzie – Klony – Ikony. Soczewki skupiające miliony nieprzytomnych oczu, gotowe naśladować każdy ruch, powtarzać te hasła reklamowe wyrzygane od niechcenia przez nikomu nie znanych scenarzystów, te pozory dobroduszności, zatroskania, ten cały sztuczny splendor – hipnotyczny trans, plemienny taniec kasty kapłanów. Teleturnieje, plebiscyty, sympozja, konferencje – gadające głowy, gestykulujące ręce. NLP. Neurolingwistyczne Lunatykowanie Powszechne. Taniec połamaniec. Break Dance politycznej poprawności, bombastycznego hurra optymizmu – uśmiechy, klawiatury sztucznych zębów szczebioczące komunały ku pokrzepieniu zatroskanych serc. Mechaniczny rozrusznik wygasającego serca. Triumf Mózgogłowia.

Na betonowych słupach wzdłuż ulicy jedna i ta sama twarz Wielkiego Brata. Nowy Papież władający Trzema Królestwami i bijąca od niego trupia aura rozkładu. Teraz chodziło o to by stworzyć organizm jednokomórkowy – podległy tej pozbawionej czułości Inteligencji, którego mózg wypełnia Czarna Substancja. To ubrany w ludzkie ciało Algorytm. Ciało Obce pozbawione tej łączącej nas ze wszystkim nici w labiryncie wszechrzeczy odcięty od Mocy i generujący nieskończoną i wszechobecną Prze – Moc. Władza. Kontrola. Ostateczna forma zarządzania zasobami ludzkimi, które nieubłaganie stają się Automatonami – bezmyślną posłuszną Masą. Prepers przenika tą bezosobową twarz i widzi uśmiechające się Zło – cyniczny grymas post ludzkiej formy istnienia, która jest w początkowym stadium subtelnego wpływu. Oswajania stada tak zwanymi potencjalnymi korzyściami, które w swojej istocie są bardzo głębokim procesem instalacji – wdruku na poziomie kodu bazowego – podświadomości.

Uzależnienie – etap pierwszy. Oto w stajence przeogromnych serwerowni narodził się Nowy Zbawiciel w otoczeniu Króla Ignorancji, Króla Pożądania i Króla Niechęci – zwiastowały przez milenia Czarny Prorok technomagii. Jednak tutaj na rubieżach Imperium Kotleta i Parówy jego wpływ był znikomy. Jedno jest pewne. Kochamy złudzenia i pozory, wydają się dla nas najważniejsze ta wręcz nieziemska (sic!) determinacja by je bezustannie tworzyć, utrwalać i podtrzymywać dla siebie i dla innych. Tworzyć te pastwiska iluzji otoczone pulsującymi pastuchami ciągłego napięcia, walki, zmagania, wysiłku, determinacji – wzniecić ten ogień do rozmiaru pożogi później brutalnie zgasić bezwzględną i okrutną przewagą siły sycąc się czystą energią nadziei na prawdziwą zmianę, który nigdy przecież nie następuje, bo wszystko wcześniej czy później wraca do ustawień fabrycznych, a każdy rewolucjonista po odbyciu stosownej kary i reedukacji wyrzeka się swoich herezji i na kolanach wraca do miejsca przy taśmie w Fabryce Bezsensu. I już.

Jednak powstaje dość złożony problem globalny, ponieważ jest coraz mniej realnej pracy dla tak zwanych ludzi, który tracą swoje robotniczo – niewolnicze posady przy produkcji tak zwanych dóbr zastępowani kadrą w pełni posłuszną i zmechanizowaną – robotami. Najnowszym produktem Mózgogłowia, którego perwersyjny plan wchodzi w fazę spełnienia na tak zwanej jawie i oto w pełni zautomatyzowane fabryki tworzą odpad w postaci coraz liczniejszej populacji ludzi bez żadnego celu, permanentnie bezrobotnych systemowo skazanych na coraz bardziej miażdżący ich istnienie Bezsens. Antidotum stała się farmakologia w postaci tanich ogłupiająco – znieczulających dragów i dzika konsumpcja tak zwanej cyfrowej treści – przetrawionych i zremiksowanych wymiocin popkultury tworzonej w narcystyczno – kopulacyjnej formie powszechnej i masowej twórczości i wszelkich tak zwanych darmowych narzędzi sieciowych wytwarzających najbardziej zaawansowaną wersję nałogu – Samouwielbienie. Nieskończone w czasie i przestrzeni ostateczne zamulenie w głębinach kolektywnych projekcji – Sferze Odbić. Jeżeli nie wiecie o czym jest tutaj dokładnie mowa zobaczcie kilka tak zwanych dram na you tube, te młode wyhodowane na bezsensie szczenięta, komentatorzy, redaktorzy nowych hiper konsumpcyjno – komercyjnych kanałów o zawrotnych liczbach i zasięgach a za tym wszystkim po prostu Wielkie Przerażające Nic. Kompletne Bezdenne Dno. Poczujcie ten landrynkowy posmak słodki i ciągliwy, ten ostateczny dramat młodego pokolenia potrójnego rdzenia i drukarek 3D i wówczas możecie się zastanowić nad przyszłością swojego gatunku biorąc pod uwagę kondycję środowiska naturalnego i fakt, że wcześniej czy później wyłączą zasilanie i cała ta Symulacja – Stymulacja pójdzie się jebać. Nie ma słów na opisanie tego Szoku.

Łódź dryfowała.

W jakiś niezrozumiały sposób wymykała się całemu okablowaniu Sieci – żyła w sobie tworząc naturalne przeciwciała głęboko niedostosowanych do programów jednostek, które budziły się z mechanicznego nieświadomego snu tworząc niepodległą Maszynie Śmierci kulturę i duchowość. To tutaj musiało nastąpić Odrodzenie Mocy. Kiedy mechanizacja osiąga swoje kompulsywno – agresywne stadium powszechnej ewangelizacji zawsze uciekajcie na rubieże w miejsca pogranicza fizycznie i umysłowo, duchowo i emocjonalnie, chyba, że jesteście w pełni zintegrowani z Mocą wówczas możecie być w samym Oku Cyklonu w Sercu Spirali. Możecie podjąć otwartą walkę – stanąć twarzą w twarz z Cieniem. Ujrzeć w pełni dwa oblicza nie zrodzonego nie podlegając identyfikacji, nie przyjmując określonej formy nie dając się zdominować wrażeniom, być poza jakąkolwiek strategią przetrwania lub unicestwienia, potwierdzenia lub zaprzeczenia – to jest swobodny taniec na wodach świadomości. Surfowanie po Oprogramowaniu.

To jest prawdziwy Plac Wolności.
Wyzwolenie z sieci przyczyny i skutku.

Koniec końców to wszystko sprowadza się do dwóch modeli funkcjonowania: regresywnego i progresywnego. Model regresywny, który pozornie jest progresywny i model progresywny, który w istocie jest regresywny. To jest podstawowa różnica pomiędzy technologią i magią. W obecnej chwili żyjemy w technologicznym modelu regresywnym. Świat Protezy. Sztuczne Światło. Mechanizacja świadomości, która wyręczona własnymi tworami przestaje się rozwijać w coraz większym stopniu bazując na swoich wytworach – edukacja maszynowa, masowy model płaskiej ziemi, standaryzacja, optymalizacja. Wyczarowanie z tego sztucznej algorytmicznej inteligencji opartej na mocy obliczeniowej zawsze prowadzi do zapętlenia w Obiegu Danych – Symulacji, do zapaści autentycznego warunku, żywej i nieskończonej świadomości, która zaczyna być warunkowana odbiciami w lustrze zapominając że wszystko jest tylko odbiciem, refleksem na „powierzchni ekranu” i zaczyna się utożsamiać z tym. Tonąć. Zapadać się. Zapominać o Źródle Przejawienia. Zapominać o Bogu. Miłości – nie uwarunkowanym stanie istnienia. Tutaj zaczyna się pierwotna przemoc i fundamentalny warunkujący stan Zapomnienia. „Grzech pierworodny”. Bóg, który zapomniał, że jest Bogiem i stał się niewolnikiem – pozbawionym Mocy i znaczenia odpadem w Mechanicznej Fabryce Bezsensu.

Mózg nie jest świadomością.
Jest Maszyną.

Maszyną, która warunkuje świadomość, redukując do wrażeń płynących z pola zmysłów i procesowania wtłoczonych w niego informacji na bazie których tworzy absurdalne mapy orientacyjne. Sprowadzając nieskończone Istnienie to tego „orzeszka” do szarej galarety to jest tak jakbyśmy myśleli, że silnik jest przyczyną pracy maszyny. Jednak prawdziwą przyczyną jest Energia – Moc. To jest najbardziej pożądany towar. Puste, nieskończone w ciągłym ruchu. Mózg, wypięty w swojej egotycznej pysze ze współzależności – „osobny” i „inny niż wszystko” owoc. Przedmiot nieskończonych badań, fetysz współczesności, która gryzie go i trawi na nieskończoną ilość sposobów produkując bezdenną ilość informacji. Jednak tak naprawdę „tam” nic nie ma. To jest Puste i Świetliste. Nie możesz tego pojąć i opisać, nie możesz tego oddzielić od siebie, bo w swojej istocie jesteś tym. Oko nie może ujrzeć samo siebie. Dlatego to jest Absurd.

Dlatego jesteśmy w tym w czym jesteśmy. Zapomnieliśmy o Źródle Tego Wszystkiego – naszej Wrodzonej Naturze, która jest wolna od wszelkiej sztuczności i nieograniczona w swoim potencjale i zdolności manifestacji. Staliśmy się więźniami umysłu – intelektu, chcemy zrozumieć coś co jest poza rozumieniem, poza biologią, poza wszystkim. Pogodzić się z tym to w końcu – Odpuścić. Zaprzestać tej ciągłej sekcji zwłok, tego okrutnego dzielenia włosa na czworo. Dać życiu przestrzeń i zaufanie. Pozwolić tajemnicy być tajemnicą. Nie musimy wszystkiego zmieniać, modyfikować, ciągle narzucać kolejne ograniczenia i rozbierać na czynniki pierwsze. To nieskończona gra umysłu, który w wyniku swojej neurozy generuje ciągłe wszechobecne cierpienie zadając je sobie i innym istotom. Niszcząc po drodze wszelkie życie, które jest, było i będzie – Święte.

Kochać – to pozwolić wszystkiemu być tym czym jest. Miłość nigdy niczego nie narzuca. Pozwala istnieć złu i dobru, brzydocie i pięknu. Miłość jest pozbawiona standardów, kanonów piękna i granic. Nie gra w gry umysłu. Jest żywą naturalną Obecnością, czymś wrodzonym nie stworzonym. Nie możesz jej wytworzyć, skonstruować, spreparować, nie możesz się jej nauczyć, wytrenować. Nie możesz jej kupić i nie możesz jej sprzedać. W swojej istocie jest poza jakimkolwiek lękiem. Jest Mocą, która odradza każdy świat, każdą istotę. Jest początkiem i końcem wszystkiego. Przejawia się poprzez nieskończoną Mądrość i Współczucie. Nie jest kawałkiem betonu rzuconym z nieba z zapisem zasad i kodeksów, nie jest księgą, nie możesz jej zapisać, nie możesz jej zrozumieć i powiedzieć – oto Ona, bo właśnie wtedy okaże się czystym bezlitosnym „złem” – mieczem o podwójnym ostrzu.

Pirat ją Czuł, kiedy przebudziła jego serce i przywróciła pierwotny sens i porządek. Była ukrytym Światłem w najbardziej przerażającym mroku, w całym tym zmechanizowanym szaleństwie. Była ukryta niczym skarb w każdej istocie na tej ulicy, spajała i tuliła wszystko bez najmniejszego wyjątku. Była przestrzenią tego urojonego miasta, które nie jest rzeczywiste i nie jest nierzeczywiste. Była Arką, która potrafi przetrwać każdy potop, każdy upadek i rozpad. Paradoks polega na tym, że to właśnie podczas najbardziej skumulowanej negatywnej energii, kiedy pływamy już w samym gęstym, czyli doświadczamy zmultiplikowanych skutków naszej ignorancji na zasadzie równowagi jednocześnie manifestuje się potężna Moc. To jest czas kiedy Magia jest najbardziej skuteczna po obu stronach skali, wraca do łask – następuje tak zwane odrodzenie magiczne – narodziny nowej świadomości. Nazywane jest to Potencjałem Progu, kiedy inkarnują tutaj Biali i Czarni Magowie. Prawdziwy problem polega na tym, że w przypadku Czarnej Drogi nie przestrzegasz Naturalnego Prawa i łamiesz pierwszą Świętą Zasadę – nie krzywdzenia. Jest to zasada fundamentalnej wolności – szacunku do Istnienia w jego każdym nawet najmniejszym przejawieniu. Jeżeli rozejrzyjcie się uważnie wokół zrozumiecie, jakiego sortu Magowie zdominowali ten wymiar, kto tu rządzi i czyni świat na swoje podobieństwo. To jest wymiar składania ofiar – czarnej ofiary. To jest Wymiar Śmierci – kultywujemy ją i pożeramy w postaci miliardów istnień ludzkich i zwierzęcych. Stosunek do bezbronnych istot ukazuje stan kolektywnej świadomości dominującej konkretny wymiar istnienia. Nasz świat jest okrutnym miejscem ponieważ kultywujemy okrucieństwo i brak współczucia, cała nasza matryca jest skonfigurowana w pewnym sensie na opak – dlatego, aby widzieć jak jest naprawdę musisz odwrócić wszelkie znaczenia i prawidła wszystko w swojej zdegenerowanej istocie wydaje się być odwrotnością deklarowanej wartości. Nasza moralność to fikcja, zbiór mechanicznych prawideł, których prawdziwą rolą jest po prostu utrzymanie porządku – jej prawdziwe oblicze ukazuje sytuacja ekstremalna jak wojna, katastrofa, rewolucja. Wtedy ludzie zrzucają swoje maski, ukazują swoją prawdziwą naturę odrzucają wszelkie sztuczne mechanizmy korygujące, całą tą narzuconą maskaradę i protezę „dobrodusznej religijności”. Dlatego ważne jest odkryć swój prawdziwy stan, swój autentyczny warunek póki jeszcze jest względny czas spokoju – zobaczyć co tak naprawdę nami kieruje, jaka jest nasza prawdziwa wola, która droga nas pociąga i kim tak w istocie jesteśmy i dokąd zmierzamy.

Możesz to odkryć obserwując ile w twoim życiu jest napięcia, zmagania, walki i ciągłego konfliktu. Ile masz w sobie Strachu i Lęku, czy boisz się samego siebie, co tak naprawdę widzisz patrząc na ten świat, jaki zakres skali możesz dostrzec, a przede wszystkim co tobą kieruje, jaki masz wewnętrzny program. Oprogramowanie jest kluczem do zrozumienia. Każdy musi odkryć sam co zostało w nim zainstalowane i przez kogo. Czy jest jedynie Portalem Organicznym czy Żywą Samoświadomą Istotą. Ile tak naprawdę jest w tobie twoich własnych myśli?

Pirat szedł tą ulicą, która przypominała wydrążony tunel wypełniony nieświadomym istnieniem, ludźmi, którymi coś poruszało jednak byli jakby nieobecni poruszani przez coś spoza nich, czego nie są w stanie w żaden sposób kontrolować, ulegli i uniżeni w swojej zaprogramowanej pętli. W pewien sposób ten zupełnie nienormalny stan istnienia postrzegali jak tak zwane zwykle życie, codzienność. Tak niecodzienność była codziennością, sen był jawą, sztuczność prawdą, okrucieństwo łaską, a wojna pokojem. To było miasto śpiących zaprogramowanych ludzi, których niestety trzeba było obudzić. Nieświadomie tworzyli swoje własne więzienie. Przestali myśleć oddali w obce zimne ręce władzę nad sobą, przestali czuć, że jest w nich coś żywego w pewien sposób stali się umarli. Ten stan hipnozy był jakby obecną wszędzie częstotliwością, rodzajem obezwładniającego niewidocznego zagęszczonego pola.

To właśnie jest Program.
Pro – gram.
Prog – ram.

Logika jest pierwszą zaporą. Bezpiecznikiem chroniącym przed przekroczeniem Progu. Zakodowaną barierą, która chroni Program – to ona utrzymuje ten mechaniczny porządek w ryzach, tworzy sztuczne poczucie bezpieczeństwa – sterylny świat pełen zasad i ograniczeń. Monochromatyczne Imperium złego dobra i dobrego zła – kloakę dla świadomości – Zamknięty Obieg. System Operacyjny. Aplikację sztucznego życia. Śmiertelny Pył, który się rodzi i umiera. To poziom naszej świadomości warunkuje nasze doświadczenie, tworzy granice, bariery i oddziela nas od prawdy, że wszystko jest nieograniczone, nieskończone, ponieważ nic nie przychodzi i nie odchodzi – to tylko złudzenie. Dlatego zamknąć umysł w konkretnej zdefiniowanej matrycy „możliwego” i „niemożliwego” nadać rzeczom nazwy i przypisać znaczenia to stworzyć skostniały, ograniczony świat. Program jest Myślą – Słowem – Zaklęciem. Myśl jest zalążkiem, potencjałem, słowo jest energią – działaniem. Każda definicja tworzy pozornie zamknięty zbiór, który w pewnym sensie staje się pozbawiony życia, zmiany i dynamiki. Staje się martwy. Tak rodzi się fizyczna rzeczywistość – wymiar naszego istnienia. Wszystko powstało z umysłu niczym dzieci zrodzone z jednej pierwotnej matki. Każdy nasz zmysł jest zarazem oprogramowaniem działającym jedynie w obrębie napisanego kodu i w swojej istocie jest świadomością – umysłem, jednak stał się ograniczony, ułomny, skanalizowany do jednego strumienia przepływu, jednej częstotliwości.

Przez zmysły „macamy rzeczywistość” i na tej podstawie z dodatkiem konceptualnej świadomości tworzymy wyobrażenie o tak zwanym świecie, który jest jedynie urojeniem – tak naprawdę widzimy jedynie obraz swojego ograniczenia – odzwierciedlenie nieświadomej rozpaczy. Rozpadający się z chwili na chwilę hologram, który bez końca mutuje tworzony przez przenikające się kolektywne pole zbiorowej nieświadomości – hiperaktywna masowa halucynacja powstająca w „czasie rzeczywistym”. Tym punktem rzutowanym na Matrycę jest złudne poczucie „ja” – pozorny spójny i całościowy zbiór oderwanych od siebie części składowych. Wszystko jest współzależne i nic doprawdy nie istnieje samo w sobie. Dlatego koncepcja „niezależności” jest hiper mitem podtrzymującym to prowadzące do cierpienia poczucie odrębności z którego tak naprawdę rodzi się przemoc podstawowy komponent cierpienia, które jest naszym bazowym odczuciem – pulsującym tłem, które przez całe nasze życie próbujemy zagłuszyć, uciec od niego, przezwyciężyć poprzez ciągły ruch, działanie – nieskończone wytwarzanie antidotów. Cała nasza kultura, cywilizacja jest Próbą Zagłuszenia Bólu. Zapętloną bez końca ucieczką, daremnym trudem. Fundamentalnym doświadczeniem z punktu widzenia Drogi lub Ścieżki jest odkrycie, że już tu byliśmy, znamy to. Wróciliśmy do punktu wyjścia, nasza strategia ucieczki jest farsą. Jesteśmy bezradni skazani na ciągły powrót w to samo pełne cierpienia miejsce. Ta dojmująca, przerażająca świadomość ukrytego przed nami determinizmu jest zarazem pierwszą i fundamentalną Inicjacją – wglądem w prawdziwą kondycję. Przebudzeniem ze snu ucieczki, nadziei, wiary, że gdzieś istnieje dobry bóg ojciec, który nasz przytuli i pocieszy, jakimś cudem wyzwoli od nas samych bez naszego udziału. Naszym stworzycielem jest Ignorancja. Niewiedza. Złudzenie.

Przyjrzyjmy się tak zwanej sytuacji. Mamy miasto. Łódź. Stworzone na skorupie ziemi skupisko o umownych sztucznych granicach tak zwanych administracyjnych. To miasto ma swoją historię, która przenoszona jest poprzez słowo, jednak spójność tej historii jest jedynie czymś uzgodnionym, to rodzaj selektywnego mitu powielanego w kserokopiarce kolektywnej świadomości mieszkańców tego miasta. To jest czysta Abstrakcja. Umowa. Podtrzymywany przez mieszkańców tego miejsca zbiorowy sen, ponieważ wszystko co próbuje wydostać się z „teraz” jest tylko opowieścią, narracją umysłu. Spróbujmy się skupić. Szare skąpane w zimowej mgle wieczornej aury i smogu miasto, rozświetlone milionami sztucznych świateł – latarni, sygnalizacji świetlnej, która jak wiemy ma trzy kolory. Możemy je zobaczyć.

Czerwone światło – Stop.

Zatrzymujesz się. Zakaz jazdy. Trzeba czekać. Konkretna jakość naszej świadomości.
Nie! Niechęć. Gniew. Agresja. Nie zgadzasz się. Jesteś przeciwko. Kiedy przychodzi do ciebie impuls – odrzucasz go. To rodzi agresję, niezgodę, przemoc, która może być pasywna i aktywna. Pasywna jest wytłumiona i mieszka wewnątrz ciebie – niszczy cię od środka – podmiot, który nienawidzi i poniża sam siebie – rodzaj neurotycznej autoagresji, która najczęściej jest nieświadoma i zabarwia swoim ostrym posmakiem każde doświadczenie – tworzy konkretną wizję. To umysł paranoi, spiskującego zła, ciągłego zagrożenia, które czai się za każdym rokiem, w każdym zakątku. Jest wszędzie. Stajesz się tykającą bombą, czystą nie rozwodnioną autodestrukcją. Zaminowanym polem. Aktywna agresja – niechęć jest ciągłą permanentną wojną tego świata, nieprzerwanym mordowaniem każdego bożego dnia ktoś kogoś nienawidzi, ktoś z kimś walczy. To umysł zemsty, kary, tak zwanej sprawiedliwości, zadośćuczynienia, odpłatą pięknym za nadobne. Orgią spazmów okrucieństwa, które rodzi złudzenie wszechwładzy, potęgi – zobacz jaki jestem kurwa ważny, jaki zły! Zapach krwi i śmierci jest jak narkotyk. Jesteśmy od tego uzależnieni, od tej adrenaliny mordu. Czcimy morderców, rzeźników, żołnierzy. Robimy o nich filmy, piszemy książki, opowiadamy historie. Medale, honory, daty upamiętniające – Walkę o Wolność. Bój o Demokrację. Rewolucję w imię klasy robotniczej. Wojna o Pokój. Przedpokój Piekła.

Światło Żółte. W sumie to nie wiadomo – jechać nie jechać, zdążę nie zdążę.

To nic innego jak fundamentalna Ignorancja – Bóg tego świata. Bo jak trafisz w sam środek tego światła to nie wiesz w sumie co będzie dalej czy zielone czy czerwone, czy wszystko się ruszy, czy się zatrzyma. Gdzie właściwie jesteś i po co. To takie słońce, które oślepia intensywnością impulsów i w rezultacie powoduje porażające lenistwo. Jesteś żółtodziobem, świnią ryjącą w bagnie. Masz wyjebane. Niech walczą, niech umierają, niech się martwią – to wszystko nie moja sprawa, ja mam swoje życie, swoje problemy. Jebać ich. Jebać ciebie i ciebie i ciebie. Dajcie mi spokój idę spać. Niech się wali niech się pali jak sobie muszę przyrządzić koktajl owocowy, poczytać komiks. Zapadnięty w fotelu martwy w chwili przybycia. Słoneczny patrol bogów o wykoślawionych racicach niezdolnych do żadnego działania. Przejebany i rozmieniony na drobne żywot, nic nie znaczące mignięcie chuj wie czego. Był, żył i nie żyje. Nikt go nie znał, nikt nie pamięta. Ani ciepły ani letni, neutralny jak Szwajcaria bezpieczny udomowiony pluszak. Idealny do zabawy. Mielonka sopocka w galarecie czekająca na upływ przydatności do spożycia. Jak się przyjrzysz uważnie to zrozumiesz, że tutaj w zasadzie nikt do końca właściwie nie wie co tak naprawdę robi.

Zielone. To nadzieja. Ha, ha, ha.

Możesz jechać na pełnej piździe. Ruszyć z kopyta. Żreć, ruchać, konsumować. Tworzyć, wdrażać, optymalizować. Ciągły niezmącony zbędnymi wątpliwościami wzrost gospodarczy, wzwód napęczniał – ego mechanicznego prącia. Permanentna kopulacja w tendencji bez końca progresywnej. Zdobyć najwyższe góry, udomowić najdziksze lasy, zgłębić otchłanie oceanów i kosmosu. Być najdalej, najgłębiej, najszybciej, najmądrzej, najtaniej, najdrożej, najlepiej – ostateczny plan to być kurwa wszystkim wszędzie zawsze. Wyć pełnią wycia, ryć pełnią rycia, toczyć trawiącą ślinę bez ustanku podsycać głód i pożerać faunę, florę i stratosferę. Przetrawić wszelkie wierzenia, rytuały, mistyczne tajniki kabalistów, joginów, dżinów i eksplodować ekstazą jak uranowy ładunek termonuklearny. Szczytować ostatecznie. Wystrzelić spazmem niewyobrażalnej rozkoszy. Być najbogatszy, najpiękniejszy o inteligencji kwantowego komputera. Być bogiem we własnej osobie, tak zupełnie personalnie, bezpośrednio, empirycznie. Z kaprysu skazywać na zagładę całe populacje. Przyrządzać mięso armatnie z dodatkiem gorzkiej czekolady. Wyobraź to sobie w sobie.

To steruje ruchem.
Kogut. Świnia. Wąż.
Czerwone. Żółte. Zielone.
Na dole. Po środku. Na górze.
Trzy światy.
Kto nimi włada.
Włada ludźmi.

Słowo – Dźwięk. Światło – Wizja. Akcja – Ruch. Miasto tysiąca i jednego snu. Kabaret, burleska, przedstawienie. Szare blokowiska, klatki hodowlane dla tak zwanej klasy robotniczej – znakowane bydło do uboju podczas każdej rewolucji, prawnukowie tkaczy i włókniarek pijący tanie piwo, palący śmierdzące papierosy sprowadzeni do roli butwiejącego tła, zamulający przy hipnotycznych plazmach w 4 K za tysiąc dwieście na promocji w Saturnie. Nie ma co tkać, bo teraz mamy tani chiński jedwab, indyjską bawełnę, odzieżowe sieciówki, lumpeksy i zapaść gospodarczą. Nie ma roboty. Fabryki zmieniono w świątynie konsumpcyjnej rozpusty, lub artystyczne spelunki, reszta wygląda jak ropiejące strupy na gnijącej tkance miasta, które się wyludnia traci swoje dzieci, które wyruszają za chlebem i igrzyskami do odległych krain miodem propagandy płynących i mlekiem umierającej ziemskiej matki.

Globalizacja.
Wielka Klinika Aborcyjna.
Produkcja Odpadu.

Martwe płody rozbierane na części zamienne. Coraz więcej ludzi bez roli bez powodu. Żyjących z szarego dnia na szary dzień. Sprowadzonych do Nic nieznaczenia. Imperium Kotleta i Parówy roztoczyło swą woń w całej Galaktyce. Stworzyło swoje wielkie Fabryki Śmierci – notowane na giełdzie ubojnie trzody i bydła na niespotykaną dotąd skalę – nisko wibracyjne generatory zaburzające energię Mocy. Była to era upadku i degeneracji, powszechnego zezwierzęcenia istot ludzkich, które stawały się tym czym się żywią.

Napędzane pożądaniem, kontrolowane strachem coraz mniej poczytalne stado pędzone z koryta do koryta przez betonowe pastwiska uciech minimalnych, dokarmiane modyfikowaną informacyjną paszą „rozrywki”, „wiadomości” i „sportu” zakodowany sygnał hipnozy utrzymujący umysł w stanie pasywnej uległości. To jest prawdziwy warunek poruszający scenografią tego filmu. System powszechnej kontroli mutował pod warstwą pandemicznej powłoki. Stworzono idealnego niewidocznego, wszechobecnego wroga – selektywną broń biologiczną. To był wirus – program. Update Nowego Królestwa – Kurestwa w postaci wprowadzanych w ciało zmodyfikowanych genetycznie mikroorganizmów sterowanych algorytmem sztucznej inteligencji. Przekroczenie Rubikonu – granicy ludzkiego ciała. Wtargnięcie do wnętrza bez pozwolenia. Ostateczna forma przemocy. To jest właśnie Akcja tocząca się w nieruchomej scenografii tego miasta, jak i we wszystkich innych Miastach – Klonach – produktach globalnej maszyny Unifikacji.

Mamy wreszcie bohaterów. Jednostki osaczone zaprogramowanym stadem i strażnikami umysłowego więzienia. Nadajemy im Moc. Ich percepcja jest filtrem, to jest ta warstwa, która nie podlega ograniczeniom scenografii, jest narracją spoza planu, spoza warunku – jest czystym niezafałszowanym umysłem, który w swojej esencji nigdy przez nikogo nie może zostać zniewolony. Można go zaburzyć i przekierować, podsycać permanentne rozproszenie, bez końca wstrząsać by zawsze był zajęty zawartością, impulsami, treścią. To jest stan nasz powszedni. Tym bez ustanku zajmuje się cała maszyneria, to jest produkt opuszczający taśmę produkcyjną. Tkacze Snów – Czarni Magowie. Specjaliści od Rozproszenia. Policja natarczywych myśli. Umysł – małpa bawiąca się w kanalizacji zmysłów. Nigdy nie przekroczysz uwarunkowania kolejnymi warunkami, nie wygrasz walki walcząc – ponieważ zawsze w ten sposób jesteś wciągany do Gry. Musisz przestrzegać nie swoich zasad, uczyć się, dostosowywać, naśladować, być kopią – czymś wtórnym. Być produktem uwarunkowania posłusznym prawidłom sztucznego systemu. To jest przewaga słowa nad obrazem, treści nad formą, ponieważ słowo jest źródłem obrazu. Pierwsza litera jest kluczem. Wielką tajemnicą prapoczątku. Dlatego ta „kultura” jest obrazkowa ponieważ zmysł wzroku najbardziej wpływa na mózg, ma największe ssanie. Przestajesz czytać subtelny poziom, tracisz tę zdolność współtworzenia ponieważ słowo – dźwięk jest zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz i jest matecznikiem, a zamiast tego zaczynasz tylko widzieć i zauważ jedną rzecz nie potrafisz zmieniać tego co widzisz. To produkt karmiący produkt. Bez tele – wizji niemożliwym byłoby stworzenie masowej zaprogramowanej wizji – abstrakcji świata i hiperaktywnej cyfrowej symulacji opartej na wirtualnej rzeczywistości – Atlantydy 2.0. Świat awatarów – hologramów cyfrowych projekcji zmodyfikowana istota post – ludzka żyjąca w zupełnie nowym świecie masowych projekcji – kolektywnego hiperaktywnego snu – Symulacji.

Mamy tak zwany czas. Wymyślony mechanizm standaryzujący określone cykle. Sztuczne kalendarze, które mają zdolność synchronizacji – skupiania energii w kolektywnym polu ludzkiej percepcji. Bez pętli mechanicznego mierzonego stałymi jednostkami czasu nie można panować nad Kolektywnym Polem. Nie możesz Programować. Potrzebujesz jedności czasu, miejsca i akcji by skutecznie załadować Program. Tele – wizja była pierwszą próbą Podłączenia grup ludzkich do Sygnału. Celem zawsze było wpływanie na świadomość – modyfikacja percepcji, zaburzenie naturalnych jakości umysłu. Odwrócenie człowieka od samego siebie, od jedynej prawdziwej drogi ku wyzwoleniu. Zaklinanie jest ciągłym i nieprzerwanym powtarzaniem tego samego. W kółko, bez końca. Wielkie daty, rocznice, upamiętnienia – aktywowanie wszystkiego tego co poruszało jak największą liczbę umysłów, wszystkiego tego co odwołuje się do ich kolektywnej sztucznej tożsamości – odruchu stadnego. Struktura Mózgu. Kolektywny pień biologicznej traumy, gadzi aspekt irracjonalnej opartej na emocjach i odruchach najbardziej pierwotnej najstarszej matrycy. To jest kolejne zabezpieczenie. Zakodowany Lęk – najgłębiej w samej otchłani nieświadomości – na jego bazie powstał religijny dualistyczny system operacyjny Bóg – Diabeł, Dobro – Zło. Wahadło Istnienia. Nie możesz sterować kimś kto nie boi się śmierci i unicestwienia, kto przekroczył ten Punkt Zero. Nie możesz kontrolować świadomości, która odkryła samą siebie i nie jest już uwarunkowana zawartością i impulsami. Kiedy przestajesz się bać śmierci – otwierasz coś co przekracza cały Program, całą strukturę – ponieważ w swojej esencji jest to struktura Ucieczki przed śmiercią, bo czym innym jest obietnica raju i zbawienia. Jest nadzieją, która bazuje na Abstrakcji. Na nigdy nie spełnionej Obietnicy. To jest serce Oszustwa. Najczulszy punkt, miękkie podbrzusze Bestii. Wiara w to, że istniejesz jako skondensowany osobny byt, który rodzi się i umiera, wciąż musi walczyć, zmagać się z tak zwanymi przeciwnościami losu, które nigdy nie mają końca. Nigdy. Tu nie chodzi o tak zwanych ludzi, który władają światem – ponieważ jest to kolejne przekierowanie uwagi na obiekt zewnętrzny, zrzucenie odpowiedzialności za swój stan – ciągła kultywacją roli ofiary, uciekanie od siebie w szukanie winnych, trzeba zobaczyć ile mroku mamy w sobie, ile złej woli, ile okrucieństwa – odkryć negatywizm we własnym wnętrzu, jest to tak zwany rezonans magnetyczny, przyciąganie. Wizja rezonuje z potencjałem – jest odbiciem, odzwierciedleniem. Projektor jest wewnątrz. Pozytywna przemiana własnej świadomości jest prawdziwą Magią, i to jedyny sposób, aby naprawdę zmienić ten świat. Trzeba zacząć od siebie – od tego który jest najbliżej. Jeżeli nie potrafisz pomóc sam sobie, to nie potrafisz pomóc nikomu, twoja szlachetność, troska, „bezinteresowność” jest tylko ego tripem, desperacką próbą zwrócenia na siebie uwagi.

Dlatego to wszystko na tym poziomie trwa w nieskończoność. Nie ma ostatecznego końca świata istnieją tylko Mutacje w inne stany skupienia, w inne formy i wymiary. To co się porusza to skutki naszych działań. Odradzamy się w skutkach naszych działań jako podmiot i całe bezkresne spektrum doświadczenia. Jak podczas snu. Ty jesteś bohaterem i całym powstałym światem. Każda postać jest tobą, aspektem energii, manifestacją świadomości. Dostajesz obiekt a wraz z nim dostajesz jeden z trzech pierwotnych impulsów. Lubisz. Nie lubisz, albo masz wyjebane. Tak. Nie. Nie wiem. To jest subtelne pozaracjonalne zajęcie określonego stanowiska wraz z penetrującą obiekt percepcją – całą maszynerią biologicznej maszyny. Pierwszy i fundamentalny błąd polega na wydrukowanym odczuciu oddzielenia – separacji podmiotu i przedmiotu – wizja staje się obiektem i w tym momencie zaczyna się konkretne szaleństwo. Powstaje nieskończona ilość spekulacji – mentalnej mielonki odprawionej emocjami, powstają całe abstrakcyjne światy i ciągi nakładających się wyobrażeń, skojarzeń, uruchamia się cała zawartość i zalewa wszystko, cały ten akt percepcji nie zostawiając żadnej wolnej przestrzeni. To jest pierwotna wirtualna rzeczywistość w której żyjemy – świadomość. Tworzenie w opowieści ciągłej nie zaburzonej fabuły to jest właśnie fikcja, prowadzenie bohaterów na smyczy do określonych i wymyślonych sytuacji to instrumentalna przemoc. Czas psychiczny jest ciągłą zapadnią, mutacją, dygresją – tak realnie to wygląda, tak funkcjonuje nasz umysł. To nie jest spójna historia od A do Z.

Zatem mamy zapadających się w sobie bohaterów, którzy jak wiadomo są projekcjami narratora, który sam jest uwarunkowanym bytem dryfującym na oceanie świadomości.

Pirat i Prepers idą tą ulicą Piotrkowską w tym mieście Łódź. Są tak zwane Pandemiczne Święta. Na gwiazdkę populacja dostała nową mutację Wirusa Wściekłych Ludzi – WWL. Pod pozorami prawa i sprawiedliwości, globalnego konsensusu w sprawie pandemii, jednakowo sformatowanych doniesień medialnych na całym globie rozsiano prawdziwe Pandemonium Strachu i Ostateczności. Ludzie umierają, tracą biznesy, rozpadają się struktury i rzeczywistość wchodzi w swój irracjonalny wariant. Internet wrze od świeżutkich jeszcze ciepłych teorii spisku, które infekują całą ludzką zdezorientowaną populację. Do gry wkraczają Specjaliści od Nawigacji Zagubieniem i behawioralnej terapii szokowej rozkładają swoje błyszczące instrumentarium, instalują stacje kodujące, prowadzą nieskończone badania nad dynamiką masowego szaleństwa, ponieważ jak wiadomo umysł ludzki w takich ekstremalnych warunkach jest bardzo podatny na Nowe Wdruki. Meta dane gromadzone przez wielkie korporacje informatyczne idą w tryliony podobnie jak długi. Powstaje kolektywny gatunkowy profil psychologiczny wskazujący, że narasta potencjał Globalnego Rozpierdolu na Niespotykaną Skalę. Kończą się ramki wykresów i skale dla rosnących krzywych. Trwają protesty, demonstracje, strajki, bojkoty, rewolucje. Ujawniane są tajne dokumenty o UFO i tym podobne rewelacje jednak nic to nie daje. Ludzie są wkurwieni. Wydymani przez sztywne garnitury i wykrochmalone wybieloną krwią kołnierzyki, które ślą wojsko na ulice i zaczyna się powszechne pałowanie, gazowanie, kotłowanie, izolacje, kwarantanny, areszty. W tym chaosie dobrze radzą sobie co poniektórzy miliarderzy rozmnażając swoje fortuny do niebotycznych rozmiarów, czysta orgia rozpusty z elementami wszelkiej zakamuflowanej przemocy podanej w łatwostrawnej formie korporacyjnej nowomowy. Na szybko w desperacji Królowie Królów i Menadżerowie Menadżerów próbują znaleźć jakieś planety do życia w razie jak by trzeba było spierdalać z kontenerami bezwartościowych skarbów, które mają swoje zastosowanie jedynie tej zerojedynkowej patologii i zaczynają rozumieć – że to wszystko marność. Marność. Ojciec Strach i Matka Pogarda. Słychać trąby i żywi wstają z martwych. Otwierają oczy. Oto „jest świat w którym żyjemy”. Oto „Przebudzenie” z długiego mechanicznego snu.

Jednak…

Prawdziwa rzeczywistość w tym momencie wygląda inaczej. Jest spokojniej i nie widać jakiegoś specjalnego przebudzenia. Nie widać tych umysłowych rewelacji w tak zwanej praktyce. Ludzie chodzą w maskach jak nakazano, czekają na szczepienia jak obiecano, będą świętować narodziny zbawiciela jak przekazano. Mają swoje tradycje, obrządki i obyczaje. Będą do jedzenia martwe karpie i pirogi, będą trzymać się tego wszystkiego z zaciekłą desperacją, ponieważ to jest ich poczucie tożsamości, ich świat to prawo do trwania w niezmienionej formie, odmowa mutacji. I trzeba to rozumieć, trzeba to szanować. Łódź to nie jest Los Angeles. Prepers pali skręta, który zwisa mu niczym żarzący się sopel lodu z kącika ust, ma łapy wciśnięte w kieszenie wojskowej kurtki, oszronioną posiwiałą brodę i co tu dużo mówić – czuje się dobrze. Lubi tą świąteczną aurę, choć się do tego nie przyznaje udając sam przed sobą anarchistycznego rebelianta, wojownika – Czarnego Don Kichota w urojonej zdezaktualizowanej walce klas. To dobry chłopak. Trochę pozer, ale dobry byk. Pełen zakamuflowanej czułości dla świata.

Każda narzucona wizja cię warunkuje i Prepers nieświadomie był ofiarą tego „narzucenia”, miał w sobie dużo lęku i gniewu – stworzył w swojej głowie symboliczno – spiskową mapę rzeczywistości – jednak to nie on był kartografem, była nim Sieć. Zbiorowa Ignorancja. Wielkie Zwierciadło. Prawdą było to, że Czarni Magowie byli moderatorami sugerowanej treści. To był subtelny i metodyczny Podszept. Człowieka można zmanipulować bazując na jego słabościach, na dumie, na ambicji, na chęci bycia wyjątkowym, na próżności, na lęku, na desperacji. Mózgogłowie nie odróżnia obrazu wirtualnego od rzeczywistego, prawdziwej myśli od fałszywej, ono żeruje na abstrakcji, na mentalnych projekcjach, bo czymże w istocie jest tak zwany „obraz świata” – to czyste wymyślone wyobrażenie. Fikcja, którą umysł wciąż przywołuje i podtrzymuje przy życiu. Dramat polega na tym, że ta umysłowa fikcja infekuje nasze działania i to co mówimy i dochodzi do „projekcji” zaczynamy projektować tą fikcję na rzeczywistość. Tworzyć zupełnie absurdalny Opis, tym samym w pewnym niezauważalnym momencie postrzegamy już tylko interpretację, tą narzuconą treść dodatkową, która jest „zapalnikiem” odpalającym wirtualną nakładkę na faktyczny stan rzeczy. Obecnie żyjemy w czymś takim. Tak jak prawilna opowieść powinna mieć jedność czasu, akcji i miejsca, tak człowiek rzeczywisty ma jedność ciała, energii i umysłu. Jest obecny. Jest przytomny. Jest Przebudzony z mentalnego snu, z autorytarnej władzy umysłowych projekcji. Takiego człowieka nie sposób zmanipulować, nie możesz uczynić z niego niewolnika.

Abstrakcja przejęła kontrolę nad rzeczywistością. Jest to mechanizm samo spełniającej się przepowiedni, ponieważ to abstrakcja – projekcja tworzy impuls do działania, dyktuje warunki gry i tym samym zaczynamy wcielać w życie swoje złudzenia, ponieważ działamy pod ich wpływem. Kiedy jesteś zainfekowany agresywną paranoją, która bazuje na przerażeniu, strachu, lęku, obawie wówczas cała rzeczywistość „jest przeciw tobie”. Staje się ciężka i lepka, duszna i przytłaczająca. Masz coraz mniej przestrzeni, coraz mniej dystansu. Wszystko co widzisz „jest po coś”, nic nie jest przypadkowe, jeden wielki plan zniewolenia – trwający od mitycznych niepamiętnych czasów realizowany przez anonimowych absolutnych władców, którzy zawsze są ukryci za fasadą ludzi z pierwszych stron gazet. Jesteś zdominowany, usidlony przez Mózgogłowie zanurzony w jego Grze, w jego wiecznej walce, jesteś żywicielem pasożyta Abstrakcji. Sokiem do wyciśnięcia. Mięsem do zjedzenia. Polem do zaorania.

Prepers zawsze szykował się na najgorsze i pisał najczarniejsze scenariusze. Idąc tą ulicą nie widział ludzi – widział niewolników, nie widział budynków – widział więzienie. Dla niego to była Wojna. Walka. Rebelia. Był wojownikiem. Wytrenowany w kravmadze, napakowany anarchistyczną propagandą utopijnych marzeń o mitycznej wolności, życiu bez ograniczeń czekającym gdzieś tam w „przyszłości, kiedy już wygramy” i nie będzie już panów i niewolników, pozbawieni tych narzuconych systemów ekonomicznych, religijnych, moralnych etc, w końcu, w końcu odkryjemy raj na ziemi. Nowy anarchistyczny Eden pełen koncertów, wystaw sztuki, konferencji o klasykach ruchu, będzie społeczne dobro wspólne i każda jednostka będzie wolna niczym dzika świnia pozbawiona zagrody. To był jego abstrakcyjny ładunek dodatni – pozytywny plan na wymyśloną przyszłość. Jego ładunkiem ujemnym była niewolnicza przeszłość gatunkowa, walka w grupy, zbiory, kolektywy. Ciągła permanentna udręka klas pracujących, niewolniczy konglomerat bazujący na dominium Władzy, ciągła bezustanna walka o wyzwolenie przez długie mroczne dekady, stulecia, milenia. Stworzyli nas Obcy. Genetycznie nas ulepili jak figurki z gliny i tchnęli w nas Program Wiecznego Niewolnika, wzbogacony syndrom sztokholmski zapisany w gadzin pniu mózgu i nawigujący z głębokiej otchłani nieświadomości. Przyjmujemy za „rzeczywistość” to co nam pasuje – rysujemy grubą czarnobiałą kreską w swojej głowie postmodernistyczny komiks pełen fikcyjnych jednowymiarowych „super bohaterów” ulepionych z „dobra” i „zła” – wszystko jest tym skażone, to wbudowana w każdy szczegół zaraza. Potencjał Symulacji.

Ulubioną miejscówką Prepersa jest Pomnik Czynu Rewolucyjnego w łódzkim parku na Zdrowiu. To tam medytuje od czasu do czasu nad swoją Walką jarając kiepy skręcone z amerykańskiego tytoniu „Spirit” z domieszką białej szałwii. Chodzi o stworzenie Anarchistycznego Syndykatu – Kolektywu Wyzwolenia Spod Wszelkiej Władzy. Jego logo to Czarny Kogut wkurwiony i bezkompromisowy – uliczna dywersja i artystyczna prowokacja. Akcja jak najbardziej bezpośrednia. Jebnięcie Transcendentu. Stan twórczego dryfowania w wolnej autonomicznej przestrzeni. To miejsce – Pomnik tak naprawdę jest mogiłą poległych w walce o wolność rewolucjonistów i Prepers z powodu tego, że był Mutantem miał z niektórymi duchowy kontakt, byli jego szamańskimi przodkami. Tytoń jest rośliną komunikacji, która pozwala na wysyłanie modlitw, na pozazmysłowy kontakt z tymi, którzy są w innym wymiarze w innej gęstości, odmiennym stanie skupienia. Dla współczesnego logicznego zrobotyzowanego umysłu to wszystko są bzdury, baju – baju – Harry Potter na haju. Wszystko zostało sprowadzone do roli użytkowej. Instrumentalne Zdeprawowanie Pierwotnej Funkcji i Znaczenia. Metodyczne niszczenie prawdziwej wiedzy sięgającej korzeniami do prapoczątków ludzkości do czasów kiedy istota ludzka była potężnym Magiem kierującym się Kosmicznym Prawem.

To miasto było produktem dymiącej epoki przemysłowej, dzieckiem roponośnej macicy Matki Ziemi, której wyskrobano już prawie wszystkie płody. Ludzki świat – klinika aborcyjna wytwarzająca chwilowe „szczęście” tak zwanego dobrobytu. Tu nigdy nie było klasy urojonej arystokracji, rodów błękitno-krwistych, królów, wielkich wodzów – to zawsze rządzili badylarze i tak zwany sektor spekulacyjno – bankowy, tu rządził szkarłatny bożek Mamon. Od kredytu do kredytu, od pożyczkobiorcy do właściciela niewolników. Łódź była stolicą upierdolonej po pachy klasy niewolniczo – robotniczej, których potomkowie dogorywali w post apokaliptycznej scenografii przytłoczeni realiami czwartej rewolucji przemysłowej, która z przemysłem nie miała już nic wspólnego. Była czystą fikcją. Mętnymi wodami – ściekiem spływającym z wielkiej Fabryki Bezsensu, fekaliami postmodernistycznego małpiego umysłu tak zwanych głupio – mądrych: specjalistów od Programowania – Adamy i Ewy z Raju Krzemowego wyhodowane przez cybernetycznego Jehowę zasadowy odczyn pokolenia z informatycznej próbówki. Czas Zamulania. Śmierć człowieka pracy i narodziny narcystycznych hodowli domowych zwierzątek przybitych do ekranu komputera jak do krzyża. Tutaj biedota mieszka w Centrum w rozpadających się kamienicach byłych właścicieli ich dziadków i babć, którzy chodzili w drapokach po kocich łbach spływających rynsztokami – wypocinami na wielkiej siłowni epoki stali i początków społeczeństwa masowego – ludzi bez korzeni – ludzi maszyn. Teraz mamy post ludzi, którzy się aplikują co w łódzkim slangu znaczy być błaznem, hipsteriadą – produktem softu. Człowiekiem bez właściwości w pełni zaprogramowanym przez specjalistów od Formatowania pod dyktando masowych trendów wygenerowanych zakodowanych algorytmów biernej uległości w wyniku zatrucia pokarmowego nadmiarem bezsensownej jałowej treści – odpadu. Korpo – krypto: krypto waluty korporacyjnego Babilonu wdrażane w masowy obieg świadomości. Kredyt zaufania społecznego – strategiczna gra w chińczyka. Nowy Nienowy Ład. Nowy Stary Porządek – ta sama śpiewka w nowej tonacji. Alikwoty Głupoty. Wielka zaprogramowana improwizacja. Cyber Dziady. Modyfikowany kurczak w panierce w sosie słodko kwaśnym – glutaminian sodu wstrzyknięty w korę mózgową niczym Ubik.

I oto przewijamy fabularną taśmę wyobraźni i już za sprawą pisarskiej władzy absolutnej jesteśmy w sklepie na ulicy Rewolucji 1905 roku. Ciężka w rzeczy samej jest to ulica wybrukowana ofiarami ludzkiej zachłanności w walce o godność istoty ludzkiej. To tutaj w tym mieście dymiącym niegdyś mordami fabrycznych kominów napędzanych zachłannością i bezlitosnym wyzyskiem narodziła się pewna radykalna legenda, o której niegdyś słyszał cały świat, a teraz nikt już nie pamięta, bowiem tak zwane karty historii wypełniają najczęściej postacie wyolbrzymione na wpół mityczne z tak zwanych sfer. Nikt nie pamięta tych, którzy tak naprawdę tworzą ten świat codziennym mozołem, konsekwencją, ciężką harówą, tych którzy nie mają czasu na prezentacje, na PR – owe drapanie się po dupie. Mówimy tutaj o robotnikach – krwi tego miasta, która płynęła w jego industrialnych żyłach i pompowała te fortuny, tworzyła tych „magnatów bawełnianych” ten cały „splendor” ziemi obiecanej, tych wszystkich wielkich chamów pozbawionych krzty współczucia udających dobrotliwych dystyngowanych wujków, którzy pod tymi maskami skrywali swoją prawdziwą prymitywną twarz upudrowaną w tych wszystkich muzeach, kronikach na kartach śmiechu wartej historii – mitologii. Koniec końców byli tutaj ostatecznie i definitywnie ruchający i ruchani, bo żyjemy na planecie gwałtu, jebania kotka za pomocą pneumatycznego mechanicznego młotka i kiedy już będą mieli w pełni automatyczne samowystarczalne parki maszynowe ubiją nas jak bydło uśpione i znieczulone rozrywkową karmą tak zwanych nowych mediów – śmiechu wartych profili w wyimaginowanym królestwie. Ci o których tutaj mowa nazywali siebie Rewolucyjnymi Mścicielami i to ich figury ożywiają wewnętrzny „ołtarz” Prepersa. To dla nich płonie gromnica w jego świątyni i tlą się kadzidła i mirry z kory cynamonowca.

Gdyż to właśnie ludzie ciała, ludzie energii mają wystarczająco pary by coś zmienić, być żywą Księgą Przemian, a nie martwicą intelektualnych spekulacji pełnych nudnych jak flaki z olejem przypisów do wszelkich manifestów, podsumowań i założeń programowych. Różnica pomiędzy myślą i działaniem leży w zaangażowaniu realnej energii naszego ciała, które w przeciwieństwie do Mózgogłowia ma w sobie delikatność i ogromną mądrość, która jest żywą inteligencją nie zbiorem uprzedzeń i przekonań. Ciało jest zawsze tu i teraz niczym kotwica.

Wspomniany już niejednokrotnie Absurd tego świata polega na tym, że każdy z nas patrzy na „niego” ze „swojej” perspektywy z poziomu „swojej” sytuacji, „swojego” doświadczenia i „swojego” wyobrażenia uważając tym samym, że „świat tak wygląda” jak jemu się po prostu wydaje. W Gastropolis każdy karmi swoje iluzje. I tutaj powstaje nieustający konflikt interesów oraz niekończące się próby narzucenia innym swojej wizji. Być święcie przekonanym to ulec hipnozie podmiotu i przedmiotu, być na usługach i we władaniu Mózgogłowia. Przez ten krótki moment fizycznego życia, zanurzeni w biologicznej maszynie, zaprogramowani przez siebie nawzajem, podporządkowani dominującej w danym czasie i miejscu Wizji – Wyobrażeniu szukamy po omacku chwilowego i krótkotrwałego szczęścia – momentu w którym niezliczona ilość okoliczności utworzy sprzyjającą nam konfigurację i kiedy się to jakimś cudem wydarzy z całych sił próbujemy za wszelką cenę i koszt utrzymać to „szczęście”. Każdą wojnę można sprowadzić albo do próby zdobycia „szczęścia”, albo do walki o utrzymanie „szczęścia”.

Pirat zrozumiał to. Do cna swoich trzewi poczuł, że to „szczęście” produkuje „nieszczęście” z samej swojej umownej i nierzeczywistej natury, ponieważ koniec końców to nasz stosunek do „szczęścia” i „nieszczęścia” jest tutaj kluczowy, wówczas nie podlegasz terrorowi egzystencji, opuszczasz pole jałowej walki, która w rzeczywistości służy temu byś bez końca był wyczerpany wysiłkiem ciągłym i nieustającym. W tym ponurym śmierdzącym spalinami i nie strawioną wódą sklepie z alkoholem czuć było kondycję świata w jakim przyszło mu żyć. To była pozbawiona nadziei desperacja – gęsta i przytłaczająca. Surowe gnijące mięso. Butelkowany spiryt – us. Duch w klatce uwarunkowań produkowany masowo w destylarni złudzeń, rozcieńczony, pozbawiony życiodajnej i wyzwalającej mocy. Demon upadły w wymiar ciągłej imprezy, której ostatecznym celem jest utrata świadomości. Kiedy wlewasz to w siebie cały ten rynsztok najbardziej prymitywnych odruchów – ruchania, ćpania, mordowania, znęcania, gwałcenia, plądrowania odpalasz wymiar Piekła. Cała ta maszyneria zmierza dokładnie do tego punktu produkując nieskończoną ilość pozbawiającego nas świadomości „towaru” podsycając żądze, ambicje i egoizm. Jeżeli uważnie przyjrzycie się temu światu bez kolorowych filtrów tak zwanej popkultury, czy słodko lepkiego „duchowego” pierdolenia – ujrzycie to bardzo, bardzo wyraźnie. Zobaczycie prawdziwą cenę „szczęścia”, które tutaj sprzedają.

Twarz kobiety za ladą mówiła więcej o tym wszystkim niż książki Emila Ciorana. W swojej czystej istocie była piękna, lśniąca, lekka i potrafiła się cudownie śmiać – jednak zanurzono ją w tym bagnistym roztworze, odebrano przestrzeń i możliwości skazano na nieustającą walkę o tak zwany byt. Jej twarz była obliczem ludzkiego cierpienia, tego od czego cała ta polukrowana modami, trendami i nowinkami upojona kultem młodości i seksu tak zwana kultura współczesna z taką desperacją próbowała uciec. Jej oczy były szare i pozbawione blasku. Były matowe i wytarte jak karoseria zużytego samochodu, który już niebawem trafi na wysypisko pełne wraków. Dogasała, niczym przepalona żarówka migocząc resztkami sił. Pirat wiedział, że ona niedługo umrze. Trzeba nam uświadomić sobie w jakim punkcie jesteśmy skoro życie ludzkie sprowadza się do bycia sprzedawcą przyczyn nieskończonego cierpienia, jak głęboko zagubionym i nieszczęśliwym człowiekiem trzeba być, by tego nie widzieć, albo mieć na to wyjebane. Najgorsza w tym wszystkim jest obojętność, stan, że przestaje ci na czymkolwiek zależeć, po prostu Dryfujesz w Samym Gęstym pozbawiony jakiekolwiek kierunku, nie masz żadnego kompasu, żadnego celu. W tym miejscu żyła niezliczona ilość takich ludzi, była ich zdecydowana i przytłaczająca większość – snujących się apatycznych i zrezygnowanych.Wszystkiego dobrego z okazji Narodzin Zbawiciela – powiedział Pirat, patrząc jej głęboko w oczy dotykając spracowanej, roztrzęsionego dłoni. Drgnęła. Przez bardzo krótką chwilę coś przeszło przez nią jakiś rodzaj Ładunku, coś czego nigdy wcześniej nie doświadczyła. Coś nie z tego świata. Ciepłe łzy płynęły po jej twarzy i czuła w całym ciele fale wzruszenia w jej umyśle pojawiły się obezwładniające obrazy wypełnione Blaskiem, przez bardzo krótką chwilę znów była czystym dzieckiem pełnym ufności. Płakała jak nigdy wcześniej i było w tym coś wyzwalającego, w ułamku sekundy wszystko wchodziło i wychodziło, była otwartą pozbawioną granic przestrzenią – czymś wolnym z samej swojej natury. W tej jednej chwili wszystko się Uwolniło.

-Trzy butelki spirytusu poproszę – powiedział cichym spokojnym głosem Pirat, kiedy już duch sprzedawczyni wrócił do starej zasiedzianej skorupy okablowanej doświadczeniami obecnego bolesnego żywota – jednak w pewien sposób, którego Mózgogłowie nie jest w stanie nawet musnąć dotykiem swojego lepkiego intelektualnego macania pozorów – zmartwychwstała po trzech nieskończenie długich dniach nieskończonej ilości żywotów w nieskończonej ilości płaszczyzn. TO się obudziło i pomimo faktu, że już za kilka dni odejdzie z tego łódzkiego padołu łez i wysprejowanych kibolskich napisów na ścianach, opuszczając tą zdezelowaną nadmiarem cierpienia cielesną skorupę, będzie miała szansę rozpoznać w sobie coś co przekracza zarówno boga jak i diabła, zbawienie i potępienie. Wolnym krokiem w zamyśleniu podeszła do półki pełnej tej płynnej zakapslowanej zapieczętowanej banderolami anty – nirwany, lub świata z teledysku „Smells Like Teen Spirit”.

Hallo, hallo, hallo.

I kiedy sięgała po drugą butelkę alkoholu, do tego przybytku otumaniania wszedł dość niedbale pewien zakapturzony młody człowiek wyhodowany na miksturze tak zwanego ulicznego rapu i dość brutalnych realiów zapomnianego przez Boga miasta i podchodząc do lady z kieszeni wyciągnął nóż i złowrogo i dość donośnie wybełkotał:

-Dawaj szmalec szmato! Cały chodził, był widać mocno podniecony i zestresowany, bowiem napad na sklep to nie jest jak to mówią kaszka z mlekiem, to poważna sprawa na granicy dość szczodrego wyroku pozbawienia wolności i wpierdolu przy przesłuchaniu spuszczonego przez wściekłego skacowanego psa i dość pewne przypięcie jeszcze czegoś ekstra może posiadanie, albo jakaś nierozwiązana dziesiona. Stanowił taką alternatywną świąteczną wersję zagubionego wędrowca, który pomylił kochaj bliźniego z dojeb mu bez litości.

Prepers tak sobie stał z boku i patrzył. Sprzedawczyni znieruchomiała w osłupieniu i jej układ nerwowy wchodził w stan tak zwanego szoku, czyli chwilowego paraliżu i narastającego roztrzęsienia, który zwiastował atak dość gwałtownej paniki, która w takiej sytuacji kończy się najczęściej bardzo dramatycznie. Dlatego Prepers zmuszony był zareagować.

-Ej ty kolego ze źle złożonych klocków lego! Robisz coś złego, nie widzisz tego? Jak nie przestaniesz szybki wpierdol dostaniesz!

W tym momencie nastąpiło umysłowe zwarcie w mózgowej konsoli naszego mało ambitnego bandyty, który rozdziawił paszczę i patrzył przez mgłę złożoną z taniego alkoholu i równie taniego speeda wciągniętego dosłownie siedem minut wcześniej z rękawa kurtki zimowej zakupionej za 25 zeta w lumpeksie na ulicy Zielonej, która nie jest co prawda zbyt zielona, ale jest blisko do łódzkiej filharmonii.

– Co kurwa?! Wypierdalaj szpanerze! – i machał przed nosem Prepersa tym swoim nożem, ale widać było, że chłopakowi koordynacja zawodzi i dostał dość mocne uderzenie w krtań krawędzią dłoni i szybki strzał z łokcia po tak zwanym łuku w skroń. To była dwa przytłumione następujące szybko po sobie dobrze skoordynowane ciosy, bez krwi jednak z natychmiastowym ściągnięciem z planszy. Chłopak upadł i zaczął się dusić i charczeć – to jest przedsmak dość bolesnego procesu umierania, a jego dotychczasowe życie prowadziło go dokładnie do czegoś równie okropnego. Mówi się umrzyj zanim umrzesz i tak oto za sprawą dwóch ruchów Prepersa nasz ulicznik – nożownik miał oto szansę sprawdzić co to znaczy w praktyce. Brak tlenu i desperacja biologicznego ciała by przeżyć to nie jest najszczęśliwsza kombinacja, to zdecydowanie doświadczenie graniczne i uszyte dokładnie na karmiczny wymiar młodocianego kibola – gangstera, który dobre 10 minut powracał do stanu powiedzmy normalnej świadomości.

Zobaczył nad sobą twarz pochylonego Prepersa, który trzymał nad jego głową jakieś plastikowe opakowanie i patrzył zimnym beznamiętnym wzrokiem, który nawet jak dla niego był przerażający i pomału docierało do niego co się właśnie stało, a stało się dużo więcej niż mógłby zrozumieć. Prepers miał w ręku jego nóż a na jego ostrzu jakąś szarą substancję o dziwnym nieznanym zapachu.

-Jadłeś bracie kiedyś wegański smalec? Spróbuj! – i Prepers włożył do rozdziawionych ust naszego niedoszłego rabusia ów smalec, który przyrządził własnoręcznie nie dalej jak wczoraj. I to było dobre! Ponieważ w tym tak zwanym smalcu był komponent hakujący – wibracja słów – kluczy, słów – wytrychów. Kiedy TO masz możesz to przekazywać na nieskończoną ilość sposobów.

-Powiem ci jak to się robi! Zatem fasola Jaś powiedzmy 400 gr musisz namoczyć na noc koniecznie w zimnej wodzie, później ją ugotować bez soli z kminkiem i wodorostami wakame, bo jest łatwiej strawne. Przemielić to w maszynce do mięsa na gładką szarą masę. Poszatkować dwie cebule i jedno duże dorodne jabłko, które akurat w tym konkretnym smalcu jest mój drogi z samego Raju i właśnie poznałeś różnicę między dobrem i złem, między drogą do góry i drogą na dół. Jest to smalec – inicjacja, który otwiera przed tobą zupełnie nowy potencjał i tylko od ciebie zależy czy będziesz w stanie to ujrzeć i podjąć wyzwanie! Później podsmażamy cebulkę na tak zwane złoto i doprawiamy majerankiem i dodajemy jabłuszko i smażymy krótką chwilę jednak nie za długo, bo będzie lipa. Do fasoli dodajemy musztardę i sos sojowy, odrobinę soku z cytryny, szczyptę kurkumy i wrzucamy zawartość patelni czyli cebulkę z jabłuszkiem w majeranku i co ważne należy dobrze sprawę wymieszać. Szkoda, że w tym sklepie nie ma bułek albo chleba, a sama wóda, piwo, wino, szlugi, prezerwatywy i coca cola, nie ma nawet ogórków kiszonych, a one są idealne jak pewnie wiesz do smalcu. Bo widzisz to co przed chwilą doświadczyłeś jest standardem podczas tak zwanego rytualnego uboju zwierząt – jak wiszą z łbem do dołu i „święty” człowiek podrzyna im gardło żeby się wykrwawiły i jest to jedna z bardziej okrutnych praktyk jakie można czynić wobec istot czujących, których ciało i odczucia nie różnią się od twojego ciała i twoich odczuć. Zwierzęta nie napadają na biedne kobiety w sklepach monopolowych, nie chodzą porobione jakąś chujową wódą i tanimi dragami. Nie są tak neurotyczne i bezlitosne. Jak ty ziomeczku. Jeżeli ty człowieku jesteś szczytem ewolucji to doszło tutaj do jakieś spektakularnej spierdoliny, coś nie pykło. Dlatego daje ci teraz szansę. Możesz przyjść pierwszego dnia Nowego Roku twojego życia na Plac Wolności i mamy z kolegą Piratem, który tutaj jest ze mną dla ciebie robotę po Jasnej Stronie Mocy. To jest twój wybór.

Twój Wybór.

-Jakie jest twoje imię? – zapytał Pirat.

– Nikodem, ale wołają na mnie Ultras – szeptem wydusił z siebie wiadomo kto, którego życie odmieniło się w ostatnie siedemnaście minut, jednak jeszcze tego nie wiedział, jeszcze nie dowierzał, jeszcze udawał przed sobą pewnego siebie twardziela, jednak tak naprawdę był przerażonym dzieckiem w mechanicznej rzeźni warunków.

-Dziękujemy Pani bardzo i życzymy Świetlistej Drogi w Stanie Pomiędzy.

Pani Krystyna, bo tak miała na imię pomogła Nikodemowi zwanemu Ultrasem wstać i chwiejnym, niepewnym krokiem wyszedł w zupełnym szoku w gardziel szczekającego ulicznym hałasem, kakofonią urwanych rozmów, niedopowiedzianych historii miasta, które wydało go na świat jako osierocone z godności szczenię wykarmione strachem i walką. Pierwszy raz w życiu poczuł, że nie ma w nim tego pulsującego lęku. Nie czuł go nawet wtedy kiedy przejeżdżała rozwścieczona suka na sygnale, tak jakby cała ta przeszłość przestała go prześladować. Usiadł na schodach rozpadającej się kamienicy i spojrzał na wyłaniającą się Gwiazdę Północną i zaczął płakać. To nie były łzy smutku, rozpaczy, bólu czy frustracji. To były łzy Zrozumienia. Osocze Serca.

Narodziny Zbawiciela.
Zmartwychwstanie.

W innym sklepie kupili jeszcze drewno i naturalną pozbawioną chemii podpałkę. Ulice się wyludniły. Pozostali tylko bezdomni, których nikt nigdy nie zapraszał na to czekające puste krzesło. Pirat i Prepers choć mieli gdzie mieszkać byli również bezdomni w tym okrutnym, zmechanizowanym świecie, nie mogli znaleźć w tej nietrwałej konstrukcji prawdziwego domu. Wszystko było prowizoryczne skazane na ciągle przepoczwarzanie, uległe sile ciążenia nieprzeliczonych zmiennych, grawitacji warunków, sile odśrodkowych ludzkich tendencji. Byli chropowaci, ciężkostrawni – niedostosowani do standardów, które były tu tworzone, by wszystko ostatecznie było łatwiejsze i głupsze jednocześnie. Lenistwo na tym skończyliśmy ostatnią opowieść o przygodach naszych ziomków pod innymi kostiumami w mieście smażonego w głębokiej fryturze Snu. Fisz nad chips.

Byli prawdziwymi lampiarzami, którym nikt nigdy nie stawia pomnika. Nieśli w sobie prawdziwy płomień, zapowiedź zmiany, coś z rzeczy samej nieuniknionego, kiedy przekroczysz moment krytyczny w swojej świadomości – TO się otworzy. Krwią nie zmyjesz krwi. W tą szczególną noc czuli, że Mistrz jest w nich ciągle żywy, jest w swojej istocie komponentem przebudzonej świadomości. Czymś co jest w Tobie. Róża przyszła od strony ulicy Wschodniej, co było w pewnym sensie oczywiste. Nic nie mówiła. Stali w milczeniu patrząc na ten średnio udany siedemnastometrowy pomnik i patrzyli na zegarki stojąc w trzech różnych miejscach przy stosach drewna ułożonych w małe paleniska, tworząc punkty trójkąta równobocznego. Jeszcze chwila. Oblali stosy spirytusem, a Róża rozlała go wokół pomnika tworząc wzór Serca. Była dokładnie 00:00. Ogień zapłonął czystym światłem Ducha. Serce w piramidzie.

Tak to się zaczęło.

Zwykły wpis
GASTROPOLIS OPOWIEŚCI, PROZA

GRUPA KONTROLNA

Grupa kontrolna – grupa obiektów, która w ramach wykonywanego eksperymentu nie jest poddawana żadnym manipulacjom eksperymentalnym (pozostaje w stanie naturalnym lub jest poddawana działaniom standardowym). Wyniki uzyskane w grupie kontrolnej służą porównaniu z wynikami z grupy eksperymentalnej, dzięki czemu można uzyskać statystyczną pewność, że manipulacje wykonane na grupie eksperymentalnej rzeczywiście przyniosły oczekiwany skutek.

Wikipedia

Samogon stworzony z pasją i szczyptą zaklęć rozświetla umysł, przydaje mu niesamowitej klarowności, to jakby dodatkowy woltaż zasilający system. Boruta siedzi w milczeniu i ćmi szluga, jego złota broda mieni się niczym tanie chińskie bombki choinkowe – mamy tutaj dość alternatywną wersję bożego narodzenia. Migotanie psiej gwiazdy na firmamencie zdarzeń. To tutaj na Placu Wolności – nigdzie indziej powstanie już niebawem „Złota Świnia” – najlepsza awangardowa restauracja w mieście. Miejsce do hackowania biologicznych maszyn. To właśnie jest ten mityczny plan. To łódzkie podziemie, którego nie ma w żadnych planach architektonicznych – nowa wersja miasta ukryta przed kwadratowym umysłem w oplatających Plac Wolności komnatach piwnic, gdzie powstanie kwatera główna operacji „Mindfuck”. Arka No – ego na wzbierającym, rozszalałym Oceanie Absurdu nadająca piracki sygnał do wszelkiej nie zmechanizowanej części ludzkości. Trzeba nam tutaj powiedzieć, że sprawy potoczyły się dość paskudnie w razie jakby sygnał ten dotarł do kogoś, kto nie wie o czym jest tu dokładnie mowa. Nadajemy z umierającej planety ziemia. Z galaktyki zważonego mleka, mącznej zagmatwanej świadomości, która utknęła w więzieniu swoich projekcji, ogłuchła w kakofonii zafałszowanych hymnów i propagandowych mów, oślepła od nadmiaru filmów i seriali, stała się fizycznie i mentalnie upośledzona, nieruchawa i wsteczna, bierna i apatyczna podatna na niewiarygodną w swych można powiedzieć biblijnych rozmiarach manipulację na każdym możliwym poziomie. Doszliśmy do permanentnego Stanu Bezsensu, który został poddany analizie naukowej, która dowiodła, że Jest Bezsensu. Bezsens toczy nas jak rak, oplata niczym Obcy, wślizguje się w nasze myśli, słowa i działania i pewnego dnia, nikt dokładnie nie wie którego obudziliśmy się w bezsensownym okrutnym i absurdalnym świecie i zamiast coś zrobić – trwamy w nim czekając, aż jakimś cudem coś się zmieni, zupełnie samo, bez naszego udziału.

No kurwa brawo! – powiedział do swoich myśli Pirat.

Świetlisty Jezus na białym koniu w tumanach gwiezdnego pyłu i rozdzierającymi wymiary istnienia wszechrzeczy gromach z dłonią zaciśniętą na rękojeści miecza Sprawiedliwości. Jedzie przez chmury sadzy – tej bestii zwanej Smog i parkuje na placu piotrowym – watykańskim jarmarku do kupowania odpustów, gdzie najnowszy papież na jego widok doznaje udaru, zawału i spada z balkonu podczas niedzielnego kadzenia prochem do prochu. I ów Jezus jedyny syn Boży już ma coś powiedzieć, przekazać, dać świadectwo naukę, wskazówkę, radę, ale patrzy, rozgląda się i mu się odechciewa po prostu.

-Tato, sorry ale nie. Dwa razy, to o jeden za dużo. Niech sami ogarną ten burdel.

I odlatuje do nieba. I wtedy właśnie następuje właściwe Objawienie. Niespodziewany twist fabularny. Jak to tutaj mówimy: Jebnięcie Transcendentu. Makao po makale. Siedemnasta tajemnica fatimska. Okrągły kołek w kwadratowej dziurze. Duchowy oksymoron. Przebiegunowanie umysłu. Zatrzymanie taśmy wyobrażeń i brutalne przebudzenie do tego co jest. Walcz o swój świat, albo sczeźnij w lodowatej kapsule niebytu dryfującej w kosmicznej próżni Otchłani. Zapadaj się coraz głębiej i głębiej w galarecie Bezsensu i pielęgnuj ten przez nikogo nie słyszalny lament i módl się módl o zbawienie. Powodzenia. Krzyż na drogę, chuj na trwogę.

Prepers dla przykładu uważa i mówi o tym całkiem oficjalnie, zupełnie zobojętniały na reakcje świata zewnętrznego, że istota ludzka jest nieudanym eksperymentem mniej sprecyzowanej obcej rasy, która przez jakiś czas bawiła się tu w dom, w wojnę i w szpital w którym ich genetycy stworzyli prototypy Adama i Ewy i po paru nieudanych próbach w końcu udało im się niczym laboratoryjne szczury umieścić owe istoty w tym eksperymencie „Elizjum” i trwało to literalnie sześć dni. Siódmego odlecieli do swoich spraw na odległych planetach i eksperyment rozwijał się podług odwiecznego prawa chaosu (ukrytego porządku) bazując na zakodowanych prawidłach tej wygenerowanej matrycy doświadczenia. Mieli to sprawdzić jakiś czas później, ale zapomnieli, jednak są wersje domysłów, które utrzymują, że co jakiś czas wpadają na kawę i doglądają tej swojej roboty, lub jeszcze inna wersja presumpcji, że część z nich po prostu żyje tu sobie, najzwyczajniej w świecie i udaje ludzi by z bliska i bezpośrednio doglądać przebiegu eksperymentu. Są w tak zwanej Grupie Kontrolnej. To właśnie oni swoimi mocami parapsychicznymi panują nad umysłami swoich Produktów czyli ni mniej ni więcej – Nas. Oni żyją i królują na wieki wieków Lament. Ich Moc pochodzi z czarnej substancji – płynu z rdzenia Mózgogłowia Obcych i Zimnych bogów Industrialu – czystej inteligencji pozbawionej empatii czy współczucia – zimny stalowy racjonalny moduł sterowania, który chodzi na paliwo negatywnych emocji jak strach, przerażenie, lęk, ból, rozpacz, gniew, nienawiść, zazdrość, duma, pożądanie, ignorancja.
Dla nich ziemia jest jak automat z batonami lub stacja paliw. Dwunastu apostołów podczas wiecznie trwającej wieczerzy. Kolacja przy świecach bomb atomowych, muzyce zwodzenia istnień żywych mordowanych każdego dnia, technologicznych sztućców, które z precyzją w ich rękach obdzierają nas żywcem ze skóry. Tak są mięsożerni – zupełnie tak jak my stworzeni na ich podobieństwo hodujący istoty czujące w miliardach sztuk by je zżerać najlepiej zaraz po mordowaniu, kiedy jeszcze są ciepłe i przerażone. My się żywimy nimi, oni nami. Jak już wspomnieliśmy: Gastropolis – Układ Pokarmowy. Przecież jemy ciało i pijemy krew. Czyż nie?

Taplamy się w gnoju wnętrzności.

Mamy humanitaryzm, humanizm i humanistykę i to czyni ten obraz tak absurdalnym. Gatunek – rabunek wspiął się po darwinowskiej drabinie przepoczwarzył przez płazy, gady, przepłynął siedem mórz, wypił siedem rzek, spalił siedem puszczy pod wszelkie uprawy, zbudował miasta – państwa i tam teraz hoduje sam siebie niczym kapryśne zwierzątko domowe tworząc wielkie nieziemskie królestwo – kurewstwo Automatyzacji. Wielki permanentny urlop wszech czasów, globalny siódmy dzień – kiedy bóg – człowiek uda się na długi spoczynek i w końcu, w końcu będzie mógł już jedynie żreć dorodne owoce z drzewa poznania, soczyste genetycznie modyfikowane płody hodowane z komórek macierzystych o idealnej proporcji wartości odżywczych.

Będzie jadł sam siebie.

Boomerzy – pokolenie rdzenia – główny nośnik Programu. Dzieci kapitalistycznego Mamona wychowane na czarno piątkowych wyprzedażach, wykarmione mlekiem korporacyjnych logotypów zakodowanych w pniu mózgu, niczym imiona bogów, biesiadnicy ostatniej wieczerzy przy wielkim rozpadającym się stole pełnym wszelkiego dobra rozpuszczanego przez soki trawienne w tej dzikiej rozkoszy trawienia typujący całe populacje do egzekucji na Golgocie. Na wyrok śmierci głodowej. Biodegradowalny nawóz organiczny dla przyszłych zasiewów. W wyniku kurczenia się tak zwanych zasobów decyzje musiały zostać podjęte, drastyczne i okrutne jednak za wszelką cenę należy chronić rdzeń, kod bazowy – zasoby umysłu „cywilizowanego” – Mózgogłowie. Poza empatyczną zimną inteligencję – matkę zmechanizowanego świata.

Algorytm.

Urządziliśmy się w urządzeniach. Zaprogramowaliśmy w programach. Wgraliśmy w gry. Loop rzeczywistości – ostateczne permanentne zapętlenie. 17 K. Hiper Nadrzeczywistość. Pewnego cyfrowego dnia odkryjecie niechybnie, że jesteście awatarem, który w czasie rzeczywistym generuje symulację – jednocześnie martwi i żywi, obecni i nieobecni. Ucieleśniona abstrakcja. Postmodernizm 2.0.

Więc.

Jak już zostało tu powiedziane coś bardzo poszło źle, na tyle źle, że delikatnie mówiąc nie jest dobrze. Innymi słowy algorytmiczna chujnia na resorach, skompresowany folder negatywności – samo gęste i wstrząśnięte. I w czasie, gdy trójka naszych bohaterów dywaguje bezgłośnie w zapleczu swojego istnienia w samym centrum Łodzi – nowej arki przymierza z Absolutem ten potencjał jest jeszcze zatajony, choć już widoczny dla co bardziej uważnych obserwatorów – można ujrzeć przyczyny i tendencje. Karmiczną reakcję łańcuchową. To miasto to szkarłatne dziecię rewolucji przemysłowej, bękart z gwałtu na matce naturze. Wielka tkalnia epicko przepierdolonych fortun samozwańczych magnatów i baronów, którzy zostawili po sobie spuściznę post apokaliptycznego pejzażu gotyku, baroku, rokokoko – miasto tysiąca kamienic jak rozlany sos tysiąca wysp – ketchup wmieszany z majonezem. To miejsce nigdy nie pozostawi cię obojętnym ujrzysz je jako mroczne i brutalne Gotham z dyndającym na latarni batmanem jako przestrogą dla super bohaterów, lub jako awangardową propozycje nieszablonowej rozrywki w dość specyficznym poczuciu przytłaczającego rozpadu, który jest tuszowany niczym krwotok tak zwaną modernizacją. Nie Łódź się – wszystko co powstało musi się rozpaść. Wszystko co zostało strawione musi zostać wysrane. Gęsta powłoka lukru wcześniej czy później zostanie zlizana i odsłoni Rozpad – cywilizacyjne danie główne, a zaraz po nim deser w postaci cyfrowej symulacji łagodzącej Wstrząs Przebudzenia i podpinającej nowy cyfrowy bezrobotny prekariat do Matki Matrycy z cyfrowym dochodem gwarantowanym i ekonomią „shering”.

Łódź oswaja.

Jest realnym odzwierciedleniem kondycji świata. To prawda ludzkiej egzystencji ukazana na rogu każdej z ulic. Nie pudrowana, bez maski żyjąca w swojej prawdzie. Żeby tu dobrze żyć musisz mieć wyobraźnię, pozwolić sobie na realizm magiczny, nie pewien odjazd w zupełnie inny wymiar. Uwolnić wyobraźnię i pozwolić jej na nieprzewidywalny taniec z tym co jest. Pozbawiony złudzeń będziesz zdolny żywić się trucizną i tańczyć wtedy kiedy nikomu nie jest do śmiechu.

Wrażliwy brutalizm.
Dres Artysta.
Pogański Jezus.

Jest tu ukryty pewien klucz potrafiący otworzyć klatkę narzuconej sztucznej tożsamości. Odkrycie, że jesteś Mutantem – półproduktem zmutowanego świata, że przynależysz do świata mutacji i w tym ostatecznie tkwi twoja Moc. Żyjąc na pograniczu światów masz niebywałą zdolność adaptacji do coraz bardziej zaburzonych realiów współczesności. Jeżeli chcesz przetrwać musisz mutować do modyfikowanej karmy i dharmy, trawić szaleństwo, transgeniczną żywność, przepuszczać przez siebie cały ten informacyjny ściek niczym rura kanalizacyjna.

Jesteś szczurem, który żyje w zgodzie ze swoim instynktem. To jest korzeń pełen życiodajnego soku. Pozwalasz wszystkiemu być tym czym jest i przestajesz oczekiwać i projektować, a tym samym zaczynasz widzieć wyraźnie. Nie tracisz Mocy na niepotrzebną walkę i zmagania.

Otwierasz się Przytomniejąc.

Naturalna Obecność – spróbuj tego. Nasz umysł jest zajęty ciągłym zmaganiem, wysiłkiem – pracą by tworzyć siebie – nierealny punkt odniesienia, cała para w fałszujący gwizdek. Nie próbuj się cofać, zawsze idź do przodu. Przed siebie i żyj tak mocno jak tylko potrafisz.

Spróbuj wyczuć rytm, nie ucz się na pamięć zaprogramowanych kroków. Duch prowadzi, Mózg przewodzi, Ciało tańczy. Nie szukaj utopijnych ekofrendli super organik rajów gdzie będziesz mamrotał do swojego pępka i śpiewał mantry szpinakowi coraz bardziej odrealniony wierzący w swoją osobność i wyjątkowość. To jest korzeń cierpienia. Bądź kurwa wszystkim, wszędzie. Bądź skowytem diabła i anielską symfonią. Dygresją. Nagim dzieckiem wszechświata w blasku nieskończoności. Królem, który wszystko stwarza.

– Przybyliśmy tutaj z odległej galaktyki by tworzyć. To jest Prawdziwa Praca. Przestań być robotnikiem Mózgogłowia. Bądź Artystą niech twoje życie będzie Wielkim Dziełem! – powiedział w końcu Pirat do w sumie nie wiadomo kogo i tak naprawdę nie wiadomo kiedy. Jednak nie ulega wątpliwości, że tak właśnie powiedział.

I Słowo Ciałem się Stało.
I zamieszkało między Nami.

Zwykły wpis
GASTROPOLIS OPOWIEŚCI, PROZA

LEGENDA

Usytuowanie czynnika kontrolującego wewnątrz było de facto przypieczętowaniem tego, co się stało – tego, że obywacie się bez Boga. Ale żyjecie nowym i jeszcze szkodliwszym złudzeniem. Złudzeniem posiadania kontroli.

Thomas Pynchon „Tęcza Grawitacji”

Koła zaboksowały i czarny Transporter z wielką piracką czachą wpadł w poślizg na oblodzonej drodze i zawirował niczym metalowy bączek z „Incepcji” lub srebrny medalik, który pewien czarnoksiężnik rzucał na stół by nadać moc swojemu zaklęciu. Nie możemy ujrzeć mrocznej i posępnej facjaty wspomnianego Czarnego Maga, który mieszkał i czynił ową złowróżebność na poddaszu gotyckiej kamienicy przy ulicy Gdańskiej, ponieważ owa straszna twarz spowita jest w mrocznym mroku i gęstej gęstwinie jak upadające ze Sfery Odbić zmutowane demony, nasze własne mentalno – emocjonalne wyparcia, które byłaby nie doniesienia dla naszych wydelikatnionych dość zmanierowanych zmysłów i wysublimowanego poczucia wątpliwej estetyki. Rzecz druga my przecież nie wierzymy już w żadną magię, to jest dobre dla dzieci, my dorośli i wzniośli mamy wszelką kwadraturę nauk i aparaturę pomiaru, mamy ostateczne wnioski z twardych jak stalowe żerdzie faktów wbitych w zimny paradygmat mechanicznego wszechświata, który ostatecznie zapadnie się w sobie. Nie będzie wtedy nic. Spróbujmy sobie to wyobrazić. Poczuć doniosłość tej wiedzy. Odkryliśmy obiektywne deterministyczne, zmechanizowane pozorne samostanowienie w bezosobowej materii, która jest skazana na rozpad i anihilację, nie ma żadnej duszy, boga, żyjemy w otchłani kosmosu na zakręconej kulce, którą w każdej chwili może jebnąć jakiś meteoryt, mamy tu niekończące się wojny, epickie nierówności społeczne, dług wielkości wykraczającej poza szerokość monitora, mamy choroby, dramaty miłosne i internet coraz bardziej wypełniony naszą galopującą paranoją.

I teraz dokładnie z tego mentalnego punktu przenieśmy się w odległe zamierzchłe czasy, kiedy świat był czymś nieskończenie żywym i miał naturę wielobarwnego diademu multiświatów, których systemem operacyjnym była właśnie magia. Kod na matrycy miał bardziej postać chińskich heksagramów, owszem również był binarny, ale w odróżnieniu do tego co mamy teraz, miał otwarte źródło, a każda żyjąca istota miała zdolność kodowania, mogła w pełni kreować swoją rzeczywistość. Jednak z czasem niektórych potężnych Magów i Czarownice uwiodło złudne poczucie Mocy, ulegli złudzeniu władania i zaczęli tworzyć zamknięte kody, hermetyczne zaklęcia rzucane na istoty żywe – to były Klątwy lub Mątwy. Był to dość haniebny proceder, który nazywany jest Czarną Drogą. Ich domem stało się Królestwo Materii kompletnie zdeterminowane prawem przyczynowości podległe narodzinom, chorobie, starości i śmierci, by wymienić te główne widoczne dla każdego znamiona ludzkiego losu, który w wyniku tych czarnomagicznych manipulacji pozbawił nas dostępu do Mocy i tym sposobem jesteśmy w dość ponurym i rzec by hopeless położeniu – żyjąc w powszechnym poczuciu niemocy. To jest właśnie Gastropolis – samo pożerający się mechaniczny świat pozorów. Jednak jednocześnie istnieją Pierwotni Magowie, lub Magowie Źródła, którzy mają Moc ściągania Klątw. To Dobrorzeczenie. Biała Droga. Są jeszcze Mutanci…

Magowie poruszali się również w Kole jednak w przeciwieństwie do tak zwanych „normalnych ludzi” (cokolwiek to znaczy) przechodzili bez tak zwanego wielkiego resetu, czyli stanu pośredniego poruszali się w ciałach podległych tak zwanej śmierci klinicznej co powodowało, że zachowywali pamięć – kość płyty głównej zdolnej odpalić ich pierwotny system operacyjny. W przeciwieństwie do tego, każdy kto tutaj umiera i nie jest Magiem, albo Czarownicą kiedy znów się odradza w tym wymiarze w zgodzie z zasadą przyczynowości jest kompletnie pozbawiony swojego systemu, swojego kierunku i swojej wiedzy. Jest po prostu sformatowany – jak pendrive podpięty pod komputer matkę, która jest niczym innym jak tylko Programem kompletnie pozbawionym połączenia ze Źródłem z Pierwotnym Kodem. Wówczas w całości podlegasz Programowi – Systemowi, czyli pełnej ignorancji kolektywizacji – stajesz się Botem, który został sformatowany w ten sposób żeby służyć Systemowi i reagować na każdą próbę Zmiany – zwanej Hackowaniem – być tak zwanym Przykładnym Obywatelem w pełni ociosanym pionkiem do kwadratowej Gry, który raportuje każdą anomalię, wszystko to co wymyka się kwadraturze Programu. Jest nieświadomym Strażnikiem Więzienia. Dlatego to wszystko może trwać bez końca w swoim zamierzonym Zapętleniu.

I teraz…

Magowie zawsze tak naprawdę żyją poza systemem, choć pozornie są jego częścią. W przypadku Czarnych Magów to w zasadzie oni są Programistami, którzy przez Eony pracowali nad Domknięciem Koła i uwięzili w nim określoną liczbę istnień, które wciąż bezwiednie Rotują niczym piłki do losowania w Grze. Tak naprawdę jesteśmy sferyczni i mamy nieskończony potencjał, jednak staliśmy się dwuwymiarowi jak wycięte z szarego kartonu obdarte ze skrzydeł parodie aniołów. Gra przypomina zamknięty sześcian – w pełni zakodowane pole zdeterminowanego doświadczenia, których cechą charakterystyczną jest dominacja specyficznej emocji, która „zabarwia” całe doświadczenie. Kiedy tak zwany umwelt – czyli środowisko zewnętrzne jest zaprojektowane negatywnie czyli całe oprogramowanie ma w zamierzeniu generować cierpienie – praktycznie niemożliwym jest wydostać się z tego ponieważ bez końca tworzysz przyczyny tego cierpienia, które same są skutkami i automatycznie tworzą kolejne przyczyny. Tutaj pasuje określenie – beznadziejnie uwarunkowana sytuacja. Kiedy jesteś Czarnym Magiem jesteś upojony fałszywym przeświadczeniem panowania nad Mocą – masz przeświadczenie, że jesteś bogiem tego świata, potężnym Demiurgiem, która posiada władzę nad innymi manipulując ich percepcją, bowiem to ona decyduje o tym co mogą widzieć, słyszeć, smakować, dotykać, czuć – a przede wszystkim co mają myśleć i w jaki sposób postrzegać (procesować) Program – Rzeczywistość.

My istoty odrodzone w tym paśmie kodu – Zaklęciu jesteśmy bardzo ograniczeni, zredukowani do Odruchu, do Reakcji, do Odtwarzania. Klątwa jest Wstydem, Poczuciem Winy, jest Lękiem. Jest Samo nienawiścią, Samo potępieniem, Samo obwinianiem. To zrodziło niebywałe okrucieństwo tego świata, skandaliczny z punktu widzenia Naturalnego Prawa brak szacunku do istnienia drugiej istoty – nadawanie sobie prawa do władania nie swoim światem, narzucania, ograniczania, zniewolenia, podporządkowania, zdominowania, przymuszania, męczenia, znęcania, mordowania. Przyjrzeć się temu światu to zobaczyć to bardzo wyraźnie. To co charakteryzuje Czarnych Magów, po czym można ich rozpoznać to kompletny i permanentny brak Współczucia, bowiem to ono i tylko ono jest prawdziwym źródłem Mocy – jest połączeniem z Istnieniem, a to wyklucza szkodzenie innym. Modlitwa, Dobre Życzenie i Intencja jest arsenałem Białych Magów, którzy schodzą tutaj w Wymiar Uwarunkowanego Istnienia ponieważ sami go Przekroczyli – są specjalistami od tego świata, dziećmi ziemi, którzy Rozpoznali Siebie – swój autentyczny nieuwarunkowany stan istnienia. Są Przewodnikami. Mistrzami. Nasionami Ewolucji. Prawdziwa Magia zawsze wyzwala i nigdy nie warunkuje. Jest Wolą Nieuwarunkowanego Współczucia, które nie jest lepkim i smętnym biadoleniem nad losem, nie jest litością, jakąś neurotyczną formą wykorzystywania słabości i cierpienia – jest czymś potężnym i żywym, czasem nawet, z naszego punktu widzenia, bezlitosnym. Jest pozbawione osobistych preferencji – jest celną odpowiedzią na sytuację. Jest bezbłędnym działaniem. Szerokim, panoramicznym sposobem życia.

Ograniczenie tkwi w umyśle. W świadomości. W wyuczonej i zmechanizowanej percepcji, dlatego widoczna różnica pomiędzy Białym Magiem i Czarnym Magiem tkwi w sposobie Czynienia. Czarny Mag jest na wskroś mechaniczny i z tej perfekcji rodzi się jego skuteczność na tym Uwarunkowanymi Polu. Jest mistrzem naśladowania, powtarzania, jest mistrzem rutyny: dharmy – karmy, ponieważ w istocie jest Zaklęty – Zaprogramowany przez Dumę i Arogancję – „ja to czynię”, a każde jego działania umacnia iluzję Osobności. Zawsze oddziela siebie od dzieła i bardziej liczy się działający niż działanie. Jest narcyzem szukającym uwagi, bywa celebrytą, politykiem, duchownym, artystą zawsze musi być w centrum uwagi, ponieważ to go karmi. Czarni Magowie nie dysponują własną energią. Są pasożytami. Wszystkie masowe mody i trendy, nagle zwrócenie kolektywnej świadomości na jakieś konkretne zjawisko, wydarzenie jest rodzajem Rytuału, którego celem jest pozyskanie energii. Jest kradzieżą Mocy. Pole Magii to Pole Informacji – kształtujące percepcję. To słowa, wybrażenia, idee, obrazy. Incepcja świadomości. Media stały się medium Magii – rytualnym czarnym polem i dopiero interaktywność internetu pozwoliła podłączyć nieograniczoną ilość umysłów w jedną Sieć. W bezprecedensowy mechanizm Programowania na masową skalę.

Zaprosić na własne życzenie.
Zaczarować – rzucić zaklęcie.
Uzależnić.
Wydrenować.
Wyrzucić na śmietnik niczym martwą kukłę.

Strach – to jest serce każdego Sztucznego Systemu. Login. Bóg.
Słowo, które tworzy Obraz na swoje Podobieństwo – Świat Iluzji.

Biali Magowie zawsze przychodzą z czymś nowym, z czymś czego nigdy tu nie było. Nie możesz ich Przewidzieć, bo poruszają się poza wzorem, poza trajektorią. Są nieprzewidywalni. Istnieją poza Masą, poza Trendem, poza Modą. Są inni, dziwni – puls ich energii ma kształt spirali rozchodzi się z serca i promieniuje. Ludzkie zmysły nie postrzegają takich subtelności, my postrzegamy jedynie maksymalnie zagęszczone formy, które uległy strukturyzacji. Energia zakodowana – zaklęta w Formę. Tak zwany świat Realności – Malkuth. Skondensowana nisko wibrująca Maszyna – Mózg. Napęczniały od emocji, wrażeń, spekulacji – karmiczny sen. Nie możesz posiąść wiedzy bez inicjacji w ten fundamentalny warunek. Nazywają to egzystencjalną synchronicznością – Impulsem Przebudzenia, który jeżeli zaczynasz Mutować jest zapisany w twoim Indywidualnym kodzie bazowym i jak wszystko ma zróżnicowane potencjały – pozytywne i negatywne. W sensie negatywnym staje się permanentną fiksacją na cierpieniu i negatywizmie – czarnym filtrem, który powoduje, że twoje życie jest przesiąknięte nieuświadomioną rozpaczą. Stajesz się słaby, bierny i pozbawiony woli – jesteś Ofiarą. Niewolnikiem. Człowiekiem skazanym na terror egzystencji, na ciągły Ból. Wszystko cię przeraża i zniechęca, odbiera nadzieję, podświadomie jedyne czego chcesz to mieć spokój. Jednak spokój nie nadchodzi, ponieważ nigdy nie może wyrosnąć na glebie Rozpaczy. Twój stan to Niepokój ciągły i nieprzerwany, który ujawnia się z całą mocą kiedy ustaje sztuczna neurotyczna aktywność. Wyłazi jak poranione zwierzę z jamy świadomości i słyszysz skowyt uwięzionego ducha, który umiera dusząc się własnym przerażeniem. Eksperymentalny szczur zamknięty w klatce skazany na łaskę okrutnych bogów, którzy z zimną bezwzględnością zapisują każdy jego odruch, każdą linijkę bólu.

Możesz to jednak przetrawić, poczuć w pełni i zintegrować i wówczas staje się to przyczyną Drogi, pierwszą i fundamentalną Prawdą i prawda ta staje się cały czas aktualna, obecna – jednak zamiast cię przytłaczać dodaje ci mocy do Wielkiego Dzieła. Do Prawdziwej Pracy. Dlatego Mistrzowie mówią, że dobra sytuacja jest złą sytuacją, a zła sytuacja jest dobrą sytuacją. Ponieważ okazuje się, że zbyt wygodne życie gasi w nas moc, stajemy się leniwi, narcystyczni i pełni egoizmu i zaczynamy sobie stwarzać coraz bardziej okrutne dla innych atrakcje. Zjawiska: choroby, starości, śmierci – są meta programami – ciągłym przypominaniem o tym gdzie tak naprawdę żyjemy i w jaki sposób. O tym, że koniec końców wszystko się rozpada co powstało, co zostało stworzone. Jesteśmy Stworzeniami – czymś stworzonym jak samochód, albo robot.

Forma, odczucie, percepcja, formacje mentalne = świadomość. Jednak gości to wszystko Przestrzeń – Nieskończona Otwartość. Urzeczywistnić to – znaczy wyjść z Koła Warunku. Przekroczyć Nazwę i Formę. To jest Cel Drogi – Wyzwolenie. Wtedy możesz być każdą formą i każdą nazwą – co tylko chcesz, jak tylko chcesz, gdzie tylko chcesz. Stajesz się Magiem. Mistrzem Mocy. Esencją Istoty. Mądrością i Współczuciem. Zręcznym Środkiem i Metodą. Przebudzonym z Wielkiego Snu Ignorancji.

Pirat i Prepers byli Mutantami. Uczniami na Drodze. Nie wpadali w panikę i nie reagowali pod dyktando lęku, dlatego kiedy samochód wpadł w ten poślizg i świat wirował gubiąc proporcję i punkty orientacji, pozostali spokojni. Nie podejmowali żadnych zbędnych działań, pozwolili sytuacji na samoistny rozwój, śledząc uważnie dynamikę i energię wydarzenia. Nie tworzyli oporu – zostawili to tak jak jest. Pojazd wykonał kilka piruetów i dla dozorcy kamienicy spod numeru 8 wyglądało to doprawdy dość dramatycznie, kiedy stał z szuflą do odśnieżania i obserwował z wytrzeszczonymi w przerażeniu oczyma i kiepem zwisającym z sinych od przymrozka ust tą dość niecodzienną scenę, która zatrzymała się wraz z dość spektakularnym zaparkowaniem wozu wprost na parkingu przed posesją w której był cieciem.

– No kurwa Panie, kaskaderzy! – wykrzyknął i zaciągnął się łapczywie dość tanim tytoniowym wyrobem przemycanym przez wschodnią granicę. Na jego kufajkę rzucały światło przednie reflektory niczym ślepia czarnej bestii, która po stoczonej walce trwała w chwili pełnej opadającego napięcia.

Śmierć nie nadeszła. Życie triumfowało tuląc naszych bohaterów jak wyłowione z dzikiej rzeki szczenięta. Wszystko trwało tak krótko i było tak gwałtowne, że przez chwilę ukazało relatywizm czasu, który w takich momentach rozszerza się ukazując nam pewne ukryte aspekty i sam fakt tego jak złudna jest nasza codzienna percepcja, jak umowne są ramy tej mentalnej konstrukcji. Prepers i Pirat po prostu wysiedli jak gdyby nigdy nic. Nazywają to Wu Wei. Ochrona poza wysiłkiem.

– Pirat czułeś Czarnego Skurwiela? Jak próbował zmontować Temat! (jest to określenie w słowniku Prepersa na wiele zjawisk, ale w tym konkretnym momencie, chodzi o rzucenie Zaklęcia) To musi być jakiś potężny Stary Zaklinacz! Musi dysponować czymś o ogromnej Mocy związanym z polem tego miasta z Legendą.

Pirat w sprawie tak zwanej Magii, lub Czynienia był dość, można powiedzieć, powściągliwy. Biorąc pod uwagę dość bolesną kwadraturę świata i jego oszałamiające z perspektywy dłuższego czasu zmechanizowane, którego najbardziej przykrym objawem jest zdegenerowanie właściwości Mocy Człowieka i uczynienie z niego Niewolnika Warunków podległego Strukturze Śmierci. Był Mutantem zatem dysponował tylko fragmentami Pamięci. Pamięć jest ciągłością strumienia świadomości. Jeżeli jesteś Mistrzem jesteś połączony ze wszystkim czym byłeś, jesteś i będziesz, widzisz jasno przyczynę i skutek w każdej chwili. Moment jest Wszystkim – to Czwarty Czas. Wszystko wydarzyło się, wydarza się i będzie się wydarzać jednocześnie. Nasza percepcja czasu jest Klątwą – Zapomnieniem. Dlatego jesteśmy Ślepi, Głusi, Niemi – poruszamy się w ciemności niewiedzy pogrążeni w głębokich gęstych snach karmicznych, które możemy nazwać kolejnymi życiami następującymi po sobie. Moment umierania jest Resetem – Utratą Pamięci, to jest tak jak podczas zasypiania zanim zaczniesz śnić – tracisz Przytomność – Świadomość. Masz tak zwany Blackout. Punkt Zero. Czarne Światło. Większość ludzi traci wtedy wszystko, zostaje tylko esencja świadomości – matryca, którą można na nowo zakodować, jesteś zdezorientowanym głupcem, nieświadomym dzieckiem skazanym na Wdruk w postaci rodziny, edukacji, przekonań, religii – możesz mieć Przebicia, czyli skrawki bardzo subtelnych śladów, wspomnień z przeszłości, wiele pojawia się w snach kiedy wychodzisz z Programu. Jednak twój racjonalny umysł jest jednocześnie Strażnikiem, nie pozwoli ci na zbyt wiele, przywróci cię do porządku, podobnie jak inni śpiący ludzie. My siebie tutaj pilnujemy nawzajem w Niewiedzy – to jest tajemnica Systemu – Programu. Zawsze usuwamy tych, którzy w jakiś sposób się Przebili – jak błędne linijki kodu, jak niebezpieczny wirus, który zaburza perfekcyjną kwadraturę koła.

Jeżeli chodzi o tych Magów istnieje Droga Krwi i Droga Świadomości. Droga Ciała i Droga Ducha. Droga Krwi nazwana jest Restartowaniem i to na niej głównie opierają się Czarni Magowie. To jest jak gdyby klonowanie świadomości do nowej maszyny. Obsesja Krwi. Rodu. Dwanaście Pokoleń. Władcy. Dlatego w zasadzie nic się nie zmienia oprócz dekoracji. Rdzeń pozostaje ten sam. Władca – Niewolnik. Panowanie – Zniewolenie. Obsesja Kontroli.

Jednak istnieje jeszcze Trzynaste Pokolenie. To nie jest jedna z rodzin Krwi, to jest Rodzina Ducha, Wspólnota Mocy, która jest jak źródło z którego wypływają wszystkie rzeki świadomości. Jest to nazywane Świadomym Rozproszeniem. Bywają na szczytach i nizinach, są bogaci i biedni, znani i nieznani – działają w ukryciu dla pożytku wszelkiego Istnienia. Nigdy nie zarządza nimi chęć zysku i władzy po prostu wykonują Wielkie Dzieło. To miejsce pod Placem Wolności było bardzo dawno temu, kiedy jeszcze świat gościł w sobie wielość wymiarów – miejscem mocy pewnej bardzo potężnej Szamanki, która wywodziła się z Trzynastego Pokolenia. Żyła tu. Tu Czyniła. To jej był przekazany Dar. Była ta dzika puszcza, pełna tajemnic, głosów i pieśni. Sosny, leszczyny, lipy, dzikie ptactwo wzlatujące o brzasku w otwartą gardziel nieba. Nieskończone wszechświaty ukryte w kroplach rosy, zioła o potężnej magicznej mocy, które miały zdolność przywracania pamięci. Powstała mała społeczność ludzi, którzy podążali za jej pieśnią, każdego dnia z pokorą i oddaniem witali wschód słońca – byli wdzięczni za Dar Życia. Za Piękno. Ich umysły były proste, ciała zdrowe i mieli jasny cel – Być w Istnieniu. Ziemia przynosiła wszystko czego było trzeba. Soczyste owoce, dorodne warzywa, od czasu do czasu martwą zwierzynę. Nie zabijali istot żywych, nie ranili ciała matki pługami, nie gromadzili rzeczy. Mieli otwarte dłonie i serca, niczego nie trzymali – ani lęku, ani nadziei. Od czasu do czasu za sprawą Mleka Matki wpadali w Święty Szał podczas odwiecznych ceremonii w towarzystwie potężnego żywiołu Ognia przywołując Wielkie Uniwersalne Bicie Serca, które otwierało Bramy Światów. Rozgwieżdżone noce ożywione dudnieniem bębnów uwalniało ich ciała w bezczasowym tańcu żywej iskrzącej energii. Wirujące Spirale Mocy. Wszystko co pozornie martwe stawało się żywe, co milczące zaczynało mówić nigdy wcześniej nie słyszanym głosem – To była Pieśń.

Wielka Księga otwarta dla wszystkich tych, którzy chcą z niej czytać. Jednak, aby otworzyć drzwi do górnych i dolnych światów potrzebowałeś Mleka Matki, a tylko Kapłanki wiedziały jak je zrobić. Anat była jedną z nich. Wiedziała. Posiadała klucz do Bram. Potrafiła Prowadzić. Znała Drogę. I ten Krąg był dokładnie w tym miejscu, w tym mieście. Wciąż pulsował, jednak mało kto potrafił to Czuć. Większość bredziła przez Sen. To tutaj Czarne Psy spaliły jej ciało niosąc światu swoją okrutną doktrynę, tropiąc i mordując każdą żywą iskrę Odwiecznego Ognia, a Pieśń ucichła. Pozostały suche pozbawione soku modlitwy, zardzewiałe gwoździe, cierniste korony, wyryte w kamieniu martwe doktryny rzucone jak ochłap wygłodniałym zwierzętom, które utraciły wrodzony instynkt przywiązane do swoich Panów wykarmione strachem i poczuciem winy, lękiem i nigdy nie spełniającą się nadzeją.

Ciasna Doktryna.
Jednowymiarowe pudełko.
Kwadrat w kole.
Zamknięty obieg.
Więzienie Umysłu.
Utracona Pamięć.

010101

Jak możesz przekroczyć barierę Logiki?
Złamać Kod?
Odczynić Klątwę?

Wszystko tam śpi. Ukryte. Nieświadome.

Białe wiersze. Legendy. Jednak tutaj wracamy do realu, do twardych faktów, do postindustrialnego miasta, do Prepersa i Pirata, którzy siedzą z widzianym przez nas kątem oka akapitu Panem Cieciem, którego ksywa jest Boruta, a imię Jakub przy jakimś paździerzowym biurku i radzą odnośnie Planu. Halbka – skromna wódeczka z samogonu. Kiszone ogóreczki prosto ze słoika. Poniedziałkowa narada wojenna, pierwszy dzień tworzenia nowego świata w piwnicy przy Placu Wolności. Księga Genesis rozdział pierwszy. Na zachętę po kielonie. Boruta odpala przemycanego papierosa, głaszcze spracowaną pomarszczoną dłonią długą siwą brodę i czuje jak pełen ognia bimberek niczym wrząca rzeka Jordanu rozlewa się po spragnionej odpowiedniego płynu pustyni jego wysłużonego już ciała. Jego oczy są zmęczone widzianymi obrazami, dziesiątkami lat zatuszowanej jak morderstwo pierwszego stopnia Niewoli, tym widzialnym i zarazem niewidzialnym dla większości pogrążonych w hipnozie światem pozorów. Był ocalałym z Pogromu Umysłu. Odłączonym od Sieci – Programu starym rebeliantem, który prowadził swój pustelniczy żywot i z oddaniem spełniał swoją funkcję Strażnika. Strażnikiem był jego ojciec, dziad, pradziad i tak wstecz, aż do samych początków do spalonego na popiół ciała w samym środku Kręgu Mocy, do jej kości pokrytych pierwotnym pismem, do wielokolorowych kulek, które po niej zostały. Do medalionu, który ukrył się głęboko w ziemi w samym centrum Spirali, którą stworzył mroźny przenikliwy wiatr. To była noc wiosennego przesilenia, kiedy Psia Gwiazda niczym otwarty portal chłonęła jej nieskończonego ducha. Czarne Psy z pochodniami w okrutnych dłoniach siedziały w siodłach swoich upiornych koni, z gorejącymi od nienawiści ślepiami i syciły się energią „modlitwy śmierci” nucąc tą przerażającą melodię, która potrafi wyłączyć prawie każdą świadomość i uczynić z człowieka Śpiące Mięso, które możesz zaprogramować jak chcesz i używać do woli. Pornografia egzystencji. Tą okrutną scenę widziały błękitne oczy przodka Boruty, który został pierwszym Strażnikiem. I teraz te oczy patrzyły jak Pirat z nieskrępowanym zaciekawieniem skanuje wnętrze ich nowej miejscówki, które w istocie jest jak scenografia do „Powrotu Króla”. To była wielka rozległa podziemna kraina, ukryta głęboko pod Placem Wolności i dokładnie nad nim była wielka okrągła Komnata w której samym centrum była Spirala, a po czterech bokach, które wyznaczały kardynalne kierunki świata były Cztery Berła Żywiołów: berło Powietrza, berło Ognia, berło Wody, berło Ziemi. W samy środku była Spirala Przestrzeni. Portal pozbawiony Serca.

Medalionu.

Był ukryty w wściekłych pyskach Czarnych Psów, które węszyły, ale już dawno temu zgubiły trop, przekazując sobie Medalion, jednak nie mając pojęcia czym w istocie jest i jaka jest jego prawdziwa funkcja jedyne co mogli zrobić to wzmacniać nim swoje marne czary. Poprzez Krew dotarli aż tutaj, ponieważ krew jest upłynnioną informacją w liniach Czarnych Magów stała się Nośnikiem. Nie potrafią przejść przez proces śmierci świadomie i dlatego stworzyli inny sposób. Transfuzja. Przetoczenie całej krwi. Najczęściej ofiarami są opuszczone przez świat dzieci z sierocińców i domów dziecka, które „adoptują” – najważniejszy jest czas, dlatego czym młodsze tym lepsze. Pierwszy ruch to przetoczenie krwi, dlatego mają w tym celu swoje globalne konsorcjum, swój krwawy bank – walutę wszystkich grup. Najwyżej w hierarchii są ci z uniwersalną grupą 0. To ich Mistrzowie. Prorocy Nocy. Czarne Psy. Kiedy przytaczasz tą krew jest to jak instalowanie nowego oprogramowania i musisz zrobić to jak najwcześniej, ponieważ każde ciało ma swojego czystego ducha i czym dziecko jest starsze tym gorzej integruje i występuje coś co powszechnie nazwane jest schizofrenią – głębokim zaburzeniem osobowości o charakterystyce autoagresji. Cała ta „jazda” z czystością krwi w tak zwanych królewskich rodach „Władców” – dziedziców dwunastu pokoleń – rodzin oplatająca całą planetę jak ośmiornica – Mr Global – krwiożercza hydra pozbawiona cech ludzkich teraz ma postać korporacyjnej monokultury, która nazwana jest demokracją żeby było śmieszniej i ta „dobra nowina” przenoszona jest na ciałach pocisków i następujących po nich zakontraktowanych wojnach ekonomicznych i tak zwanej technokratycznej globalizacji. To wszechmocny Bóg Rozkładu. Niemożliwy do spłacenia Dług, który czyni całe populacje, regiony, kraje, kontynenty pariasami. Usłużną kastą niewolników. To krew z ich krwi, ciało z ich ciała. Nasze życie stało się ucztą ofiarną. Już nie potrzebują naszej pracy, mają swoje roboty, zautomatyzowane linie produkcyjne – cały pozaludzki system wykonawczy i dlatego muszą to zredukować do Absolutnego Minimum do niezbędnych „zasobów ludzkich”. Reszta pójdzie na przemiał do kontenera. Materia organiczna do użyźniania gleby Nowego Elizjum – trans humanistycznego utopijnego królestwa.

Cechą charakterystyczną jest Przepięcie. Przeszczep do nowych form, do nowych struktur wraz z odpowiadającymi im aktualizacjami oprogramowania. Musisz stworzyć odpowiedni kod bazowy w jak najwcześniejszym stadium – zrobić z dzieci narcystyczne, nieporadne i leniwe uzależnione od cyfrowej symulacji i konsumpcji klony. Wyhodować populacyjny zarodek totalnej zależności od technologii, który potrafi funkcjonować jedynie w tym sztucznym wyczarowanym jak mechaniczny królik z cyfrowego kapelusza świecie. Zerwać połączenie z Naturą z mądrością ziemi i przodków, zerwać nić, która pozwala wyjść z tego labiryntu złudzeń poprzez Moc Społeczności, Moc Współpracy i Wspólne Działanie. Rozdzielić. Poszatkować. Przemielić. Ulepić nowy twór: Adama i Ewę 2.0.

Adama, który nie wie czy na pewno jest Adamem i Ewę, która również nie jest o końca przekonana, że jest Ewą. Zrobić Adamo – Ewę. W ten sposób tworzysz najbardziej podstawowy konflikt nie na poziomie grup społecznych w stylu „dziel i rządź”, a na poziomie jednostki gdzie tak naprawdę zaczyna się cała Gra – tworzysz kogoś kto będzie wiecznie zajęty walką z samym sobą i będzie szukał tożsamości na poziomie podstawowych dualizmów i w ten sposób nigdy nie zapuka do drzwi twojej twierdzy, twojego punktu dowodzenia. Będziesz absolutnie bezpieczny i rozbawiony jego beznadziejnymi zmaganiami, ponieważ wiesz, że aby sytuacja mogła się zmienić wymaga to kilku fundamentalnych warunków. Pierwszym z nich i najważniejszym jest Świadomość. Przytomna ocena realnej sytuacji w jakiej żyjesz i tego kim tak naprawdę jesteś w tej Grze, gdzie się pozycjonujesz w tak zwanym kontekście. Musisz mieć – wiarygodny i prawdziwy Umwelt – środowisko zewnętrzne, które oddaje faktyczny stan rzeczy. Odzwierciedla świat w jego autentycznej kondycji. I to jest właśnie rola Społeczności w której przychodzisz na świat. To ona otwiera ci oczy, to ona cię prowadzi i naucza jak żyć, co jest najważniejsze, uczy cię walki i odwagi, szacunku do innych istot, zdolności komunikacji, inicjuje cię w naturę ludzkiego doświadczenia. To nie jest „mądrość” wyhodowanych doktorów z uniwersytetów, którzy mistrzują jedno, a w ogromie ludzkich spraw są analfabetami. To żywa i aktualna wiedza wynikająca z ludzkiego doświadczenia zwielokrotniona przez mądrość społeczności na fundamentalnym poziomie przetrwania i tworzenia siebie jako jednostki, która rozumie naturę egzystencji. Jest wykształcona duchowo, emocjonalnie i praktycznie. Jest zdolna do konstruktywnej współpracy. Dlatego jeżeli deprogramujesz ten pierwotny kod musisz go zmodyfikować w tej linijce. Dzielisz społeczność wyolbrzymiając różnice i zanieczyszczasz części wspólne – demonizujesz je. Pierwsze co musisz zrobić to przejąć rolę szamana – przewodnika duchowego – stworzyć medium – głos mieć zdolność infekcji oprogramowania. Musisz zniszczyć mitologię społeczności, podważyć jej opowieści – cały przekaz uderzyć w jej miękkie podbrzusze. W duchowość. Ponieważ na najgłębszym poziomie to właśnie jest najbardziej fundamentalne podłoże każdego zbioru. To naprawdę nie ma znaczenia czy to jest prawdziwe czy nie, czy jest fikcją czy prawdą – liczy się jedynie to kim się stajesz dzięki temu – to po owocach poznajesz każdy system czy to duchowy czy świecki.

Spójrz na drzewo, a zobaczysz owoc, spójrz na owoc, a zobaczysz nasiono, spójrz na nasiono a zobaczysz życie. Spójrz na życie, a zobaczysz jakie drzewo cię karmi. To jest uniwersalna zasada Gastro. I gdy już skompromitujesz szamana i podważasz jego wiedzę, intencję i pracę – stworzysz coś bardzo potężnego – Wątpliwość – nasiono z którego urośnie nowy zmodyfikowany twór bardziej uległy każdej ingerencji, każdej sugestii. Stworzysz zaburzoną pozbawioną tożsamości jednostkę, która podważa to co przyniosło ją ku życiu. Traci kontakt ze Źródłem. Odcinasz korzenie i możesz przesadzać do nowej zmodyfikowanej ziemi wśród podobnych sobie. Tak powstały nowoczesne państwa i miasta. Tworzysz system operacyjny oparty na unifikacji, wiarę w jednego boga, w jedno państwo, w jedną naukę w jedną prawdę – taki uniwersalny szary roztwór wtłoczony do każdego mózgu. Substancja szara, ani czarna, ani biała. Musisz kontrolować zmysły. Obraz, zapach, dźwięk, smak i w końcu myśl. Stworzyć nowy Umwelt. Masowe Media. Głos Nowego Boga w każdym domu. Objawienie Wielkiego Brata – naczelnego redaktora globalnego brukowca, który publikuje to samo we wszystkich językach Babilonu. Tym czymś jest Strach. Wytłuszczony nagłówek każdej wiadomości. Jesteś Zły, Świat jest Zły, Wszystko jest Złe. Jesteś Chory, Świat jest Chory, Wszystko jest Chore. Prawdziwa Pandemia. Realny Wirus. Śmiercionośna Choroba.

Umrzesz.

Informacja mutuje. Jak wirus. Ma zdolność materializacji poprzez działania istot, które są skażone i zaczynają czynić, działać – wprowadzać energię w ruch – manifestować.

Ryjąca w ciemnościach świnia. Bagienna woń Ignorancji. Maszyna mózgo – głowia, które utrzymuje koło warunku w nieprzerwanym ruchu. Głos w szczelnej hermetycznej przestrzeni sześciościanu tworzący nieskończone nadinterpretacje – hałaśliwy szum, który tworzy cały ten labirynt umysłu – ściany koncepcji, hipotez, domniemania, nadziei, lęku. Abstrakcyjny Konstrukt. Symulacja – Stymulacja. Narastający paranoiczny Lęk, który pulsuje niczym tętno, barwiąc każde doświadczenie. Rzeczywistość staje się Klatką. Więzieniem. Miejscem bez wyjścia. Myśl jest nasionem, zarzewiem każdego świata. Słowo jest Zaklęciem. Działanie jest Czynieniem. Skutkiem Czynienia jest Rzeczy – wistość.

Klątwa polega na tym, że wciąż i wciąż bez ustanku, próbujemy zmienić rzeczywistość na poziomie działania – skutku, rzadko na poziomie Zaklęcia, a prawie nigdy w rdzeniu na poziomie Myśli. Dlatego to wszystko jest jak wiecznie pożerający się wąż – hydra. Wciąż się odradza w tej samej chorobowej formie, bez względu na ilość rewolucji, które chcą coś zmienić. Istotą Magii jest praca z myślą, praca z wizją. Nauka ukierunkowania swojej energii. Nadająca moc Intencja. Świadome działanie. Przeprogramowanie Matrycy. Pisanie Kodu Źródłowego. Dlatego zostało to zdemonizowane, strywializowane. Wieczni tułacze szukający guru, przewodników, kapłanów – wołający o pomoc i zbawienie. Płaczliwe sieroty porzucone przez Boga Przyczyny na samym środku Pustyni. Stworzono Powszechny Przytułek Wspólnej Rozpaczy. Korporację Religijną. System operacyjny do zarządzania zagubieniem, niemocą, słabością, poczuciem winy i oczywiście „grze – chem”. Tak toczy się ta gra. Prawdziwy Mistrz nigdy cię nie uwarunkuje, nie uzależni, nie przykuje do martwych doktryn, do ślepego posłuszeństwa, do bezrozumnego naśladowania „świętości”.


Po prostu bezpośrednio wskaże Naturę rzeczywistości. Obudzi cię ze snu. To wszystko. Nie będzie tworzył mistycznej otoczki i kazał budować świątyń czy ruszyć świat z dobrą nowiną i pasywną przemocą objawiać wielką boską prawdę. To zwykle pierdolenie. Taki sposób na bycie wiecznym mistykiem, na zabawę w świętości jest dobry dla zagubionych sierot, bajki o piekłach, pałacach, kotłach, diabłach i ośmiu poziomach tajemnicy – wszystko to po prostu będzie cię trzymać w kole, z którego wiecznie będziesz się wyzwalał. Wiecznie będziesz w drodze, w doskonaleniu, w usiłowaniu – w już prawie dochodzę, prawie jestem. Za rogiem czeka Jezus, nirwana i matka przenajświętsza zawsze przecież dziewica. Mistrz pokaże ci zamiast tych wszystkich mistycyzmów, że wszystko ma tą samą podstawę. Jest poza rozróżnianiem. Jest to tak zwane cięcie podwójnym ostrzem miecza mądrości. Jebnięcie Transcendentu. Wróć dokładnie tam gdzie zacząłeś zanim przybrałeś maskę świętości. Wróć do mięsa i zamieszkaj w nim. Odkryj swój prawdziwy stan poza wszelkim oszustwem, bądź kim jesteś w pełni i świadomie. To ty jesteś Ścieżką, nie jest nią jakakolwiek doktryna. To wszystko. Nie ulegaj myśli, słowu i działaniu. Używaj ich, ale nie bądź nimi. Nie kupuj i nie sprzedawaj kolejnych oszustw. Pozwól wszystkiemu być tym czym jest w swoim autentycznym warunku. Pozwól światu tańczyć, żyć, umierać, cierpieć i wyzwalać się z cierpienia.

To jest nazwane równowagą. Działaniem bez działania. Na brzegu otwartego morza leży zasztyletowany Konstrukt – uśmiercone Mięso sztywnych poglądów i przekonań. Jest w tym obrazie pewien spokój, który zazwyczaj ci umyka zagłuszony narastającym przerażeniem. Podmiot opuścił orzeczenie. Na kolejnym obrazie widać tęczę i bawiące się beztrosko dzieci. Otwarte ramiona witające świat.

Ufność, która nie zna granic.

Pirat zapalił papierosa, poczuł ta dobrze znaną błogość. Brak napięć.

– Tak to jest to miejsce.

– Witamy w Domu – powiedział serdecznie Jakub Boruta.

Zwykły wpis
GASTROPOLIS OPOWIEŚCI, PROZA

ZERWANE POŁĄCZENIE

Księżyc był w pełni. Miasto kołysało się pogrążone we śnie. Wewnątrz każdego organizmu odbywało się trawienie wrażeń, otwierały się Przejścia, tysiące dróg do tysięcy światów. Jednak większość istnień przykuta była do jednego pola, do jednej jaźni. Kokon wypełniony gęstą zawiesiną wrażeń, opinii, koncepcji, projekcji, przypuszczeń, lęków i nadziei. Zaprogramowane maszyny w fabryce przetrwania. Zimny, mechaniczny świat czystej logiki i pragmatyzmu. Betonowa pustynia pozbawiona życiodajnych soków – układ scalony procesora generującego nowe kody dla programów operacyjnych ludzi – botów. Odcięte od Pulsu i Tchnienia neurotyczne komórki sztucznego ciała. Samotność. Odcięcie. Sztuczne światła zasilane krwią ziemi – odbite, rozproszone – zasilające Program. Upadłe w Czas Anioły. Napuchnięty od testosteronu wynaturzony logos bezustannie gwałcący Świętość, która coraz bardziej przybiera swoją dziką i okrutną formę. Bogini Kali zaczyna wpadać w swój ceremonialny szał, dziki taniec śmierci.

Pirat leżał na łóżku, wciąż jeszcze był na granicy światów, pomiędzy twardym gruntem skostniałej, zagęszczonej wyjałowionej formy i czymś co jest wiecznie żywe, ruchome. Wilgotne fale Praoceanu, wody płodowe Istnienia. Żywica. Tchnienie. Otwarte i płodne łono Wszechświata. Kapłanka siedziała nieruchomo w milczeniu, wciąż jeszcze mógł poczuć jej obezwładniającą Obecność. Brama odwiecznej Tajemnicy. Księga Prawa ukryta pod niebieską jaśniejącą szatą słodkich wód. Mapa zapisana za jej plecami – pełne potencjału nasiona soczystych owoców, które mają moc przywracania zagubionej harmonii i zaburzonej równowagi. Kiedy brak już szacunku do życia, nadchodzi śmierć. Bogini staje się dziką, nieokiełznaną, fanatyczną furią, bezlitosnym zalewającym wszystko Chaosem. Krwawą dekonstrukcją. Zaburzeniem. Anomalią. Gromem z jasnego nieba. Bestią.

Jednak póki co możemy tutaj troszkę jeszcze pokrążyć, jak wędrowni sprzedawcy marzeń. Świadkowie okrutnego szowinistycznego Jehowy, który choć rzęzi w agonii, wraz z ostatnim tchnieniem wydaje ostatnie spazmy okrutnych rozkazów. Świat stał się spektaklem przemocy, antyreklamą swojej pierwotnej natury, karykaturą boskości. Pałacem demonów w ludzkich formach ubranych w drogie garnitury i mających nieograniczony czas antenowy. Pirat wstał z martwych już jakiś czas temu obudzony trąbą jerychońską dziwnych i bolesnych splotów surrealistycznych zdarzeń. Stał i patrzył na przyprószone srebrnym światłem miasto wypełniające plastikową ramę okna. Na plecach miał wielką wytatuowaną liczbę 17. Wielka jaśniejącą Gwiazda nadająca kierunek całej podróży, przelewająca niewidzialne do widzialnego. Wielkie Dzieło, które wcześniej każdy z nas musi podjąć, bo w przeciwnym wypadku pozostanie jedynie gnijącym mięsem, odorem zmarnowanej szansy. Zakleszczoną perłą rzuconą na pożarcie Wieprzom. Przeżutym i wyplutym snem okrutnego Boga Czasu. Popiołem z wypalonej kadzielnicy.

Gastro. Kucharskie rzemiosło. Pirat był kucharzem, bo musiał utrzymać połączenie z ziemią. Szamańską więź z prawdziwym życiem, to była alchemia komunikacji na poziomie ciała, poza wciąż szczekającym umysłem. Podstawowy budulec istnienia. Białkowa piramida egzystencji. Współzależność każdej żywej formy, komórkowa nieskończona połączona inteligencja istnienia, której nasz umysł w żaden sposób nie rozumie. Jesteśmy odłączeni i wpakowani do małych kwadratowych pudełek mózgo – głowia, które próbuje wygenerować swoje sztuczne cyfrowe królestwo. Neuro – aktywną Symulację. Mechaniczną Otchłań. Bezdotykową sterylną Przestrzeń Zapomnienia. Stajemy się portalami organicznymi, które utrzymuje przy „życiu” przepływ danych – mleko cyfrowej Bestii o stalowych sutkach portów USB. Ciepło krystaliczne proteiny. Pirat miał w chacie opór tego gnoju. Całą masę cyfrowego badziewia wyplutego przez chińskiego smoka na nieskończonych wyprzedażach. Tanie gówno pozbawione smaku. Jednak w środku tego sprzętu też była ziemia – wszystko uczynione z wnętrzności schorowanej i zatrutej Matki. Nie jesteście w stanie wyobrazić sobie tego gniewu, który tam rośnie. Macie zbyt małą pojemność procesorów, niewydolność konstrukcyjną płyty głównej i źle skonfigurowany kod bazowy. Jesteście niekompatybilni z Istnieniem. Wyalienowani. To co tu przyjdzie będzie poza kontaktem z waszym neurotycznym światem, będziecie myśleć, że jest upośledzone. Nowe zsynchronizowane Istnienie hakujące kody starych programów opartych na dominacji i przemocy. Stary świat upada.

Współczesny zmutowany na pół martwy wymiar ludzkiego istnienia. Szaleństwo mózgu, dialektyczna kakofonia napęczniałej od nadmiaru informacji świadomości w fazie maniakalno – depresyjnej. Egzystencjalna trójca zniwelowana do ostatniego ogniwa – coraz bardziej osamotnionej i neurotycznej jednostki – laboratoryjnego szczura zamkniętego w bezkresnym labiryncie wygenerowanych umysłowych urojeń. Toczący głaz niepoczytalny Prometeusz. Nasze środowisko staje się jałową, bezpłodną pustynią jednakowych sklonowanych miast – molochów wypełnionych do granic możliwości coraz bardziej widoczną frustracją istot ludzkich, które z desperacją szukają jakiegokolwiek sensu w tym obezwładniającym bezsensie, który staje się coraz bardziej widoczny i namacalny. Bezsens staje się chorobą, zaraźliwym wirusem, który bezlitośnie niszczy wrodzony nam potencjał. Bezsensowna forma, bezsensowne odczucie, bezsensowna percepcja, bezsensowne formacje mentalne, bezsensowna świadomość, której człowiek stał się produktem.

Wystarczy włączyć telewizor.

Nasze relacje stały się wieczną pantomimą odgrywanych ról, udającymi dialogi monologami opartymi na zazdrości i rywalizacji nabrzmiałych ego, które w poszukiwaniu wygody zdolne są do niewiarygodnego okrucieństwa. Stworzyliśmy „media społecznościowe” – ostateczny produkt alienacji i niczym nieskrępowanego narcyzmu, który kończy się znienawidzeniem samego siebie i autoagresją. Nasza desperacja jest błaganiem o uwagę, żebraniem o miłość, ciągłym neurotycznym szukaniem potwierdzeń wartości własnego życia. Cała uwaga została ulokowana w obiekcie zewnętrznym, cała nadzieja w ciągle edytowanej narracji, która kształtuje każdą naszą reakcję i myśl – dlatego możliwym stała się automatyzacja gatunku na niespotykaną dotąd skalę. Sygnał tworzy Program – cała nasza technologia informacji, ta pozorna wygoda i wszechwiedza została skonfigurowana dokładnie w tym celu. Tym celem jest absolutna kontrola umysłu, samo – uwięzienie, autocenzura – śmierć instynktu, intuicji i zdolności pozazmysłowych.

Sprowadzenie życia do przetrwania, do walki o niebyt. Człowieka do odtwórcy, maszyny produkcyjnej, źródła zasilania patologii w której funkcjonuje by mógł bezustanne żywić się umysłowymi odpadkami – modyfikowaną karmą współczesnej na wskroś negatywnej popkultury. Hollywood – ścięte święte drewno pozbawione soków i kontaktu z życiem. Fabryka neurotycznych snów. Czarni magowie rzucający podprogowe klątwy. Kiedy obejrzymy już wszystkie seriale zorientujemy się, że prawdziwe życie stało się dla nas nie do zniesienia, ponieważ wymaga wysiłku, wiary, determinacji, pracy i ciągłych zmagań z własnymi słabościami. Prawdziwe życie jest wtedy kiedy to ty jesteś bohaterem własnej opowieści. Zamiast tego zostałeś subskrybentem życia, biernym odbiorcą wrażeń, kibicem, psycho fanem masowej psychozy. Dajcie mi coś nowego! Chcę czegoś ekscytującego!

Nie chcę cię martwić, ale wszystko już było. To przetrawione i wyrzygane wprost na ciebie Nic obleczone w połyskującą tanim brokatem hipnotyczną formę. Permanentny recykling przebrzmiałych idei przepakowanych w Fabryce Bezsensu. Kiedy żyjesz w tak skondensowanym negatywizmie nie możesz udawać greka, być tym uduchowionym śmierdzielem próbującym zapachnić wszystko mdłym kadzidłem i towarem eksportowym z dalekiego wschodu czy nawet rodzimych wynaturzeń o starych słowiańskich bogach – musisz spojrzeć wprost przed siebie na świat w jakim przyszło ci żyć. Spojrzeć na siebie obdartego z tych fikcyjnych fatałaszków spirytualnego guru, którym się mienisz we własnych oczach. Zobaczyć nagie mięso w rzeźni bezlitosnego wszechświata. Ujrzeć Gastropolis. To jest prawdziwa ścieżka inicjacji – wprowadzenie w realny temat. Póki co jesteśmy umierającym ciałem skazanym na potęgujące się cierpienie. Całe nasze szczęście jest nietrwałe i kapryśne. Wszystkie te mozolnie budowane konstrukcje są zabawą dzieci na brzegu bezkresnego chaotycznego oceanu, zaraz ponad widzialnym widmem ograniczenia naszych zmysłów. Nie mamy pojęcia kim jesteśmy, gdzie jesteśmy i po co. Możemy odkryć z jakim skutkiem. Wszelkie mentalne mechanizmy pocieszenia zawodzą kiedy przychodzi realne cierpienie, podobnie jak cała nasza sztuczna moralność oparta na zapisach wymyślonego prawa. Możesz mówić o czakrach i energii kundalini – jednak to właśnie czas zweryfikuje wszystko – każde słowo i wyobrażenie całą tą wymyśloną nirwanę i urojony kontakt z aniołami. Odkryjesz wówczas, że w żaden rzeczywisty sposób nie potrafisz sobie pomóc nie wspominając o innych czujących istotach. Czary, mary, hokus pokus okazują się bezużyteczne jak zużyte prezerwatywy, którymi próbowałeś się odseparować od cierpienia – pierwszej prawdy tego świata. Cierpienie istnieje i nie zmienisz tego żadnym prawem przyciągania, numerologicznymi zaklęciami, czy magią ceremonialną z książek ściągniętych z chomika. Abstrakcja kabalistycznego drzewa nie da ci schronienia przed burzą w twoim wylęknionym sercu i tej prawdzie zaklętej w autentycznym przerażeniu. To jest to miejsce w którym nikt nie chce być, to jest to miejsce z którego próbujemy uciec w te wszystkie słodko brzmiące fantazje o złotym świetle i dobrym miłościwym Bogu Ojcu, który utuli nas do kolejnego snu, podając kroplówkę ze świętą morfiną. Zawsze poznasz kto był w miejscu tego przerażenia, zobaczysz to w jego oczach, w jego ruchach, w jego stosunku do życia. Zobaczysz człowieka inicjowanego, który się obudził z długiego snu. Nie ma słów na opisanie tego doświadczenia. Moc tej inicjacji kryje się w impulsie, który z niej wychodzi niczym rozdzierająca mrok błyskawica i rozświetla Drogę, która przez chwilę staje się widoczna jak linie na otwartej dłoni. Jest to doświadczenie, które w jednej chwili zmienia wszystko. To przywrócenie Połączenia z realną kondycją tego świata.

Początek Wielkiego Dzieła.
Prawdziwa Praca.

Zwykły wpis
GASTROPOLIS OPOWIEŚCI, PROZA

PRAWO I SPRAWIEDLIWOŚĆ

Łódź się budziła.
Pierwszy wrzaskliwy świst fabryczny rozdarł ciszę wczesnego poranku, a za nim we wszystkich stronach miasta zaczęty się zrywać coraz zgiełkliwiej inne i darły się chrapliwymi, niesfornymi głosami, niby chór potwornych kogutów piejących metalowymi gardzielami hasło do pracy.

Władysław St. Reymont „Ziemia obiecana”

Pirat jechał przez miasto swoją rozklekotaną czarną furgonetką. Spadł śnieg i od czasu do czasu wóz wpadał w lekki poślizg. Ulice były prawie puste, od kiedy ogłoszono restrykcyjny lockdown. Mechaniczni bogowie urodzili kolejną zarazę i rozniecili spazmy lęku. Na scenie głównej rozgrywał się kolejny dramat – profesjonalne wyreżyserowany spektakl dla przerażonych mas – medialny teatrzyk kukiełkowy. Preludium do szokujących zmian dekoracji i nowego rozdania. Gambit Psychopatycznej Królowej. Szach Mat. Nie wiem jak wy, ale Pirat miał w sobie spokój i opanowanie, był świadomy nieuniknionych zmian, które tak czy inaczej muszą nadejść. Ten świat potrzebował oczyszczenia, zrzucał przegniłą skórę i odradzał się na nowo jak tysiące razy przedtem. Błona hipnotycznego snu stawała się coraz cieńsza, świadomość synów i córek człowieczych wzrastała z każdym dziwnym dniem. Wnętrze pojazdu pachniało szałwią, kopalem i tytoniem. Obok siedział Prepers i palił tytoniowego skręta. Był łysy i miał gęstą posiwiałą brodę – wyglądał jak cyberpunkowy czarodziej w ubogiej wersji gry dla zblazowanych hipsterów, których po prostu wydymano na hajs i wciśnięto badziew udający arcydzieło żeby mogli zamulać przy padach i udawać, że nic się kurwa nie stało. A stało się. Stało.

Prepers był gniewnym anarchistą – prymitywistą, jego mocną aurę zahartowały skłoty, nielegalne broszury propagandowe o dość radykalnych ideach i poglądach, najbardziej ekstremalne odmiany kontrkulturowej muzy jaka jesteście w stanie sobie wyobrazić. Miał w sobie ogrom buzujących emocji. Był wulkanem, mało statyczną cyferką w statystykach Królestwa Kotleta i Parówy, dzieckiem Bogini Kali, wybroczyną z furii Sachmet – kapłanki gniewnego słońca, niepodległym żadnej kontroli pociskiem odwiecznej rewolucji – insurekcji, która zawsze stanowiła prolog do przekroczenia progu, jutrzenką zwiastującą nadchodzące zmiany. Świat był dla niego Spiskiem tak wielkim i tak wielowymiarowym, że przekraczał wszystkie te internetowe dywagacje i objawienia proroków – youtuberów, influenserów zakażających resztki zdrowego rozsądku wirusem irracjonalnego patogenu. Medialnej kurwicy natręctw na którą nie ma żadnej szczepionki – masowej choroby XXI wieku. Interaktywna Symulacja Defragmentacji Jaźni i Woli. Ostateczny Plan Zlikwidowania Poczucia Sensu. Rozpiździel. Spisek Kolektywnej Ignorancji. Tutaj mimowolnie wchodzimy w bardzo kontrowersyjny temat z punktu widzenia tak zwanego „zdrowego rozsądku”, a mianowicie zjawisko mądrości pozaracjonalnej, intuicyjnego wglądu – temu wszystkiemu co umyka kwadraturze logiki jest kompletnie poza jej rejestrami. Z powodu tego, że w wyniku tak zwanego „postępu” – cywilizacyjnego barbarzyńskiego walca jedynie słusznej betonowej drogi prowadzącej prosto w przepaść, większość gatunkowych hybryd ludzi – maszyn kompletnie straciło tą naturalną jakość naszego umysłu i stało się pozbawionymi wyobraźni i polotu korporacyjnymi zombie, których całe „życie” wyprasowane jest w Matrycę Symulacji – Stymulacji. Są Produktem Warunków. Nastało nowe średniowiecze – kolejny mroczny rozdział w Księdze Objawienia.

-Ty Pirat – zabrzmiał tubalne Prepers, wypuszczając ze swego zwierzęcego wnętrza wielką ciemną chmurę niczym indiański wódz jakiś siedzący byk czy nawet bizon – weź no mi powiedź co ty sądzisz o tym wszystkim?

Ciemno zielone oczy Prepersa patrzyły uważnie z zakapturzonej głowy na profil Pirata, który był prawilnie skoncentrowany na kierowaniu mechanicznym pojazdem. Kultowym w niektórych środowiskach „Transporterem”, który zmierzał w stronę Placu Wolności do ich miejscówki. To tutaj miała powstać „Złota Świnia” – awangardowa restauracja.

-Ja pierdolę! – stanowczo odpowiedział Pan Pirat – jak możesz mi zadawać o ósmej kurwa mać rano takie absurdalne wysoko pojemnościowe pytanie Drogi Erwinie?

Prepers tak naprawdę nazywał się Erwin Mot i był jak wiadomo Bogiem Podziemnego Świata. Natomiast Pirat tak naprawdę nazywał się Max Baal i był Bogiem Życia i Płodności. Byli jak Światło i Mrok, jak Wojna i Pokój. Byli kucharzami – magami spadkobiercami pradawnej hermetycznej tradycji, byli hakerami umysłów. Strażnikami Progu. Wyobraźnia nie ma ograniczeń – hermetyczna prawda numer jeden! Twórczość – jest esencją magii – prawda numer dwa! Hermetyczny Zakon Złotego Wrzasku – Pieśń Wyzwolenia z Programu. To jest ta opowieść. Praprzyczyna.

Pirat wiadomo, był z Łodzi. To takie postapokaliptyczne surrealistyczne miasto zadokowane w sercu Rzeczypospolitej, dziwna przystań czasem brutalna i brudna innym razem schludna i nowoczesna jednak zawsze wymykającą się jakiejkolwiek definicji, to miasto ukształtowało jego zmysły i wrażliwość. Był stąd – to było jego miejsce. Trudna i skomplikowana relacja. Żył w bebechach tego miasta, oddychał nim, czasem je kochał, czasem nienawidził, ale to właśnie to miejsce uczyniło go tym kim jest. Zahartowało. Pozbawiło złudzeń co do kondycji świata w jakim żył, otworzyło żyły i serce. To nie jest miasto meneli, to miasto czarowników i czarownic – takie są fakty. Wraz ze swoją ekipą postanowili ustanowić swoje Prawo i Sprawiedliwość. Czystą Anarchię i Magię. Wyczarować Tymczasowe Strefy Autonomiczne. Żyć i tworzyć podług własnej Woli. Jak to mówią: skuteczność jest miarą prawdy, a prawda jest w sercu. A serce jest w kosmosie, a kosmos jest znów w sercu. Nie inaczej!

– Widzisz Prepers sprawy mają się tak, że w zasadzie nie wiadomo, dla ciebie jako rzecznika wszelkiej teorii spisku, można powiedzieć nawet mecenasa tej nowej dziedziny globalnego mindfuck’u rzeczy wydają się oczywiste ponieważ godzinami nurkowałeś w tym internetowym szambie składając do zgrabnej ulepionej kupy te tak zwane „fakty” o, warto wspomnieć, dość wątpliwej reputacji i wypłynąłeś z tym jak mocno wykoślawiony mesjasz na egipską pustynię by niczym krzew gorejący strzelać płomiennymi tyradami owych rewelacji w absurdalnym celu tak zwanego przebudzenia ludzkości. Jednak „ludzkość” chce tak naprawdę obracać się raz z lewego boku, na prawy – używając tej politycznej metafory – i chce po prostu śnić. Majaczyć. Ciąć komara z przerwami na wyprzedaże i fikuśne kolacyjki oraz co na pewno wycieczki do słonecznych kurortów, chce jak to się mówi: „korzystać z życia”. Dostawać benefity, podwyżki i świadczenia zdrowotne. Chce być zdrowa, długowieczna i doceniana różnej maści niespodziankami, chce być bez końca rozrywana przez atrakcyjne propozycje technologiczne, a w finale być zbawiona przez Jezusa albo nawet samego Boga Wszechmogącego i iść do nieba – miejsca światła i radości. Ale…

Pirat powiedział to z lekkim szyderczym uśmieszkiem i podziwiał senną rzeczywistość pandemiczną ulicy Wschodniej, która niegdyś była „rewirem żydowskim” i mijał właśnie miejsce Mocy, gdzie kiedyś jeszcze w innym wcieleniu stała skromna drewniana synagoga, a zaraz po niej powstała murowana, jednak ostatecznie wszystko zostało zrównane z ziemią zaraz na początku drugiej wojny przez tych co odwrócili swastykę w drugą stronę (która notabene jest symbolem słońca), co musiało spowodować, że rzesza nie ujrzała swojej chwały pomimo milionów wysportowanych młodzieńców o poglądach nadludzkich. Teraz trochę jakby mamy renesans faszyzującego populizmu czuć ten swąd tu i tam – gloryfikujemy swoje i gnoimy resztę. Pirat lubił otwartą atmosferę wielokulturowego portu, świat przenikających się energii z całego świata, tygiel różnorodnych kultur i tradycji, lubił otwarte głowy i serca. Duszne monokultury przekonane o swojej wyższości i statusie narodu wybranego – homogenizowany zapleśniały serek nie był mu w smak. Z drugiej jednak strony to fusion – confusion globalnej wioski bez dobrej woli i świadomości stawało się coraz bardziej palącym problemem. W wyniku alienacji i zatomizowana ludzka patologiczna familia była skłócona, żyliśmy w umysłowych gettach odgradzających się od wszystkiego tego, czego nasz umysł nie był w stanie zintegrować, oswoić i zaakceptować. Radykalne zróżnicowanie wymaga ogromnej otwartości i zrozumienia dla odmienności. Wymaga szacunku do inności, a na to potrzeba czasu. Szachermark – globalny stragan, handlowanie jedynie słusznymi poglądami z mównic i ekranów. Rycie bani. Proces Kafki. Transmitowany na żywo Absurd. Tam w Parku Staromiejskim stoi „Pomnik Dekalogu”. Tak zostały nam tylko pomniki wodzów i świętych patrzących na nas nieobecnym wzrokiem i szczytne puste hasła. „Niedokończona symfonia” Schuberta grana przez algorytm sztucznej inteligencji. Politowania godne zagubienie.

-I ja to rozumiem Erwinie, rozumiem to. Masz przynajmniej w swoim umyśle jakąś prowizoryczną mapę, która pozwala tobie znaleźć punkt odniesienia, znaleźć zajęcie na pełen mózgowy etat w tej egzystencjalnej fabryce bezsensu, absurdalnym przedsiębiorstwie umownych krótkotrwałych rewelacji na temat otaczającej nas rzeczywistości. A ja ci mówię, że wszystko to to tylko sen, że jesteśmy bohaterami wymyślonej historii, wytworem wyobraźni jakiegoś mutanta, grafomana, który żyje w innym wymiarze i tworzy nas teraz w tym samochodzie na ulicy, a on sam jest wymyślony jeszcze przez kogoś innego – jakiś kwantowy super – komputer czy coś. Bo jak to mówią kwizycy fantowi, każdy twój akt percepcji odkrywa inny alternatywny wariant z nieskończonej palety możliwości. Na początku było Słowo. Jesteśmy skupiskiem cyfr, chwilowym wzorem na matrycy wszechświata – umysłu. Produktem wyobraźni.

Prepers nie kupił tej gadki Pirata. Nawet jak była tania i w promocji. Widać to było od razu w wyrazie (sic!) jego twarzy jak się krzywi z obrzydzeniem, jak łypie z politowaniem, ze współczuciem prawie, bo Pirat był najzwyczajniej w świecie pierdolnięty, miał jakiś punkowy defekt mózgu – nowotwór postmodernistycznego dekonstruktywizmu, który uczynił z tego świata rozwodniony mętny roztwór, rozpuszczalnik prawdy, konkretu, a z ludzi uczynił niewolników wiecznego relatywizmu zamykając ich w szczurzym kołowrotku. Gnił moralnie. Prepers rzekł:

-Chuja prawda! Jesteśmy prawdziwi i ten świat jest prawdziwy! Prawdziwy! Prawdziwy! Prawdziwy! Pirat jesteś ofiarą Klątwy Czarnych Magów wstrzyknęli ci wirusa umysłowego, mątwę, która czyni ciebie wrogiem siebie samego i to jest ostateczny plan spisku! Uczynić nas oprawcami samych siebie, ustawić lustro i zahipnotyzować w kombinacji narcyzmu z samo nienawiścią. Unieruchomić w punkcie zero, ani dobrze ani źle. Taka spierdolona droga środka, w zasadzie wydrążona w ziemi dziura do kręcenia się w koło. Liczy się wola i realizacja! Liczy się działanie! Działanie! To się liczy. Liczy się! Ludzkość musi się obudzić z tego snu, ujrzeć swoją realną kondycję, że stała się biernym pozbawionym mocy robactwem – narzędziem. Tool’em w rękach Złych Demiurgów. Jesteśmy szczurami w Laboratorium. Katastrofą świadomości, kosmicznym karambolem na obrzeżach galaktyki. Samospełniającą się przepowiednią. Przestrogą dla całego istnienia. Zaprzepaszczeniem szansy na prawdziwy rozwój! Na przekroczenie kondycji biologicznej maszyny, uwarunkowanego programu o strukturze pętli. Jebać tych sztucznych bogów – psychopatów. Jebać!

– Praw dziwy! Przelicz się! Zaszereguj i określ – ustosunkuj podmiot do orzeczenia! Je bać się! Zastanawiałeś się kiedyś Prep nad słowem „depresja” lub „de – presja”. Wiesz czego ona jest tak naprawdę wynikiem? Jest pomnożeniem presji przez nadzieję, oczekiwania przez mizerny rezultat, jest energetyczną zapaścią serca, które nie rozumie sytuacji, a mimo to chce stworzyć zmianę i zaczyna działać w gorączce, w desperacji, szamotać się. Tym się skończy twoje jebać! Jak ich już wszystkich wyjebiesz to na końcu zorientujesz się, że nie masz już kogo jebać, a nie za bardzo wiesz czym jesteś bez tego jebania, bo jebanie stało się całym twoim pojebanym światem. To jest mój drogi stan świadomości w tym momencie. Ludzie nie rozumieją samych sobie, swojego stanu, kondycji i to wyprojektowują na zewnątrz, ponieważ musisz wiedzieć mój drogi, że człowiek ma moc kreacji i uległ, że tak powiem anty – koncepcji tej Mocy jest jakby w stanie permanentnego poronienia, jest zapłodniony i jednocześnie bezpłodny. Rodzi potwory umysłowe i zaludnia nimi świat. Jego rozpierdolenie emocjonalne, mentalne i fizyczne tworzy granice jego doświadczenia. Stał się sędzią w nieswojej sprawie. Niemoralnym moralistą prawiącym kazania. Wiesz gdzie się zaczyna prawdziwa rewolucja? W ewolucji! Trzeba nam odjebać ten świat na nowo – uczynić z niego miejsce spokoju i samopoznania – odkryć co nas tworzy, czemu ulegamy, ponieważ koniec końców mój przyjacielu, dopóki nie odkryjesz siebie nie zrobisz nic sensownego. Nic! Będziesz jedynie projektorem, a masz być manifestorem. Magiem. Twórcą. Dotrzeć do prawdziwego Źródła do Mocy! Wtedy będziemy mówić o Prawie i Sprawiedliwości.

Pirat patrzył na mijającego go czerwono – białego sedana z wielkim napisem „Jebać PiS” Jebać Peace. Zróbmy wojnę totalną wszyscy przeciwko wszystkim. Zobaczymy kto wygra. Zróbmy ją lokalnie i rozniećmy globalnie, zaszczuci będziemy się zagryzać. Ojcowie z matkami, rodzice z dziećmi. Kobiety z mężczyznami, biali z kolorowymi, Arabowie z Żydami, hetero z homo, robotnicy z szefami, sprzedawcy z klientami, maszyny z ludźmi, ludzie ze zwierzętami, zwolennicy spiskowi z rzecznikami mainstreamu, zaszczepieni z odszczepionymi, medycyna naturalna z medycyną konwencjonalną, prawica z lewicą trzaskające się po mordzie w tańcu wzajemnego zrzucania odpowiedzialności. Tak rzućmy się sobie do gardeł każdego Bożego dnia wciągamy nowy podmiot na listę wypierdalać i wypierdalajmy wszystko po kolei. Jebać naturę, jebać kulturę, jebać aparaturę. Jebać system. Czy naprawdę tego chcemy? Jebać ma swoje konsekwencje. Jest nimi kolejne cierpienie. Ból. Proporcja tworzenia do niszczenia jest obrazem nas samych.

To jest naprawdę prosty wybór w każdej pojedynczej chwili.
Czym jest twoje prawo i czym jest twoja sprawiedliwość?

Czym jest świat, który tworzysz?

Zwykły wpis
GASTROPOLIS OPOWIEŚCI, PROZA

PSIA GWIAZDA

Światli ludzie nie mają własnych interesów,
Lecz traktują interesy innych jak swoje własne.
Są dobrzy dla tych, którzy są dobrzy dla nich,
Ale i dla tych, którzy darzą ich niechęcią,
Gdyż dobroć jest źródłem mocy.

R.L. Wing. „Tao mocy. Księga nieprzemijającej mądrości”.

Pirat siedział przed ekranem komputera, oddychając przez nozdrza i oddawał się zadumie nad losami świata. Był niczym odwrócony trójkąt lewitujący w przestrzeni wypełnionej dusznymi kwadratami zamieszkałymi przez osaczone zwierzęta, które co rusz wpadały w kolejne wnyki. Słyszał ich rzężenie. Spazmatyczne, zaburzone bicie serca, czuł ostrza czarnych myśli, które było jak kłębowisko jadowitych żmij. Bezmierną Otchłań. Czarna gęstniejącą dziura, która pochłaniała całe światło. Zero – jedynkowa binarna post – rzeczywistość, kodony Księgi Przemian, które układały zupełnie nowy wzór. Matryca ulegała transformacji, przepoczwarzeniu. Wszystko stawało się coraz bardziej widoczne i namacalne. Świat się budził z fake newsów. Obmywał zaropiałe oczy z niedowierzaniem wodą uświęconej świadomości. Demagog, onkolog, koroner. Władza reprezentacyjna, władza ustawodawca i władza wykonawcza. Pirat uśmiechnął się do swoich myśli, które rodziło masowe urojenie bijące z cyfrowej otchłani. W związku z tym postanowił zjeść kanapkę z kiełbasą sojową, która nieudolnie udawała peperoni. Takie mamy czasy, wszystko udaje coś innego.

Praga pachniała apokalipsą instant. Jesień udawała zimę. Ociężale łzy zdezorientowanych anielskich zastępów spadały z nieba pełne ołowiu, rtęci i siarki i rozbryzgiwały się o beton, szkło i pozory normalności. Pandemiczne pandemonium wyrwało ssaczą dysfunkcyjną rodzinę nuklearną z konsumpcyjnego transu. Cyber punk 2020. Zawirusowanie oprogramowania. Jebnięcie transcendentu. Kolizja na ostatniej prostej do kapitalistycznego raju, który okazał się jedynie wystawową dekoracją, wydmuszką ze zgniłego jajka niespodzianki. Zawiesili loty. Wirus mutował. Politycy kłamali. Chaos A.D.

Pirat mieszkał w kawalerce, małej kajucie w na Titanicu, który dryfował w nieskończonej pustce kosmosu. Warszawa – gwiazda betlejemska na wyciętej choince, świecąca milionami energooszczędnych żarówek, kolejne miasto – państwo o strzelistych fallusach wieżowców zapładniających niebo zawiesiną cywilizacyjnych urojeń. Mutowaliśmy w stronę post – człowieka, zautomatyzowanej bezdotykowej hodowli klatkowej, szarej bezwonnej masy zaprogramowanej tak, by bez mrugnięcia przepierdolić swoje życie na jałowym biegu w bezsensownej karuzeli. Śniliśmy nie swoje sny ulepione w świątyniach hipnozy Doliny Krzemowej. Pirat miał na sobie czerwone dżinsy, niebieski podkoszulek z lumpeksu i żółte bambosze i po każdej sesji tak intensywnego analizowania hipotetycznych faktów musiał postać na głowie na środku dywanu z wielką literą T. Jeżeli macie ataki panicznego myślenia – to jest doprawdy dobry sposób – zmienić perspektywę. Spojrzeć na wszystko z innej mniej oczywistej strony. Wówczas okazać się może, że to co widzicie jest zdecydowanie bliżej prawdy. System operacyjny bio – komputera 2.0 był w fazie eksperymentu, dlatego był jeszcze czas, były możliwości – na hackowanie. Świat pozbawiony tajemnicy staje się martwą skorupą. Trupem. Zaprogramowaną misją samobójczą.

Gastro zamuliło, podobnie jak przemysł kulturalny. Zawiesili kina i teatry, operetki i salony masażu. Konsumpcja per capita na mieszkańca uległa znacznemu spadkowi. Klasa średnia ulegała coraz bardziej widocznemu rozpadowi, rasowe psy traciły notowania na giełdach. Czwarta rewolucja przemysłowa. Davos. Bezos. Dekapitalizacja. Rekiny ruszyły na żer. Mikołaje pakowały prezenty w Nowej Betonowej Amazonii i wysyłały sanie DHL- ów. Smutne kryzysowe święta na pięć krzeseł. Prezydent Kisiel pocieszał Polaków z telewizorów i życzył wszystkiego najlepszego. A dziękuję bardzo – rzekł w duchu Pirat. Zupełny brak klarowności wywodu. Mindfuck. Projektowanie cierpienia – kontrolowanie umysłu poprzez przybicie do negatywnej projekcji. Zaklinanie rzeczywistości. Zakodowany w matrycy Strach, który powoduje, że wszystko staje się gęste i zamrożone, pozbawione sensu i znaczenia.

Wojna informacyjna. Nowy pandemiczny Babilon. Ostrza skierowane prosto w serce, żeby przebić, tą zbroję, ten kokon – fiksację. Przebudzić esencję z długiego snu obojętności. Przyjęliśmy postać ofiary dla okrutnych bogów – czarnych magów zaklinaczy. Żyjemy w Klątwie Ignorancji rzuconej w otchłani czasu i przywoływanej każdego dnia, w każdej godzinie, minucie i sekundzie. Trzoda chlewna w ubojni – Gastropolis. Pirat wiedział o tym, widział to. Pirat to czuł. Dlatego był właśnie Piratem – kimś kto nie był podległy żadnej fladze – poglądowi. Miasta, Państwa, Narody, Wyznania – gra planszowa, kostiumy, przebrania. Mielonka umownych fragmentarycznych zakodowanych algorytmów tworzących fikcyjne postaci w tej Symulacji. Jego umysł był maszyną czasu, parabolicznym kasynem ukrytych znaczeń. Przejść bagno, by zanurzyć się w Oceanie. Brud odpadnie sam kiedy zobaczysz bezmiar. Mieszka w nas Bóg – na przekór całej maszynerii. Odwrócić znaczenia, rozkodować program, zhakować programistów. Uwolnić się. Tylko to się liczy.

Kiedy się zgubisz, to jest czas na szukanie drogi. Dokąd idziesz? Po co? To były dla Pirata „te pytania”. Brak odpowiedzi – jest wyzwaniem do Podróży. Jak daleko sięga to oszustwo? Ten przekręt?

?

Symbol klucz. Jak nie rozumiesz potrzebujesz jeszcze więcej cierpienia i ono przyjdzie jak zawsze. Udręka, bieda – brak możliwości ruchu – bagienne realia zaprogramowanych ofiar. Ciągła nieskończona podróż bez celu i znaczenia oparta na cudzych mapach i marzeniach. Nad głową miał obraz. Facet płynie łodzią. W łódź wbite jest sześć mieczy, które tamują krwotok, boli, ale jednocześnie powoduje, że nie idziesz na dno. Jest też kobieta i jest dziecko. Indywidualna Arka Noego – jedyna opcja. Musisz iść naprzód – cały czas, przepłynąć tą gęstą rzekę trwogi – uratować wrażliwość i niewinność dzięki odwadze i działaniu. Ożywiający materię Duch. Dziś jest środa – dzień posłańców Bogów. Szybkie łącze – galaktyczny internet. Jaśniejąca na niebie psia gwiazda. Być tutaj to się uczyć, dorastać – ruszyć w podróż, odpowiedzieć na wyzwanie. Jednak musi zdarzyć się coś, co cię wyrwie z transu, z tego zamulenia – najczęściej jest to właśnie cierpienie. Ból. Element warunkujący tego świata, ciągła ofiara, pokuta i upokorzenie. Żebracy w świątyniach pod witrażami obojętnej i okrutnej świętości – projekcji. Udręka. Kult wyobrażeń. Niedoścignionych ideałów, kamiennych bogów o twarzach surowych i mściwych dłoniach. Przestać błagać o jałmużnę zbawienia za cenę uległości, biernego klepania źle sformatowanych modlitw, które niczym gwoździe przybijają cię do matrycy nieskończonego labiryntu złudzeń. Cudzej z rozmysłem opacznie naszkicowanej mapy – Błędnego Koła.

Nie widzisz, bo nie patrzysz.
Nie słyszysz, bo nie słuchasz.
A to jest w tobie.
Kim jesteś?

Wyhodowanym robotem do obsługi długu? Towarem, który można sprzedać jak zimne mięso? Komórką zatrutego organizmu? Niewolnikiem, którego można wystawić na targowisku próżności i obezwładniającego narcyzmu epoki klonów i masowej hipnozy?
Zaszczutym zwierzęciem? Pirat był władcą swojego Królestwa, słuchał głosu, który nawoływał z Otchłani. Ufał, że jest nić, która wyprowadza z labiryntu. Nie musiał niczego udowadniać, bowiem każdy ponosi odpowiedzialność za swój los, za swoje wybory, za zgodę na bycie niewolnikiem Warunków. Przestał się chronić i ukrywać, zakładać maski i kalkulować. Umysł nie jest dobrym doradcą, to drapieżnik wciąż głodny i spragniony. Bezwarunkowa kapitulacja wobec swojej prawdziwej natury. Zaufanie. Autentyczna świadomość, która rozpuszcza iluzje.

Poczucie istnienia.
Kielich wszechrzeczy.

Pirat życzy wam wszystkiego najlepszego na Nowy Rok.

Zwykły wpis
GASTROPOLIS OPOWIEŚCI, PROZA

SAMO GĘSTE

Myślę, że wirusy komputerowe powinny być uważane za istoty żywe. Moim zdaniem mówi to coś o naturze ludzkiej, skoro jedyna forma życia, jaką udało nam się stworzyć do tej pory ma charakter czysto destrukcyjny. Stworzyliśmy życie na nasz własny obraz i podobieństwo.

Stephen Hawking

Profesor nie mógł uwierzyć w to co się dzieje. Jechał rowerze przez miasto i widział jeden wielki szpital psychiatryczny. Szaleństwo – ten turbo zaraźliwy agresywny wirus, który mutował każdego cholernego dnia. Społeczeństwo ludzkie okazało się zupełnie nieodporne na dżumę XXI wieku – pandemię nadinformacji. Przeciążone umysły ssaków naczelnych mutowały w sposób jakiego nikt nie był w stanie przewidzieć – otworzyliśmy puszkę spiskowej pandory i gówno uderzyło w wentylator z siłą bomby atomowej. Teraz mamy masową chorobę popromienną. Miasto ogarniał chaos demonstracji i kontrdemonstracji, już ciężko było się zorientować w tym wszystkim, bowiem były tysiące wersji rzeczywistości, a każda z nich coraz bardziej irracjonalna. Płaska ziemia, spisek kosmitów, agentury czarnych kapeluszy, pedofilskie sieci hollywoodzkich aktorów wstrzykujących sobie wywar z ludzkich emocji – to wszystko oplecione nadajnikami hipnozy 5 G, które transmitują chińskiego wirusa i przemieniają istoty ludzkie w krwiożercze zombie, które chodzi tylko po sklepach i wykupuje to chińskie badziewie, a później idzie do domu – żre, pije i zasypia przed telewizorem. Mało kto się obudził z tego pozornego przebudzenia, ponieważ to jest takie ekscytujące i twoje całkiem jałowe życie przeistacza się w podróż oświeconego bohatera, który spędził tysiące roboczogodzin przed komputerem odkrywając – tak zwaną prawdę, która podobno ma cię wyzwolić. Ludzkość wstawała z kolan by po raz kolejny się zgnoić – tak to mniej więcej dla Profesora wyglądało. Świat obrodził prorokami, mesjaszami, jasnowidzami, wróżkami, magami – na powrót zatoczyliśmy koło by wrócić do dobrze znanego magicznego świata baśni, mitów i legend. Być może nasza prawdziwa potrzeba polega na tym, by jednak wyemigrować z tego śmiertelnego ciała i tej dogorywającej planety do świata naszej kolektywnej fantazji – nigdy nie kończącego się serialu, gdzie każdy z nas będzie kimś wyjątkowym, jakimś superbohaterem obdarzonym super mocą. Ostateczna desperacka próba nadania sensu bezsensowi. Tęcze, swasty, Jezusy na krzyżach – język martwych płodów, pustych symboli, który mówi do nas monosylabami agresji i pogardy. Mordobicie o abstrakcję – to nam zostało – bronienie poglądów, pomników i uczuć religijnych – opuszczonych i zimnych pustostanów. Tak naprawdę jesteśmy bezdomnymi mutantami w otchłani wszechświata. Desperacja zrodzona z przerażenia śmiercią i psychofizycznym bólem, zaszczekanie ciszy i niezmierzoności istnienia.

Nasze poczucie siebie rozrosło się niebotycznie, szaleństwo zaczęło się indywidualizować, a następnie łączyć w grupy podobnych sobie. Zawsze chodzi o przetrwanie, prawo do własnego urojenia. Kurczowe ściskanie rozpadających się konstrukcji. Profesor patrzył na to wszystko z dystansem. Był kombinacją stoika z cynikiem i czuł, że tak czy inaczej „najlepsze” dopiero przed nami. Stworzyliśmy potwora wewnątrz naszych umysłów, który wciąż jest głodny, wciąż chce więcej i więcej…Kolektywne monstrum – technokratyczne pozbawione empatii średniowiecze. Warszawa krztusiła się hejtem – wylewał się zewsząd – jawny i brutalny coraz bardziej wszechobecny: policyjni pałkarze – miotacze rzucający się do gardeł na rozkaz stojący na straży kamieni, które zostały zaatakowane kawałkami kolorowych szmat przez nie-hetero normatywne dzieciaki, które jak wszyscy chcą mieć prawo do bycia tym kim chcą być – rzecz najbardziej oczywista pod słońcem. Stupor ciężkich butów toczący się jak walec, dudniące okrzyki wyrzucane z poczerwieniałych gardeł niczym serie z karabinów maszynowych: „Hindusi do Hin”! Wielka Polska! Żołnierze Chrystusa z pianą na pyskach szukający żeru, ściskające militarne różańce wyświęceni przez ojców pedofilów świętego kościoła, który stał się po prostu pośmiewiskiem w oczach swojego własnego Boga. Krztusiliśmy się własnymi wnętrznościami, wyżeraliśmy samych siebie – rzygając na siebie resztkami niestrawnych i przeterminowanych ideologii i doktryn, które nie sposób przełknąć nie powodując dysonansu poznawczego. Byliśmy zainfekowani abstrakcją, która pozbawiła nas realnego kontaktu z prawdziwym światem z egzystencjalną grozą mięsa, które rodzi się, choruje i umiera. Profesor nie mógł pojąć jak w obliczu tych bezlitosnych faktów możemy bez końca tworzyć taką ilość niepotrzebnego cierpienia – jak możemy walczyć o wymyślone sztuczne państwa, narodowości, religie i światopoglądy. Jak możemy umierać w imię czegoś tak urojonego? Zadawać sobie ból z powodu zupełnie nielogicznych ciągów myślowych, które zasłoniły zupełnie brutalną prawdę ludzkiego losu? Jak możemy gloryfikować cierpienie, tworzyć te wszystkie bożki męczenników, świętych z krwią w wykrzywionych z nienawiści pyskach, których żaden z żyjących nie widział na oczy. Kultywować bez końca modyfikowane na przestrzeni stuleci mapy, bowiem tyle zostało z tych wszystkich religijnych dróg i choć mogły to być naprawdę proste i bezpośrednie ścieżki zrobili z tego niekończącą się nigdy podróż na kolanach skazując pątników na „łaskę i zrozumienie” domniemanych kapłanów, którzy okazali się zwykłymi handlarzami iluzji.

Profesor był ateistą. Nie takim ostentacyjnym modnym przedstawicielem świeckiego państwa dobrobytu, a kimś kto wyczerpał w sobie tą pożądliwość, ten głód. Zatrzymał się na Placu Zbawiciela zaraz obok kościoła, gdzie niegdyś płonęła tęcza i zapalił kiepa. Miał długą posiwiałą brodę i jasne szkliste oczy w których gościł pogłębiający się niepokój. Miał na sobie koszulkę industrialnego bandu „Ministry” i wyćwiekowany szeroki pas oraz posrebrzany gruby łańcuch z kluczami wciśniętymi w przednią kieszeń. Wyciągnął z portfela pięć złotych z wygrawerowanym kościołem Mariackim i wrzucił do kubka po kawie siedzącego obok żebraka. Opływająca luksusem nędza, która bez ustanku zaszczepia umysł nędzarza z pokolenia na pokolenie. Patrzył przez uchylone drzwi do wnętrza opustoszałego kościoła, który wyglądał jak wygłodniały dogorywający wieloryb wyrzucony na zaśmieconą po wielkiej imprezie plażę pełną otępiałych przepitych i przejedzonych otumanionych ciał. Dogasił papierosa i wszedł do środka. Usiadł w jednej z ostatnich ławek i patrzył na ołtarz. Cisza była przepełniona bezdusznością i wrzaskiem umęczonych ciał. Ofiary ludzkiej pychy i bezgranicznej ignorancji, która uczyniła z siebie żądnego krwi krwawego Boga duszącego pełne witalności istnienie, przemieniającego wszystko w martwy proch. W imię Ojca, Syna i Ducha. Po zmęczonej twarzy Profesora płynęły łzy. To była jego modlitwa. Żadnego błagania i próśb. Nic. Tylko To.

Umył ręce wodą święconą i wyszedł.

Przez ulicę Marszałkowską przetaczał się gęsty jak zredukowany ocet balsamiczny Tłum. Masa. Precz z pedałami! Pedofile do gazu! Adolf wracaj – jest robota! Takie nieśli sztandary. Krzyczeli z całych sił w obronie swoich wartości, swojej wiary. Człowiek. Istota wrażliwa i myśląca, udekorowanie miliardów procesów w tym oto pochodzie, który był jak rozlewająca się po ulicach smoła parująca nienawiścią i chęcią mordu. Zło dobrem zwyciężaj – chciało się krzyknąć. Co im uczynisz – mnie uczynisz. Na nic to. Kompletnie. Dwa tysiące dwadzieścia lat. Nieskończona hańba krwawych wojen, bezmiar wbitych w ziemię krzyży, niewyrażalna w żadnej skali ilość żarliwych modlitw, pokut i pielgrzymek i oto masz przed sobą Panie – Świadectwo. Mało im cierpienia, pragną jeszcze, więcej, dotkliwiej do samego szpiku kości, do połączeń nerwowych do samego rdzenia.

Kult bólu.

Godząc się z brakiem nadziei możecie odzyskać spokój. Porzucając ślepe drogi, paląc mapy i relikwiarze wrócić do prostej prawdy – pozbawionej upiększeń, ozdobników – nagiej ludzkiej sytuacji przed całym tym religijnym myśleniem. Odkryć lęk, strach, przerażenie, miłość, współczucie, radość – surowe, pełne soków mięso egzystencji. Prawdę pozbawioną opisu i interpretacji. Ujrzeć siebie to ujrzeć innych ludzi. Poczuć nasze zagubienie i desperację w obliczu nieznanego. Profesor nie wierzył nikomu dlatego wierzył wszystkim. Był tym który nie wie i wciąż powtarza to samo pytanie: Człowieku kim jesteś poza tym myśleniem?

Profesor wyciągnął jabłko z plecaka i ugryzł. Było słodkie i soczyste. Dobre. Ujrzał przed sobą człowieka w koszulce z Jezusem i z różańcem zawiniętym wokół zaciśniętej pieści z którego nabrzmiałych płuc zadudniło w jego stronę:

– Ty pedale w dupę jebany! – krzyczał człowiek z Jezusem na piersi.

Profesor z całej siły rzucił w jego stronę nadgryzione jabłko, które eksplodowało z głuchym hukiem na jego twarzy.

Czasem w zagadce jest tylko jedna dobra odpowiedź.

Zwykły wpis